Ale to już było… :)

Urlop 2022

Tak, wpis będzie o urlopie w 2022 roku, nie pomyliłam się 🙂 A więc zapraszam Was do moich wspomnień z ubiegłorocznych wakacji 🙂 Byliśmy wtedy tydzień w Austrii w regionie Tyrolu, a potem 2 tygodnie we Włoszech, tym razem w Apulii. Oczywiście podróż była kamperem. Póki co skupię się na pierwszej części naszego urlopu.

Dlaczego Tyrol ?


Skąd w ogóle wziął się pomysł ?

Jak to ze mną, będzie długo. Wstęp, rozwinięcie, zakończenie – Mężu mój, pewnie już się śmiejesz 🙂
Otóż parę lat temu byłam na paromiesięcznym stażu w Austrii. Odbywało się to w bardzo ciekawym miejscu – Lebenswelt Wallsee – Barmherzige Brüder.
Mieszkałam tam i pracowałam z głuchymi osobami cierpiącymi na zaburzenia psychiczne. Cudowny czas! W czasie wolnym dużo podróżowałam po Austrii i zwiedzałam odkrywałam jej różne regiony.

To był mój ówczesny image 🙂 Trochę się zmieniło nie ? 🙂

Couchsurfing

Korzystałam wtedy z okazyjnych cen biletów wakacyjnych dla młodych osób, z autostopu, hosteli, a także Couchsurfingu ( serwisu internetowego, gdzie ludzie oferują bezpłatnie osobom podróżującym nocleg w swoim własnym mieszkaniu, a czasem też lub tylko oprowadzanie po danym regionie, gdzie mieszkają, a turyści mogą z tego korzystać) Podczas czasu spędzonego w Austrii właśnie w ten sposób poznałam tam świetnego człowieka – Patricka, z którym znajomość została na długo. W zasadzie trwa do dzisiaj 🙂 Jest to ciekawe, ponieważ wcale na początku się nie zapowiadało, że tak się stanie. Bowiem zaczęło się od pewnego napięcia. Zanim umówiłam się z Patrickiem na ugoszczenie mnie przez niego u siebie i pokazanie jego rodzinnego regionu – Tyrolu, byłam w górach z inną osobą. Był to chłopak, który zaoferował mi swoją pomoc właśnie przez Couchsurfing. Byliśmy razem na jednodniowym trekkingu, tego samego dnia wracałam z powrotem do miejsca, gdzie mieszkałam. Podczas wycieczki było wszystko w porządku, rozmawialiśmy, podziwialiśmy piękne widoki i cieszyliśmy się pięknym otoczeniem i naturą. Natomiast, kiedy się rozstaliśmy, jeszcze przez pewien czas ze sobą pisząc, zaczęłam dostawać od niego dziwne wiadomości, które brzmiały niejednoznacznie, a wręcz erotycznie. Byłam w szoku, ponieważ wcześniej, kiedy pisaliśmy, a także podczas wędrówki nic tego nie zapowiadało. Ja byłam też bardzo ostrożna, więc często przy kontakcie z płcią męską przy korzystaniu z autostopu czy Couchsurfingu, mówiłam, że jestem w związku z mężczyzną. I tak też było w tym przypadku. Kiedy zaczęłam dostawać niepokojące sygnały w wiadomościach SMS, od razu poprosiłam moją bliską znajomą, która jest lingwistką, by spojrzała na nasze konwersacje (były po niemiecku), czy może ja nie dałam mu czegoś nieumyślnie do zrozumienia, że mógł to inaczej zinterpretować. Koleżanka po przejrzeniu naszych rozmów stwierdziła, że nic z mojej strony nie było tam niejasnego ani dwuznacznego. Oczywiście już więcej razy z nim nigdzie się nie wybrałam. Po prostu jasno napisałam mu, że nie interesuje mnie taka znajomość i urwałam z nim kontakt. Jeszcze przed poznaniem Patricka miałam jedną dziwną sytuację z chłopakiem z tego serwisu. Tym razem wybrałam się na nocne zwiedzanie Wiednia i dyskoteki. Najpierw zostałam uraczona kolacją, potem przyszedł jeszcze jeden jego znajomy i udaliśmy się gdzieś wspólnie potańczyć. Było bardzo miło, chłopak pytał się o moje preferencje, więc bawiliśmy się w klubie z rockową muzyką. Bardzo to doceniłam, bo z wcześniejszej rozmowy wiedziałam, że to nie są klimaty tego chłopaka. Potem za moją propozycją poszliśmy do klubu z muzyką klubową, którą on z kolei bardziej preferował. Następnie wróciliśmy do jego mieszkania, gdzie tak jak się wcześniej umawialiśmy, były przygotowane osobne posłania. Kiedy zmywałam makijaż, mój host zapytał się mnie, czy chcę się teraz całować. Byłam bardzo zaskoczona, przede wszystkim sposobem, w jaki zadał mi to pytanie. Tak, jakby pytał mnie bez żadnych emocji, czy chcę kanapkę. Kiedy odpowiedziałam, że nie, zupełnie tak samo obojętnie odparł „ok”. Następnie wskazał mi miejsce do spania na materacu na podłodze. Wcześniej zrozumiałam, że ja miałam spać na łóżku, on na podłodze. Oczywiście nic się nie odezwałam, naprawdę było mi wszystko jedno. Natomiast to w połączeniu z kolejnymi jego późniejszymi zachowaniami, dało mi do myślenia. Rano obudził mnie zapach kawy i owsianki. Kiedy weszłam do kuchni, ten chłopak powiedział z taką samą apatycznością jak wczoraj, że jak chcę kawy to mogę sobie zrobić i że za niedługo musimy wyjść z mieszkania. Rzeczywiście mówił poprzedniego dnia, że będziemy musieli wcześnie się zebrać, ponieważ wylatuje z rodzicami na wakacje. Mimo wszystko była to dla mnie bardzo krępująca sytuacja przez wiszące w powietrzu gęste powietrze. Choć nic niebezpiecznego dla mnie się nie wydarzyło, to był we mnie dziwny niepokój. Ale mając w głowie to, ile dobra dostałam od wielu innych osób, na szczęście te dwie opisane przeze mnie sytuacje nie zraziły mnie do dalszego korzystania z tego serwisu. Natomiast w głowie mi coś zostało i byłam po tych doświadczeniach bardziej ostrożna przy umawianiu się z osobami. I tak jak pisałam, kolejną osobą, od której korzystałam z gościnności w ramach Couchsurfingu, był Patrick. Jak tylko zaczynaliśmy dogadywać szczegóły mojego przyjazdu, od razu wyjechałam z bardzo konkretną i stanowczą wiadomością , że jeśli myśli, że jestem dziewczyną, która wejdzie mu podczas tego pobytu do łóżka to jest w błędzie oraz, że nie chciałabym niepotrzebnych, niezręcznych sytuacji. Patrick wtedy był bardzo zaskoczony, zmieszał się, ale oczywiście zapewnił mnie o swoich czystych intencjach w stosunku do mnie. Po przyjeździe szybko zrozumiałam, że moja bezpośrednia wiadomość mogła go naprawdę zaboleć, gdyż okazał się człowiekiem z sercem na dłoni o bardzo dużej wrażliwości. Na szczęście udało mi się szybko mu wyjaśnić czym była podyktowana moja reakcja i spędziliśmy razem naprawdę przepiękny czas.

Przychodzi mi na myśl jedna piosenka:

Gaba Kulka – niejasności

Patrick pokazał mi przez weekend spędzony u niego naprawdę bardzo dużo pięknych, też bliskich mu miejsc. Wszystko zaplanował, zorganizował tak, że ja nie musiałam się o nic martwić. Podczas stażu w Austrii przyjechałam do Tyrolu raz jeszcze, a w kolejnym roku spędziłam tam urlop. Patrick natomiast odwiedził mnie już trzy razy w Krakowie. Tyrol tak bardzo mi się spodobał, że już od dawna marzyłam, żeby pokazać go Sebastianowi. Mój Mąż podobnie jak ja kocha góry, więc byłam pewna, że ten klimat bardzo mu się spodoba. A Patricka też bardzo polubił. Poznał go podczas jego odwiedzin Krakowie, ponieważ już wtedy się spotykaliśmy i spędziliśmy razem część czasu podczas jego wizyty w Krakowie. Ponadto byliśmy bardzo poruszeni tym, że Patrick przyjechał na nasz ślub, mimo, że nie mogliśmy zorganizować wesela. Na domiar wszystkiego z racji tego, że odbywało się to w pandemii Covid podczas obowiązujących na całym świecie najbardziej restrykcyjnych obostrzeń, granice były poblokowane, a hotele zamknięte. Patrick zatem musiał bardzo kombinować, żeby to całe przedsięwzięcie się udało. A więc mieliśmy kolejny powód ku temu, by odwiedzić Tyrol oraz Patricka i jeszcze raz mu podziękować. A więc stąd pomysł na Tyrol, oto cała historia.

Droga do Austrii

A więc ruszyliśmy w drogę. A Akurat – droga długa jest 🙂

Natomiast naszym kamperem urlop zaczyna się tuż po usadowieniu się w nim z bagażami, a nie dopiero po dojechaniu do miejsca docelowego. Wtedy to zostawiamy Kraków, obwiązki oraz sprawy, które nas frapują. Uwielbiamy jeździć. Sebastian bardzo lubi prowadzić samochód, a ja uwielbiam być pasażerem. Zawsze jedziemy sobie spokojnie, bez pośpiechu. Kiedy stajemy się głodni, zatrzymujemy się w najbliższym możliwym miejscu i gotujemy w naszej kamperowej kuchni. Gdy natomiast dopada nas zmęczenie oraz senność, robimy sobie przerwę na drzemkę. Cudownie jest wozić wszystko ze sobą – kuchnię, sypialnię i łazienkę. Pełna niezależność! Nie potrzebujemy nic więcej, by przetrwać. Tylko Bóg, my i nasz domek na kółkach. Piękna idea, a jak wiecie z pierwszego wpisu, ja uwielbiam idee 🙂
W drodze do Wörgl zatrzymaliśmy się na nocleg na jednej ze stacji benzynowych. Może nie było to super urokliwe miejsce, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Przynajmniej wiedzieliśmy, że mamy blisko do drogi, nie musimy tracić czasu na zjeżdżanie z niej i później dojeżdżanie. Niestety pogoda wpędzała nas w lekki strach. Im bliżej byliśmy Tyrolu, tym chmury były ciemniejsze, a deszcz coraz bardziej zacinał. Mieliśmy nadzieję, że nie jest to zapowiedź kolejnego tygodnia, a raczej znak, że jak teraz będzie padać, to podczas naszego pobytu w Austrii będzie towarzyszyło nam cały czas piękne słońce. Z taką ufnością jechaliśmy. I tak też było. Wspaniale się złożyło, że w dni, kiedy eksplorowaliśmy Tyrol pogoda nas rozpieszczała promienistym słońcem, a kiedy potrzebowaliśmy odpoczywać – wówczas padało. Idealnie 🙂

Nasza droga przebiegła bezpiecznie i było nam podczas niej bardzo przyjemnie 🙂
Lady Punk – Znowu pada deszcz

U Patricka byliśmy później niż się deklarowaliśmy, ale tak jak wspominałam, zupełnie nie czuliśmy pośpiechu. Drogą też trzeba się delektować. Patrick przywitał nas ciepłym obiadem. Cudownie było zjeść ciepłą i przepyszną zupę – krem serowy z typowego dla regionu Tyrolu -Tiroler Graukäsesuppe . Przepyszny i niezwykle rozgrzewający posiłek. Ser ten ma bardzo wyrazisty i intensywny smak. Myślę, że nie każdemu może smakować. Ale na pewno warto spróbować. Nasze kubki smakowe były bardzo zadowolone. Generalnie przed wyjazdem kupiliśmy ten ser i zabraliśmy w dalszą podróż. Przyjechał z nami do Polski, gdzie niedługo po powrocie, zrobiłam z niego zupę serową 🙂 Mistrzostwo! Od tego czasu jest ona w naszym stałym menu 🙂 Bardzo fajnie się złożyło, ponieważ Patrick w czasie, kiedy przyjechaliśmy wykorzystał swój zaległy urlop w pracy. I dzięki temu mógł zaplanować z nami wspólny czas. Cudownie było wrócić do miejsc, w których byłam wcześniej na innym etapie swojego życia. Wówczas byłam panną, u której kształtowały się wartości oraz ugruntowywał się światopogląd. Było też we mnie żywe oczekiwanie i nadzieja na Miłość, a jednocześnie chęć realizacji swoich pragnień, urzeczywistniania marzeń oraz dbania o swój rozwój, a także o dobry wybór ścieżki zawodowej. Bardzo dobry i płodny czas. Natomiast teraz, kiedy odwiedziłam Tyrol po latach, okres w moim życiu był zupełnie inny. Bowiem nie byłam już panną, lecz sakramentalną żoną. Wartości i światopogląd już się ugruntowały, choć wiadomo człowiek musi o nie dbać i pielęgnować nieustannie, taka już przewrotna nasza natura. Wcześniej, szukająca wrażeń, ucząca się wyznaczania granic, co jest dla mnie dobre, a co złe. Obecnie, już bogatsza w tą wiedzę, ale starająca się wykorzystywać ją w praktyce 🙂 A z tym różnie bywa. W każdym razie było to bardzo ciekawe doświadczenie odwiedzić pewne miejsca, w których od kiedy się było, upłynęło dość sporo czasu, a także dużo się w moim życiu zmieniło. Człowiek patrzy na tę samą górę i niby wie, że nie mogła się przesunąć, a jednak widzi dokładnie, że nie wygląda ona tak samo. Inne barwy, kszałty, kolory.. Choć przez innych niedostrzegalne. Ale co najistotniejsze – ta góra co innego do nas mówi. Ja mocno wierzę, że Opatrzność działa zarówno przez osoby, sytuacje, jak i miejsca. I jeśli tylko otworzymy nasze serce i zanurzymy się w jego głębi, możemy się właśnie tam z Nią spotkać. Ale trzeba zostawić nasze myśli, zmartwienia, plany, a być tu i teraz w danym momencie. Natomiast by tak się stało, należy o to zawalczyć. Przypomniał mi się fragment dialogu bohaterów jednego z moich ulubionych filmów „Siła spokoju”:
– Bo nie uważałeś. Tak jak i teraz. Umysł znów ci się wypełnia, przeoczasz wszystko co dzieje się wokół.
– Nic się nie dzieje.
Sokrates ścisnął Dana za ramiona i Dan doświadczać zaczął przez jakiś czas w pełni rzeczywistości, był w pełni w tu i teraz.
– Zawsze coś się dzieje… Wyrzuć śmieci. To one zagradzają ci drogę do tego, co naprawdę się liczy – do chwili obecnej. Tutaj. Teraz. Gdy będziesz tu i teraz, zdumiejesz się, co potrafisz i jak łatwo ci to przychodzi.


Fragment filmu „Siła Spokoju”

A więc pora coś powiedzieć na temat, co my w tym Tyrolu zobaczyliśmy oraz czego doświadczyliśmy.

Ordnung muss sein!

Kiedy dojechaliśmy do Wörgl, Patrick pokierował nas na dość duży, niedrogi parking blisko jego mieszkania. Jakże się on nam spodobał! Mało aut, cisza i spokój, niedrogi i jeszcze z widokiem! No i do tego były kosze na śmieci! Popatrzcie sami:


A więc uradowani jednogłośnie wydaliśmy z siebie okrzyk radości: „Austria nam sprzyja”. Natomiast już od kolejnego dnia doświadczaliśmy, jak bardzo się pomyliliśmy. Z samego rana obudził nas ogromny hałas wjeżdżających i wyjeżdżających z parkingu aut. Szybko uzmysłowiliśmy sobie, że poprzedniego dnia, kiedy przyjechaliśmy była niedziela, a więc tego dnia był poniedziałek – dzień pracy. Widocznie stanęliśmy na parkingu przeznaczonym dla osób zatrudnionych w niedalekiej odległości. Naprawdę nie było nam wesoło, gdyż ruch był naprawdę duży. A my z racji zastanego pustego parkingu, ustawiliśmy się tak, żeby nam było dobrze głównie pod względem widokowym. A niestety należało uczciwie przyznać, że przy takim ustawieniu nasza kruszyna mogła innym trochę w przemieszczaniu się przeszkadzać. A jeszcze, jakby było mało, w pewnym momencie spod naszego kampera zaczęła wypływać kałuża szarej wody. Nasz zbiornik prawdopodobnie się napełnił do maximum i zaczął wypuszczać nadmiar. Także byliśmy w bardzo nieciekawej sytuacji. Wydawało się, że już gorzej być nie może. A jednak! W pewnym momencie podeszła do nas starsza Pani i zaczęła wypytywać nas co my tu robimy i jak długo tutaj jeszcze zostaniemy. Niedługo później okazało się, że ta kobieta nadzorowała automat, gdzie wrzucało się pieniądze za parking i tym samym uważała się za dozorczynię tego miejsca. Uświadomiła nas, że przy wjeździe znajduje się znak „zakaz kempingowania” oraz, że jest to parking, na którym można parkować samochód tylko jeden dzień, ponieważ jego przeznaczeniem to możliwość zostawienia samochodu dla osób dojeżdżających rano do pracy w Wörgl oraz wyjeżdżających wieczorem. Ciężko nam było się z nią dogadać po austriacku, ale z pomocą Patricka daliśmy radę to wszystko zrozumieć. Ale nie zmieniało to faktu, że byliśmy w nie lada kłopocie. Ostatecznie w pewnym momencie wynieśliśmy się stamtąd i przenieśliśmy na kemping poza miastem. Z kobietą mającą pieczę nad parkingiem, Sebastian miał jeszcze przygodę „śmieciową”. Kiedy poszedł z naszymi workami ze śmieciami , by je wyrzucić do stojących przy parkingu koszy, ta kobieta zjawiła się zaraz obok niego niczym bumerang. Następnie zaczęła mu te worki otwierać i kazała razem z nią sprawdzać wszystko po kolei wyjmując, czy na pewno wykonaliśmy dobrze segregację. A więc w bardzo wyraźny sposób przekonaliśmy się, co to znaczy słynne i prześmiewcze niemieckie „Ordnung muss sein”.

Tyrol to góry!

Tyrol to niezwykle górzysty oraz niesamowicie malowniczy region Austrii. Wcześniej ja sama, a teraz wspólnie z Mężem zobaczyliśmy naprawdę najpiękniejsze jego zakątki. Mieliśmy to szczęście, że stacjonowaliśmy w miejscowości, gdzie mieszka wspominany wcześniej kolega Patrick. On tutaj się urodził oraz wychował, a więc znał te rejony jak własną kieszeń. Z wielką dumą i ochotą zabierał nas do wszystkich punktów, które uważał za najbardziej warte uwagi. Miał ogromną radość z planowania naszych wycieczek, organizacji oraz logistyki. A my jeszcze większą z pozwolenia mu na to wszystko. Żadną z wymienionych kwestii nie musieliśmy się przejmować. Była to duża ulga, gdyż ogarnianie tych rzeczy w obcym mieście, w innym języku oraz w odmiennej kulturze nie należy do najłatwiejszych.
Posłuchajcie nut, które bardzo dobrze oddają klimat niesamowicie urokliwego Tyrolu.

Słynne tyrolskie jodłowanie

Trekking w Zillertal

W pierwszy dzień dobrej pogody, spakowawszy się w plecaki, zabierając ekwipunek na co najmniej 2 dni, wybraliśmy się do Mayerhofen, centrum bajecznej Doliny Zillertal. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w uroczym miasteczku Rattenberg, które słynie z ręcznej produkcji wspaniałych wyrobów ze szkła. Z miłą chęcią odwiedziłam to miejsce po raz drugi.
Jeśli chodzi o miasteczko Mayerhofen, które było naszą bazą wypadową, by wejść na szlak, przypominało nam ono nasze polskie Zakopane. Natomiast witryny sklepowe i uliczki, przy których kręciły się różne biznesy, były niczym znane wszystkim Krupówki. Dla niektórych wypoczynek w górach zaczynał się i kończył w tym właśnie miejscu. „Po co wchodzić wyżej, przecież z dołu też widać góry” Na dole jest jedzenie, picie i widoki, czyli dla pewnej grupy turystów, wszystko to, czego potrzebują. My natomiast zrobiliśmy tam tylko szybkie zakupy, by mieć prowiant na wędrówkę i wjechaliśmy kolejką gondolową w górę, by znaleźć się prosto na szlaku. Tego dnia było już popołudnie, a więc naszym celem na ten dzień było niezwykle klimatyczne schronisko Karl von Edelhütte. Mieściło się ono na 2 238 m.n.p.m.

To było coś! Gdyby nie niskie temperatury, siedzielibyśmy na zewnątrz do samego pójścia spać. I to było prawdziwe schronisko, a nie to co robią z większością schronisk w Polsce, czyli przekształcają na hotele. Tutaj było naprawdę górsko. W kranach leciała wyłącznie zimna woda, a wręcz lodowata. Prysznic był na zewnątrz za drewnianą przegrodą. Nie wiem czy znalazł się jakiś szaleniec, by z niego skorzystać. Na pewno nikt z nas. Nie dość, że na takiej wysokości nawet latem temperatury oscylowały wokół zera, to jeszcze ta lodowata woda.. Uczucie polewania się nią można by porównać z łamaniem kości. Jedzonko, które zamawialiśmy było przygotowywane na bieżąco. Oczywiście wyboru można było dokonać z paru dań w menu, co było podyktowane utrudnieniami w transporcie produktów na taką wysokość. Na szczęście był mój ukochany Tiroler Gröstl – iście tyrolski klasyk! Są to pokrojone w kosteczkę  ziemniaki podsmażone razem z cebulą i boczkiem, czosnkiem i ziołami, oraz wołowym mięsem, również drobno posiekanym. Dopełnieniem jest jajko sadzone, umieszczane na samej górze. Oczywiście idealnie lekko ścięte. Ten niebiański przysmak podaje się w specjalnym blaszanym rondelku, choć w niektórych restauracjach podawane jest także na talerzach. Było przepyszne! Ja już poprzednim razem się rozsmakowałam w tym daniu, że po powrocie do Polski usilnie próbowałam odtworzyć. Jednakże nigdy nie wyszło mi tak dobre, jak tam jadłam. Co kultura, to kultura. W każdym razie już idąc szlakiem pod górę, wyobrażałam sobie, co zamówię po dojściu do schroniska. Na deser kosztowaliśmy kolejnego przysmaku austriackiego, a mianowicie Kaiserchmarrn, czyli inaczej omletu cesarskiego. Jest to deser w postaci puszystego omletu smażonego w kawałkach oraz podawanego tradycyjnie z powidłami śliwkowymi lub z musem jabłkowym. Pychotka! Ale dosyć o jedzeniu, gdyż o tym będzie osobny rozdział!
W schronisku Karl von Edelhütte spaliśmy w wieloosobowym pokoju na piętrowych łóżkach. Było tak zimno, że z Sebastianem postanowiliśmy spać razem na małej jedynce, by co nieco więcej się ogrzewać od siebie. No wiadomo, głównie ja od Męża 🙂
Zatem wczesnym rankiem, po śniadaniu w schronisku, które poprzedniego dnia należało wcześniej zamówić, wyruszyliśmy ku przygodzie. Ahornspitze, przybywamy!

Trzeba przyznać, że nie była to prosta droga. Wymagała siły, ale także odwagi, gdyż momentami było dosyć stromo. A przy moim lęku, który pozostał mi po incydencie, jaki miałam parę lat temu w Tatrach, był to naprawdę wyczyn. Ale dałam radę! Z Mężem u boku oraz powolutku krok za kroczkiem wszystko wydaje się prostsze. Dziękuję Kochanie, że jesteś w takich chwilach przy mnie, wspierasz mnie i nie denerwujesz się, że Cię spowalniam. Ta pełna akceptacja i zrozumienie doprowadzą Cię kiedyś do Nieba, zobaczysz 🙂 A więc szczyt zdobyty! 2973 m.n.p.m. to nie bagatela! A jakież były widoki!

Dużą satysfakcje miał też Patrick, który podejmował drogę na ten szczyt już parę razy i nigdy nie wszedł do końca. Zawsze coś przeszkadzało. Raz zmrok zastał jego i znajomych na szlaku i w konsekwencji musieli zawrócić. Innym razem ktoś z ekipy się źle poczuł i również był odwrót. Chyba była jeszcze jedna nieudana próba, ale już dokładnie nie pamiętam. W każdym razie nam tego dnia się udało. Podczas moich ostatnich odwiedzin w Tyrolu, byłam z Patrickiem w schronisku Karl von Edelhütte, ale stąd wyruszaliśmy na równie ciężki trekking do kolejnego schroniska, bez wchodzenia na szczyt. Mieliśmy wtedy zaplanowaną wycieczkę na parę dni od schroniska do schroniska. To taki słynny w tym regionie szlak „Berliner Höhenweg”. Natomiast Patrick był wtedy bardzo umęczony drogą, dużymi kamieniami oraz problemami ze wzrokiem. Rozsądek kazał mu zrezygnować i rozdzieliliśmy się. On zszedł na dół, a ja miałam dołączyć do innych turystów i podążać dalej. Natomiast moja wędrówka trwała jeszcze tylko 2 dni ze względu na zmieniającą się pogodę. Z mojego punktu widzenia Austriacy mają dużą pokorę do gór i nie szarżują tam, gdzie nie trzeba. Kiedy zmienia się pogoda i robi się niebezpiecznie, pokornie schodzą w dół, niezależnie od planów, jakie mieli. To bardzo ważne. Wiadomo, nie można generalizować, ponieważ są pewnie i osoby, które niepotrzebnie podejmują ryzyko i idą dalej mimo trudnych warunków. Natomiast mam wrażenie, że w Polsce śmiałków jest dużo więcej. Po tej wędrówce obydwoje z Mężem stwierdziliśmy, że widzimy dużą różnicę pomiędzy Austriackimi Alpami, a Tatrami, które mamy w Polsce. Tutejsze góry są zdecydowanie bardziej przestrzenne. Wędrując podziwialiśmy częściowo skaliste, częściowo zalesione góry oraz ośnieżone szczyty lodowców. Niestety ulegają one coraz to większemu topnieniu. Tempo tego zjawiska ciągle wzrasta.


Schodząc ze szczytu przechodziliśmy przez schronisko Karl von Edelhütte, w którym nocowaliśmy. Postanowiliśmy się tam zatrzymać na jedzenie. Oczywiście co ? Wienerschnitzel! Jedna porcja to dwa niczego sobie kotlety. Do tego podsmażone ziemniaczki, surówka i lemoniada! Oj tak należało nam się po takim trekkingu! Po kawałku kotleta zapakowaliśmy i wzięliśmy na wynos i zjedliśmy ze smakiem na kolację. Ja bym dopchała, ale Mąż odpuścił, więc z przyzwoitości też się poddałam.

Szczyt Ebner Joch

Kolejną naszą zdobyczą w austriackich Alpach był szczyt Ebner Joch. On również ma dla mnie wartość sentymentalną, gdyż także wchodziłam na niego z Patrickiem przy okazji wcześniejszego pobytu w Tyrolu. I tak jak parę lat temu skradł moje serce, tak teraz uczynił z nim to samo. Jak zwykle dość dużo czasu poświęciliśmy na szukanie miejsca, by zaparkować naszego kampera. Mieliśmy w głowie, że w zależności, o której godzinie zejdziemy, ale możemy tutaj zostać na nocleg. Dlatego walory miejscówki były tym bardziej przez nas pożądane. Jak to zwykle musieliśmy trochę nerwów stracić i się nagimnastykować. Wiedzieliśmy już, że w Austrii mają zdecydowanie mniej luźny stosunek do stosowania się do zakazów i nakazów niż we Włoszech, więc i nasza uwaga była bardziej wyczulona. Ale w końcu się udało. Miejscówka co prawda płatna, ale jakże urokliwa i ustronna!

Na początku szliśmy przez las. Patrick jako częsty bywalec znał wiele skrótowców. Ale gdy tylko się z niego wyłoniliśmy widoki nie przestawały ani na chwilę nas zachwycać. I te kolory!

Muszę przyznać, że tego dnia zaczęła mi się nasza kobieca przypadłość, więc byłam trochę marudna. Mój Mąż pewnie powiedziałby, że bardzo 🙂

Kiedy doszliśmy do schroniska Patrick powiedział nam, że źle się czuje i chciałby tutaj zostać i na nas poczekać, aż zdobędziemy szczyt i zejdziemy po niego z powrotem. Stanęliśmy przed trudną decyzją. Baliśmy się go zostawić, gdyż mało wiedzieliśmy o jego stanie zdrowia i nie mieliśmy pojęcia, czego możemy się spodziewać. Mówił nam, że nie wziął jakiegoś leku, który na co dzień zażywa i ma to związek z wysiłkiem oraz jego sercem. Natomiast szkoda nam było też odpuścić drogę na szczyt, gdyż pogoda była przepiękna, a także byliśmy świadomi faktu, że nie wiadomo czy kiedykolwiek jeszcze w tym miejscu będziemy. Cóż, parę spojrzeń w Górę, chwila rozmowy i zaczęliśmy piąć się wzwyż. Była totalna lampa, szczyt był całkowicie odsłonięty, a więc słońce prażyło w nas konkretnie. Pod samym szczytem był dość wymagający technicznie fragment, gdzie rzeczywiście odczuwałam lęk. Na szczęście jak zwykle pod okiem Męża, udało mi się go bezpiecznie pokonać. W moim sercu pojawił się chwilowo smutek, gdyż przypomniałam sobie czas, kiedy parę lat temu wchodziłam tutaj z Patrickiem i byłam całkowicie wolna od strachu, wbiegając na górę niczym kozica. Ale cóż, jest jak jest i trzeba to przyjąć. Wszystko jest po coś. Może dzięki temu mam więcej pokory i bardziej potrafię zachwycić się tym, co widzę, a przede wszystkim więcej dostrzec. Kiedyś cały czas biegłam, nie potrafiąc się zatrzymać. Wydaje się, że momentami nie wiedziałam za czym tak biegnę i w jakim celu. Obecnie zdecydowanie więcej chodzę, podążam i robię więcej przerw, by się zatrzymać.
Szczyt zachwycił nas bez reszty. Krajobraz, który rozpościerał się dookoła był jak z obrazka. Kiedy zrobiliśmy sobie zdjęcie i wysyłaliśmy je znajomym z pozdrowieniami, część z nich nie chciała wierzyć w jego wiarygodność. Posądzali nas, że dokleiliśmy siebie do obrazka 🙂 Popatrzcie sami!

Uczciwie możemy powiedzieć, że to była najpiękniejsza panorama, którą widzieliśmy kiedykolwiek w życiu w górach.

Widać na niej przepiękne jezioro Achensee, największe w regionie Tyrolu. Bardzo chciałam udać się tam też podczas tego wyjazdu. Niestety z przyczyn od nas niezależnych nie udało się. Ja byłam tam z Patrickiem podczas pierwszego wyjazdu. Stacjonuje tam jego łódka, którą lubi pływać. Wtedy nie wypływaliśmy nigdzie daleko, ale samo bycie tam i poczucie tego klimatu przebywania na wodzie w otoczeniu okazałych gór, było ekscytujące. Nawet mam stamtąd zdjęcie w czapce kapitana 🙂
Po zejściu do schroniska, zastaliśmy Patricka zdecydowanie w lepszej formie. Był po obiedzie, odpoczynku, a nawet udało mu się trochę przespać znajdując skrawek cienia w pięknej scenerii. Ucieszyliśmy się bardzo, gdyż naprawdę się o niego martwiliśmy. A więc posililiśmy się w schronisku i zeszliśmy na dół. Nie było jeszcze tak bardzo późno, więc postanowiliśmy, że jeszcze tego dnia wyruszymy w stronę Inssbrucka, żeby kolejnego dnia już od rana móc go zwiedzać, gdyż taki był kolejny cel naszej podróży. Z nieocenioną pomocą Patricka udało nam się jeszcze znaleźć Mszę Świętą w okolicy i przed wyjazdem jeszcze w niej uczestniczyć. Tu już się z nim pożegnaliśmy, dziękując mu ogromnie za wszystko, co dla nas zrobił. Patrick, czekamy na Twoje odwiedziny w Polsce. W Krakowie zawsze będzie czekać na Ciebie u nas miejsce. Serdecznie zapraszamy!

Innsbruck

Innsbruck to kolejna perełka Tyrolu! Miasto, w którym niezależnie, w którym kierunku się spojrzy, widać góry. A z samego centrum można wjechać kolejką na Nordkette, czyli najbardziej wysunięty na południe łańcuch górski Karwendel.

Jak zwykle nam się wszystko przedłużyło i do Innsbruck zajechaliśmy bardzo późno wieczorem, a nawet można rzec, iż była to już noc. W pewnym momencie jeżdżenie i sprawdzanie zaznaczonych w aplikacji park4night miejscówek po to, żeby zaraz okazało się, że są nielegalne, albo nie istnieją, zaczęło wydawać nam się daremne. A więc stanąwszy na parkingu przy cmentarzu oraz schowawszy się za dostawczym samochodem, by być trochę dalej od ulicy i nie rzucać się w oczy, zaczęliśmy nasze przygotowania do spania i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. To, że spaliśmy niemalże ramię w ramię ze zmarłymi zupełnie nam nie przeszkadzało. A nawet tak nam się spodobało, że zostaliśmy tam jeszcze na kolejną noc. Odmówiliśmy „wieczny odpoczynek..” i czuliśmy się przez dusze zmarłych pilnowani, a w związku z tym bezpieczni. Tak wyglądała nasza okolica, gdzie stacjonowaliśmy kamperem:


Zwiedzanie Innsbrucka rozpoczęliśmy od wjazdu kolejką na Nordkette. Ponieważ byliśmy nastawieni na zwiedzanie miasta, to nasze stylizacje były eleganckie. W związku z tym byliśmy jedynymi tak ubranymi turystami na takich wysokościach w górach. Nie mamy pewności, czy nie jesteśmy na okładkach gazet austriackich, gdyż takowych nie czytamy.

Trzeba przyznać, że było tam też po prostu zimno. Ludzie byli poubierani raczej w puchowe kurtki, spodnie trekkingowe, a niektórzy mieli nawet czapki i rękawiczki. No cóż, chce się być pięknym, trzeba cierpieć! Z tego między innymi powodu nie byliśmy długo na górze. Podelektowaliśmy się wspaniałymi widokami i zjechaliśmy na dół, by zwiedzać Inssbruck dalej. Ale nawet dla tych paru chwil, było warto!

Głodni i zmarznięci po zjeździe na dół, natychmiast udaliśmy się na kawę i austriacki przysmak – Strudel, do słynnej tam Strudel Cafe Kröll. Strudel to wielowarstwowe ciasto przekładane najczęściej nadzieniem jabłkowym. Natomiast w tej kawiarni było tam ich mnóstwo rodzajów. Ja byłam zachwycona. Oczywiście nie mogąc się zdecydować, spędziliśmy tam mnóstwo czasu. A kiedy kelnerka przyniosła wybrane przez nas ciastka, spróbowawszy swojego, postanowiłam zamienić się z Sebastianem. Aj tak mi było szkoda, że nie dam rady zjeść każdego rodzaju. Był to dla mnie istny raj! Po energetycznym doładowaniu się, pojechaliśmy zobaczyć Patscherkofel, który jest jednym z ośrodków narciarskich, który wchodzi w skład regionu Olympia SkiWorld Innsbruck. To tutaj właśnie bywają organizowane Igrzyska Olimpijskie. To była bardziej atrakcja dla Sebastiana, ale miło było mi towarzyszyć w jego zachwycie infrastrukturą skoczni. Cóż, on ze mną też był podczas, gdy ja oddawałam się rozkoszy jedząc niebiańsko dobry Strudel 🙂

A i zgubiłam tam parasol! To już chyba tradycja! Czy Wy też tak macie ? Ja jeszcze okulary przeciwsłoneczne tak ciągle gdzieś zostawiam. Na szczęście nauczona doświadczeniem kupuje te najtańsze, żeby mi nie było aż tak szkoda!

Kiedy wróciliśmy z powrotem do miasta, poszliśmy na Mszę świętą, oraz oddaliśmy się spokojnemu spacerowi po mieście, próbując wciągać jak najwięcej jego klimatu.

Aż w końcu dopadł nas wieczorny głód i nastała pora na wybranie miejsca, gdzie zjemy naszą obiadokolację. I kiedy tak romantycznie spacerowaliśmy sobie malowniczymi uliczkami miasta trzymając się za ręce, zapytałam Sebastiana:
-Kochanie, tyle rzeczy już próbowaliśmy w Austrii, na co masz największą ochotę? Mi tu wszystko smakuje, więc ja się dostosuję 🙂
Na co Mąż mi odpowiedział, że chętnie zjadłby pizzę, gdyż kolejnym naszym celem były Włochy i jego kubki smakowe miały pragnienie zaznaczyć taki italiański akcent.
Na co ja zareagowałam z wielkim uśmiechem, gdyż jakiś czas wcześniej spacerując, zapamiętałam jedną z knajp, z którą mijaliśmy. Zapadł mi w pamięci głównie zapach włoskich przypraw i zielonej scenerii. Więc od razu zaproponowałam, byśmy się tam wrócili, bo przecież na pewno tam podają pizzę. Pizzy co prawda nie podawali, ale było włosko, ojj było! Ledwo zajrzeliśmy do środka, zaraz szef restauracji zaczął nas ciepło witać oraz serdecznie zapraszać głośno krzycząc „Ciao”, „Buonasera”! Spojrzawszy się na siebie porozumiewawczo, weszliśmy do środka. Zaraz został nam przydzielony mały, wysoki stolik i barowe krzesełka. Miejsce nie wyglądało na restaurację. Wydawałoby się jakby to był sklep z włoskimi produktami. Ale na nic absolutnie nie narzekaliśmy, byliśmy bardzo szczęśliwi, że trafiliśmy właśnie w takie miejsce! Za chwilę zostaliśmy zaopiekowani. Oczywiście porozumiewaliśmy się po włosku, nie w żadnym innym języku. Przecież nie w niemieckim, nie w angielskim. Włosi mówią tylko po włosku, co z tego, że jesteśmy w Austrii ? 🙂 W każdym razie nie wiem jak, bo my włoskiego ni dudu, ale dogadaliśmy się. Zaraz przynieśli nam najlepszą lemoniadę na świecie jaką piłam – Lemonsoda. Teraz, kiedy jestem u nas w Polsce we włoskich restauracjach, zawsze pytam o ten napój. Niektórzy rzeczywiście go sprowadzają. Pychota! Z kawałkami cytryny na spodzie! Chwilę potem na naszym stoliku wylądował talerz włoskich przystawek, czyli Antipasti!

Wyczyściliśmy talerz do zera, wszystko było przepyszne. Tego smaku nie da się zapomnieć! A za chwile wjechała lazania…..ajjj to dopiero była uczta. Ja lasanię uwielbiam i jadłam to danie wiele razy w różnych miejscach, ale tamta…była wyborna! Smak tego sera, oliwy….mmmm…rozpływam się na samo wspomnienie!

Miał być jeszcze deser, ale nie daliśmy rady. Znaczy standardowo ja bym dopchała, ale Mąż się poddał i przeprosił szefa kuchni, więc już nie protestowałam. Ale jeszcze przez parę dni mi się przypominał i było mi szkoda, że go nie pochłonęłam. Na dodatek okazało się, że szef kuchni pochodzi z Apulii, do której my zmierzaliśmy w dalszej części urlopu. Jakaż była nasza radość! Nie obyło się bez wyściskania. Sebastian zostawił im taki napiwek, że nie tylko ja byłam w szoku, ale i oni sami. Tak się ucieszyli, że spakowali jeszcze kawał pizzy i nam go ofiarowali. Grazie! To był naprawdę wspaniały wieczór, jakiego potrzebowaliśmy. Włoski wieczór w Austrii na dzień przed wyjazdem do słonecznej Italii. To musiał być jakiś znak. Apulia już na nas czeka! Pełni nadziei oraz entuzjazmu na dalszą część urlopu zrobiliśmy sobie romantyczny spacer na naszą miejscówkę – parking pod cmentarzem, pod nosem nucąc: „Ciao, ciao, ciao siciliano!

Tonny Tabbi – Ciao Siciliano

ZIRBENWEG – SZLAK ALPEJSKIEJ LIMBY

Ostatniego dzień w Inssbruck, a także w ogóle w Austrii spędziliśmy na łonie natury, której naszemu sercu najbliżej, czyli w górach. Z samego rana pojechaliśmy autobusem do urokliwego, pobliskiego kurortu u stóp góry Patscherkofel. Znajdowało się tam mnóstwo wyciągów narciarskich oraz pieszych szlaków, z których można było podziwiać malownicze widoki na Alpy. Wycieczkę zaczęliśmy od wjechania gondolową kolejką na wysokość około 2000 m.n.p.m. Następnie wyszliśmy na szczyt Patscherkofel, na którym widoki naprawdę zapierały dech w piersiach.

Dalej szliśmy granią około 7 km. podziwiając widoki na pasmo górskie Nordkette.

Sebastian podczas tej wędrówki zadał mi pytanie, czy wolałabym mieć domek z widokiem na góry czy też na morze. Po chwili zastanowienia odpowiedziałam, że na morze. Gór nie muszę widzieć, je wolałabym mieć zasięgu ręki, by móc po nich chodzić i ich doświadczać. Jeszcze jakiś czas wędrując o tym rozmawialiśmy i oddawaliśmy się rożnym refleksjom. W tej kwestii mamy bardzo podobnie.
To był naprawdę świetnie spędzony czas. Niewątpliwie przekonaliśmy się, że góry są przestrzenią, w którą ciągnie nas najbardziej.
Pora na kwintesencję, a więc piosenkę:

Kordian – Góry Moje Góry

JEDZENIE W AUSTRII

To chyba już będzie nasz standard, że gdy opisujemy kraj, który odwiedziliśmy, musi być osobny rozdział o tutejszym jedzeniu. Uczciwie przyznajemy, że kuchnia austriacka podeszła nam niemalże w stu procentach. Nie było takiej rzeczy, którą tam jedliśmy, a która by nam nie smakowała. A co tam jedliśmy ? 🙂 O niektórych z wymienionych niżej rzeczy już wspominałam w tym wpisie.

Tiroler Gröstl – danie z podsmażanych ziemniaków, cebuli, boczku, wołowiny podawane z sadzonym jajkiem. Jedliśmy je tam parę razy. Pierwszy raz w schronisku, drugi w restauracji. Wydaje nam się, że w tym schroniskowym nie było wołowiny. Tiroler Gröstl zajadałam się również podczas poprzednich moich pobytów w Austrii. Wówczas robił mi je Patrick, a także kosztowałam przy okazji noclegu podczas wędrówki w schronisku. Każde z nich było przepyszne i każde było zupełnie innym doświadczeniem dla mojego podniebienia.

Kaiserschmarrn – tak zwany omlet cesarski. Jest to gruby naleśnik porwany na kawałki i posypany cukrem pudrem. Najczęściej podają go z musem jabłkowym lub powidłami. Jedliśmy wersję z musem jabłkowym, dwa razy w dwóch różnych schroniskach. Obydwa smakowały obłędnie.

Graukäsesuppe – zupa w formie kremu serowego. Robi sią ją z tyrolskiego szarego sera podpuszczkowego, który jest mocno aromatyzowany oraz kwaśny. Robi się go z mleka krowiego, a jest wytwarzany właśnie w dolinach tyrolskich Alp w Austrii. Nazwa jego pochodzi od szarej pleśni, która zwykle rośnie na jej skórce. Charakteryzuje się wyjątkowo niską zawartością tłuszczu oraz silnym, przenikliwym zapachem. Patrick zrobił ją dla nas na nasz przyjazd, na przywitanie. Była genialna, obydwoje z Sebastianem jesteśmy miłośnikami serów, szczególnie tych długo dojrzewających. Z podróży zawsze przywozimy regionalne sery. W tym przypadku również tak zrobiliśmy.

Strudel – deser z półkruchego, warstwowego ciasta tradycyjnie z nadzieniem jabłkowym. Natomiast można spotkać przeróżne farsze zarówno słodkie jak i wytrawne. Popularny jest bardzo Topfenstrudel – z słodkim twarogiem i sosem waniliowym. Ten przysmak jedliśmy w słynnej kawiarni w Inssbruck Strudel Cafe Kroll. Istny raj dla podniebienia, oczu oraz nosa 🙂 O mało nie oszalałam z radości!

Käsespätzle – gotowane kluski z mąki, jajka, kaszy manny, sody podawane z dużą ilością tyrolskiego sera i zasmażaną cebulką, a niekiedy również ze skwarkami. To chyba takie nasze kluski lane czy też kładzione 🙂 Patrick przyrządzał nam to danie podczas jednego z wieczorów, które razem spędziliśmy podczas naszej wizyty w Tyrolu. Zarówno on, jak i my uwielbiamy gotować. Dlatego urządzaliśmy sobie wspólne gotowanie. Jednego dnia on gotował coś regionalnego dla nas, drugiego my dla niego. My przyrządziliśmy mu wtedy naleśniki ze szpinakiem, serem fetą i czosnkiem zapiekane z serem cheddar. Mówiąc nieskromnie to jedno z naszych kulinarnych numerów popisowych 🙂

Kaspressknödel są to smażone placki z czerstwego chleba, cebuli, wspominanego wcześniej szarego sera, jajka oraz mleka. Często podawane są z kapustą. Jedliśmy je w schronisku i w restauracji. Oj, lubią tłuszczyk, lubią 🙂 Mniam, mniam 🙂

Wienerschnitzel – cielęcy, kotlet w falującej panierce smażony na smalcu. Tradycyjnie podawany jest zawsze z kawałkiem cytryny do pokropienia, ziemniakami oraz sałatą. Można się najeść.

Trzeba przyznać, że kuchnia austriacka jest bardzo kaloryczna, ciężkostrawna i tłusta. Gdyby przyszło nam tak odżywiać się codziennie, pewnie nie tylko byśmy nabrali dodatkowych kilogramów, ale nasz cholesterol osiągnął by zatrważające wyniki, a żołądek nie miałby chwili odpoczynku. Natomiast nasze kubki smakowe na pewno byłyby zachwycone. Jedzenie w Austrii jest dla nas po prostu przepyszne, choć niestety do najzdrowszych nie należy. Ale niestety bardzo często występuje zjawisko, że to, co jest dobre, tuczy i nie wpływa dobrze na nasz organizm. Natomiast to, co jest zdrowe i niskokaloryczne, już tak dobrze nie smakuje. Tak to już jakoś jest, że zakazany owoc smakuje najlepiej. No to piosenka:

Krzysztof Antkowiak – Zakazany Owoc

Natomiast ja mam na to swoją teorię, że we wszystkim potrzebny jest umiar. Tak jak nie jest dobrze objadać się niezdrowymi rzeczami, tak samo równie źle jest całkowicie sobie ich odmawiać i na nie sobie nie pozwalać. Ja zdecydowanie preferuję staranie się o wprowadzanie zdrowych rzeczy czy nawyków w naszej codziennej diecie, a eliminowanie złych, co nie znaczy, że w sposób całkowity. Uważam, że jedzenie w umiarkowanych ilościach nawet niezdrowych rzeczy lub raz na jakiś czas, nie jest aż tak szkodliwe, jak się wielu osobom wydaje. Znając swój organizm wiem, że gdybym zrezygnowała całkowicie z pewnych rzeczy, które lubię i bym sobie ich ciągle odmawiała, w końcu przyszedłby taki moment, że bym nie wytrzymała i się na nie rzuciła. Więc wolę jeść mniej czegoś lub rzadziej, ale nie robić sobie takich drastycznych diet czy też restrykcyjnych ograniczeń. Takie jest moje podejście. Natomiast każdy musi wypracować sobie swoje.

I tak o to wyglądała pierwsza część naszego ubiegłorocznego urlopu. Było jak widzicie intensywnie, ale to już wiecie, że u nas nie może być inaczej. Zawsze się coś dzieje! Muszę też powiedzieć, że opisując te wszystkie nasze perypetie z tej części wyjazdu, mocniej zabiło mi serce. Kiedy oglądałam zdjęcia z wyjazdu i przypominałam sobie wszystkie obecne podczas niego emocje, naprawdę się wzruszyłam. Był to powrót do miejsc, w których będąc, przeżyłam mnóstwo wartościowych rzeczy. Teraz miałam okazję przeżyć to jeszcze raz, ale inaczej. Można powiedzieć na nowo. Już nie sama, jak to wtedy było, a we dwoje z moim Mężem, którego w tamtym czasie tak oczekiwałam. Ponadto te wyjazd były to też odwiedziny Patricka, którego bardzo cenię i lubię. To człowiek o niezwykłym sercu i bezinteresowności, którego wielkoduszność w wielu momentach mnie zawstydza. A przede wszystkim był to wyjazd w moje ukochane góry. Jeszcze bardziej przekonałam się, a może bardziej przypomniałam sobie, jaką one maja dla mnie ogromną wartość. Nie zamieniłabym ich na żadne morze, jezioro czy ocean. To jest moja największa pasja. Od czasu wypadku, jaki miałam parę lat temu w Tatrach ( kiedyś może opowiem), bardzo je zaniedbałam. Lęk, który mi pozostał bardzo mnie ogranicza. Natomiast miłość do gór w moim sercu dalej płonie i nie gaśnie. Nawet, kiedy jestem daleko od nich. Ale ciągle mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni i wrócę na granie skalne. Cóż…zatem zakończmy razem niezwykle refleksyjną piosenką:

Rozmyślania na grani – Byle do góry

2 myśli na temat “Ale to już było… :)

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑