Jak już wiecie wyjazdy nad polskie morze jesienią to nasza tradycja. I tym razem nie odpuściliśmy! Śmiejemy się, że mamy linię brzegową całą już przechodzoną, ponieważ każdego roku staramy się pojechać w inne miejsce. Byliśmy już w Gdańsku, spacerując od plaży w Brzeźnie przez Sopot do Gdyni, w Międzyzdrojach robiąc sobie wycieczki plażą do Międzywodzia, a także na Helu idąc z kolei stamtąd do Jastarni. A w tym roku postanowiliśmy pojechać do Gdyni, by stamtąd przejść brzegiem morza na sam cypelek w Rewie. No, patrząc na mapę, muszę sprostować, trochę przesadziliśmy 🙂 Do tego, żeby schodzić całą linię brzegową nam jeszcze dużo brakuje. Ale jesteśmy na dobrej drodze. W szczególności, że mamy zamiar podtrzymywać tradycję tyle czasu, ile tylko będziemy w stanie 🙂
W tym roku wyjazd nad morze był połączony z wyjazdem na warsztaty muzyki liturgicznej Sebastiana w Kielcach, z moimi w tym czasie odwiedzinami w rodzinnych stronach oraz ze wspólnym uczestniczeniu w targach kamperowych w Poznaniu. O tym tylko wspominam, nie będę się rozpisywać, ponieważ będzie o tym osobny wpis 🙂
A więc przejdźmy do sedna 🙂
Gdynia

W tym roku naszą podróż nad Bałtyk zorganizowaliśmy w ten sposób, by Sebastian część czasu mógł poświęcić na pracę, a ja na pisanie. Tak, to była nasza wspólna decyzja 🙂 A więc zamiast kampera i hotelu, postawiliśmy na wynajęcie na parę dni mieszkania z dwoma pomieszczeniami, gdzie moglibyśmy osobno działać, każde w swoim temacie nie przeszkadzając sobie nawzajem. Natomiast drugą część naszego pobytu nad polskim morzem mieliśmy w planach przeznaczyć na nadmorskie spacery, czyli coś, po co przemierzamy co roku te kilkaset kilometrów na północ. Niestety zarówno jedna, jak i druga rzecz nam się do końca nie udała tak, jak byśmy chcieli. Otóż Sebastian wrócił z warsztatów przeziębiony, a konkretnie miał zatkany nos i co jakiś czas mu z niego coś siąpiło. Mimo to, pierwszego dnia pobytu, zdecydowaliśmy się spróbować zrealizować zaplanowaną przez nas nadmorską trasę brzegiem Bałtyku. Prognozy pogody na kolejne dni zapowiadały coraz gorsze warunki, więc tak naprawdę nie było co się zastanawiać, tylko iść do przodu. I tak też uczyniliśmy. Zapakowaliśmy prowiant do plecaka, który zarzucił na plecy Sebastian i udaliśmy się podążając za ustawionym GPS-em na plażę na Oksywiu, gdyż tam znajdowało się najbliższe zejście do morza z dzielnicy, w której wynajmowaliśmy na te parę dni mieszkanie. Droga prowadziła nas przez rodzinne ogrody działkowe, więc szło się bardzo przyjemnie wśród małych uroczych altanek z niewielkimi parcelami. Niektóre były tak dobrze zagospodarowane, że można było przypuszczać, że ludzie w nich przynajmniej okresowo mieszkają. Ale nie brakowało również bardzo zaniedbanych działek. Muszę przyznać, że pogoda nam naprawdę dopisała. Słońce oraz czyste niebo towarzyszyło nam przez cały dzień. Szliśmy w kierunku cypelka Rewy, a pośrednim naszym celem był klif w Mechelinkach. Na początku maszerowało nam się bardzo przyjemnie, gdyż brzeg był bardzo ciekawy, a sceneria bardzo malownicza.

Plaże były piaszczyste, ale nie były bardzo szerokie, jak to zazwyczaj. Po lewej stronie mijaliśmy wydmy o bardzo różnorodnym ukształtowaniu. Raz były niższe, raz wyższe, a czasem, żeby przejść dalej trzeba było przeprawić się przez powalone drzewo, a innym razem z kolei stąpać po dużych stromych kamieniach.

Niestety w okolicach plaży Babie Doły w Gdyni, natrafiliśmy na przeszkodę, której nie daliśmy rady pokonać. Leżało mnóstwo konarów drzew, które opadły i zwisały z wysokich wydm, w których zostały ich korzenie. Brzeg był w tym miejscu bardzo wąski i morze na nie zachodziło. Dodatkowo konary były wąskie i śliskie. Było to dosyć niebezpieczne, a widać było w oddali, że wyglądający odcinek w ten sposób jeszcze długo się ciągnął, a też nie wiedzieliśmy co będzie jeszcze dalej. Zrobiliśmy odwrót i szukaliśmy optymalnego wejścia na wydmy, by przejść górą. Natomiast wszędzie było bardzo stromo, a i tereny w górze jawiły nam się jako gęsto zalesione. Wchodzenie na nie wydawało się bardzo ryzykowne. Nie tylko dlatego, że było bardzo spadziście, ale też z tego względu, że skoro tyle drzew pospadało, to dodatkowo pod naszym ciężarem i poruszaniem, groziło po prostu zawaleniem. Zbocze klifu, które mieliśmy przed sobą nie wzbudzało naszego zaufania. Nie chcąc się jednak poddać postanowiliśmy obejść miastem pewien odcinek i wrócić którymś kolejnym zejściem do morza na brzeg w nadziei, że będzie już można bezpiecznie przejść. Nie było to jednak takie proste z uwagi na to, że musielibyśmy nadrobić bardzo duże odległości, gdyż teren wokoło plaży w dużym wymiarze należał do Gdańskiej Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej im. kmdr. por. pil. K. Trzaski-Durskiego. Była to baza wojskowa, więc wejście na ich teren było zabronione. W związku z tym postanowiliśmy zamówić Ubera, co też w praktyce okazało się nie takie proste. Była wówczas godzina szczytu, gdyż ludzie właśnie wracali z pracy i panowały w mieście okropne korki. W związku z tym większość taksówek była zajęta lub kierowcy z powodu braku opłacalności dla nich, odmawiali przyjechania po nas na obrzeża miasta, gdzie się znajdowaliśmy . Na oczekiwanie straciliśmy blisko godzinę. Na szczęście, gdy już Uber przyjechał, udało się sprawnie dotrzeć do Mechelinek. Kierowca był na tyle miły, że polecił nam wejście na słynny punkt widokowy w tej miejscowości, zanim dotrzemy na plażę i wskazał drogę.

Było warto! Widok na morze i klify dookoła z takiej wysokości był naprawdę majestatyczny. I byliśmy tam zupełnie sami. Romantico 100 %!

Następnie zeszliśmy pobliskim zejściem do morza na plażę i ruszyliśmy w kierunku Rewy. Kolejny odcinek miał z kolei zupełnie inną scenerię. Tutaj zamiast wydm z boku podziwialiśmy Rezerwat przyrody Mechelińskie Łąki. Również było to coś zupełnie innego, czego byśmy się spodziewali. Zazwyczaj nad morzem z jednej strony jesteśmy po prostu odgrodzeni mniejszymi lub większymi wydmami, które czasem bywają zalesione, a czasem piaszczyste. W każdym razie najczęściej jesteśmy oddzieleni. A tu po prostu mijaliśmy wielkie połacie zielonej, płaskiej ziemi. Mając z jednej strony otwarte morze, z drugiej mieliśmy otwartą przestrzeń. Niesamowite uczucie. Już pod koniec było nam bardzo trudno iść, ponieważ słońce już zaszło i było po prostu nieprzyjemnie zimno. Natomiast nie poddaliśmy się i doszliśmy do końca. Cypel w Rewie wynagrodził nam nasze wysiłki i bardzo nas zachwycił widokiem.

Byliśmy tam również sami. No, nie licząc ptaków 🙂 Po zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia udaliśmy się czym prędzej ku cywilizacji w poszukiwaniu jedzenia.

To również nie było proste, gdyż z racji tego, że po sezonie praktycznie całe miasto wyglądało jak wymarłe, praktycznie wszystko było pozamykane. Więc gdy zobaczyliśmy pierwsza otwartą knajpę, z której pachniało jedzeniem i wiało ciepłą, przyjemną temperaturą, długo się nie zastanawialiśmy, tylko tam weszliśmy. Ojj i pojedliśmy. Muszę przyznać, że porcje nas pokonały. Ogromny talerz pomidorowej z makaronem oraz wielki schabowy z frytkami i surówką…ahhhh. Tak, jak lubimy 🙂 Czuć było, że wszystko było przygotowywane na świeżo. Co tu dużo mówić…grzechu warte! Do dziś wspominamy jedzonko z uśmiechem. A to, czego nie udało nam się zjeść, zapakowaliśmy i odgrzaliśmy następnego dnia do obiadu. U nas nic się nie marnuje! To była naprawdę dobra wędrówka. Zrobiliśmy łącznie kilkanaście kilometrów. Także jedzonko nam się należało, nie mieliśmy żadnych wyrzutów sumienia co do spożytej ilości kalorii oraz ilości tłuszczu, jakie wchłonęliśmy . Plan dalej był taki, że kolejne dwa dni poświęcamy na pracę i pisanie, a ostatni dzień na wędrówkę w druga stronę, tym razem do Gdańska, gdzie obiecaliśmy uwieńczyć spacer gorącym pączusiem przy plaży w Brzeźnie, który powoli wchodzi już też do naszej tradycji wyjazdów jesienią nad Bałtyk. Niestety jak już wspominałam, nasze plany musiały ulec lekkiej modyfikacji. Kolejnego dnia Sebastiana zatkany nos z siąkającym katarem przybrał na sile, a ja również już nie czułam się dobrze, gdyż bardzo bolała mnie głowa i mięśnie. Sebastian w ciągu dnia rzeczywiście pracował, natomiast ja praktycznie przeleżałam większość czasu. Mąż po pracy do mnie dołączył pod ciepły kocyk, więc razem było już trochę raźniej. Kolejnego dnia już oboje braliśmy Gripex i wygrzewaliśmy się cały czas, by jak najbardziej wydobrzeć do kolejnego dnia, którego mieliśmy zaplanowany nadmorski spacer do Gdańska. Niestety nie udało się zwalczyć infekcji tak szybko. Mnie bardzo bolało gardło, w nocy nie mogłam też przez to spać. W związku z tym odpuściliśmy spacer brzegiem morza. Pogoda zresztą też nie zachęcała, gdyż przez większość czasu po prostu lało, niebo było bardzo zachmurzone i panował duży ziąb. W związku z tym, ubraliśmy się ciepło, jak tylko się dało i pojechaliśmy do Gdańska samochodem, by nie przerwać tradycji i zjeść gorącego pączusia.

Ojjj tak, wszystko nam się przypomniało! Smakowały zupełnie tak samo, jak poprzednim razem. Były przepyszne. Niestety musieliśmy zjeść je w samochodzie, gdyż tak zacinało deszczem. Poczekaliśmy jeszcze trochę i kiedy na moment przestało padać, udaliśmy się na plażę, by przez chwilę spojrzeć ostatni raz na morze, po czym ruszyliśmy z powrotem do mieszkania grzać się i leczyć Gripexem.

Jako, że większość czasu podczas tego pobytu nad morzem przesiedzieliśmy w mieszkaniu, mało korzystaliśmy z lokalnych restauracji. Głównie przygotowywaliśmy jedzenie sami. Nawet przywieźliśmy z Krakowa sokowirówkę! Tak się złożyło, że na naszym osiedlu był supermarket, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Muszę szczerze przyznać, że chyba lepiej prosperującego sklepu nie widziałam. Naprawdę ilość produktów i ich rodzajów robiła niemałe wrażenie. Ponadto znajdowały się tam ogromne stoiska z świeżą wędliną, mięsem, wyrobami garmażeryjnymi, piekarniczymi oraz cukierniczymi. Było naprawdę w czym wybierać. Jako, że jestem ogromnym łasuchem, możecie domyślać się, że wszystko się do mnie uśmiechało. Na największą pochwałę zasługują pierogi z mięsem oraz z kaczką, które stamtąd jedliśmy. Były po brzegi naładowane farszem, a ciasto było bardzo mięciutkie. Genialne! Do tego jedliśmy bardzo smaczną oraz niezwykle chrupką surówkę Colesław. Wszystko kupowaliśmy stamtąd świeże, na wagę oraz można było samemu dzięki specjalnej, bardzo prostej w obsłudze maszynie hermetycznie zapakować. Moją uwagę zwróciły również owoce i warzywa, ponieważ ich świeżość, wygląd, a także unoszący się zapach mocno działał na zmysły. Może zachwycam się tym tak bardzo dlatego, że w naszych najbliższych osiedlowych sklepach niestety często są one częściowo nadpsute i mocno przebrane. Nierzadko idąc z konkretną listą zakupową, trzeba spontanicznie zmieniać plany obiadowe. Istnym rajem dla mnie były również serki. Oszalałam na punkcie absolutnie mistrzowskiego serka Philadelphia Milka. Rzecz jasna, kupiłam na zaś i przywiozłam do Krakowa. Poznałam tam również serki z firmy Tartare, na które wcześniej nigdzie się nie natknęłam. Szczególnie zasmakował mi smak orzechowa aleja oraz borowikowy las. O mojej ekscytacji smakami i rodzajami chipsów nie będę się rozpisywać, ponieważ staramy się takich rzeczy nie jeść, więc niech tak pozostanie. Czasem robię sobie małe wyjątki do oglądania filmu, ale ciiii….. 🙂
A propos filmów!
Podczas pobytu w Gdyni oglądaliśmy dwa niesamowicie ciekawe, dobrze zrobione, a przede wszystkim wartościowe filmy. Trochę o nich opowiem, by Was zachęcić do ich obejrzenia, ale będę uważać, żeby za bardzo nie spojlerować.
ZNACHOR 2023
Sebastian wiele razy opowiadał mi o filmie „Znachor” z 1981 roku. Mówił, że jest to jeden z jego ulubionych filmów, który koniecznie muszę obejrzeć. Natomiast mimo wielu jego zachęt, przyznaję się, że do tej pory jeszcze tego nie zrobiłam. Aż w końcu zrobili nową wersję 🙂 A więc postanowiliśmy wspólnie ją obejrzeć. I muszę przyznać, że nie dziwię się, że mój Mąż tak go zachwalał. Aczkolwiek film jest całkiem inną interpretacją i ma wiele wątków, których podobno we wcześniejszej wersji nie ma. Dlatego też nie powinno się porównywać, choć Sebastian nie mógł się od tego uwolnić i co jakiś czas mówił, że coś było zupełnie inaczej, a to z kolei było podobnie. Natomiast historia, na której są oparte obydwa filmy jest taka sama. I jest naprawdę genialna. Zarówno jedna, jak i druga wersja pokazuje dawne czasy oraz obyczaje, częste przywary ludzi pochodzących z różnych środowisk, a także ponadczasowe wartości takie jak miłość, wierność, uczciwość, służba i poświęcenie. Film mnie tak poruszył, że nie pamiętam, czy w ogóle kiedykolwiek przeżywałam tak coś oglądając. Uważam, że od strony kinematografii, a także obsady aktorskiej, również zasługuje na wysoką ocenę. Bardzo polecam! A ja obiecuję obejrzeć w najbliższym czasie wersję z 1981 roku, która na pewno jest pięknym arcydziełem na miarę ówczesnych czasów.
HISTORIA MAŁŻEŃSKA 2019
Na ten film, trafiliśmy przypadkiem. Po prostu szukaliśmy czegoś, co by nas zainteresowało do obejrzenia na jednej z platform internetowych, na której by obejrzeć „Znachora” musieliśmy wykupić abonament na miesiąc. Ten komediodramat przedstawia historię 10 letniego małżeństwa, które dąży do jego rozpadu. Scenariusz jest bardzo realistyczny, a praktycznie każdy długoletni związek kobiety i mężczyzny mógłby się odnaleźć w niejednej scenie z tego filmu. Poziom emocji podczas kłótni małżonków wprowadza widza w osłupienie, a może nawet zawstydzenie. Ten, kto jest bardziej świadomy, szybko zobaczy w nich swoje odbicie. Chciałoby się powiedzieć „dobrze, że my się tak nie kłócimy”. Jednak relacje są pokazane w taki sposób, że naprawdę ciężko uciec w takie myślenie. Uważam, że każde małżeństwo niezależnie z jakim stażem powinno obejrzeć ten niezwykle wartościowy film. A może i nawet narzeczeństwa.. Jest to z jednej strony przestroga, w co możemy wpędzić naszą relację oraz niczemu winne dzieci, a z drugiej strony zobaczenie pewnych rzeczy w lustrze u siebie, co być może bez tego nie wydaje nam się aż takie upokarzające. Według mnie ów film nadaje się idealnie na rekolekcje dla małżonków, kurs komunikacji dla par czy też po prostu spotkanie różnych małżeństw i wspólną dyskusję. A już na pewno jest to świetny pomysł na randkę małżeńską 🙂 W każdym razie….polecamy! 🙂 Jesteśmy też ciekawi Waszych wrażeń odnośnie zarówno jednego, jak i drugiego filmu.

Mimo, że nie mogliśmy przeżyć tego pobytu, tak jak go zaplanowaliśmy, ani trochę nie żałujemy przejechanych kilometrów. Warto było dla tych „paru chwil” nad morzem, tam pojechać. Przyszła mi do głowy piosenka, więc mały przerywnik:
Ira – Parę chwil
Wierzę, że morska bryza zostanie nie tylko w naszych płucach, ale i sercach na długo. Czasem nie ilość się liczy, a jakość. A było naprawdę cudownie i jesteśmy bardzo wdzięczni za ten przepiękny czas razem w tym miejscu. Na koniec wklejam krótki filmik z naszego nadmorskiego spaceru. Zawsze celebruję te chwile, kiedy jest taka cisza, morze i fale…Uwielbiam się na nie patrzeć i je chłonąć. To bardzo uspokaja oraz napawa pozytywną energią, którą potem można dzielić się po powrocie z innymi.
A na koniec jeszcze przyszła mi do głowy piosenka:
Kamil Bednarek – Cisza

Bardzo ciekawa opowieść, uwielbiam Ira – Parę chwil 🙂 fajnie razem wyglądacie, wydaje się że pasujecie do siebie ^ ^, życzę spełnienia wszystkich wymarzonych podróży i nie tylko, pozdrawiam serdecznie
PolubieniePolubienie
Dziękuję za dobre słowo o naszej opowieści 🙂 To, co opisujemy, co przeżywamy będąc podróży jest ciekawe również dla nas. Nam samym jest bardzo przyjemnie, kiedy wracamy do tych chwil, by się nimi dzielić z innymi. Bo to taki nasz skarb. Miło słyszeć taki budujący feedbeck, to nam pokazuje, że rzeczywiście ma to sens i motywuje do dalszego dzielenia się 🙂
A piosenka tak, stara, ale jara :)Też bardzo motywująca 🙂
Czy pasujemy do siebie ? Myślę, że jesteśmy bardzo dobrym uzupełnieniem siebie, więc raczej tak 🙂 W tym, w czym ja nie domagam, mój Mąż wzrasta i to bardzo dobrze wpływa na mnie. W drugą stronę podobnie 🙂 Ale myślę, że przede wszystkim łączą nas wspólne wartości. Pozdrawiam Ciebie również! 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No cóż, ja biorę stronę Sebastiana 🙂 Znachor – klasyka.
„Historię małżeńską” w przeciwieństwie do ww. Znachora widziałem tylko raz, 4 lata temu w kinie. I wtedy wywarła na mnie duże wrażenie.
Ciekawy pomysł, Kingo, z prezentacją tego filmu na rekolekcjach, kursach, albo… randkach 🙂
A może zainspiruje się tym pomysłem nasz wspólny kolega, i podobnie jak zorganizował dedykowany Kobietom DKF, przygotuje podobny dla par? 😉
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Musze obejrzeć w końcu tego klasyka Znachora, bo chyba nie dacie mi spokoju 🙂
Daniel, to bardzo dobry pomysł, podoba mi się! Chcesz mu to zaproponować ? 🙂 Nie chciałabym kraść Twojej inwencji 🙂
PolubieniePolubienie
Ej, przecież to Twój pomysł. Zresztą nie wpisuję się w grupy docelowe dla tego typu spotkań 😉
PolubieniePolubienie
No to zaproponuję! 🙂
PolubieniePolubienie