Tydzień w Hiszpanii

  1. Małe jest piękne, a co duże to… cieszy 🙂
  2. Mój drugi raz samolotem
  3. FUENGIROLA
  4. MALAGA
  5. RONDA
  6. ANTEQUERA
  7. ARDALES
  8. NERJA
  9. CAMINITO DEL REY
  10. EL TORCAL DE ANTEQUERA
  11. Jezioro
  12. NIEBIESKIE JEZIORA W ANDALUZJI – NAŁÓG COŚRÓBSTWA
  13. WSCHÓD SŁOŃCA W HISZPANII
  14. MIESZKANIA W HISZPANII
  15. JEDZENIE W HISZPANII

Jak w tytule na nasz tak zwany poświąteczny lub ponoworoczny urlop wybraliśmy się tym razem do Hiszpanii. Wybór był podyktowany korzystną ofertą lotów oraz dogodnego miejsca noclegowego, które udało nam się znaleźć. Zazwyczaj na „zimowy” urlop wyjeżdżamy zaraz po świętach Bożego Narodzenia, a wracamy na Święto Trzech Króli. Natomiast z racji tego, że nasz kamper jest dalej w serwisie oraz ciągle nie wiadomo co z nim będzie, a ofert z Biur Podróży staramy sią unikać, postanowiliśmy poszukać i zabukować coś na własną rękę. Z pomocą portali społecznościowych, działających tam grup oraz wyszukiwarek internetowych, udało nam się znaleźć coś, co zapaliło w naszych sercach płomień. Padło na Andaluzję, czyli samo południe Hiszpanii. Niedługo przed nami to miejsce odwiedzili nasi znajomi i byli bardzo zadowoleni z wyjazdu, także byliśmy bardzo ciekawi. W tym okresie czuliśmy ogromną potrzebę zmiany otoczenia oraz oderwania się od spraw, które zajmowały nasze głowy. Końcówka roku była dla nas ciężka pod względem chorób, cierpienia, a także śmierci bliskich nam osób, które mocno przeżywaliśmy. Natomiast na szczęście byliśmy w tym we dwoje, więc emocje i uczucia dzieliły się na pół i dzięki temu przetrwaliśmy wszystko najlepiej jak potrafiliśmy. Aczkolwiek czuliśmy się wyczerpani i podróż była przez nas mocno wyczekiwana. Jawiła nam się ona jako niemal antidotum na ostatnie trudne wydarzenia, których doświadczyliśmy.


No to co ? Jak nic musi być teraz piosenka 🙂

Kasia Kowalczyk – Antidotum

Małe jest piękne, a co duże to… cieszy 🙂

Nie wiem czy uwierzycie, ale polecieliśmy na tydzień do Hiszpanii z bagażem podręcznym. Zmieściliśmy się naprawdę, daję słowo, choć samej ciężko mi jest w to uwierzyć. Ale niewątpliwie była to przygoda. Natomiast trzeba powiedzieć co nas do tego skłoniło. Otóż okazało się, że znaleziony przez nas okazyjny lot, nie ma żadnych dodatków.A więcmiędzy innymi bagaż rejestrowany, ubezpieczenie lotu czy też opcja gwarancji miejsc obok siebie była dodatkowo płatna. Także po dodaniu wariantów, które nas interesowały, cena nie wydawała się nam już tak atrakcyjna jak wcześniej. Postanowiliśmy więc zastanowić się i wybrać tylko te opcje, które według nas dla naszego poczucia komfortu są konieczne, a zrezygnować z tych, bez których naszym zdaniem damy radę wytrzymać. Czyli dokupiliśmy ubezpieczenie, ponieważ wydawało nam się to rozsądne oraz gwarancję miejsc obok siebie z racji tego, że jak już wiecie boję się latać, więc trzymanie bliskiej osoby za rękę było bardzo przeze mnie pożądane. Natomiast stwierdziliśmy, że polecimy tylko z bagażem podręcznym (!). Pomyśleliśmy, że spróbujemy, a czemu by nie ? Najwyżej dowiemy się, że kolejnym razem tak zrobić nie możemy. Sebastian trochę wątpił, czy uda się ten plan ze mną zrealizować. Mój Mąż twierdzi , że zazwyczaj jest tak, że niezależnie czy jedziemy na weekend czy dwa tygodnie, zawsze samochód wypełniony jest bagażami po brzegi. Oczywiście za moją przyczyną. Nie mogę temu zaprzeczyć, jeśli mam możliwość rzeczywiście nie ograniczam się w zabieraniu rzeczy. Uważam, że lepiej coś wziąć niż nie wziąć. A nuż się przyda 🙂 Natomiast ja pamiętam czasy, kiedy podróżowałam autostopem i potrafiłam zapakować się do jednego plecaka. Zatem byłam ciekawa, czy teraz też dam radę, czy okaże się, że za bardzo się rozpieściłam i przyzwyczaiłam do dobrego. Udało się! Muszę przyznać, że było to wyzwanie, ale zostało podjęte z pełnym sukcesem! Uratowało nas to, że znaleźliśmy apartament z pralką.Dzięki temu wzięliśmy dwa zestawy ubrań, by naprzemiennie zakładać i prać. Wykazując się nie małym sprytem, na siebie założyliśmy ubrania trekkingowe, ponieważ były najgrubsze i zajmowały najwięcej miejsca. Kosmetyków do mycia się nie potrzebowaliśmy brać, gdyż wyczytaliśmy, że były w wyposażeniu apartamentu, co również nam dużo odjęło. Jeden cienki, bawełniany szlafrok na spółkę zamiast oddzielnych dla każdego dwóch grubych frotte także zrobił robotę. Rezygnacja z książek, laptopa do oglądania filmów oraz jedzenia „na początek” i związanych z nim naszych akcesoriów, które zawsze u nas tuż po ubraniach zajmują drugie miejsce w wielkości bagażu, była sprawą oczywistą. Aczkolwiek udało się na sam koniec wcisnąć po kanapce dla nas na kolację i śniadanie. Wafelki już nie weszły 🙂 W każdym razie, operacja została zakończona sukcesem! Chyba należą mi się pochwały! 🙂

Mój drugi raz samolotem

Sebastian był przekonany, że skoro już mam za sobą pierwszy lot, podczas którego nic niebezpiecznego się nie wydarzyło, mój lęk zostanie odczarowany.Nic bardziej mylnego. We wpisie o podróży na Gozo są opisane moje odczucia po moim pierwszym locie samolotem. Jeśli czytaliście, to wiecie, że nie czułam się podczas niego dobrze. Natomiast nie chciałam uciekać, nie był to lęk paniczny. Po prostu chyba nigdy nie zostanę fanką latania. Uczucie dyskomfortu podczas zmiany ciśnienia jest dla mnie po prostu nieprzyjemne. Jestem w stanie to wytrzymać i kiedy będzie taka potrzeba to mogę się na to zgadzać, ale raczej nie ma szans, by stało się to dla mnie atrakcją, jak dla niektórych osób. Mam znajomych którzy uwielbiają latać i sprawia im to ogromną radość. To też piękne, jak jesteśmy wszyscy różni.


Natomiast muszę przyznać, że ten lot pod względem odczuwania zmiany ciśnienia był dla mnie jeszcze bardziej odczuwalny niż poprzednim razem, kiedy lecieliśmy na Gozo. Możliwe, że było to spowodowane warunkami pogodowymi oraz większymi turbulencjami. Wcześniej lecieliśmy liniami Ryanair, a teraz Wizz Air. Porównując oba loty, dużym plusem był dla mnie u tego przewoźnika brak komunikatów o możliwości zakupu różnorakich produktów, miedzy innymi perfum oraz różnorakich kosmetyków. Mam wrażenie, że podczas lotów linią Ryanair, stewardessy ogłaszały je co chwilę. Natomiast tutaj, słyszałam tylko jeden raz. Nie lubię tego, ponieważ przed tymi komunikatami zawsze pojawia się ten sam dźwięk co przed wszelkimi innymi, a mi się wydaje wtedy, że wystąpiła jakaś awaria 🙂 Natomiast linia Ryanair ma z kolei korzystniej rozwiązaną kwestię bagażu podręcznego dla podróżujących. Tam można mieć bagaż podręczny i dodatkowo w ręku torebkę. A linia Wizz Air zakłada tylko jedną sztukę bagażu podręcznego. Musiałam więc pokornie wcisnąć ją do walizki, by liczba się zgadzała. Na szczęście miałam taką, którą się dało. Wyobrażacie sobie ? Poleciałam bez torebki na ramieniu! 🙂

Trudy moich wyrzeczeń i zniesienie dyskomfortu lotu samolotem zacnie zostały mi wynagrodzone jeszcze przed wylotem. Z racji tego, że na lotnisku trzeba było być odpowiednio wcześniej, a zakrawało to o porę obiadową, należało zatroszczyć się o nasze wołające jeść żołądki.Co prawda nie było dużego wyboru, ale udało nam się znaleźć coś innego niż McDonald’s czy bar z kanapkami na ciepło. Wiadomo, najzdrowszy obiad to może nie był, ale zjedliśmy coś ciepłego, pożywnego oraz kalorycznego. Wciągnęliśmy nuggetsy z frytkami i surówką. Nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości co do tego, że ta energia była nam potrzebna. A dobra fryteczka nigdy nie jest zła. Jak to mówi Sebastian „weszło jak marzenie”.

Człowiek najedzony, to człowiek szczęśliwy. Gdzieś to już słyszałam… 🙂

No to piosenka! Niech śpiewa i buja się z nami ten, co jak my kocha jeść 🙂

Simonu – Człowiek najedzony to człowiek szczęśliwy (Bellyfull Riddim)

FUENGIROLA

Lot mieliśmy do Malagi, ale nocowaliśmy w uroczym miasteczku Fuengirola. Było tam naprawdę przepięknie. Był tam ruch turystyczny, ale w ogóle nie odczuwaliśmy tłoku. Do morza mieliśmy dosłownie parę metrów, oddzielało nas zaledwie parę metrów.
Bardzo przyjemnie się tam spacerowało, szczególnie do południa. Hiszpanie nie należą do rannych ptaszków, więc do godziny 10 na ulicach panowały pustki. Dopiero w okolicach samego południa, zaczynał się ruch samochodów naprzemiennie z pieszymi.

Podobało nam się to, że część lokalnych mieszkańców przychodziła ze swoimi rodzinami na plażę z prowiantem na śniadanie. Ponadto naszą uwagę zwróciły aranżacje balkonów w blokach mieszkalnych. W większości zamontowane było urządzenie zewnętrzne klimatyzatora oraz charakterystyczna osłona przed słońcem.

Często z tych mieszkań wybrzmiewała klasyczna hiszpańska muzyka. Naprawdę dobrze się tam czuliśmy.

MALAGA

Właściciel apartamentu, który wynajmowaliśmy bardzo zachęcał nas do zwiedzenia w pierwszej kolejności Malagi, w której byliśmy tylko chwilę zaraz po przylocie. Oczywiście mieliśmy ją w planach, ale nie była ona priorytetem. Generalnie duże miasta nie należą do kręgu naszych zainteresowań. Natomiast uważamy, że niektóre rzeczywiście warto zobaczyć, więc całkiem się nie zamykamy. Po rekomendacji Xawiera sprawdziliśmy zatem połączenia do Malagi i jeszcze tego samego dnia tam ruszyliśmy.

Tutaj ruch turystyczny był odczuwalny zdecydowanie bardziej niż w miasteczku, gdzie stacjonowaliśmy. Zresztą spodziewaliśmy się, w końcu to znane i całkiem spore miasto w Andaluzji.

Szczerze powiedziawszy miasto nas nie zachwyciło. Nie było dla nas brzydkie, owszem kamienice, uliczki prezentowały się ładnie, ale niczym się dla nas szczególnie Malaga nie wyróżniała. Zawsze staramy się odnaleźć w danym miejscu „to coś”, natomiast tutaj w żadnym momencie nie pojawiło się znane „wow”. Przechadzaliśmy się uliczkami niekiedy przeciskając się pośród dzikiego tłumu turystów.

Najlepsze wrażenie na nas w Maladze zrobiła twierdza Alcazaba de Malaga, a raczej widok z niej na całe miasto z góry. Jest to ufortyfikowany pałac, który leży na zboczu góry Gibralfaro.

Podobało nam się, że dojście z centrum miasta i wejście na twierdzę zajęło nam dosłownie parę minut, a widok z niej naprawdę nas ujął. Udało się też urwać całkiem fajną fotkę małżeńską. Chyba pora na piosenkę 🙂


LOVERBOY – Zróbmy sobie fotę

Trzeba przyznać, że całkiem przyjemnie spacerowało nam się po ogrodzie botanicznym, gdzie można było poczuć się trochę jak w dżungli z racji występowania tam roślinności subtropikalnej. Z racji ograniczonego czasu przeszliśmy się nim tylko kawałek, ale jego obszar stanowi około 23 hektary. Można tam naprawdę doznać wytchnienia od zgiełku miasta.

Zwiedzanie Malagi zakończyliśmy spacerem po promenadzie Muelle Dos w porcie, który jest najstarszym nieprzerwanie działającym w Hiszpanii, a także jednym z najstarszych na Morzu Śródziemnym.

Doszliśmy nią do całkiem uroczej plaży Plaży Malagueta. Zdjęcie kolorystycznie przerobione przez mój telefon, ale nadaje się na pocztówkę, petarda 🙂

Tak jak wspominałam na początku, Malaga nas niczym szczególnym nie zaskoczyła, jest po prostu ładnym hiszpańskim miastem turystycznym. Nie żałujemy, że ją zobaczyliśmy, natomiast nie da się porównać jej z innymi małymi lokalnymi miasteczkami, które widzieliśmy. Po prostu one mają swój niepowtarzalny klimat.

RONDA

Kolejnym miejscem, do którego się udaliśmy było niezwykle urokliwe miasteczko Ronda. Aby tam dojechać musieliśmy przejechać przez góry.

W pewnym momencie na kokpicie samochodu była wyświetlona informacja o temperaturze blisko 0 stopni. Przeraziliśmy się, gdyż nie przewidzieliśmy takiej pogody w naszym ubiorze tego dnia. Na szczęście dalej droga do Rondy prowadziła nas poprzez zjeżdżanie w dół, więc temperatura zrobiła się wyższa, choć szaleństwa nie było.

Zastało nas 8 stopni, w porywach do 10. Poważnie zastanawiałam się czy w swoim wiosennym czerwonym płaszczyku wyjdę z auta. Chwała Panu, że zawsze braliśmy ze sobą w drogę czapki, szaliki i rękawiczki.

Można powiedzieć, że Ronda miała dla nas trzy oblicza. Pierwsze było troszkę mroczne i przerażające. Przede wszystkim dlatego, że był to dla nas duży szok temperaturowy. Naprawdę było nam zimno. Do takiego stopnia, że gdy zobaczyliśmy pierwszy otwarty lokal, bez wahania tam weszliśmy, by napełnić swoje ciało od wewnątrz czymś ciepłym. A nie było to takie głupie, gdyż trafiliśmy do prawdziwego lokalnego baru z ichniejszym jedzeniem. Jako, że nie byliśmy głodni, a był to też piątek(ze względu na upamiętnienie Męki Pańskiej nie jemy tego dnia mięsa), mieliśmy niemały kłopot z zamówieniem. A jako, że był to naprawdę lokalny bar, z paniami ciężko było dogadać się po angielsku. Na szczęście udało nam się zamówić ciepłą herbatę z cytryną i cukrem oraz ziemniaczane omlety, które są ich tradycyjnym daniem. Mimo, że nie byliśmy jeszcze głodni, to na pewno na takich wyglądaliśmy. Jedzenie było dla nas wybawieniem, bardzo potrzebowaliśmy się rozgrzać. Mroczność pierwszego oblicza Rondy była spowodowana również pierwszym wrażeniem, wchodzenia w jej przestrzeń. Idąc od samego dołu, gdzie zaparkowaliśmy nasze auto, mijaliśmy stare oraz zniszczone domy, nieodnowione drogi oraz krążące i szczekające na każdego przechodnia psy. To w połączeniu z zimnem, które ogarniało nasze ciało oraz z dźwięczącą w uszach ciszą mroziło krew w naszych żyłach. Myślę, że gdyby było ciemno, byłaby to scena niczym z horroru.
Natomiast, gdy tylko zaczęliśmy zbliżać się do centrum Rondy, zaczęła się przed nami rozpościerać zupełnie inna sceneria. Zaczęły się pojawiać pierwsze ozdoby świąteczne na ulicach, przybywało coraz więcej przechodniów oraz co rusz pojawiały się sklepy i lokale coraz bardziej przypominające restauracje, aniżeli tylko lokalne bary. Zaczęliśmy czuć miasto i jego tętniące życie.

Ale najpiękniejsze swoje oblicze pokazała nam Ronda na samym końcu, kiedy zostawiliśmy centrum i ogrom turystów. Punktem kulminacyjnym był most Ponte Nuevo oraz oddzielający stare miasto od nowego wąwóz El Tajo, a także niesamowite widoki, którymi tam można było się zachwycać.

Większość turystów w tym punkcie zakończyła swoje zwiedzanie Rondy. Ale my, pełni wnikliwości podróżnicy, poszliśmy dalej. I dzięki temu ukazało nam się trzecie oblicze Rondy.

Były to urokliwe uliczki, kamienice, a także zapierające dech w piersiach widoki. Wychodzi na to, że warto być dociekliwym 🙂

Ten widok nam bardzo przypomina malownicze tereny Toskanii. Kto pamięta z postu o naszym miesiącu miodowym z jakiego to było miasteczka ? 🙂

Ronda nam się bardzo spodobała. Wszystkie trzy oblicza, które nam objawiła, złożyły się na jedną piękną całość. Każde z nich było potrzebne do pełnego obrazu tego miasta. Nie można było niczego pominąć. Chodziliśmy, chłonęliśmy i doświadczaliśmy intrygującego miasteczka na wzgórzu. Mimo, że z każdą chwilą nasze ciała coraz bardziej przenikały chłodem, nie poddawaliśmy się i eksplorowaliśmy okolicę. Czasem jest tak, że jak musimy się o coś postarać lub coś poświęcić, to jeszcze lepiej smakuje. I to prawda. Wiadomo, nie wszystko i nie za wszelką cenę, ale.. czasem warto 🙂 Ja najbardziej uczyłam się tego podróżując autostopem, a obecnie doświadczam tego wojażując kamperem. Wtedy często jest tak, że aby coś zobaczyć, trzeba zgodzić się na różnorakie niedogodności. I okazuje się, że człowiek wcale nie traktuje w takich sytuacjach braku komfortu jako czegoś negatywnego, a wręcz przeciwnie, potrafi go znieść z uśmiechem na ustach. Zawsze wtedy pojawia mi się refleksja, czemu tak się nie dzieje w normalnych warunkach ? 🙂

ANTEQUERA

Antequera to kolejne nasze odkrycie małego miasteczka, które nie jest bardzo znane i turystyczne, a ma niepowtarzalny klimat.

Przyjechaliśmy do niej popołudniu, w godzinach hiszpańskiej sjesty i spotkaliśmy tam tylko pojedyncze osoby.

Wszystkie restauracje, bary, kawiarnie były pozamykane. Z jednej strony nie byliśmy zadowoleni, ponieważ bardzo potrzebowaliśmy kawy, ale z drugiej podobało nam się to, że zachowana zostaje hiszpańska kultura. Myślimy, że ważne jest, by w danym kraju zachowywać swoją kulturę oraz by to odwiedzający musiał się do niej dostosować, a nie lokalny człowiek do niego. Niestety w tych dużych turystycznych miastach, wszystko ustawia się pod turystę, który zapłaci. Sjesta sjestą, ale istnieje dużo komercyjnych restauracji, gdzie, aby zadowolić klienta, czas i sposób pracy ustala się tak, by szczególnie dogodzić przybyłym z innych kultur. Na szczęście istnieją takie miejsca, jak właśnie Antequera, gdzie duch lokalny żyje nadal i można go naprawdę poczuć.

Do oglądania zdjęć i lepszego poczucie hiszpańskiego klimatu, wklejam piosenkę, którą na pewno wszyscy znacie 🙂 Co prawda Natalia Oreiro pochodzi z Urugwaju, ale śpiewa w języku hiszpańskim 🙂 To moja ulubiona piosenkarka z dzieciństwa. Słuchałam jej piosenek na okrągło, a ściany mojego pokoju oblepione były jej plakatami. Też tak mieliście ?

Natalia Oreiro – Cambio Dolor

ARDALES

Naprawdę uwielbiamy małe, urokliwe, nieturystyczne miasteczka, w których najbardziej czuć klimat lokalnych ludzi, produktów oraz ich kultury. Do takich właśnie należy mało znane Ardales, znajdujące się w okolicy słynnego szlaku Caminito del Rey ( będę o nim pisać w dalszej części wpisu) w Andaluzji. Zwiedzeni naszą intuicją, tam właśnie się wybraliśmy. I nie myliliśmy się. Już po samym wjeździe miasteczko przywitało nas swojskim klimatem wsi. Zobaczcie sami:

Odgłos piejącego koguta, szczekających psów oraz ulatniającej się z okna hiszpańskiej muzyki szeptał nam do ucha, by podążać w głąb wyglądającego na opustoszałe miasteczka. Zaraz, gdy zaparkowaliśmy samochód i zaczęliśmy spacerować, wyłoniły się wąskie uliczki otoczone białymi kamienicami, znad których rozpościerał się widok na pobliskie brązowo zielone połoniny.

Naprawdę nie spotkaliśmy tam praktycznie nikogo, oprócz paru pracujących lub pałętających się po okolicy lokalsów. Tak, taki klimat właśnie lubimy, kiedy czuć oddech i zapach tego miejsca, a nie gwar oraz zapach drogich perfum bawiących się turystów. Spacerując, szybko natknęliśmy się na bardzo ciekawego, dojrzałego mężczyznę. Wychodził z „garażu” przy wieży, która stała na samej górze miasteczka. Spytaliśmy się, czy można tam wejść, a on wytłumaczył nam, że to tylko ruina i nie ma obecnie wejścia. Natomiast chwilę z nami porozmawiał i okazało się, że mężczyzna ma niezwykle ciekawą historię swojego życia. Pochodzi z USA i jest podróżnikiem, a wiekszą część swojego życia spędził na oceanie, pływając. Niestety jego łódź zatonęła, a więc musiał wrócić na ląd. Obecnie remontuje tutaj dom swojego przyjaciela, który mu powierzył to zadanie. Docelowo ta posiadłość ma być na sprzedaż. Prowadzi też własny biznes wynajmu w miejscu, skąd pochodzi i stąd też ma pieniądze. W następnym roku planuje wrócić na ocean i żyć tak jak wcześniej. Pokazał nam też jeden z budynków obok domu, który odrestaurował i odnowił. Jest w nim specjalistyczne ciśnienie, które sprawia, że stojąc naprzeciw siebie w różnych miejscach, zmienia nam się głos. Jest to spowodowane ciśnieniem. Dokładnie nie zrozumiałam, na jakiej zasadzie to działa, w każdym razie ciekawe było dla nas to zjawisko. Pan co prawda tylko odtworzył to, co było zbudowane już kiedyś, ale opowiadał o tym z wielką pasją, także słuchanie go było dla nas bardzo przyjemne. Pokazał nam również garaż, w którym był sprzęt muzyczny do grania, ponieważ organizuje w jednym z klubów w miasteczku lokalne koncerty. Nawet nas zaprosił na tę imprezę, bo akurat tego dnia wieczorem miał się odbywać jeden z takich eventów. Niestety musieliśmy odmówić ze względu na niedawna bliską śmierć naszych Dziadków. Nie czuliśmy jeszcze gotowości na takie wydarzenie. Natomiast cudownie było rozmawiać z tym panem. Uwielbiam takich ludzi, którzy mają bakcyla podróży i nie boją się żyć inaczej niż wszyscy. Tacy ludzie mają głębsze spojrzenie na świat oraz czują więcej. Ja często używam na takie osoby określenia, że mają wiatr w oczach. Dom tego mężczyzny jest wbudowany w skałę, a ma ona takie ukształtowanie, że można ją bez problemu obejść. Dzięki temu można cieszyć się zapierającymi dech w piersiach widokami. Przynależy ona do domu, więc można powiedzieć, że jest to taki prywatny widok. A dom będzie w następnym roku do sprzedania…No cóż, to mamy jeszcze jakieś 12 miesięcy, żeby wygrać ten milion 🙂

Ardales ma również przepiękną okolicę. Wystarczy zrobić parę kroków w przeciwną stronę od miasteczka, a znajdziemy się w przepięknych, zielonych oraz pagórkowatych terenach, z których pięknie widać całą panoramę miasta. Znajduje się tam również urocza, malutka kapliczka.

Jako, że jesteśmy urodzonymi górołazami, bez żadnego zastanowienia zrobiliśmy sobie spacer w te tereny. I tu również nie spotkaliśmy praktycznie nikogo, z czego bardzo się cieszyliśmy.

Posłuchajmy przy tym razem:

Wawele & Jan Wojdak – Biały latawiec

Naprawdę z całego serca polecamy malutkie, nieturystyczne miasteczka 🙂

NERJA

Nie chcielibyśmy, żebyście pomyśleli, że jesteśmy totalnymi ignorantami, a więc podzielimy się, że podczas naszych podróży odwiedzamy sporadycznie też turystyczne miasta, takie jak wcześniej wspominana Malaga czy właśnie Nerja. Jej zwiedzanie zaczęliśmy od jaskini Cueva de Nerja, która znajduje się niedaleko od miasta. W jej wnętrzu można było zobaczyć niesamowite stalaktyty, stalagmity, oraz stalagnaty sięgające czasów prehistorii. Największy stalagnat ma wysokość 32 metrów wysokości, a sama jego podstawa to ponad 90 metrów. Jest on wpisany do Księgi Rekordów Guinessa jako największa kolumna skalna na świecie. To, co tam zobaczyliśmy naprawdę zrobiło na nas duże wrażenie. Nigdy nie widzieliśmy takiego czegoś. Jaskinia jest ogromna, natomiast do zwiedzania udostępniona jest tylko część. W środku był zakaz robienia zdjęć, więc grzecznie stosowaliśmy się. Byłam przekonana, że chodzi o to, by nie niszczyć naturalnych ekspozycji. Natomiast po wyjściu okazało się zupełnie co innego. Zaraz po wejściu do jaskini przy białej ścianie robili wszystkim zdjęcia, a po wyjściu były one wydrukowane na tle formacji skalnych z tego miejsca jako pamiątka do kupienia. Z racji tego, że nie robiliśmy zdjęć, rzecz jasna chcieliśmy mieć pamiątkę, zresztą jak większość turystów. A więc zmotywowało nas to do zakupu zdjęcia za (!) 7 euro. No cóż, wszędzie muszą na czymś zarabiać, na zdrowie! 🙂

Nerja słynie głównie ze majestatycznych plaż ze spektakularnymi fromacjami skalnymi na wybrzeżu Costa del Sol. Z racji tego, że zwiedzanie podczas tego wyjazdu było bardzo intensywne i byliśmy już dość mocno naładowani bodźcami, postanowiliśmy zobaczyć jedną z plaż i po prostu na niej zostać, by dać sobie trochę wytchnienia. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo mocno poczuliśmy, jak tego potrzebowaliśmy i jaki sobie sprawiliśmy wspaniały prezent. Nie był to sezon, więc nie było takiego tłumu ludzi, choć wiadomo bez porównania z tym, co widzieliśmy w Ardales. Natomiast było tam bardzo przyjemnie. Wypiliśmy tam pyszną kawkę, zjedliśmy ciasteczko, a później także ciepłą zupę na balkonie w kawiarni z widokiem na plażę.

Następnie napawaliśmy się widokami na Costa del Sol oraz siedzieliśmy na formacji skalnej wpatrując się lśniącą taflę wody i uderzające o kamienie fale, nigdzie się nie spiesząc, o niczym nie myśląc. Tylko my i natura, czy można sobie wymarzyć lepszą randkę ? 🙂

Ucieszmy oko i również ucho, odpocznijmy 🙂

PAPRODZIAD feat. Lovehouse – PAPROKWIAT

CAMINITO DEL REY

Podczas tego krótkiego pobytu w Hiszpanii, udało nam się przejść szlak Caminito Del Rey, który jest uznawany za obowiązkowy punkt wizyty w Andaluzji.

Można było iść z przewodnikiem i bez. Z tym, że biletów na samodzielne pokonanie tej trasy było sprzedawanych tylko kilka i nie można było kupić przez internet. A zatem stanęło przed nami wyzwanie, by wstać (bardzo!) wcześnie, by być na miejscu jeszcze przed otwarciem kas i zająć kolejkę. Było to trudne, ale udało nam się. Nie chcieliśmy iść z przewodnikiem. Dowiedzieliśmy się, że nie ma to żadnego znaczenia pod względem bezpieczeństwa. Kwestia tylko droższego biletu, opowieści o parku po angielsku i możliwości zadawania pytań. No i w wersji z przewodnikiem szło się z całą grupą, a więc trzeba było się dostosowywać do tempa i cały czas się było z innymi. Pomyśleliśmy – zero swobody, chcemy sami! Widoki były naprawdę majestatyczne. Natomiast widać było, że szlak został przebudowany, a gdzieniegdzie widoczne było jak, prowadziła stara droga. Sebastian narzekał, że nowa trasa została stworzona zbyt bezpiecznie oraz, że pozbawili ją całkowicie dzikości, czego wnioskując po pozostałościach poprzedniej, nie można o niej powiedzieć. Ja do końca się z tym zgodzić nie mogę, gdyż były momenty, w których rzeczywiście się bałam. Ale rzeczywiście przyznaję system zabezpieczeń był naprawdę solidny.

W każdym razie naprawdę warto było tu przyjechać. Nasze zmysły nie mogły wyjść z podziwu, a głowa pękała z wrażeń.

Niestety zdjęcia w żaden sposób nie oddają tego, co tam widzieliśmy. Na początku bardzo się o to denerwowaliśmy. Wielkość i piękno tej natury naprawdę przekracza najśmielsze wyobrażenia. Jednym słowem, trzeba to zobaczyć na żywo 🙂

EL TORCAL DE ANTEQUERA

To niesamowite, że podczas zaledwie tygodnia spędzonego w Hiszpanii, udało nam się wybrać dwa razy w trekking w góry. El Torcal de Antequera  to rezerwat przyrody z obłędnymi oraz nieregularnymi formacjami skalnymi.

Szlak prowadzi pośród nich niczym labirynt.

Można tam spotkać dużo dzikości, której nam brakowało na poprzednim szlaku Caminito Del Rey, którym szliśmy poprzedniego dnia. Park jest na tyle obszerny, że mimo obecności innych ludzi, rzadko na kogoś trafialiśmy. Natomiast często widzieliśmy zwierzątka, na przykład kozice. Ponoć obszar ten posiada bardzo bogatą faunę. Udało nam się nawet uchwycić je na filmiku.

Uwielbiamy w naszych podróżach to, że gdziekolwiek jesteśmy, zawsze walczymy o to, by część czasu poświęcić na góry. To coś, co bardzo nas łączy. Obydwoje kochamy naturę, a szczególnie bliskie są nam górskie tereny. Tak samo ważne jest dla nas, by podczas naszych wyjazdów priorytetowe miejsce miał aktywny wypoczynek. Nie musi to być zawsze profesjonalny trekking oraz niekoniecznie musimy zdobywać zawsze najbardziej znane i wymagające parotysięczniki. Czasem do szczęścia wystarczy nam dłuższa trasa spacerowa i sielankowa sceneria. Zdecydowanie potrafimy dostosować się do warunków i możliwości, jakie aktualnie posiadamy. Natomiast w każdej wyprawie towarzyszy nam przygotowany przeze mnie wcześniej prowiant, bez którego nie ruszamy się w drogę. Kanapki, warzywka, coś do picia, a także coś słodkiego – to dla nas uczta niebiańska. Traktujemy to jako jeden z elementów samej wyprawy. Taka wałówka na świeżym powietrzu to istna rozkosz dla naszych podniebień. Niby zwykłe jedzenie, a przy pięknych widokach, które z kolei rozpieszczają nasze oczy, smakuje to wszystko naprawdę wybornie.

Miłość do jedzenia w drodze, a może i nawet ogólnie wycieczki w naturę zdecydowanie przejęłam po moim Dziadku Jurku, który niestety niedawno zmarł. Odkąd pamiętam zabierał mnie na różnorakie wspólne wypady do lasu czy nad jezioro w pobliskiej okolicy. Zawsze wtedy pakowaliśmy prowiant na drogę, czyli kanapki zrobione przez Babcię, coś słodkiego i herbatkę w termosie, która przechodziła tak jego zapachem, że nie dało się jej z niczym pomylić. Ta charakterystyczna woń nadawała jej specyficznego aromatu, który otulał i dawał poczucie bezpieczeństwa. Zawsze wszystko, co zabraliśmy i jedliśmy wspólnie na łonie natury smakowało wyśmienicie. Ja robiłam się głodna już po pięciu minutach drogi i ciężko było mi o czymś innym myśleć. Pamiętam też, że Dziadek zawsze miał przy sobie jakieś „zaskórniaki”, czyli nieduże potajemnie zaoszczędzone pieniądze, które wydawaliśmy zazwyczaj na lody podczas wycieczki. Te wycieczki były ogromną frajdą nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla mojego Dziadka. On też to uwielbiał. Do niemal ostatnich chwil swojego życia szukał okazji, by gdzieś pojechać. Na przykład bardzo lubił jeździć nad pobliskie jezioro i pływać pontonem. Z racji chorób oraz coraz mniejszej wydolności organizmu, Babcia mocno protestowała przeciw takim inicjatywom, a on nie mógł tego zrozumieć. Gdy tylko nadarzyła się okazja pojechania z kimś na wycieczkę, natychmiast był gotowy. A radość jego wtedy była tak wielka, że nawet my z Sebastianem, którzy nie przepadamy za atrakcjami wodnymi, z chęcią z nim jechaliśmy. To go tak ożywiało, że nie sposób tego opisać. To mi pokazuje, jak bardzo ważne jest, by mieć w życiu takie pasje i rzeczy, które sprawiają, że nasze serce się wyrywa i płonie. Dopóki w sobie to pielęgnujemy i sobie to podarowujemy, czujemy, że żyjemy. No to zrobiło się refleksyjnie! A więc piosenka:

Jonathan Roy – Beautiful Day (Stripped Version)

Jezioro

Pewnego dnia, na sam koniec trafiliśmy na bardzo ciekawe i tajemnicze miejsce. Było to jezioro, gdzie znajdowało się naturalne obserwatorium flamingów. Mieliśmy też szczęście, bo spotkaliśmy tam pewnego lokalnego pasjonata, który przyjechał ze swoim specjalistycznym sprzętem , ponieważ zawodowo nagrywa filmiki o zjawisku zimowania tutaj różnych ptaków. Opowiedział nam o smutnym losie, który je spotyka, ze względu na małą ilość opadów i suszy, jaka doskwiera Hiszpanię. Z tego powodu poziom wody jest bardzo płytki, a patrząc na jezioro, zamiast niebieskiej tafli wody, widzimy pomarańczową powierzchnię. Po prostu zamiast widać piasek, bo woda jest wyschnięta. A zwierzęta takie jak flamingi, a także podobno nasze polskie bociany przylatują tu w celu przezimowania. W normalnych warunkach w ciągu dnia polują, a wieczorem wracają tutaj i chowając się pod wodę, śpią chroniąc się przed drapieżnikami. Niestety przy obecnym niskim poziomie wody, muszą sobie radzić w inny sposób. Dlatego Pan, którego spotkaliśmy, przyjeżdża tu każdego wieczoru i obserwuje przez lornetkę, by zobaczyć co te ptaki w związku z tym wymyślą i jak sobie poradzą w sytuacji, która ich zastała. Oprócz tego, że wysłuchaliśmy ciekawej historii o przyrodzie, odkryliśmy kolejną miejscówkę dla naszego kampera. Czyż nie byłoby cudownie spać pośród przyrody i obserwując flamingi ?

NIEBIESKIE JEZIORA W ANDALUZJI NAŁÓG COŚRÓBSTWA

Czy czasem warto nic nie robić ? Zadaliście sobie kiedyś to pytanie ? Obecnie żyjemy w czasach, gdzie ciągle musimy działać, nieustannie się spieszymy, a i tak z niczym się nie wyrabiamy i jesteśmy wiecznie spóźnieni. Gdzieś kiedyś usłyszałam takie określenie, które bardzo mi się spodobało, że żyjemy w nałogu cośróbstwa. Coś w tym jest. Mam wrażenie, że świat coraz głośniej nam krzyczy, że musimy COŚ robić pożytecznego, zarabiać pieniądze, inwestować, mnożyć je, by mieć więcej, więcej i jeszcze więcej. Nieraz nawet gdy jesteśmy chorzy, nie idziemy na zwolnienie, bo przecież „robota sama się nie zrobi”. Natomiast kiedy mamy wolny weekend lub urlop, chcemy go wykorzystać maksymalnie, żeby tylko nie powiedzieć sobie, że zmarnowałem/am czas na nic nierobienie. A ja jestem zdania, że to tracenie czasu jest niezwykle potrzebne dla naszego rozwoju. Wiem z doświadczenia, że gdy dzień mój jest wypełniony różnymi działaniami po brzegi, ciągle przed czymś uciekam i nie daję sobie przestrzeni na spotkanie ze sobą. A kiedy nie ma na to przestrzeni w moim życiu, od razu widzę, jakiej dysharmonnii doświadczam. Wówczas o wiele gorzej radzę sobie ze swoimi emocjami oraz dużo trudniej mi być w relacji z innymi. To jest szalenie ważne. Oczywiście nie było u mnie tak zawsze. By dojść do tych wniosków musiałam przejść też pewną drogę, która mnie tego nauczyła. Podczas naszych urlopów również zawsze dbam, by było miejsce na nic nierobienie. Mimo, że ten wyjazd był dosyć intensywny pod względem ilości miejsc do zobaczenia z racji tego, że rozeznaliśmy naszą potrzebę na ten czas zajęcia czymś naszych głów po głębokich przeżyciach związanych ze stratą i pożegnaniem moich Dziadków, zawalczyliśmy też o bycie w ciszy. Idealnym miejscem na danie sobie takiej przestrzeni okazały się nie tylko wyjścia w góry, ale także siedzenie nad niebieskimi jeziorami w Andaluzji i wpatrywanie się w ich niesamowity kolor, który z dwóch perspektyw prezentował się zupełnie inaczej.

Jak wiecie, oboje z Sebastianem jesteśmy bardzo aktywni, więc o ten czas, by się zatrzymać musimy naprawdę zawalczyć. Sebastianowi jest trudniej, bo ma to wpisane jako mężczyzna, który jest nastawiony na działanie, pracę oraz walkę. Zatem na co dzień ja pełnię tę rolę, by nad tym czuwać. Natomiast łatwiej mu to przychodzi zdecydowanie, kiedy jesteśmy na wyjeździe, wyłączeni ze świata, z dala od miejsca pracy, domu i wszystkich spraw, które nas na co dzień frapują. Natomiast obojgu nam nie przychodzi to naturalnie, ale dzięki świadomości oraz naszym wspólnym rozmowom, rzeczywiście dbamy o ten pasywny wypoczynek.

Wracając do niebieskich jezior, które odwiedziliśmy, zrobiły one na nas ogromne wrażenie. Ponadto zajechaliśmy w kilka dzikich, niemal idealnych miejscówek, gdzie moglibyśmy stanąć naszym kamperem. Było nam przykro, że go z nami nie ma. Pojawiło się ogromne pragnienie w sercu, by tutaj nim wrócić i rozkoszować się przebywaniem w tak wspaniałej naturze.

No to jak nic, teraz piosenka!

Agnieszka Chrzanowska-Nie bój się nic nie robić

WSCHÓD SŁOŃCA W HISZPANII

Ciężko w to uwierzyć, ale udało nam się jeden raz wstać wcześniej i zobaczyć wschód słońca. Miało to miejsce pierwszego dnia po przylocie. Trzeba przyznać, że sytuacja nas trochę do tego zmusiła, gdyż poprzedniego dnia zaparkowaliśmy wypożyczone przez nas auto na miejscu, na którym można było parkować tylko do godziny 8 rano. A było już bardzo późno, byliśmy bardzo zmęczeni i też w okolicy był duży problem z miejscami, postanowiliśmy wstać rano i wtedy szukać dogodnego miejsca. Poza tym kiepsko tej nocy spaliśmy i też obudziliśmy się przed budzikiem, więc zebraliśmy się tak naprawdę dużo wcześniej, co pozwoliło nam przeparkować auto oraz wykorzystać to, że jesteśmy już na nogach i dotrzeć na wschód słońca na plażę. A trzeba przyznać, że naprawdę było warto. Także przeciwności, które napotykamy czasami naprawdę nam służą. Popatrzcie sami, jakie kolory i efekty zobaczyliśmy:

Mówi się, że kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje 🙂 Zgadzacie się z tym ? Ja nie do końca. Wychodziłoby na to, że mi daje rzadko, a wcale tak nie jest. Jak wiecie jestem ogromnym śpiochem i strasznie ciężko mi zwlec się rano z łóżka. A czuję się przez Boga mocno obdarowana. Codziennie dostaję tyle powodów do radości oraz za tyle rzeczy jestem bardzo wdzięczna, że czuję się bardzo obdarowywana. Ale może gdybym wstawała wcześniej, dostawałabym od Boga jeszcze więcej ? 🙂 Kto wie.. 🙂

MIESZKANIA W HISZPANII

Apartament, który wynajęliśmy okazał się nie należeć do najatrakcyjniejszych, aczkolwiek miał wszystko, czego potrzebowaliśmy, więc nie narzekaliśmy. W dniu naszego przyjazdu okazało się, że w mieszkaniu, które rezerwowaliśmy pierwotnie miała miejsce awaria na sieci wodociągowej, a w związku z tym wystąpiła czasowa przerwa w dostawie wody. Dlatego też zostaliśmy przeniesieni do innego apartamentu, według właściciela – lepszego. W naszej ocenie tamten był ładniejszy, przynajmniej na zdjęciach. W każdym razie była pralka, wyposażona w podstawowe rzeczy kuchnia, sypialnia oraz szafa, także dało się przeżyć. Jedyne co od początku budziło naszą wątpliwość, to ogrzewanie, a raczej jego brak. Lecz dla Xawiera, który nam wynajmował mieszkanie, ono tam było. Tak, do ogrzewania temperatury w pomieszczeniu służyła klimatyzacja, która podczas ciepłych miesięcy w roku pełniła rolę ochładzania. Czytaliśmy o tym, nie jest to wyjątek, gdyż w Hiszpanii po prostu jest taka praktyka. Mieszkania są dostosowywane do ciepłej pory roku, która stanowi tam znaczną część czasu. A w zimnych miesiącach jest powszechne, że ustawia się nawiewy na wyższą temperaturę i jakoś da się przeżyć. Praktycznie każde mieszkanie, nawet bardzo stare, jest wyposażone w klimatyzację. No cóż.. Hiszpanie inna kultura 🙂
Ale poradziliśmy sobie. Klimatyzacja znajdowała się w salonie, więc ustawialiśmy ją wieczorem na 30 stopni i otwieraliśmy drzwi do sypialni oraz łazienki na oścież, żeby ciepłe powietrze rozeszło się dalej. Trzeba było mocno przyłożyć ciepłem, by starczyło do rana, bo przy włączonej nie dałoby się spać. Była bardzo głośna. O ile do sypialni ładnie dochodziło ciepłe powietrze, to optymalnej temperatury w łazience nie udało nam się niestety uzyskać. Mimo tego, że drzwi do niej były cały czas otwarte, Sebastian kąpał się pierwszy, było zimno. Potwierdza to również mój Mąż, któremu zwykle jest zawsze gorąco. Najwyraźniej nie płynie w nas hiszpańska krew. Ciekawym spostrzeżeniem była dla nas również grubość ścian w budownictwie. W budynku, gdzie wynajmowaliśmy apartament, znajdowały się normalne mieszkania lokalnych ludzi. I bez przesadzania, odgłosy, które słyszeliśmy sprawiały wrażenie, jakby dobiegały z drugiego pokoju. Gdy w sąsiednim lokalu była włączona pralka, mieliśmy wrażenie, że ściany ruszają się razem z nią. A telewizor, który jedna z sąsiadek miała całe noce włączony, mógł służyć nam jako radio. Cienkie ściany również są cechą charakterystyczną dla tego regionu. W takich mieszkaniach utrzymuje się również duża wilgotność, co wpływa w dużym stopniu na schnięcie upranych ubrań. A dla nas z uwagi na ograniczona ilość rzeczy, jakie wzięliśmy, codzienne pranie i suszenie było czymś nieuniknionym. Niestety trwało to bardzo długo. Ale i z tym sobie poradziliśmy.Wpadliśmy na genialny pomysł, by stojącą suszarkę z praniem podstawić prosto pod klimatyzator, by ciepłe powietrze wiało bezpośrednio na nie. Nie było to takie proste, gdyż urządzenie to było zamontowane centralnie nad potężną kanapą, której nie daliśmy rady przesunąć. Ale i tu się nie poddaliśmy. Podłożyliśmy szmatki pod nóżki i postawiliśmy suszarkę na kanapie, odpowiednio zabezpieczając, by się nie zsunęła. Na rano były suchutkie!Zrobiliśmy zdjęcie na dowód genialności naszych mózgów!

Na fotografii tego nie widać, ale klimatyzator wisiał tuż nad obrazem

Jeśli chodzi o wyposażenie mieszkania, to jak jak wcześniej wspominałam, wszystko było. Natomiast dało się zauważyć hiszpański klimat. Z racji tego, że „południowcy” nie piją herbaty, najczęściej nie posiadają czajnika. Na szczęście w naszym mieszkaniu był, ale pachniał nowością i wyglądał jakby nie był nigdy używany. Nie znaleźliśmy również szklanek z uszami do herbaty. Piliśmy ją zatem w małych szklankach, trochę większych niż nasza literatka. By ilość się zgadzała, parzyliśmy od razu kilka na raz do posiłku. Poza tym w kuchni był durszlak do odcedzania makaronu, garnek, mała patelnia, sztućce i kieliszki do wina. Bardzo skromnie, ale wszystko to co Hiszpanie potrzebuje do szczęścia. Pasta y vino!

JEDZENIE W HISZPANII

Wisienka na torcie! Na końcu dochodzimy do najważniejszego, czyli jedzonka 🙂 A na tym, jako miłośnicy dobrego jedzenia bardzo dobrze się znamy 🙂 Teraz więc opowiem Wam trochę o kulinarnych przeżyciach, jakich doświadczyliśmy będąc tydzień w Hiszpanii.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje hiszpańska kawa. Naprawdę smakowała nam najlepiej ze wszystkich miejsc, które do tej pory odwiedziliśmy. Kiedy jechaliśmy do Włoch, wszyscy nam mówili „koniecznie wypijcie włoską kawę, jest najlepsza!”. Jako smakosze tego napoju nie mogliśmy się doczekać. W końcu Włochy są nazywane kolebką kawowej kultury. Natomiast musimy przyznać, że byliśmy trochę rozczarowani. Owszem, espresso podają wybitne, to trzeba powiedzieć. Sebastian czasem lubi sobie je wypić, szczególnie zakończyć nim obfity posiłek. Natomiast ja nie przepadam. W Polsce Sebastian najczęściej pije po prostu czarną, a ja tak zwaną „flat white” Generalnie oboje uwielbiamy mocną kawę z dodatkiem mleka. Natomiast we Włoszech kawę z mlekiem można zamówić jedynie w formie Cappuccino, gdzie u nich jest to bardziej mleko z dodatkiem kawy, a nie odwrotnie. To zupełnie nam nie odpowiada. Po pewnym czasie nauczeni doświadczeniem najczęściej prosiliśmy „2 razy espresso plus mleko”. A więc dostawaliśmy osobno 2 kubeczki espresso i w trzecim mleko 🙂 Można i tak. Czarna kawa w opinii Sebastiana na włoskiej ziemii niczym szczególnym się nie wyróżniała. Oczywiście staraliśmy się nie narzekać i piliśmy to, co dawali. Natomiast w kamperku zawsze z wielką radością wracaliśmy do naszej tradycyjnej kawki 🙂
Natomiast w Hiszpanii zachwyciliśmy się kawą Cortado. Było to espresso z mlekiem, mniej więcej w pół na pół proporcjach. Było to dla nas idealne połączenie. Kawa była intensywna, a przez przełamanie słodkim mlekiem traciła kwasowość. A dzięki temu, że nie było go zbyt dużo, czuć było smak pysznej kawy. Oj kawki w Hiszpanii wypiliśmy dużo na mieście! Było to też dla nas bardzo korzystne, ponieważ w apartamencie nie mieliśmy ani kawiarki ani aeropressu. Byliśmy skazani tylko na to, co serwowali nam Hiszpanie. Na szczęście byliśmy bardzo zadowoleni 🙂

Na zdjęciu obok przepysznej i wspominianej kawki Cortado widać niemniej smakowite Napolitana de Chocolate. Co prawda nazwa sugeruje Włochy, a w rzeczywistości przepis pochodzi z Francji, to w Hiszpanii te ciastka królują w każdej cukierni. Idealne do kawki! To po prostu podłużne ciastko francuskie z dużą ilością czekolady. Palce lizać. Oczywiście wszędzie można spotkać również croissanty z przeróżnymi nadzieniami 🙂

Próbowaliśmy też bardzo ciekawego w smaku tradycyjnego w Hiszpanii Churros. Jest to tradycyjny hiszpański smakołyk w postaci smażonych w tłuszczu „pręcików” z parzonego ciasta, które wyciska się za pomocą szprycy lub rękawa cukierniczego. Po usmażeniu posypywany jest cukrem pudrem i podaje się go z gorącą czekoladą. Smakuje rzeczywiście bardzo dobrze, natomiast bez tej czekolady nie byłoby już to samo. Wszystko zostało bardzo dokładnie przemyślane. Ponoć Hiszpanie jedzą to na śniadanie do kawy. Natomiast są one sprzedawane też na ulicach w foodtruckach. Rzecz jasna nie jest to przekąska należąca do fit, ale uważamy, że będąc tutaj warto spróbować. Natomiast codziennie na śniadanie bym tego nie jadła 🙂

Ja natomiast zachwycałam się dojrzewającą, hiszpańską szynką jamon. Trzeba przyznać, że nie należały one do najtańszych, a mój Mąż, który zdecydowanie nie jest ich fanem, patrzył na to niezbyt przychylnie 🙂 Dla mnie po prostu bomba. Tajemnica jej unikatowego smaku tkwi w popularnym mięsie w Hiszpanii, z którego jest produkowana. Pochodzi ono z świni białej rasy, które jest poddawane dalszej obróbce. Nazwa „jamón serrano” dotyczy tradycyjnego sposobu, w jaki wytwarza się tę wędlinę. Bowiem jest suszona w niskich temperaturach, przez okres co najmniej 9 miesięcy w górskim klimacie i otoczeniu, które składa się głównie z dębowych lasów. To wszystko sprawia to, że nabiera ona wyjątkowego aromatu. Bardzo ważną rolę pełni także receptura suszenia. Proces ten nie może napotkać żadnych przeszkód, aby szynka hiszpańska dojrzewająca była odpowiednio aromatyczna i chrupiąca. Niektórzy lubią ją spożywać samą, od czasu do czasu zagryzając pieczywem. Ja uwielbiam ją jeść z grubą pajdą chleba. Pyyycha 🙂 Zajadaliśmy się również serami, które uwielbiamy. Gdziekolwiek jesteśmy, zawsze próbujemy i przywozimy do Polski. Wszędzie smakują inaczej. Tutaj odkryciem dla nas był ser mieszany, czyli z mleka krowiego, koziego oraz owczego. Bardzo ciekawy smak. W Hiszpanii szczególnie zajadaliśmy się oliwkami, były naprawdę przepyszne. Tak właśnie raczyliśmy się robionymi przez siebie obfitymi śniadaniami, które zawsze przed wyjściem zjadaliśmy, by mieć energię na cały dzień.

Jak widzicie na zdjęciach, mamy do śniadania zrobione po dwie herbaty. W Hiszpanii mieliśmy duży problem, by ją zakupić w sklepie, a także by zamówić w restauracji. Hiszpanie podobnie jak Włosi do posiłku piją wino lub soki. Oczywiście staraliśmy się chłonąć ich kulturę, natomiast nasze żołądki bardzo nas prosiły o ciepłą, czarną herbatę, szczególnie, kiedy posiłek był obfity. Długo musieliśmy szukać, ale w końcu się udało. Głodni teiny, parzyliśmy dwie naraz 🙂

Mówią, że nie ma nic bardziej tradycyjnego dla regionu Malagi niż sardynki z grilla. A więc na jaki genialny pomysł wpadłam ? Na taki, że koniecznie muszę ich skosztować. Co z tego, że nie przepadam, że mam traumę z dzieciństwa po pobycie w szpitalu spowodowanym stanięciem mi ości w gardle. Jesteśmy w Andaluzji, więc muszę spróbować! I tak zrobiłam. Wybrałam najbardziej lokalny z możliwych bar, który oferował tylko tradycyjne dla tego regionu ryby oraz owoce morza. Właścicielami i klientami była tylko ludność lokalna. A więc pomyślałam: „nie mogliśmy lepiej trafić”. Sebastian od samego początku był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu z uwagi na to, że oboje nie jesteśmy wielbicielami takiego jedzenia, ale ja byłam uparta. Kiedy dostałam swoje sardynki i zaczęłam je jeść, mina moja była nietęga. Bowiem były one pieczone na grillu w całości, razem z ośćmi. Na początku zaczęłam je wydłubywać, ale szybko zorientowałam się, że nie ma to najmniejszego sensu. Mięso było tak delikatne, że było to niemal niemożliwe. Już nie mówiąc o tym, że robiąc to wyglądało to wszystko bardzo nieapetycznie. Mimo mojego dużego wysiłku oddzielania mięsa od ości, już po paru minutach, czułam te wszystkie ości w moim gardle. Zdecydowanie nie był to dobry wybór. Zjadłam zapiekane ziemniaczki i surówkę. By nie zrobić przykrości właścicielowi, sardynki przykryłam chusteczką, niczym zwłoki. Niestety, gdy przyszedł osobiście odebrać od nas talerze po skończonym posiłku, nie omieszkał zapytać o tajemnicze rozłożenie chusteczki. Gdy zobaczył moje zmieszanie, ściągnął ją, by zobaczyć co się dzieje. Wówczas na jego twarzy pojawił się wielki smutek i przykrość. Był to właściciel lokalu, w który wkładał swoje serce i robił to od pokoleń. Było mi bardzo przykro z powodu zaistniałej sytuacji i chciałam zapaść się pod ziemię. Reakcja tego pana to jedno, a drugie to to, że ja po prostu też nie lubię wyrzucać i marnować jedzenia. Jestem na tym punkcie bardzo wrażliwa, wyniosłam to z domu. No nic, zapamiętam sardynki do końca życia. I mimo, że ich nie zjadłam, odbijają mi się do tej pory. W każdym razie idę do przodu i wyciągam wnioski, by kolejnym razem nie robić takich eksperymentów.

Po moim nieofrtunnym wyborze restauracji, kolejnym razem decyzję o wyborze miejsca zostawiłam już całkowicie Sebastianowi. Wybraliśmy się do argentyńskiej knajpy. Był to naprawdę dobry wybór. Wzięliśmy dwa różne dania, jedno na bazie wołowiny, drugie kurczaka. Obydwa były orientalnie przyprawione, także smaki były dla nas miłym zaskoczeniem. W naszych zmysłach smakowych tyle się działo, że nawet zrezygnowaliśmy z deseru.

Z hiszpańskich produktów chcę bardzo jeszcze wyróżnić białą czekoladę „Fusion” firmy Hacendado z sieci sklepów Mercadona z nadzieniem o smaku Rafaello. Były jeszcze mleczne z nadzieniem Ferrerro Roche i wiele innych. Natomiast ta biała doprowadzała moje zmysły smaku do szaleństwa. Nie mogłam się totalnie jej oprzeć. Brałam ją wszędzie 🙂 Oczywiście przywiozłam do Krakowa tyle, ile nasz podręczny bagaż pomieścił. Obdarowałam nimi bliskie osoby w myśl zasady, że szczęście najlepiej smakuje, kiedy się nim dzielisz.

Jak przystało na miłośników tradycyjnego polskiego jedzenia, uczciliśmy zakończenie naszego urlopu zgodnie z naszą tradycją, czyli pójściem na jedzenie do lokalnej restauracji. Jednak co polskie, to polskie, według nas nasze jedzenie nie ma sobie równych 🙂 Tym razem przyciągnęła nas nasza osiedlowa knajpkaWół w Fanaberii”. Zjedliśmy tam robione na świeżo, przepyszne burgery. Że co?! Że niby burgery nie są polską tradycją?! 🙂 No może i nie, ale Feduniaczkom polskie burgery smakują najbardziej! 😀 I mają same dobre kalorie! A tego dnia bardzo ich potrzebowaliśmy, bowiem Kraków przywitał nas kilkunastoma stopniami na minusie. Był to niezły przeskok wracając z choć niegorącej o tej porze roku, ale słonecznej i ciepłej Hiszpanii.

Taki mieliśmy wyjazd noworoczny! Było troszkę inaczej niż zwykle, ale to nie znaczy, że gorzej. Na ten czas była to najlepsza dla nas opcja. Myślę, że wykorzystaliśmy ten krótki czas do maximum możliwości. Zobaczyliśmy mnóstwo przepięknych miejsc, poczuliśmy hiszpański klimat, skosztowaliśmy ichniejszego jedzenia, a przede wszystkim wspólnie odpoczęliśmy odrywając się od naszych codziennych spraw. A co najważniejsze, po raz kolejny utwierdziliśmy się w tym, że podróżowanie naszym kamperem dla nas będzie zawsze na pierwszym miejscu. Praktycznie każdego dnia wspominaliśmy nasz dom na kółkach, snując w głowach plany, w które miejsca przyjedziemy nim z powrotem i co razem zrealizujemy. Tak, na pewno tutaj wrócimy kamperem 🙂 Czujemy dużą wdzięczność za ten wyjazd, ale i również za nasze pragnienia takiego sposobu podróżowania oraz za to, że możemy naszą radość przeżywać razem. To, że mamy wspólną pasję i ją realizujemy stanowi dla nas ogromna wartość. Nic tak nie smakuje, jak szczęście, które można dzielić z bliską i ukochaną osobą. Poza tym ogromną radość sprawia nam również to, że możemy dzielić się naszymi doświadczeniami z podróży z innymi, z Wami. To, co podczas nich razem przeżywamy traktujemy jako nasz wielki skarb, o który chcemy dbać, który chcemy wspominać oraz nie chcemy trzymać go tylko dla siebie. Wierzymy, że być może dla kogoś coś z tego okaże się przydatne, motywujące, rozwiewające wątpliwości, które powstrzymują go od jakiegoś działania albo po prostu okaże się dla niego ciekawe. Ponadto opisywanie naszych podróży, wybieranie zdjęć oraz podejmowanie refleksji po powrocie jest dla nas bardzo przyjemne. Dzięki temu, że tworzymy coś dla innych, dostajemy dla nas wielką pamiątkę na lata. Ja sama często wracam do poprzednich wpisów z naszych podróży i je czytam, by przeżyć je jeszcze raz 🙂

Na koniec piosenka, z dedykacją dla wszystkich czytelników:

Igor Herbut – wdzięczność

Jedna myśl na temat “Tydzień w Hiszpanii

Dodaj własny

  1. Czyżby chodziło o zdjęcie z Monticchiello Odnośnie do Rondy to ostatnio na FB pojawiło mi się zdjęcie mostu Ponte Nuevo i wąwozu ale nie z perspektywy miasta, tylko w całej okazałości, wow, naprawdę robił wrażenie. Faktycznie przy „Cambio Dolor” na zdjęcia inaczej już patrzyłem 🙂 ale plakat Natalii Oreiro nie wisiał u mnie, herby i proporczyki klubów piłkarskich – tak 🙂 Bardzo dziękuję za tą relację 🙂 Muszę przyznać, że chyba wszystko o czym czytałem było dla mnie nowością 🙂

    Polubienie

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑