OBCAS WŁOSKIEGO BUTA – APULIA

  1. RIMINI
  2. BARI
  3. PARK4NIGHT – DZIKIE MIEJSCÓWKI
  4. POLIGNANO A MARE
  5. MONOPOLI
  6. ALBEROBELLO
  7. MATERA
  8. PÓŁWYSEP GARGANO
  9. Vieste
  10. Vignanotica- Plaża
  11. PESCHICI
  12. JEDZENIE WE WŁOSZECH

Gwoli wyjaśnienia dla stałych czytelników naszego bloga, do Apulii pojechaliśmy po pobycie w Austrii, który opisywaliśmy we wpisie Ale to już było To był ten sam wyjazd, tylko podzielony na dwie części. Taka przykrywka, że jedziemy do Austrii, a do Włoch przy okazji, żeby nikt nie powiedział, że ciągle tylko ta Italia i Italia 🙂 Ale trzeba przyznać, że coś w tym jest, że ciągle tam wracamy 🙂 W każdym razie zazwyczaj zwiedzamy nowe regiony tego południowego kraju.

Drogę z Austrii do Apulii podzieliliśmy na 2 etapy. Uwielbiamy to w podróży kamperem, że nie musimy nigdzie się spieszyć, sami decydujemy gdzie kiedy zajedziemy oraz co po drodze zobaczymy.

Tutaj wtrącę pełną refleksji piosenkę:

Pod Strzechą – Nie spiesz się

Padło na Rimini. Zatrzymaliśmy się przy plaży i spędziliśmy tam jeden dzień. Akurat tak się złożyło, że Sebastian miał tego dnia urodziny, także mieliśmy czas na celebrację tego dnia.


Świętowanie urodzin, imienin oraz różnych ważnych dla nas rocznic jest dla nas bardzo istotne. Zawsze pamiętamy, by wtedy mieć dla siebie jakiś prezent bądź niespodziankę i ten dzień spędzić wyjątkowo. Uważamy, że to bardzo spaja naszą relację. Oczywiście musieliśmy to razem wypracować w naszym związku, gdyż wywodzimy się z różnych domów, w których były zupełnie inne zwyczaje. Akurat jeśli chodzi o te tradycję, to w dużej mierze było to mocno zakorzenione we mnie. U nas prezenty były i nadal są na każdą możliwą okazję. Nawet teraz, kiedy mieszkamy od siebie daleko, to zawsze dzwonimy do siebie z życzeniami, a prezent jest zawsze tego dnia przygotowany i czeka na najbliższą okazję spotkania, byśmy mogli go sobie przekazać. Dlatego postanowiliśmy przejąć ten zwyczaj i pielęgnować w naszym Małżeństwie. Natomiast jest wiele rzeczy z mojego rodzinnego domu, z których zrezygnowaliśmy, a które akurat przejęliśmy od rodziny Sebastiana. A są i takie, które zbudowaliśmy i wymyśliliśmy wspólnie sami i są po prostu nasze. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy. Człowiek dorasta, wyprowadza się z domu, może z dystansem spojrzeć na swoje wcześniejsze życie, na to czego nauczyli go rodzice, konstruktywnie je ocenić i wybrać, co bierze ze sobą, co jest mu bliskie, a czego chciałby unikać. A później, kiedy łączy się ze swoją żoną/mężem stworzyć z tego wszystkiego, co zbudował i co zbudowała druga strona, jeszcze nowe i wspólne 🙂

RIMINI

Rimini (we Włoszech) to typowe nadmorskie, w sezonie nastawione na turystów miasteczko, a poza nim, niczym wymarłe. Nie brakowało w nim wystawnych oraz zachęcających do wejścia restauracji, ale widzieliśmy tam też całkiem sporo starych oraz opuszczonych budynków bez okien, w których przypuszczamy tętniło kiedyś życie beztroskich wczasowiczów. Niby nic szczególnego, ale ucieszył nas ten przystanek w owym miejscu. Ustawiliśmy się kamperem tuż przy wejściu na plażę, także z okna mieliśmy widok na morze.

W ciągu dnia miejsce to nie cieszyło się zbytnio popularnością. Był to wrzesień, a więc okres, gdy sezon niedawno się skończył, a ponadto trafiliśmy akurat na środek tygodnia. W okolicach południa zdarzyło się, że pojawiało się tam parę osób. Wydawało nam się, że to miejscowi, a tacy najmniej nam przeszkadzają, wręcz tworzą klimat tego miejsca. Najczęściej to turyści bywają dla nas problematyczni z uwagi na ich podniecenie wolnością od pracy i obowiązków, od których uciekli z dala od domu oraz często towarzyszące temu stanowi rozwydrzenie. I oczywiście wraz z nimi zaraz pojawiające się niezliczone stragany z pamiątkami, z których spragnieni zarobku handlarze wołają jeden przez drugiego: „kup Pan, kup Pan”. Ale i tak najgorsi są spacerujący sprzedawcy lodów i kukurydzy, a nierzadko też innych specjałów. Kto z Was pamięta, kiedy będąc nad Bałtykiem wylegiwaliście się wygodnie na piasku próbując usłyszeć szum morza pośród harmidru, jaki panuje na plaży, jak z oddali wyłaniał się coraz to głośniejszy okrzyk: ”lody, lody dla ochłody”. Były jeszcze lepsze teksty, natomiast tak dawno nie byłam w sezonie nad morzem, że ciężko mi je sobie przypomnieć i odtworzyć. Dlatego zwróciłam się do „wujka google” i w czeluściach Internetu znalazłam tę stronę internetową, gdzie jest wypisanych bardzo dużo przykładów, których część na pewno dobrze znacie. Zobaczcie sami, ja się nieźle uśmiałam wracając do nich pamięcią. Natomiast widziani tam przez nas tak zwani „lokalsi” to krótka piłka. Najczęściej przychodzą, wejdą do wody, porozmawiają i wracają, skąd przyjechali, nie robiąc wokół siebie większego zamieszania. Mimo tego, że jak pewnie wiecie, temperament południowy jest porównywalny z żywiołem ognia.

Rimini jako miejsce przystankowe w połowie drogi do głównego celu – Apulii – okazało się bardzo dobrym pomysłem. Naprawdę tam wypoczęliśmy. Błogie wylegiwanie się na plaży, pławienie się w morzu oraz doładowywanie się dużą ilością witaminy D w postaci promieni słonecznych, bardzo dobrze na nas podziałało.

Dzięki temu z wielkim zapałem i motywacją ruszyliśmy na podbój obcasa włoskiego buta, co okazało się bardzo pomocne przy mierzeniu się z różnymi przeciwnościami, które nas tam zastały.

BARI

W pierwszej kolejności udaliśmy się do stolicy Apulii – Bari. Zatrzymaliśmy się na praktycznie pustym parkingu miejskim z widokiem na morze.

Szczęśliwi, że słońce ładuje nasze solary, zaczęliśmy od drzemki, gdyż byliśmy bardzo śpiący. Było południe, także prażyło konkretnie. Mieliśmy wrażenie, że jest jeszcze bardziej gorąco niż w Rimini, z którego przyjechaliśmy. Natomiast gdy słońce zaczynało trochę mniej palić, wybraliśmy się na spacer po mieście.

Byliśmy naprawdę zachwyceni. Przede wszystkim zauroczyły nas ciasne, pięknie udekorowane kwiatami stylowe, ciasne uliczki, na których mieszkańcy mieli wyciągnięte zwyczajne, domowe krzesełka i nierzadko na nich siedzieli rozmawiając, grając w karty lub po prostu obserwując ruch uliczny. To było niesamowite. I to praktycznie przy każdym wejściu do kamienicy coś takiego 🙂

Tak właśnie upłynął nam czas do wieczora tego dnia, którego przyjechaliśmy do Bari. Spacerując i przyglądając się włoskiej architekturze, stylowi oraz ichniejszym zwyczajom nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiło się ciemno. Czuliśmy się jak byśmy byli widzami fascynującego spektaklu, który kreują miejscowi, zwyczajni ludzie przeplatający się z udającymi turystów wyrafinowanymi aktorami. Belissimo! Ten niepowtarzalny wieczór zakończyliśmy obłędnymi lodami w kawiarni „Martinucci Laboratory„.

Zresztą wróciliśmy w to miejsce kolejnego dnia, by zamówić jeszcze lepsze, ogromne desery lodowe.

Istnieje przekonanie, że we Włoszech ciężko trafić na niedobre lody. Włosi są po prostu w tej dziedzinie mistrzami. Gdy wróciliśmy wieczorem na parking, gdzie stał nasz kamper, by oddać się nocnemu wypoczynkowi, byliśmy zszokowani tym, co tam zastaliśmy. Tak jak wcześniej opisywałam, gdy przyjechaliśmy, było na nim zupełnie pusto. Gdy udawaliśmy się na spacer po mieście popołudniu, również. A teraz cały, ogromny parking był zapełniony do granic możliwości. W niektórych miejscach trzeba było się przeciskać, by przejść. Poza tym roiło się od nad wyraz krzykliwych Włochów, którzy szli albo wracali z miasta. I co najciekawsze, były to całe rodziny wielopokoleniowe. Niektórzy z nich zajmowali ławkę, dokładali swoje krzesełka i sączyli wspólnie wino i jedli przyniesione przez siebie włoskie przekąski. Inni z kolei pędzili do centrum, by celebrować kolację z rodziną lub znajomymi w jednej z wielu lokalnych knajp. Byliśmy mocno zaskoczeni, ponieważ zupełnie innego widoku się spodziewaliśmy, zważając na to co widzieliśmy opuszczając parking. Nie kryliśmy też naszego niezadowolenia oraz niepokoju związanego z tym, czy uda nam się zasnąć i rzeczywiście odpocząć w takich warunkach. Natomiast za chwilę wydarzyło się znów coś bardzo nieoczekiwanego. Około godziny 23:00 zaczęło wszystko się uspokajać, a o północy znów było cicho jak makiem zasiał, a na parkingu zostaliśmy tylko my. Wszyscy zniknęli bez śladu, jakby ich wcale tutaj nie było. Coś niesamowitego! Widocznie tłumy nadciągają wieczorem, by razem zjeść kolację, napić się wina, a potem wracają do swoich domów spać. Piękny zwyczaj 🙂 Zastanawiające było dla nas to, że Włosi na tę okoliczność przyjeżdżali samochodami. Patrząc na to, że praktycznie każda napotkana przez nas osoba miała w dłoni kieliszek wina. Natomiast trzeba mieć świadomość, że w obowiązujących na terenie włoskiego kraju przepisach jest dopuszczalna większa tolerancja na alkohol we krwi. U nich jest to aż 0,5 promila. U nas dla porównania jest to 0,2 promila. W każdym razie noc upłynęła nam bardzo spokojnie. Poza tym, że było potwornie gorąco. Musimy przyznać, że tak wysokich temperatur w nocy, jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy.

Kolejnego dnia, po wspomnianych przeze mnie wcześniej deserach lodowych „Martinucci Laboratory”, postanowiliśmy przejść się uliczkami Bari w czasie, kiedy we Włoszech wszystko na parę godzin się zatrzymuje.

Jest to sjesta, czyli tradycyjny moment relaksu w ciągu słonecznego dnia w godzinach wczesnopopołudniowych, który w południowych krajach jest bardzo popularny. I tutaj naprawdę doświadczyliśmy, jak duże ma to uzasadnienie. Nasz pomysł na przechadzkę po mieście w tym czasie okazał się nienajlepszy. Doskwierający żar z nieba i wysoka temperatura, która odbijając się od zabudowań, sprawiała, że każdy krok to była mordęga. Czuliśmy się, jakby ktoś nas podpiekał z każdej strony, a my coraz bardziej słabi i wyczerpani, mieliśmy coraz mniej sił, by się przed tym bronić. Cóż, w innych rejonach Włoch czy południowych krajów, które do tej pory odwiedziliśmy, sjestę traktowaliśmy raczej jako naszego wroga. Nie do końca rozumiejąc tę ideę, często denerwowaliśmy się na to, że w czasie, kiedy my chcielibyśmy zjeść obiad, wszystkie lokale są zamknięte. Tym razem byliśmy wkurzeni na siebie, że nie uwzględniliśmy sjesty w planie naszego dnia. Było naprawdę makabrycznie gorąco, że ciężko było wytrzymać. I mówię to ja, która uwielbiam, kiedy jest bardzo ciepło.

Jako, że znaleźliśmy się w Bari, które jest bardzo wysoko rozwiniętym miasteczkiem, postanowiliśmy zrobić pranie. Spakowanych rzeczy mamy ze sobą zawsze mnóstwo, więc można by przypuszczać, że nie musimy nic prać, gdyż wszystkiego nam na pewno powinno wystarczyć. Jednak nie, zdarza się, że potrzebujemy zrobić pranie w podróży. Życie 🙂 Jeśli chodzi tylko o parę rzeczy i akurat jesteśmy na łonie natury oraz jest ładna pogoda, to pierzemy ręcznie i zawieszamy na zewnątrz na krzesełkach, ewentualnie sznurku, czy ogrodzeniu, w zależności co mamy pod ręką. Czasem też przy okazji odwiedzin większych miast, czy też miasteczek, jak na przykład Bari, zanosimy worek z brudnymi rzeczami do najbliższej automatycznej pralni, idziemy na kawę i mniej więcej po półtorej godzinie mamy czyste rzeczy. Często w takich miejscach są również automatyczne suszarnie, dzięki którym mamy od razu rzeczy gotowe do włożenia do szafy. Natomiast trzeba uważać na jedną rzecz. Ważne jest, żeby nie włączać suszarki na zbyt wysoką temperaturę, gdyż niestety ubrania wtedy się niszczą i płowieją. Lepiej włączyć na dłuższy program i wypić dwie kawy zamiast jednej, niż potem ubolewać nad zmianą wyglądu swojej ulubionej sukienki, czy też koszuli. My już wiemy jak to boli, a tę lekcję zapamiętamy na długo.

PARK4NIGHT – DZIKIE MIEJSCÓWKI

Po paru dniach spędzonych w pięknym, ale jakże zatłoczonym oraz głośnym Bari, bardzo potrzebowaliśmy odpocząć w jakimś ustronnym, malowniczym miejscu i poczuć tę ciszę, którą tak kochamy. Dlatego też zaczęliśmy usilnie wertować aplikację park4night, by znaleźć w okolicy coś, co by nas interesowało. Jest to program komputerowy, gdzie oprócz zdjęcia, opisu oraz współrzędnych miejsc, gdzie można zaparkować lub zostać na noc kamperem, jest również miejsce na komentarze osób, które tam były. Dla nas często okazuje się to bardzo pomocne, gdyż można zobaczyć z kiedy są te informacje oraz czy dane są aktualne. I tym razem dzięki tej aplikacji udało się bardzo szybko znaleźć miejsce, które wydawało się być dla nas idealne. Klif, morze, piękny widok i ukryta, tajemnicza dzika miejscówka! Czego chcieć więcej ? Bezpieczeństwa! 🙂 Otóż wszystko było pięknie, zaniepokoiła nas tylko jedna mała rzecz, którą odkryliśmy dzięki komentarzom. W adnotacjach podróżujących pod znalezionym przez nas miejscem, powtarzały się wpisy z informacją o pojawianiu się wieczorem budzącego niepokój kręcącego się w okolicy mężczyzny, który próbuje wyłudzić pieniądze za nocleg na niby rzekomo jego terenie. Przeczytaliśmy również parę relacji, że osoby, które nie zapłaciły mu, rano miały przebite opony. Dość często przewijał się tam również temat grasującej w w tej okolicy mafii włoskiej. Nie wiemy czy, to co było tam napisane było prawdą. Być może ludzie tak pisali w celu zniechęceni innych do przyjazdu na tę miejscówkę, by mieć ją tylko dla siebie. Natomiast my nie chcieliśmy ryzykować i zrezygnowaliśmy z niej. Uważamy, że czasem lepiej obejść się smakiem i poszukać czegoś innego, nawet mniej atrakcyjnego, ale bezpiecznego. Po co narażać się na niepotrzebny lęk, który budzi w nas napięcie ? Lubimy adrenalinę, która nas napędza do działania, ale w takich sytuacjach, cenimy sobie nade wszystko spokój.

Udało się znaleźć inną miejscówkę na klifie, oczywiście na dziko. Minus był taki, że można było do niej dojechać tylko drogą, którą można było poruszać się tylko do godziny 17:00. W momencie, kiedy my byliśmy gotowi do drogi, była godzina 16:00. Na urlopie preferujemy zdecydowanie „slow life” i nie zrywamy się wcześnie z łóżka ani też nie pędzimy. Wiedzieliśmy, że jak tam pojedziemy, chcemy zacząć od kawki i z pięknym widokiem oraz, że nie ma najmniejszych szans, by do 17 zebrać się stamtąd. Gdzieś w czeluściach internetu przeczytaliśmy, że drogi mają monitoring i mandat może przyjść na nasz adres zamieszkania po kilku miesiącach. Po krótkiej naradzie, podjęliśmy decyzję, że jedziemy tam, by zobaczyć jak to wygląda i czy w ogóle jest się nad czym zastanawiać. Na miejscu okazało się, że jest to grzechu warte 🙂 Sebastian rozłożył stolik, krzesełka, a ja zrobiłam kawkę oraz przygotowałam słodkości. W sercu obydwoje czuliśmy, że ani myślimy o tym, by się stąd zbierać.

Musieliśmy jeszcze odbyć ważną rozmowę na temat naszych obaw związanych z noclegiem w tym miejscu. Jest to dla nas bardzo ważny element dbania o nasze bezpieczeństwo w podróży. Z nas dwojga to ja jestem tą lękliwą osobą, która boi się wielu rzeczy. Wtedy bardzo pomaga mi rozmowa z moim Mężem. Kiedy Sebastian potrafi mi racjonalnie wytłumaczyć, że jesteśmy bezpieczni oraz nic nam nie grozi, wtedy i ja jestem spokojna. Natomiast gdy widzę, że Sebastian ma wątpliwości co do danego miejsca, oboje wiemy, że lepiej szukać czegoś innego, bo będę wtedy niepokoić się 2 razy bardziej.

Z naszej perspektywy zawsze warto poświęcić chwile czasu, by ocenić, czy jeśli stoimy na klifie, to czy nie grozi nam jego osunięcie oraz sprawdzić prognozę pogody, czy na przykład nie zagraża nam sztorm na morzu. To są takie podstawowe sprawy, które nic nie kosztują, zajmują chwilę, a mogą pomóc w osiągnięciu głębszego poziomu odprężenia i relaksu. Jedni z naszych znajomych podróżników mają zasadę, że parkując, ustawiają się zawsze w ten sposób, by w razie niebezpieczeństwa być gotowym do drogi. Opowiadali, że raz rzeczywiście mieli taką sytuacje, że z tego skorzystali. Pewnego razu usłyszeli strzały i wtedy bez żadnego zastanowienia odpalili auto i odjechali. Nie wiedzą, co to było, ale woleli już tam nie wracać, by nie kusić losu. Widzimy dużą zasadność tej reguły, natomiast przyznajemy szczerze, że ciężko nam się do niej stosować. Kiedy parkujemy, szczególnie na dziko, lubimy ustawić się tak, żeby mieć piękny widok, być zasłoniętym od cywilizacji oraz rozłożyć markizę, nasze meble ogrodowe i niczym się nie przejmować. O ile nie zapowiadają potężnej burzy i deszczu, nie chowamy sprzętu na noc, tylko zostawiamy na rano, by po wstaniu zjeść pod kamperem śniadanie, nierzadko jeszcze w piżamach.

A więc na tej miejscówce oprócz tego, że wypiliśmy kawkę, zostaliśmy na noc, to jeszcze spędziliśmy tam cały kolejny dzień 🙂 Sebastian nawet się skusił i wszedł do wody, by trochę popływać. Jednak okazało się, że nie było to takie przyjemne, jak sobie wyobrażał. Fale były dość silne i ściągały go do brzegu klifu, który był bardzo skalisty i trzeba było bardzo uważać. Na szczęście nic się nie stało. Natomiast w tym czasie mój chill z herbatką był naznaczony niepokojem o mojego Męża, więc w pewnym momencie zeszłam na skały, by obserwować, czy nic mu się nie dzieje.

POLIGNANO A MARE

Kolejne miasteczko, do którego się wybraliśmy to Polignano a Mare. Jest to niezwykle urocze oraz malownicze miasteczko położone na stromym klifie oraz charakteryzujące się białymi, bajkowymi domami. Znajduje się tam również piękna i spektakularna plaża wciśnięta pomiędzy dwa klify. Na nas zrobiło ogromne wrażenie to, że praktycznie z samego centrum miasteczka wchodzi się centralnie na nią.

Jak widzicie, ruch turystyczny na tej plaży był ogromny, dlatego tez postanowiliśmy dość szybko z niej się ulotnić, a wrócić na nią wieczorem. Mieliśmy nadzieję, że wtedy będzie na niej zdecydowanie mniej osób. A więc ubraliśmy pod ubranie kostiumy kąpielowe w nadziei, że zaznamy wieczornej kąpieli w morzu. Niestety ruch tam wcale nie był mniejszy, a woda niestety była za chłodna, by to uczynić. Posiedzieliśmy chwilę i wróciliśmy robiąc sobie romantyczny spacer przez centrum Polignano a Mare do naszego kampera.

To było wieczorem. Natomiast kiedy opuściliśmy w południe tą spektakularną plażę, w zamian za to przeszliśmy się wzdłuż wybrzeża podziwiając inne, choć mniej efektowne, ale dalej fascynujące klify. A co najważniejsze dla nas, zdecydowanie mniej oblegane przez turystów.

MONOPOLI

Monopoli to miasteczko, które jest nazywane sercem Apulii. Jest tam bardzo dużo wąskich uliczek, które tworzą labirynt. Miasteczko jest ładne, ale nie zrobiło na nas piorunującego wrażenia. Jest tam kilka zabytków wartych zobaczenia, między innymi historycznych kościołów, katedr, zamków oraz placów. Nam najbardziej spodobała się katedra Madonna Maria Santissima della Madia.

Naszą uwagę przykuł również Port Vecchio. Poczuliśmy tam prawdziwy rybacki klimat, dosłownie. Jest to stary port, z którego wypływają niebieskie łodzie, tak zwane gozzi, w celu połowu ryb oraz ośmiornic w przybrzeżnej okolicy. Co tu dużo mówić, czuć rybkę 🙂

Monopoli posiada na kilkunastometrowym odcinku lini brzegowej, szereg plaż, jedna po drugiej. Mimo potężnego upału, udało nam się zrobić spacer i zobaczyć parę z nich. Charakteryzowały się pięknymi klifami oraz krystalicznie czystą wodą.

Nie pomyślcie, że jesteśmy ignorantami, ale z tego miasteczka najbardziej zapamiętaliśmy kawę, którą udało nam się wypić w lokalnej kawiarni. W poprzednich wpisach już pewnie nieraz wspominaliśmy, że przy naszej całej wielkiej miłości do Włoch, niestety ichniejsza kawa pozostawia nam wiele do życzenia. Zazwyczaj dostajemy albo mleko z dodatkiem kawy albo nie mogąc się dogadać, Sebastian zadowala się espresso, a ja dodatkowo mlekiem w osobnym kubeczku do popicia. Cóż, Włochy nie mogą nam dać wszystkiego 🙂 Ale właśnie tutaj w Monopoli dostaliśmy pyszną, mocną, w miarę dużą kawę 🙂 I Pani zrozumiała, że kawa z mlekiem to kawa z dodatkiem mleka, a nie odwrotnie.

Było warto! I do tego włoskie Pasticciotto wypełnione kremem i czekoladą. Obłędne! Co ciekawe obsługiwała nas dziewczyna, która pochodziła z Ukrainy. Mówiła dość dobrze po angielsku, więc Sebastian mógł z nią chwile porozmawiać.

ALBEROBELLO

Kolejnym punktem, do którego się udaliśmy było przeurocze miasteczko Alberobello, które zbudowane jest z prawie półtora tysiąca zabudowań w formie małych domków ze stożkowymi dachami (trulli). Wyglądało to naprawdę jak z bajki. Jest to naprawdę miejsce, które warto odwiedzić. Odstraszał nas stąd niestety tylko tłum turystów. Mimo, że nie byliśmy w środku sezonu, od ludzi aż się roiło. Nie chcę myśleć nawet jak tam jest w środku sezonu, ciężko to sobie wyobrazić.

Z Alberobello związane są dwie nasze przygody, które zapamiętamy na długo. Pierwsza to, że właśnie tam zmierzyliśmy się z awarią naszej instalacji elektrycznej. Jadąc tam myśleliśmy, że jesteśmy wystarczająco naładowani i że nie będziemy korzystać na kempingu z podłączenia do prądu. Niestety okazało się, że mamy usterkę. Oddam tutaj głos Sebastianowi, on się bardziej na tym zna i najlepiej opisze, co się stało.

A stało się to, co się dzieje kiedy człowiek chce przyoszczędzić 😀 W tym czasie, wciąż korzystaliśmy z lodówki absorpcyjnej. To dość popularny wybór jeśli chodzi o kampery, ponieważ taką lodówkę można zasilać zarówno prądem 230 V lub 12 V jak i gazem. Nie byliśmy zadowoleni z jej działania i wydajności i wiedzieliśmy, że czeka nas wymiana na lodówkę kompresorową, która działa tak, jak domowe lodówki. Natomiast byliśmy świeżo po modernizacji elektryki w kamperze, co też wiązało się ze sporymi kosztami, więc zdecydowaliśmy, że lodówką zajmiemy się już po sezonie. Z lodówki absorpcyjnej zwykle korzystaliśmy w ten sposób, że podczas jazdy ustawialiśmy tryb 12 V, jak byliśmy na kempingu to 230 V, a jak na dziko to gaz. I już to było dla nas podejrzane, że w drodze do Alberobello, nie naładował się akumulator wykorzystywany w części mieszkalnej. Cóż, nie ma co dyskutować, mamy jedzenie w lodówce, trzeba dokupić podłączenie do prądu. Zwykle to bardzo przyjemny moment, bo co prawda trzeba wypuścić z portfela kolejne euraski, ale za to w kamperze można poczuć energetyczny luz 😀 Nie patrzysz na poziom naładowania akumulatora, zachwycasz się wszystkimi światełkami, które masz w aucie, a gąszcz kabli ładuje do syta wszystkie telefony, komputery, powerbanki, głośniki itd. Dla mnie to jednak była stresująca chwila, czułem kłopoty, więc z namaszczeniem zacząłem wkładać końcówkę przyłącza do prądu po czym zapytałem Kingę czy mam prąd. Nie mamy, rzekła. Ok, to może wywaliło bezpieczniki. Nie. Ok, to może nasze przyłącze jest wadliwe, może kabel. Pożyczam od sąsiedniego kampera, sprawdzam, nie działa. No dobra, wraz z modernizacją elektryki, wymieniliśmy kilka urządzeń odpowiedzialnych za ładowanie akumulatora, więc dzwonię do niezawodnej ekipy Lukamp w Krakowie, krótka konsultacja i już wiem co sprawdzać. Ale nie było nawet co drążyć. Kluczowe urządzenia nie miały zasilania czyli wydarzyło się coś grubszego i już wiedziałem, że nie da się tego załatwić na prędkości. Musieliśmy dotrwać tak do końca wyjazdu a na miejscu w Krakowie okazało się, że awaria lodówki uszkodziła część instalacji elektrycznej i jedno z urządzeń, którego „nówkę” zamontowaliśmy przed wyjazdem. Podsumowując, po powrocie lodówkę i tak musieliśmy wymienić, a dodatkowo naprawić uszkodzenia. W kamperze jak w domu, jak przecieka dach, to nie pytaj czy bardzo przecieka i czy prognozują w tym roku deszcz 🙂

Kolejna ciekawa rzecz, która nam się przydarzyła to anegdotka o drzewku oliwkowym, którą także najlepiej przedstawi Wam mój Mąż. Także kolejny fragment, będzie również jego autorstwa.

To był jeden z tych momentów. Spokojna noc, zasłużony odpoczynek, modlitwa, przytulas i spanko. I czar pryska kiedy w środku nocy Żona budzi mnie szturchnięciem i przerażona pyta: słyszysz? W tym momencie roztropny mąż okazuje żonie atencję, ona, wysłuchana, uspokaja się i na ogół można kontynuować sen. Ale roztropny mąż obudzony w środku nocy może stracić cierpliwość, chwilowo zapomnieć o rozsądku i burknąć: nic nie słyszę, śpij kobieto! Tej nocy tak właśnie zrobiłem, co spowodowało, że za sekundę zostałem ponownie wybudzony, a mina mojej Żony skutecznie zniechęcała do dyskusji. Nasłuchujemy razem. I rzeczywiście, dokładnie w tę ścianę gdzie znajduje się nasza sypialnia, słychać uderzanie i drapanie. Zdziwiła mnie regularność i powtarzalność tych dźwięków. Gdyby to był jakiś zbój to już chyba dawno by się do nas dobrał. W końcu z radością wykrzykuję: Kinia! wiem! Przecież jesteśmy w pobliżu drzewek oliwkowych i pewnie wiatr powoduje, że one uderzają o nasz pojazd! Żona niestety nie doceniła tego przebłysku geniuszu i nadal myślami była bliższa rychłej śmierci. Szybka analiza doprowadziła mnie do wniosku, że szybciej położę się spać kiedy to sprawdzę niż kiedy uda mi się przekonać Kingę do mojego pomysłu. Na taką akcję trzeba dobrze się przygotować. A zatem zakładam okulary, szlafrok, a mój telefon już oświetla drogę gęstym strumieniem światła latarki. Jeszcze kilka kroków. Idę na paluszkach. Wyskakuję zza kampera i już go mam! W zasadzie ją mam. Biedną, małą gałązkę drzewa oliwkowego, która w rytm falującego wiatru uderza o naszą sypialnię. Zwykle tego nie robię, ale tym razem bez zawahania złapałem gałąź i wyrwałem ją zdecydowanym pociągnięciem. Cenię sobie domowy mir. A zachwyt Żony?! Panowie, chyba nie muszę tłumaczyć 🙂

W każdym razie, z obydwu sytuacji wyszliśmy zwycięsko, bo w jakiś sposób sobie poradziliśmy. Z nami nigdy nie ma nudy! 🙂

MATERA

Matera to niewątpliwie nasza perełka w podróży po obcasie włoskiego buta. To miasto wykute w kamieniu spowodowało u nas ogromny zachwyt. W tym mieście były kręcone sceny „Pasji” Mela Gibsona. Przechadzając się uliczkami obserwowaliśmy niesamowite zjawisko wykutych grot w skałach, w których mieszkali kiedyś ludzie. Do niektórych można było wejść i zobaczyć, w jakich okropnych warunkach mieszkano, ponoć jeszcze w 50 latach XX wieku.

Później doczytaliśmy, że rząd włoski dopiero w 1954 roku zarządził wysiedlenie 20 000 ludzi i wybudowanie dla nich nowoczesnych bloków. Do tego czasu nikt nie miał pojęcia, że jest takie miejsce we Włoszech, gdzie ludzie żyją bez kanalizacji oraz dostępu do bieżącej wody i umierają z powodu brudu oraz plagi chorób. Ciężko sobie to wyobrazić, a jednak to wszystko miało miejsce. Bardzo smutna jest historia tego miasta.

W Materze zaciekawił nas bardzo Wąwóz Gravina, który znajdował się po jednej stronie grot wykutych w skale. Schodziło się do niego bardzo stromą ścieżką.

Wydawał on się nam tak tajemniczy, że postanowiliśmy wrócić się do naszego kampera i przebrać w trekkingowy „outfit”. Musieliśmy być bardzo zmotywowani, bo naszą Kruszynkę zostawiliśmy naprawdę daleko od centrum miasta. Natomiast oboje wiedzieliśmy, że jeśli tego nie zrobimy, długo jeszcze będziemy żałować. Na szczęście przekonaliśmy się na własnej skórze, że było warto. Droga nie była łatwa z uwagi na szalenie wysoką temperaturę. Przy wejściu na szlak wąwozu było nawet napisane, żeby nie udawać się tam w godzinach, kiedy świeci słońce z uwagi na niebezpieczeństwo poparzenia się. 2 razy prosiliśmy przechodniów, by nam przetłumaczyli z włoskiego na angielski napis, czy na pewno chodzi tylko o to zagrożenie. Kiedy już byliśmy pewni, bez zastanowienia zeszliśmy. Doświadczenie było nie do opisania. Było stromo, kręto i czasem nie wiadomo było którędy iść. Na szczęście nie poddaliśmy się. Przechodziliśmy obok prymitywnych grot, w których jak domniemamy, mieszkali kiedyś ludzie. Były momenty, że droga prowadziła tak, że stąpaliśmy po ich dachach. Na samej górze postanowiliśmy złapać trochę oddechu i odpocząć napawając się niesamowitymi widokami i przyjemnym wiatrem, który tam zastaliśmy, a którego nie było można doświadczyć na dole.

Tak nam się spodobało na górze, że mimo zabrania tylko paczki Croissantów i 2 butelek wody, postanowiliśmy zostać tam do zachodu słońca. I to był bardzo dobry wybór. Okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł, by oglądać stamtąd to jak się okazało spektakularne zjawisko. Dość sporo osób, a szczególnie profesjonalnych fotografów (domniemywam po sprzęcie i jego obsługiwaniu) zjawiło się tam w momencie, kiedy słońce zaczęło znikać za miastem wykutym w skale i zaczął się spektakl tysiąca kolorów. Wyglądało to majestatycznie. Zaraz, gdy wszystko się zaczęło, Matera zaczęła stopniowo włączać oświetlenie. Najpierw lampy przy grotach, potem kościoły, a na końcu okiennice.

Zostaliśmy tam do zmroku, zupełnie nie zważając, że robi się coraz chłodniej, ciemniej, a nasze żołądki wołają o jedzenie. Gdy szliśmy stromymi ścieżkami, którymi przyszliśmy, byliśmy już tam całkiem sami i nie było już nic prawie widać. Utrudniało to szybkie i sprawne przejście, na jakie liczyliśmy, gdyż nawet kiedy było widno, nie było łatwo o znalezienie właściwej drogi. No cóż, trzeba było trochę się nagimnastykować, czasem zawrócić, ale ostatecznie dotarliśmy do miasta. Jak się domyślacie, ja byłam bardzo spanikowana, a Sebastian znacznie mniej. Po drodze był mały konflikt potrzeb, bo ja będąc bardzo głodna, chciałam zjeść po drodze w jakiejś ładnej restauracji, natomiast Sebastian po tak intensywnej wędrówce, ze spoconą paszką i w stroju trekkingowym, najbardziej marzył o powrocie do kampera, prysznicu i kolacji w środku 🙂 Wygrała jego opcja. W podróżowaniu razem we dwójkę często pojawia się ta kwestia, że któreś musi zrezygnować ze swojej potrzeby. Uważam, że nie zawsze da się pójść na kompromis. Istotne jest, by mieć czujność, by nie ustępowała zawsze ta sama strona. Myślę, że my się ciągle tego uczymy, choć na pewno jest lepiej pod tym względem niż na początku. Bycie ze sobą na tak małej przestrzeni wymaga od nas zwracania uwagi na potrzeby drugiego. Widzę, że im dłużej ze sobą podróżujemy, staje się to coraz bardziej naturalne oraz coraz więcej rzeczy, rytuałów oraz potrzeb staje się naszymi wspólnymi, przez co łatwiej jest się dogadać.

PÓŁWYSEP GARGANO

Ciężko nam było wyjechać z Matery, ale z racji tego, że bardzo chcieliśmy zobaczyć Półwysep Gargano, kolejnego dnia ruszyliśmy do przodu. Byliśmy nią tak zachwyceni, że jadąc jeszcze wspominaliśmy i zachwycaliśmy się tym, co tam zobaczyliśmy. Natomiast w momencie, kiedy zaczęliśmy wjeżdżać na Półwysep Gargano, nasze „achy i ochy” zaczęliśmy automatycznie przekierowywać na widoki, które tam zastaliśmy. Razem z coraz bardziej krętymi, wijącymi się do góry drogami, zaczęły się pojawiać raz po jednej, raz po drugiej stronie strome, ale jakże majestatyczne klify. Ja o mało co nie umarłam z zachwytu. Sebastian niestety dużo nie skorzystał, bo prowadził i musiał skupić się na drodze, bo naprawdę było to wyzwanie. Do tej pory, kiedy wspominam, słyszę w uszach dudniący szum i mrożącą krew w żyłach ciszę. Co jakiś czas były zatoczki, ale kiedy dawałam znać Mężowi, by się zatrzymał, zazwyczaj było już za późno na reakcję. Także niestety nie mamy z tej drogi żadnych zdjęć. Gdy droga zaczęła się nieco wypłaszczać, a z góry zobaczyliśmy słynną plażę Arco di San Felice, postanowiliśmy zatrzymać się w najbliższym możliwym miejscu i znaleźć zejście do niej. Zapragnęliśmy zaznać kąpieli w błękitnym Adriatyku z widokiem na ten zjawiskowy naturalny łuk skalny.

Nie było to łatwe. Zostawić auto tak stricte przy drodze było dość niebezpieczne, więc początkowo odrzuciliśmy ten pomysł. Znaleźliśmy parking przy tej plaży, nawet na niego wjechaliśmy i rozważaliśmy zapłacenie 20 euro za cały dzień, spędzając tam tylko parę godzin. Natomiast z tego rozwiązania również zrezygnowaliśmy z tego względu, że wszystkie miejsca były w cieniu, a my potrzebowaliśmy słońca, żeby mieć prąd. Ostatecznie zaparkowaliśmy w jednej z zatoczek, w pełnym słońcu, pod wysoką formacją skalną, mając nadzieję, że nic na nas przez te parę godzin nie spadnie. O policję się nie martwiliśmy, bo nasze doświadczenie jest takie, że we Włoszech, o ile stając na poboczu nie blokuje się przejazdu, to raczej się nie interesują. Niekomfortowe było dla nas to, że żeby z tego miejsca dojść do plaży musieliśmy przejść kawałek poboczem po tej krętej drodze, a potem przez teren opuszczonego, ogromnego hotelu, w którym mieliśmy wrażenie, jakby coś straszyło. Natomiast oboje jesteśmy zgodni co do tego, że było warto. Plaża może nie była najprzyjemniejsza, ale była dzika, co też miało swój specyficzny klimat. Widok był niesamowity. Ja byłam wniebowzięta, bo woda prawie do samego oczka skalnego sięgała najdalej do szyi. Ja nie umiem pływać, więc mój kontakt z wodą, gdziekolwiek jestem polega tylko na przechadzaniu się, pluskaniu, ewentualnie wskakiwaniu na fale, ale rzecz jasna tylko do miejsca, gdzie mnie nie zakrywa. Tutaj miałam istny raj. Nie wiem ile czasu spędziłam wtedy w tym morzu, ale bardzo długo. Woda była przyjemnie ciepła i naprawdę przejrzysta. Kiedy to piszę, zanurzam się we wspomnieniach, a na mojej twarzy zarysowuje się rozmarzony uśmiech. To był cudowny czas.

Vieste

Po sielskim plażowaniu i chillowaniu na plaży Arco di San Felice, pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się na plaży w Vieste. Dzięki temu, że był już wrzesień i sezon się już skończył, nie mieliśmy problemu z zaparkowaniem przy plaży, obok dorodnej palmy. Był to parking miejski przy drodze, ale z widokiem na morze. Być może nie był on przeznaczony dla kamperów, próbowaliśmy dojść do informacji na ten temat, ale nic nie znaleźliśmy. Natomiast jak już wcześniej pisałam, we Włoszech zauważyliśmy powszechną zasadę, że jak nikomu nie przeszkadzamy, to i nas się nie czepiają. Poza tym prawda jest tez taka, że po sezonie znacznie mniej pilnują.

Korzystając z pięknej pogody oraz całej plaży tylko dla siebie, postanowiliśmy w pełni oddać się plażowaniu. Praktycznie zaraz po zaparkowaniu wskoczyliśmy w nasze kostiumy kąpielowe i poszliśmy do wody. Tego dnia było dosyć wietrznie, więc nie czuć było mocnego słońca. Sebastian pływał na zmianę z leżeniem plackiem na plaży, odpoczywając chyba jeszcze po wyczerpującej drodze z Matery na Półwysep Gargano. Ja natomiast zajęłam się swoim ulubionym zajęciem nad morzem, czyli łapaniem morskich fal 🙂

Wieczorem postanowiliśmy wybrać się na spacer po centrum Vieste oraz na kolację. Byliśmy bardzo głodni, woda potrafi zabrać skutecznie energię 🙂

Miasteczko okazało się niezwykle urocze oraz bardzo przyjazne parom zakochanych. Znajdują się tam słynne schody miłości, którym przypisuje się przesłanie, że kiedy wejdzie się nimi trzymając za rękę ze swoim ukochanym/ukochaną, to to spowoduje pozostanie ze sobą na zawsze. Jest to opisane na tabliczce obok tych schodów, oczywiście po włosku. Natomiast prosiliśmy miejscowych przechodniów o przetłumaczenie na angielski 🙂

W każdym razie my weszliśmy na nie razem na wszelki wypadek dwa razy! Myślicie, że zadziała ? 🙂

Tak nam się spodobało w Vieste, że postanowiliśmy zostać tu jeszcze kolejny dzień. Widzieliśmy uroki tego miasteczka w blasku księżyca i zapragnęliśmy zobaczyć też o blasku słońca.

Vignanotica- Plaża

Z Vieste pojechaliśmy na plażę Vignanotica, która charakteryzowała się ustronnością, białymi, dosyć sporymi kamieniami zamiast piasku oraz położeniem u samych stóp stromych klifów.

Była też tam chyba najbardziej krystaliczna woda, jaka kiedykolwiek widzieliśmy w morzu. Ciekawym doświadczeniem było wchodzenie do niego, ponieważ kamieniste podłoże znajdowało się również pod wodą. Niestety nie zastała nas tam słoneczna pogoda. Niebo w większości było zaniesione, a co jakiś czas kropiło. Dobrze, że przy wejściu na plażę znajdował się bar, z którego mogliśmy skorzystać, żeby się schronić przed deszczem, który w końcu rozpadał się na dobre, a i też coś przekąsić. Natomiast dopóki nam warunki atmosferyczne pozwoliły, korzystaliśmy z delektowania się tą urokliwa plażą.

W pobliżu był kemping, na którym zdecydowaliśmy się zostać kolejną noc. Nie było w nim tłumów, można było swobodnie rozłożyć oraz cieszyć przyrodą. W nocy szalała burza, więc rano nie powitało nas słońce. Mimo to, nie zrezygnowaliśmy ze śniadania na zewnątrz.

Jak widzicie moją minę, możecie zauważyć w niej niemałe niezadowolenie. Tak, tutaj podczas tej podróży zmierzyliśmy się z konfliktem potrzeb. Pewna bliska nam osoba podsunęła nam pomysł, żeby przy okazji urlopu we Włoszech odwiedzić Brata Elia w Calvii w kontekście naszej intencji, którą nosimy w sercu. Jest to stygmatyk, za którego pośrednictwem przez Boga, zostało uzdrowionych wiele osób. Dla mnie to był oczywiście znak od Boga, że to właśnie jeszcze powinniśmy zrobić. Natomiast Sebastian zupełnie tego nie czuł. Poza tym musiałby wtedy wziąć dodatkowy urlop w pracy, ponieważ, czas wakacji już dobiegał końca. Raz, że nie chciałby tracić kolejnego tygodnia w pracy, a dwa, że on lubi jak takie rzeczy czy zmiany są z odpowiednim zapasem czasu wcześniej zaplanowane i przegadane. Dużo o tym rozmawialiśmy, ostatecznie zdecydowaliśmy, że odpuszczamy. Było to dla mnie trudne. Przede wszystkim z powodu, że naprawdę to czułam i moja natura jest bardzo skłonna do puszczania wszystkiego i biegnięcia za głosem serca. Natomiast też myślę z tego względu, że jest jeszcze we mnie mocny duch rozpieszczanego dziecka jedynaka, którym byłam przez 7 pierwszych lat swojego życia, a co za tym idzie odmowa oraz rezygnacja z czegoś, czego chcę i potrzebują zawsze mnie boli. Więc niestety najpierw muszę się trochę dąsać i fochać, a potem dopiero zaczynam racjonalnie myśleć i dopuszczać głos rozsądku. Na szczęście coraz bardziej udaje mi się nad tym skutecznie pracować. A więc ostatecznie doszliśmy do zgody i porozumienia i się dogadaliśmy. Ja często też denerwuję się o to, że mój Mąż w takich sytuacjach nie chce nawet rozważyć, tylko od razu „nie, bo nie”. Na szczęście i on w pewnym momencie puszcza blokadę i da się z nim porozmawiać. W podróży często różne rzeczy, które są głęboko w nas zakorzenione wychodzą na wierzch. Natomiast mamy takie doświadczenie, że takie sytuacje będąc sami we w dwoje w niezależnej podróży, na małej przestrzeni, też nas w dużym stopniu uczą siebie nawzajem, pokazują prawdę o nas samych, od której ciężko uciec oraz wymagają jeszcze większej pracy nad sobą niż będąc w domu, w rutynie codziennych obowiązków. Wierzymy, że dzięki temu stajemy się bardziej dojrzalsi, a nasza Miłość, którą budujemy, pełniejsza, choć często nie jest łatwo.

PESCHICI

Ostatnim punktem tej podróży do Włoch było miasteczko Peschici, które okazało się być istną wisienką na torcie, choć na początku wcale się tak nie zapowiadało. Gdy według Google Maps znaleźliśmy się we właściwym „centro”, byliśmy deczko zawiedzeni, tym co tam zastaliśmy. Było tam bardzo zwyczajnie. Zrobiliśmy jeszcze parę kroków w okolicy i zaczęliśmy szukać kawiarni, by pocieszyć się dobrą kawą. Tak, będąc we Włoszech ciągle się jeszcze łudzimy, że zrobią nam kawę taką, jak chcemy. Niestety, tu znowu musieliśmy zadowolić się dwoma, a łącznie czterema espresso i dzbanuszkiem chłodnego mleka. Po kawce postanowiliśmy nie dać jeszcze tak łatwo za wygraną, skoro obraliśmy to miejsce na ostatni punkt naszego tripa po Włoszech i udaliśmy się w stronę tej części Peschici, która leżała bezpośrednio przy morzu. I tam doznaliśmy olśnienia. Ukazały nam się piękne, białoniebieskie kamienice na wąskich, włoskich uliczkach, które zaprowadziły nas prosto do sporego mola, które wchodziło głęboko w morze. Spędziliśmy na nim bardzo dobry czas rozkładając się wygodnie, patrząc w morze i słuchając szumu fal, które uderzając o kamienie, delikatnie muskały nas po ciele.

Oprócz tego udało nam się znaleźć kościół i pójść na Eucharystię.

AKCJA Z PSAMI

W Peschici spaliśmy na parkingu oddalonym od centrum miasta. Gdy szliśmy tam na spacer, dość mocno słyszeliśmy po jednej stronie ulicy szczekanie psa. Nie było tam żadnego domostwa, natomiast za ogrodzeniem na pewno był tam jakiś czworonóg. Nie zwróciłam uwagi, czy był przywiązany. Gdy wróciliśmy po całym dniu chodzenia po Peschici zmęczeni oraz pełni nadziei na zasłużony odpoczynek przed drogą powrotną, którą mieliśmy zaplanowaną na kolejny dzień, słyszeliśmy z oddali dalej ujadanie tego samego psa. Umyliśmy się oraz uszykowaliśmy do spania, a odgłos nawet na chwilę nie uciekał. Ja stwierdziłam, że nie zasnę w takich warunkach. Dręczyło mnie, że temu psu może dziać się krzywda. Bałam się, że na przykład jest przywiązany łańcuchem albo nie ma wody już długi czas. Nalegałam, żebyśmy coś zrobili, by mu pomóc, na przykład zgłosić na policję. Z racji tego, że ja nie znam angielskiego, prosiłam, by Sebastian to zrobił. On jednak nie chciał. W nim to szczekanie psa nie budziło żadnych niepokojów. Ostatecznie udało mi się go do tego nakłonić. Natomiast okazało się, że operator 112, który odebrał nie mówił po angielsku, tylko po włosku i francusku i w pewnym momencie po prostu się rozłączył. Byliśmy w szoku. A co gdybyśmy walczyli o życie i chcieli wezwać pomoc ? Powinni mieć możliwość przełączenia do tłumacza czy pod numer, gdzie można zgłosić wypadek przynajmniej po angielsku. Sytuacja ta nie wzbudziła w nas poczucie bezpieczeństwa w tym kraju. W każdym razie próbowaliśmy coś zrobić, nie udało się nie z naszej winy. Ciężko było, ale jakoś udało się zasnąć. Rano pies dalej szczekał. Chciałam też zaznaczyć, że nie jestem jakąś gorliwą obrończynią zwierząt. Natomiast w sytuacji, kiedy rzeczywiście jestem świadkiem sytuacji, gdzie ewidentnie dzieje się cos niedobrego w stosunku do zwierząt, czuję się w obowiązku coś zrobić w tym kierunku. Tyle.

JEDZENIE WE WŁOSZECH

Tradycji musi stać się za dość, a więc nie mogłoby zabraknąć osobnego rozdziału o jedzeniu w Apulii. Musimy przyznać, że nie jesteśmy największymi fanami włoskiego jedzenia, zdecydowanie bardziej preferujemy kuchnię polską oraz słowiańską. Natomiast jako miłośnicy wszelakiego dobrego jedzenia lubimy kosztować oraz doświadczać nowych smaków miejsc, które odwiedzamy. A więc co my tutaj odkryliśmy ?

LEMONSODA

Ten napój całkowicie skradł nasze serca. Tak naprawdę poznaliśmy go jeszcze w Austrii, kiedy trafiliśmy na restaurację prowadzoną przez Włochów i to jeszcze pochodzących dokładnie z Apulii. Było to dokładnie dzień przed wyjazdem stamtąd, a kierowaniem się w stronę obcasa włoskiego buta. Po poznaniu Lemonsody, pytaliśmy o nią w każdym sklepie oraz restauracji, którą odwiedzaliśmy. A kiedy po powrocie do Polski okazało się, że możemy ją też dostać w niektórych włoskich restauracjach, które sprowadzają oryginalne produkty w z Włoch, naszej radości nie było końca. Napój ten jest mocno orzeźwiający, a w dodatku pływają w nim drobniutkie kawałki prawdziwej sycylijskiej cytryny. Pozostaje tylko żałowac, że tak późno go odkryliśmy.

Pasticiotto

Ten słodki przysmak to włoskie babeczki z pół kruchego ciasta, wypełnione masą budyniową, o różnych smakach. Najlepsze były o smaku czekolady! Idealne do kawki! 🙂

Burrata

Burrata to włoski ser z mleka krowiego, a czasem z mleka bawolego. Charakteryzuje się kremową konsystencją oraz delikatnym smakiem. Jest podobny do mozarelli, ale wyróżnia go od niej jego płynne wnętrze. Najczęściej podają go jako przekąskę z zielonymi warzywami oraz oliwą, jako dodatek do sałatek lub makaronów, a także pizzy. Jest to typowy produkt dla Apulii. Pychotka 🙂

Caciovacallo Silano DOP

Caciovacallo to jeden z najbardziej znanych serów południowych Włoch. Udało nam się go odkryć na jednym z kempingów, już w sumie na końcu naszej podróży, na Półwyspie Gargano. Ma bardzo oryginalny kształt przypominający łzę lub worek i posiada żółty, złocisty kolor. Wytwarza się go z mleka owczego lub krowiego. Ciekawe jest to, że jest chroniony od 1996 roku przez konsorcjum oznaczeniem DOP, co oznacza, że musi być produkowany na ściśle określonych obszarach i według niezmiennych zasad. Bardzo nam smakował. Z jednej strony był bardzo delikatny, a z drugiej strony wyczuwalna była nutka słodyczy.

Orecchiette

Orecchiette to typowy makaron dla tego regionu Włoch, kształtem przypominający małe uszy. Posiada grubsze krawędzie, cieńsze wnętrze. Najczęściej podawany jest tam z rzepą brokułową lub z sosem pomidorowym i serem parmezanem. Zdecydowanie wolimy drugą wersję, na pierwszą się nie odważyliśmy 🙂 Jest bardzo dobry, naprawdę sam makaron, sosik pomidorowy i oprószony parmezan stanowiły dla nas lekki, ale pyszny posiłek, który zdecydowanie zadowolił nasze brzuszki.

Parmigiana di melanzane

Parmigiana di melanzane to zapiekanka ze smażonego na oliwie bakłażana, sosu pomidorowego oraz sera. Wersja, którą jadłam, była podana na chlebie. Nawet nie miałam świadomości, że tak może mi zasmakować danie bez mięsa, a jednak!

Parmigiana di patate

Parmigiana di patate to kolejne wegetariańskie danie, które mnie urzekło. Tu była sprawa jasna, ziemniaki, które uwielbiam, a których staramy się na co dzień unikać. Takie proste, a tak dobre!

Foccacia

Foccacia to rodzaj włoskiego, puszystego pieczywa. W smaku podobne jest co ciasta pizzy. Najczęściej można dostać z dodatkami takimi jak rozmaryn, oliwki lub pomidory. My czasem ratowaliśmy się tym przysmakiem, jako przekąskę między śniadaniem, a obiadem, którego pora w podróży często nam się przesuwała dosyć mocno do przodu 🙂

To była nasza kolejna, trzecia wspólna podróż do Włoch i mam skromna nadzieję, że nie ostatnia. Nie wiem czemu, ale mam do nich duży sentyment. Być może przez to, że spędziliśmy na włoskiej ziemii pierwszy miesiąc naszego małżeństwa ? A może płynie we mnie jakaś część włoskiej krwi ? Nie wiem 🙂 Na pewno uwielbiam je za tę radość, słońce i gorący temperament. Na zakończenie nasuwa mi się tylko jedno pytanie. Czy uda się mi się przekonać Męża kolejny raz, by wyruszyć w podróż znów do Włoch ? 🙂 Życie pokaże 🙂

Jedna myśl na temat “OBCAS WŁOSKIEGO BUTA – APULIA

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑