Norwegia – być TU i TERAZ!

  1. JAK WPADLIŚMY NA TO, BY W TYM ROKU JECHAĆ DO SKANDYNAWII?
  2. JAK SIĘ PRZYGOTOWALIŚMY DO WYJAZDU DO NORWEGII?
    1. PROM DO SZWECJI
    2. DROGA DO NORWEGII
    3. PLAN ZWIEDZANIA NORWEGII
    4. PAKOWANIE
  3. NEYSBEN
  4. HALLING SPRANGET
  5. OWCE W NORWEGII
  6. RJUKANDEFOSS
  7. VORINGSFOSSEN
  8. SORFJORDEN
  9. TROLLTUNGA
  10. BERGEN
  11. BAKKANOSI
  12. NÆRØYFJORD
  13. LUSTRAFJORDEN
  14. LUSTERKO
  15. JEZIORO LOVATNET
  16. GEIRANGERFJORDEN
  17. ALESUND
  18. ŚCIANA TROLI
  19. RAMPESTREKEN
  20. DOLINA ROMSDALEN
  21. LILLEHAMMER
  22. JEDZENIE W NORWEGII
    1. SMASH
    2. CZEKOLADY FIRMY FREIA
    3. BATONY KVIKK LUNSJ
    4. BATONY W GÓRY
    5. CYNAMONKI
    6. NORWESKIE CHIPSY SORLANDS
    7. MLEKO W NORWEGII
    8. NORWESKIE PARÓWKI
    9. NORWESKIE PIECZYWO
    10. VAFFEL, CZYLI NORWESKIE GOFRY
  23. CO NAS ZASKOCZYŁO W NORWEGII ?
    1. WIDOKI
    2. WOLNOŚĆ
    3. BUDOWNICTWO
    4. AUTA W NORWEGII
    5. BRAK GAZU
    6. DŁUGIE DNI
    7. SERWIS DLA KAMPERÓW
    8. CENY
    9. BRAK ZNAKÓW DROGOWYCH
    10. BRAK MSZY ŚWIĘTYCH
    11. POGODA
  24. WRÓCIMY!

JAK WPADLIŚMY NA TO, BY W TYM ROKU JECHAĆ DO SKANDYNAWII?

Kto by pomyślał, że kolejnym naszym podróżniczym celem okaże się Norwegia ? Chyba nikt! Dla nas samych było to niemałe zaskoczenie. Ja bardzo długo forsowałam Włochy, a Sebastian rozważał je, ale też szukał w głowie miejsca, gdzie jeszcze nigdy nie byliśmy. W tym roku też sprawa z naszymi wakacjami była nieco bardziej skomplikowana. Najczęściej jako miesiąc na nasze wakacje wybieramy wrzesień. Jest to podyktowane ogromną ilością turystów w sezonie, których staramy się unikać, a także niebotycznymi upałami. Tym razem miesiąc ten odpadał, ponieważ w jego połowie jest zaplanowana premiera sztuki teatralnej, w której występujemy, a około 3 tygodnie przed czekają nas intensywne próby generalne. Lipiec i sierpień też był wątpliwy, ponieważ mieliśmy wesele znajomych oraz koncert chóru, w którym śpiewa Sebastian. Śpiew w nim to dla niego ogromna pasja, więc było to dla niego ważne, by też się do tego wydarzenia dobrze przygotować. Był duży dylemat, co zrobić, jak to rozplanować, żeby jak najmniej rzeczy ucierpiało, a byśmy mogli pojechać na wakacje. Kiedy w końcu udało się uszczknąć 3 tygodnie na wyjazd, okazało się, że zahacza on o termin pieszej pielgrzymki z Krakowa do Częstochowy, na którą przyszło mi pragnienie w tym roku, by pójść. A więc narady małżeńskie trwały dalej. Ostatecznie postanowiliśmy, że zrobimy sobie swoje własne „Camino” i pojedziemy po przyjeździe z wakacji na rowerową pielgrzymkę do Częstochowy i odwiedzimy indywidualnie Matkę Bożą. Szkoda nam było skracać wyjazdu o tydzień, a Sebastian też nie był przekonany do pieszego pielgrzymowania. Generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej decyzji. O naszej drodze rowerowej na Jasną Górę, opowiem innym razem, bo to temat na osobny wpis. W każdym razie, kiedy już mieliśmy zaklepane 3 tygodnie na wakacje, pozostało nam tylko wybrać, dokąd się wybierzemy. Z tego, co pamiętam pierwszy wpadł na pomysł Norwegii Sebastian. W przeszłości parę razy rozmawialiśmy o Skandynawii z iskierką w oku, ale za każdym razem jawiło nam się jako coś odległego i trudno osiągalnego z uwagi na przeprawę promową, odległość, inną kulturę, a przede wszystkim surowy klimat. Natomiast, kiedy z ust mojego Męża padło „Norwegia”, muszę przyznać, że zapalił się w moim sercu płomień. Za chwilę dowiedzieliśmy się z mediów społecznościowych, że kilka ekip podróżniczych, których obserwujemy właśnie przygotowują się do wyjazdu w te rejony. Informacje, które podawali, że miesiąc lipiec jest najlepszym czasem na podróż do Norwegii z uwagi na najcieplejsze ( na ich warunki ) temperatury, najwięcej słońca, a najmniej deszczu, stały się dla nas bardzo skutecznym zapalnikiem. Śledząc ich pierwsze kroki na skandynawskiej ziemi, influencerzy tacy jak Spanie w Vanie oraz Dodo, mocno nas zainspirowali. A więc w niedługim czasie jednogłośnie wykrzyknęliśmy „Norwegio, ahoj przygodo!” 🙂

JAK SIĘ PRZYGOTOWALIŚMY DO WYJAZDU DO NORWEGII?

Podróż do Norwegii w moim odczuciu była najlepiej zorganizowanym przez nas wyjazdem pod względem ilości przygotowań. Mimo, że od momentu, kiedy zapadła decyzja o tegorocznym kierunku wakacji do wyjazdu był tylko miesiąc, zrobiliśmy naprawdę dużo rzeczy.

PROM DO SZWECJI

Zaczęliśmy od rozważenia, jak się tam dostaniemy. Mieliśmy wybór między pokonaniem całej trasy, około 2000 km. kamperem, a przepłynięciem 1000 km. z nich promem.

Wybraliśmy drugą opcję z uwagi na oszczędność czasową. Pomyśleliśmy, że czas przeznaczony na rejs, możemy wykorzystać na spanie, a to daje nam, że po 9 godzinach jesteśmy już gotowi do drogi. Jadąc kamperem i robiąc przystanek na nocleg w drodze, stalibyśmy w miejscu. Główka pracuje! Natomiast dużym ograniczeniem tej opcji było to, że wykupując prom, byliśmy zobligowani do dojechania do Świnoujścia na konkretną godzinę. Może Wam się nie wydawać to zbytnio problematyczne, ale uwierzcie, że dla nas nie jest to komfortowe. Jesteśmy przyzwyczajeni do „slow life” w podróży i bardzo to sobie cenimy. Oznacza to, że kiedy wyjeżdżamy kamperem z naszego osiedla, już zaczynają się nasze wakacje. Lubimy jadąc już delektować się podróżą, zatrzymując się w nieprzypadkowych miejscach na odpoczynek lub jedzenie. Często robiąc się głodni lub zmęczeni, szukamy przy pomocy internetu w telefonie wykorzystując różne aplikacje urokliwego zaułka, gdzie moglibyśmy naładować baterie, a także nasycić się piękną naturą, którą tak uwielbiamy. Robimy tak czasem nawet kosztem odjechania z trasy i nadrobienia kilometrów. Coś za coś! W tej sytuacji, wybierając prom, musieliśmy się zgodzić na pokonanie trasy do Świnoujścia z nastawieniem „jedziemy do przodu, zatrzymujemy się na stacjach benzynowych, kanapka, siku i w drogę”. Cel obrany to zdążyć 🙂 Wybraliśmy prom „Finnlinesze Świnoujścia do Malmo. Byliśmy z niego bardzo zadowoleni. Zapłaciliśmy łącznie około 1500 zł. Wykupując rejs od razu w dwie strony, jest dużo taniej, a więc skorzystaliśmy z tej promocji, nakładając na siebie kolejne ograniczenie czasowe. Natomiast na statku było bardzo przyjemnie. Płynąc do Malmo w nocy byliśmy nastawieni głównie na sen. Ja się na początku trochę obawiałam, czy bujanie na morzu nie spowoduje u mnie mdłości, ale nic z takich rzeczy nie miało miejsca. Mieliśmy wykupioną swoją kabinę z prywatna łazienką ( przy rejsie nocnym jest to obowiązkowe, przy dziennym dobrowolne).

Wyspaliśmy się wyśmienicie. Super opcją było również to, że można było za niewielką opłatą wykupić podłączenie do prądu dla kampera, by w czasie płynięcia mógł się ładować. Bardzo nas to ucieszyło, gdyż obawialiśmy się, jak przy małej obecności słońca w Norwegii poradzimy sobie z energią. Ale o tym potem 🙂 Płynąc w druga stronę również wykupiliśmy sobie kabinę. Uważamy, że jest to super opcja, ponieważ można się przespać, wziąć prysznic, a także miec trochę prywatności, a naprawdę nie kosztuje to dużo. Są opcje tańsze znajdujące się pod pokładem, a są niewiele droższe z oknem z widokiem na morze. Tym razem był to dzień, więc mieliśmy piękne widoki.

Część czasu spędziliśmy w pokoju, część na tarasie widokowym, a kolejną w restauracji pokładowej, którą bardzo polecamy. Jedliśmy tam śniadanie i obiad, a więc iście szwedzki stół 🙂 W końcu Szwecja 😀 Wszystko świeże, pyszne i w dużej ilości. Ciężko było się nie najeść 🙂 Ceny w Euro, więc spodziewaliśmy się typowo skandynawskiej drożyzny, ale było przyzwoicie.

DROGA DO NORWEGII

Prom do Malmo zacumował w Szwecji około godziny 6:30. A więc wypoczęci, wyspani pojechaliśmy na jedną z okolicznych dzikich miejscówek, by w ładnej scenerii zjeść śniadanie. Już wcześniej sprawdziliśmy, że w niedalekiej odległości tego miejsca, będzie sprawowana polska Msza święta dla Polaków żyjących na emigracji, na którą postanowiliśmy się wybrać. A więc zjedliśmy porządne śniadanie, poszliśmy na niedługi spacer w okolicy i pospiesznie udaliśmy się na Eucharystię, a radość nasza była ogromna. Czuliśmy ogromną wdzięczność, że nam się udało znaleźć Mszę, a fakt, iż była ona po polsku sprawił, że nasza euforia była jeszcze większa.

A więc w samo południe najedzone było zarówno nasze ciało, jak i duch, więc nie pozostało nam nic innego, jak tylko ruszyć w kierunku Norwegii. Jechaliśmy zupełnie nieśpiesznie, delektując się wreszcie podróżą w stylu „slow life”, jak najbardziej lubimy. Zatrzymywaliśmy się na kawkę, obiad i odpoczynek w pięknych miejscach, które podczas drogi znajdowałam w zainstalowanej aplikacji na telefonie. Czasem trzeba było odjechać kawałek z trasy, by zrobić sobie przerwę w takim miejscu, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Mieliśmy przeświadczenie, że to jest nasz czas i nigdzie się nie śpieszymy.

Jadąc takim trybem, jak opisywałam, do pierwszego punktu w Norwegii dotarliśmy około 2 w nocy. Byliśmy mocno zmęczeni, więc od razu padliśmy. Nawet nie przeszkadzał nam dudniący coraz bardziej deszcz, który zaraz po naszym zatrzymaniu się na wybranej miejscówce, przybierał coraz bardziej formę ulewnego, rzęsistego deszczu.

Dużo się naczytaliśmy, że w Norwegii jest drogo, ciężko o sklepy oraz, że lepiej zrobić zapasy jedzenia z Polski. Jadąc w podróż zawsze bierzemy trochę naszych produktów, ale tym razem postanowiliśmy się lepiej przygotować z uwagi na powyższe kwestie. U nas wchodziła jeszcze ta kwestia, że byliśmy nastawieni, by doświadczyć Norwegii na dziko, czyli z dala od cywilizacji, wykorzystując to, że nie ma tam problemu z nocowaniem w naturze, jeśli chodzi o zakazy. Istnieje tam przekonanie, że ziemia należy do nas i możemy jej używać. Dlatego zrobiliśmy zapasy największe, jak do tej pory, przed wyjazdem. Dodatkowo przygotowałam też wcześniej trochę jedzenia obiadowego, które następnie pasteryzowałam w słoikach. Mieliśmy krem z cukinii, parę słoików spaghetti Bolognese oraz zupy ogórkowej. Zrobiłam tez fasolkę po bretońsku i rosołek z kaczki, ale niestety zostawiłam je w upale na cały dzień w pokoju i się zepsuły. Bardzo bolały nasze serca, ale cóż było zrobić, stało się. Trzeba było przeżyć żałobę i obyć się a wyjeździe bez nich. Bardzo kochamy jeść i nie lubimy wyrzucać jedzenia. Zawsze staramy się w miarę możliwości wszystko ratować i zjadać do końca. Natomiast w tej sytuacji nie było wyjścia, słoiki z zawartością poszły w kosz. Oprócz tego mieliśmy kupione słoiki z gotowymi sosami, z pesto, makarony, ryże, kasze, mleka, wody itd. itp. I to naprawdę nas uratowało. Pierwsze zakupy robiliśmy dopiero po tygodniu. Jedzenia obiadowego starczyło nam idealnie na cały wyjazd. Dzięki temu mogliśmy zaszyć się w naturze i się z niej nie ruszać, póki nie chcieliśmy. Uwielbiamy taką wolność.

PLAN ZWIEDZANIA NORWEGII

Nigdy nie robimy czegoś takiego, jak plan zwiedzania, gdy wyjeżdżamy w podróż. Zazwyczaj obierając kierunek podróży, wiemy coś o tym miejscu i co byśmy chcieli tam zobaczyć, ale nie układamy sobie tego w ramy czasowe ani w kolejność zwiedzania. Po prostu jedziemy, patrzymy w mapkę i decydujemy na bieżąco, na co mamy ochotę i co jest w naszym zasięgu. W przypadku Norwegii musieliśmy trochę poważniej podejść do tematu. Zaczęliśmy od tego, że oglądaliśmy różne filmiki ekip podróżniczych, które zwiedzały ten kraj. Potem ja z tych filmików wypisywałam konkretne miejsca z krótką informacją lub linkiem do opisu oraz z lokalizacją. Potrzebowaliśmy też wyznaczyć sobie granice obszaru, który chcielibyśmy podczas tego wyjazdu eksplorować z racji tego, że Norwegia jest bardzo rozległa.

PAKOWANIE

Pakowanie przed tą podróżą zaczęliśmy znacznie wcześniej, niż zazwyczaj. Było to spowodowane tym, że byliśmy przerażeni ilością ubrań, których potrzebujemy. Z racji tego, że w Norwegii panują bardzo zmienne temperatury, chcieliśmy być przygotowani na wszystko. W związku z tym zaczęłam od pakowania wszystkiego w walizki, przewożenia ich do kampera i rozpakowywania ich tam. Pomyślałam, że jak się wszystko nie zmieści, będę mieć więcej czasu na zastanowienie się nad sensowną redukcją 🙂 Szczęśliwie się okazało, że nasz kamper ma bardzo duże możliwości bagażowe i udało się wszystko ulokować w naszym domku na kółkach. Być może też zerkające w przerwach w pracy oko Męża na to, co pakuję, okazało się skuteczne 🙂

NEYSBEN

Neysben to był pierwszy punkt na naszej mapie wybranych miejsc, które chcieliśmy odwiedzić. Było to niewielkie miasteczko, w którym zatrzymaliśmy się nad jeziorem. Niestety z racji zacinającego deszczu zaparkowawszy kampera w niedalekiej odległości od niego, nie widzieliśmy kompletnie nic. Czas oczekiwania przeznaczyliśmy na rozmowy, książkę oraz kawkę z ciasteczkiem. Na początku oczywiście włączyło nam się kalkulowanie, a w konsekwencji złość, że pogoda nam krzyżuje plany oraz, że może się okazać, że przez cały wyjazd będziemy mieć taka pogodę, która nam uniemożliwi eksplorowanie Norwegii. Dopiero kolejnego dnia po godzinie 16:00 zaczęło się przejaśniać i mogliśmy się do niego zbliżyć i podziwiać zarówno jezioro, jak i niesamowity spektakl chmur, jaki się przy nim wytworzył.

Jak przestało padać, poszliśmy się przejść po okolicy. Dotarliśmy do „Hallingal Museum, przy którym weszliśmy w niedługi szlak pnący się w górę wzdłuż wodospadu, który u samej góry miał taką siłę, że nawet stojąc w odległości byliśmy mokrzy od unoszącej się wody. Byliśmy zachwyceni tym niesamowitym doświadczeniem. Potem już przywykliśmy do dużej ilości potężnych wodospadów w Norwegii, ale tego dnia nasz podziw był ogromny. Z góry podziwialiśmy też przepiękne widoki na Dolinę Hallingal.

HALLING SPRANGET

Następnie udaliśmy się kamperem na jedną z kuszących miejscówek na nocleg, którą obraliśmy jako jedną z opcji. Na zdjęciach wyglądała przepięknie, ale podejrzewaliśmy, że droga tam może być nie lada wyzwaniem ze względu na krętość i stromość. I się nie pomyliliśmy. Poziom adrenaliny był duży, jadąc pod górę wiedzieliśmy, że jeśli coś będzie jechać z góry i będzie trzeba się zatrzymać, nie pojedziemy dalej. A o wykręcaniu się tam i drodze z powrotem nawet nie chcieliśmy myśleć. Na szczęście się udało i wjechaliśmy bezpiecznie na sam szczyt. Na początku niestety było bardzo dużo mgły i mało co było widać. Byliśmy na małym spacerze w okolicy, ale byliśmy tylko my i mleko. Natomiast wieczorem widoki zrobiły się obłędne.

Po deszczu chmury zademonstrowały nam zapierający dech w piersiach spektakl chmur, a kolejnego dnia widoczność była już całkowicie wyraźna, zero chmur. Oczywiście wykorzystując pogodę wybraliśmy się połazić po pobliskich górach, na których nie znaleźliśmy żadnych szlaków. Szło się po prostu za ledwo widoczną ścieżką, która była najprawdopodobniej wyżłobieniem po ruchu zwierząt. Tutaj było to dla nas zaskoczeniem, później już przywykliśmy, że szlaki w Norwegii właśnie tak wyglądają.

OWCE W NORWEGII

Nie wiem, czy to tylko my mieliśmy takie szczęście, czy tak po prostu w Norwegii jest, ale owieczki podczas naszego wyjazdu towarzyszyły nam wszędzie. Czasem było to na szlaku, czasem na drodze, albo pod mostem. Niekiedy trzeba było je przeganiać, żeby móc przejechać.

Wydaje się to słodkie i zabawne, ale nam naprawdę nie było do śmiechu, kiedy na naszej drodze wylegiwały się zadowolone owce, które w żaden sposób nie odczuwały, że powinny się usunąć z drogi lub kiedy idąc centralnie przed nami nieśpiesznie wypróżniały się zostawiając nam śmierdzące niespodzianki.

RJUKANDEFOSS

Następnie pojechaliśmy nad wodospad Rjukandefoss znajdujący się na drodze do naszego następnego cel – szlaku Trolltunga, który był naszym jednym z największych norweskich marzeń. Z racji tego, że nie zastaliśmy tam dużo ludzi, było naprawdę przyjemnie. Moc jego była ogromna, patrzyliśmy na niego zarówno z dołu, jak i z góry, a opadająca woda delikatnie muskała nasze ciała i twarze.

Nad rzeką, do której wpadała z dużym prądem woda z wodospadu, znajdował się mostek trzymający się (o zgrozo) tylko na linkach. Widniała tam informacja, że na mostku powinna znajdować się tylko jedna osoba. Natomiast niektórzy turyści w ogóle nie zwracali na to uwagi. Dwaj chłopcy wręcz ganiali się tam. Na początku myśleliśmy, że nie zauważyli informacji i zwróciliśmy im uwagę, ale zbytnio się nie przejęli.

W każdym razie chwilę tam posiedzieliśmy, by odpocząć i pomyśleć, co robimy dalej. Rozważaliśmy, czy zostajemy w tej okolicy na nocleg w jakimś ładnym miejscu i odpoczywamy, a kolejnego dnia ruszamy dalej, czy jedziemy od razu. Mam wrażenie, że patrząc na piękne scenerie, lepiej się myśli. Umysł staje się jaśniejszy, a perspektywa bardziej klarowna. Też tak macie ?

Do Trolltunga mieliśmy jeszcze spory kawałek, więc mieliśmy świadomość, że nie zrobimy tego „na raz”. Po intensywnych naradach przy buzującym wodospadzie podjęliśmy decyzję, że ruszamy do przodu z nastawieniem „ile zajedziemy, tyle zajedziemy”, ponieważ w tym momencie nie byliśmy jeszcze tak zmęczeni, a w okolicy na aplikacji park4night nie znaleźliśmy niczego spektakularnego na nocleg, co by nas zatrzymało. Droga nas wiodła przez największy płaskowyż Europy – Hardangervidda.

Nie mieliśmy o nim pojęcia, dopiero przejeżdżając zachwyceni zapierającymi dech w piersiach widokami, zaczęliśmy zastanawiać się co to za miejsce, a ja „googlowałam” w Internecie. Byliśmy tak oczarowani, że nie było opcji, zostaliśmy tam na noc. Praktycznie co kawałek były miejscówki z pięknymi widokami, różniące się jedynie odległością od drogi. Myślę, że wybraliśmy jedną z lepszych.

Tak nam się spodobało, że zebraliśmy się stamtąd dopiero kolejnego dnia popołudniu, a i tak nie było łatwo. Widoki z okna, sceneria i ta cisza, której tak potrzebowaliśmy, sprawiała, że nie chciało się wyjeżdżać.

Gdy wreszcie ruszyliśmy do przodu, jadąc dalej po terenie Hardangervidda i podziwiając z za szyby coraz to bardziej różnorakie i zachwycające krajobrazy, zaczęliśmy dzielić się ze sobą pragnieniem spaceru po tym terenie, która pojawiła się w tym samym momencie w naszych sercach I znowu zaczęły się nasze rozważania, co robić. Ostatecznie postanowiliśmy, że zostajemy. Tego dnia akurat obchodziliśmy naszą rocznicę zaręczyn i moje imieniny, a więc poszliśmy uczcić nasze święta do pobliskiej restauracji z widokiem na Płaskowyż Hardangervidda, a potem znaleźliśmy genialną miejscówkę w okolicy i tam już chillowaliśmy świętując w kamperze do końca dnia.

Natomiast kolejnego dnia wybraliśmy się na trekking po Płaskowyżu Hardangervidda. Doświadczyliśmy tam czegoś niesamowitego. Niewyobrażalnie ogromna przestrzeń, surowość oraz dzikość terenu oraz przeszywająca, a zarazem kojąca cisza przeszły nasze wszystkie najśmielsze oczekiwania. Coś pięknego!

Natomiast nie była to łatwa wędrówka, ponieważ nie znaleźliśmy tam żadnych oznaczeń szlaków. Szliśmy po wydeptanej, nierzadko nieoczywistej i niemal niezauważalnej ścieżce. Podczas około 8 godzinnej wędrówki spotkaliśmy dosłownie parę osób w tym terenie. Oczywiście udało się nam też zgubić, a odnalezienie drogi, którą szliśmy, żeby wrócić, trochę nam zajęło. Niestety wszystko wyglądało dla nas tak samo. Na szczęście mój zdolny Mąż przy użyciu telefonu, określił mniej więcej położenie i doszedł do tego, w którą stronę powinniśmy się kierować.

Udało nam się to w sama porę, bo dosłownie za chwilę po przekroczeniu progu kampera, zaczęło okropnie wiać i co jakiś czas padać. My przez większą część wędrówki mieliśmy piękne i palące słońce, dopiero w drodze powrotnej zaczęło się chmurzyć. Pewnie zastanawiacie się, czy w końcu pojechaliśmy dalej? Nie wiem czy Was zaskoczę, ale nie, zostaliśmy tu na kolejną noc, a zebraliśmy się dopiero kolejnego dnia popołudniu.

VORINGSFOSSEN

Na naszej drodze do Oddy, miejsca, skąd wyruszał szlak na Trolltungę, była jedna z największych atrakcji Norwegii, wodospad Voringsfossen. Jego wyjątkowość polega na tym, że można tam podziwiać, jak łączą się dwa wodospady, co jest rzadko spotykane. Na nas jednak nie zrobił on dużego wrażenia. Być może przez to, że jako, że było to stricte turystyczne miejsce, spotkaliśmy tam naprawdę tłumy, co było dla nas niemałym zaskoczeniem w Norwegii, gdzie od tygodnia raczej stroniliśmy od takich miejsc wybierając odludne i dzikie. Poza tym nie zobaczyliśmy pełnej odsłony wodospadu, gdyż nie byliśmy tam w okresie wysokiego stanu wód, a wtedy ponoć robi największe wrażenie. Mój Mąż określił, że to, co my zobaczyliśmy, to po prostu „sik” 🙂

Bylibyśmy już całkiem rozczarowani, ale na szczęście przeczytaliśmy w Internecie, że w okolicy wychodzi mało uczęszczany i przyjemny szlak, którym można podejść do podnóża wodospadu. A więc zrobiliśmy sobie ten spacer, który rzeczywiście nam wynagrodził widoki.

Wodospad z dołu wyglądał lepiej, a też udało się odpocząć od głośnych turystów. A do naszego domku na kółkach zebrałam parę kwiatów rosnącego w mnogości w Norwegii Łubinu.

SORFJORDEN

Jadąc do Oddy, jechaliśmy wzdłuż pierwszego Fjordu, który zobaczyliśmy w Norwegii, czyli Sorfjorden. Mimo przeplatającego się wraz ze słońcem, zacinającego deszczu, podziwialiśmy zza szyb samochodu wyłaniające się przepiękne widoki.

Byliśmy naprawdę pod wrażeniem. Tego dnia na miejsce zajechaliśmy bardzo późno wieczorem, można powiedzieć w nocy. Natomiast zupełnie nam to nie przeszkadzało, gdyż w Norwegii całkiem ciemno robiło się około północy, a zaczynało się robić jasno już koło 3 nad ranem. Dnie były tam bardzo długie, więc to wykorzystywaliśmy. Lecz późne zajeżdżanie do celu i szukanie miejsca na nocleg ma też swoje konsekwencje. Często te upatrzone przez nas są już o tej porze zajęte i trzeba szukać alternatywy, a najczęściej jesteśmy już wówczas porządnie zmęczeni. Czasem trzeba po prostu przyjąć, że nie zawsze da się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. A my niestety często byśmy tak chcieli i łapiemy się na tym przysłowiu. Mamy pokusę, by jak najwięcej czasu wykorzystać na zwiedzanie, drogę lub inne aktywności, a szukanie noclegu zostawiamy na koniec, nierzadko robimy to już po zmroku. I tak też było tym razem. Ostatecznie spaliśmy tego dnia w zatoczce przy drodze. Na szczęście z jednej strony mogliśmy cieszyć się widocznym zza drzew widokiem na Sorfjorden.

Natomiast na upatrzoną miejscówkę pojechaliśmy nazajutrz koło południa. Okazało się, że było na tyle dość miejsca, że ustawiliśmy się idealnie tak, by mieć widok z salonu i sypialni na Fjord.

W tym miejscu ku naszemu zdziwieniu stały głównie samochody z polskimi rejestracjami, co w Norwegii było rzadkością. Odda – miasto, w którym byliśmy, znajdowała się stosunkowo niedaleko do rozpoczęcia popularnego szlaku Trolltunga, na który zresztą my również się wybieraliśmy. Właściwie po to głównie w tę okolicę przyjechaliśmy. Okazało się, że właśnie z tego miejsca, gdzie staliśmy jest wejście do lasu, a tuż przy nim zaczyna się malowniczy szlak na lodowiec. Rozmawialiśmy z jednym mężczyzną, który właśnie z niego wracał i bardzo nam polecał tę wędrówkę. Mówił, że ostatni fragment, czyli samo wejście na lodowiec jest dosyć wymagające. Natomiast zachęcał nas, by dojść przynajmniej do tego miejsca rozwidlenia szlaku, ponieważ widoki są tego warte, a droga tam jest dosyć prosta. Nie zastanawiając się długo, stwierdziliśmy, że trzeba się przejść. Wyszliśmy popołudniu koło godziny 16. Nie mogliśmy wyjść zachwytu tymi długimi dniami w Norwegii. Normalnie, by zdążyć wrócić przed zmrokiem, byśmy sobie na tak późne wyjście nie mogli pozwolić. Tutaj było zupełnie inaczej i bardzo nam się to podobało. Szlak okazał się rzeczywiście przepiękny, widoki były różnorodne, zmieniały się, ciągle wchodziliśmy w nowe przestrzenie gór i skał, z rozpościerającymi się, zmieniającymi ujęciami Sorfjorden.

Natomiast mimo rekompensujących nasz wysiłek krajobrazów, szło się bardzo ciężko. Przede wszystkim dlatego, że trzeba było iść cały czas pod górę, bez żadnej ulgi. Ponadto szlak był dość słabo oznaczony i co chwile trzeba było się zastanawiać, którą drogę wybrać. Teraz już wiemy, że trasy trekkingowe w Norwegii w większości tak właśnie wyglądają. Wzięliśmy sobie zdecydowanie za mało wody i jedzenia. Na szczęście w jednym miejscu była możliwość napełnienia wody ze źródła, co nas uratowało.

Czy żałujemy ? Oczywiście, że nie! Było warto! Niby zwykły, mało popularny szlak, a tyle pięknych przeżyć i doświadczeń.

Po powrocie oczywiście zjedliśmy zasłużoną kolację.

TROLLTUNGA

Udało się! W końcu nadszedł tak wyczekiwany przez nas dzień wejścia na Trolltunga! By to nastąpiło, po drodze musieliśmy zmierzyć się z różnymi przeciwnościami losu, ale nie poddaliśmy się. Dzień wcześniej wyładował nam się akumulator pokładowy w kamperze i nie chciał się ponownie ładować, mimo pełnego słońca, toczyliśmy też próby napełnienia na stacjach benzynowych butli gazowej (w Norwegii jest bardzo ciężko o dostępność gazu), odbijaliśmy się od kempingu do kempingu z powodu ich przepełnienia i braku wolnych miejsc, a także przemierzyliśmy łącznie około 7 godzin w dwie strony w poszukiwaniu Mszy Świętej, gdyż zastała nas niedziela. Ponadto w moim organizmie zaczęła rozwijać się infekcja, co przysporzyło nam kolejnych wątpliwości, czy iść na szlak, czy odpuścić i zająć się akumulatorem, butlą gazową oraz właśnie moim leczeniem. Nie była to łatwa decyzja. Rozum podpowiadał co innego, serce co innego. Jak myślicie co wybraliśmy ?
Otóż wbrew logice, postanowiliśmy zostawić wszystkie nasze zmartwienia, pojechać na kemping, by podłączyć się do prądu, by móc korzystać z piecyka, lodówki oraz ciepłej wody, a kolejnego dnia ruszyć na szlak. Była to nasza szansa, gdyż na kolejne okno pogodowe musielibyśmy czekać następne parę dni. Czy nam się to opłaciło ? Oczywiście! Gdy odpuściliśmy wszystko i odłożyliśmy temat naszych trosk, wiele rzeczy bez racjonalnego wytłumaczenia rozwiązało się samych. Infekcja zaczęła mi odpuszczać, akumulator po naładowaniu z prądu na kempingu zaczął się normalnie ładować od słońca, a stacja z butlą gazową znalazła się w mgnieniu oka. Przypadek ? Nie sądzę. Czasem tak jest, że jak cos odpuszczamy, przychodzi rozwiązanie. Też macie takie doświadczenie ?

Zainspirowani prężnie działającymi w mediach społecznościowych podróżnikami Spanie w Vanie, którzy chwilę przed nami wyruszyli w podróż do Norwegii, na bieżąco ją relacjonując, postanowilismy podobnie jak oni zrealizować szlak na Trolltunga, ze spaniem w nocy w namiocie. A więc spakowaliśmy plecaki, zapasy jedzenia, picia, dodatkowych ubrań oraz karimaty, a także mój namiot z czasów jeszcze panieńskich, kiedy podróżowałam głównie autostopem.

W końcu czekał nas szlak 10 km. w jedną stronę, a więc pomyśleliśmy, że przyjemnie będzie rozłożyć go sobie na 2 dni z odpoczynkiem na szczycie z pięknym widokiem. Nie zniechęciła nas relacja Alicji i Proziego, którzy wchodząc na Trolltungę mieli pogodę idealną, w nocy walczyli z wiatrem, by ich nie porwał, a podczas drogi powrotnej mocowali się z deszczem i płynącymi po skałach w związku z nim strumykami wody. Mieliśmy ogromną nadzieję, że nas to nie spotka. I do momentu położenia się spać, ta nadzieja nas nie opuszczała. Był piękny zachód słońca, akceptowalny wiatr oraz niska, ale znośna temperatura.

Jedynym naszym zmartwieniem tego wieczora było to, że po rozłożeniu namiotu okazało się, że ma on na tropiku ślady pleśni i zawilgocenia. Musieliśmy przy poprzednim jego używaniu (długi czas wcześniej) dobrze go nie wysuszyć po zmoknięciu deszczem. Nie mieliśmy wyjścia, tej nocy, musieliśmy już w nim spać. Było mi bardzo przykro, bo mam duży sentyment do tego namiotu z racji ilości podróży, jakie ze mną przebył, a też po prostu była to bardzo porządna rzecz. Ale trzeba było to już zostawić. Zresztą noc szybko sprawiła, że przestaliśmy się martwić sprawą pleśni na namiocie. Około północy zrobiło się przeraźliwie zimno i zaczął wiać nieregularny silny wiatr. Mimo ubrania we wszystkie ciepłe rzeczy, które ze sobą wzięliśmy, były momenty, że trzęśliśmy się z zimna. Ja mogę uczciwie powiedzieć, że nie przespałam ani chwili tej nocy. Rano, kiedy się zebraliśmy i ruszyliśmy dalej, pogoda była zupełnie inna niż poprzedniego dnia. Było zimno, niebo było zachmurzone i wiał nieprzyjemny wiatr. A więc niewyspani, ubrani w kilka warstw, szliśmy do przodu. Ja czułam się fatalnie. Głowa mi pękała, a każdy krok z ciężkim plecakiem i walka z wiatrem zdawał się być nie do pokonania. Szliśmy bardzo powoli, często robiąc przerwy. Dobrze, że mieliśmy zapas jedzenia, bo energię traciliśmy w zawrotnym tempie. Doszliśmy do miejsca zostawienia naszego kampera popołudniu. Jesteśmy z siebie dumni! Wchodząc do środka naszego domu na kółkach, przyszła nam myśl , że zaraz będziemy musieli ogarniać kemping, by podładować kampera z prądu i móc się umyć. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że akumulator jest dalej w pełni naładowany i wszystko, co do niego podłączone działa! Niesamowite, chwała Panu! Byliśmy tacy szczęśliwi! Po drodze zrobiliśmy zakupy, po czym pojechaliśmy na naszą poprzednia miejscówkę, przy szlaku na lodowiec, na który wchodziliśmy parę dni wcześniej. Radości do końca dnia u nas nie było końca. W aptece kupiliśmy dla mnie witaminy w związku z moją infekcją, która w dalszych dniach już nie dawała o sobie znać. Szlak na Trolltunga oceniamy jako łatwy technicznie, ale wymagający pod względem długości. Natomiast jest poprowadzony bardzo malowniczymi ścieżkami, które wiodą raz w górę, raz w dół.

Według nas jest osiągalny dla wszystkich, ale trzeba się nastawić na dość długie podejście. Nie da się tam nic przyspieszyć. Natomiast widoki rekompensują i zdecydowanie sprzyjają kontemplacji i przemierzaniu tej wędrówki w zadumie.

Poza tym sam Język Trolla, czyli formacja skalna o charakterystycznym kształcie naprawdę robi wrażenie.

Baliśmy się, że jest to przereklamowane, natomiast naprawdę wejście tam było ekscytujące. Jak to w Norwegii nie było żadnych barierek , zakazów, wszystko robi się tam na własna odpowiedzialność. Zrobisz krok za dużo, polecisz – prosta matematyka.

Jeśli chodzi o logistykę całego przedsięwzięcia, to spanie w namiocie na szczycie było ciekawym doświadczeniem i nie żałujemy, że tak to zorganizowaliśmy. Natomiast jeśli wchodzilibyśmy tam drugi raz, to zdecydowalibyśmy przejść go w ten sposób, by tego samego dnia wrócić i nie nosić tyle bagażu, który był konieczny ze względu na nocleg na górze. Naszym zdaniem zdecydowanie lepiej byłoby iść „na lekko”. Jednak wymagałoby to trochę gimnastyki, z uwagi na logistykę dojazdu na parking, gdzie można zostawić samochód, skorzystania autobusów wahadłowych, które wożą turystów z dołu na szlak i jeżdżą w konkretnych godzinach. Oczywiście można też z nich nie korzystać, ale naszym zdaniem przy takim długim szlaku na szczyt, dokładanie sobie kolejnych kilometrów ładowania asfaltem pod górę, nie jest praktyczne. Jeśli chcecie uzyskać więcej informacji, jak to wygląda właśnie pod względem logistyki, napiszcie, chętnie opowiemy o możliwościach zorganizowania tej wyprawy.

BERGEN

Kolejnym punktem, do którego się wybraliśmy podczas tej podróży do Norwegii było miasto Bergen, a tak naprawdę samoobsługowa pralnia. Potrzebowaliśmy zrobić pranie, więc postanowiliśmy pojechać do większej aglomeracji, by tam to załatwić, a w czasie trwania tego procesu, przejść się po centrum, coś zjeść lub wypić kawę. A więc po znalezieniu miejsca parkingowego, wzięliśmy worki i zaczęliśmy podążać do pralni.

Napotkaliśmy tam zupełnie niespodziewane i niebywałe trudności z działaniem aplikacji, która była konieczna do zapłaty i tym samym uruchomienia maszyny. Na nasze nieszczęście straciliśmy na samo włączenie pralki blisko godzinę. Kiedy w końcu to się udało, my straciliśmy już wszelaką ochotę na jakiekolwiek zwiedzanie. Były plany też na upatrzoną wcześniej restaurację i słynną norweską „Fiskesuppe”, a ostatecznie zjedliśmy również popularnego w tym miejscu norweskiego hot doga z kiełbaską z mięsa z renifera.

I musimy przyznać, że wszedł jak marzenie! Do tego jeszcze żurawina, mmm..palce lizać! Po skończeniu prania, ustawiliśmy (na szczęście już z większym sukcesem) suszarkę, idąc w tym czasie na mały spacer, by obmyślić, co robimy dalej. Postanowiliśmy tam, że chcemy jak najszybciej uciekać z miasta. Aglomeracje miejskie nigdy nie były czymś, co podczas naszych podróży stanowi dla nas większy priorytet. Byliśmy ciekawi norweskiego miasteczka owszem, ale spacer, który tam zrobiliśmy był dla nas zupełnie wystarczający. Dlatego jeszcze tego wieczoru ruszyliśmy z Bergen dalej ku zachodniej części Norwegii, w stronę kolejnych fjordów. Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości, czy nawet wiosce znajdującej się na wzgórzu z pięknym widokiem na jezioro.

Byliśmy ta sami, wokół tylko opuszczony kościół ewangelicki oraz parę domostw, z których nie było kompletnie nic słychać. Bardzo nam to odpowiadało. Zanim udaliśmy się na nocny odpoczynek, posiedzieliśmy jeszcze z herbatką patrząc przez okno i delektując się widokiem oraz błogą ciszą. Kolejnego dnia ruszyliśmy na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, dalej.

Zatrzymując się po drodze na kawkę oraz obiad w ładnych miejscach, o które nie trzeba było się specjalnie starać, gdyż były na wyciagnięcie ręki, nad Nærøyfjord zajechaliśmy wieczorem. Przez to najlepszą miejscówkę zastaliśmy już zajętą, ale na szczęście udało się zmieścić i tam zostać.

BAKKANOSI

Kolejnego dnia udaliśmy się na szczyt Bakkanosi, z którego miał być najpiękniejszy widok na Nærøyfjord. Wędrówkę rozpoczęliśmy w przepięknej Dolinie Jordalen. Natomiast sam szlak nie zapowiadał zupełnie tego, co zobaczyliśmy na samym szczycie. Na początku ładowaliśmy ostro i długo pod górę lasem, nie doświadczając najmniejszych widoków na górski krajobraz. Ponadto od samego początku towarzyszyła nam niepewność, czy na pewno dobrze idziemy, ponieważ szlak był bardzo słabo oznaczony. By być bardziej uczciwą, muszę powiedzieć, że nie był on praktycznie wcale oznaczony. Poza tablicą znajdującą się na samym dole, która pokazywała mniej więcej przebieg trasy, nie spotkaliśmy żadnej innej wskazówki. Poza tym parę razy trzeba było otwierać bramę i przechodzić na druga stronę, co wyglądało, jakbyśmy wdzierali się na teren prywatny. Gdy wyszliśmy z lasu i zaczęły wyłaniać się górskie krajobrazy, zaczął się również dość długi i mozolny błotnisty fragment, gdzie zwyczajnie zapadaliśmy się w mokrą ziemię.

Bardzo ciężko się po tym szło, a tereny były naokoło podmokłe, więc ominięcie wydeptanej ścieżki niewiele pomagało. Podczas wędrówki Sebastianowi rozkleił się jeden but. Natomiast jak się domyślacie, nie poddaliśmy się. Mąż za pomocą sznurówki przymocował ją do buta, posilił się kanapką i ruszył „z buta” do przodu 🙂

Dalej droga prowadziła w górę po kamieniach, gdzie już do końca po prostu ładowało się do przodu, nie widząc żadnej ścieżki. Tam, gdzie pasowało, tak się szło. Nietrudno było podczas tej wędrówki o rezygnację i wątpliwości, po co my idziemy dalej i czy w ogóle gdzieś dojdziemy. Gdzieniegdzie spotykaliśmy innych turystów, którzy tak jak my eksplorowali, dokładnie nie wiedząc jak szlak prowadzi. Na szczęście na szczycie widoki rzeczywiście nam zrekompensowały nasze wysiłki. Z ręka na sercu mogę powiedzieć, że widoki, które tam zobaczyliśmy były najładniejszymi, jakie do tej pory widziałam. Sebastian podszedł bliżej, więc ma lepsze zdjęcia. Natomiast ja i tak cieszę się, że przy moim lęku po wypadku w górach, który miałam kilka lat temu, mogę uprawiać trekking wysokogórski.

NÆRØYFJORD

Nærøyfjord tak ogromnie mnie zachwycił, więc postanowiłam namówić mojego Męża na rejs statkiem po nim, w szczególności, że nasza miejscówka na której staliśmy kamperem, była tuż przy miejscu jego odpływania.

I to była bardzo dobra decyzja. Zobaczenie Fjordu od dołu, wysokości skał, pomiędzy którymi płynął, było niesamowitym doświadczeniem. Sam rejs z dużą ilością turystów był bardzo komercyjny, co nie było rzecz jasna dla nas atrakcją. Natomiast i tak było warto. Dobrze, że ubraliśmy się ciepło, bo na wodzie było naprawdę zimno, a płynęliśmy blisko 2 godziny. Cumowaliśmy w miasteczku Flam, skąd można było wrócić autobusem wahadłowym do miejsca, skąd wypływaliśmy. Oczywiście była też możliwość rejsu po Fjordzie z powrotem, ale zdecydowaliśmy się na pierwszą opcję. W miasteczku udało się zjeść słynną norweską cynamonkę, wypić kawę oraz kupić parę pamiątek dla bliskich. Sebastianowi również podobał się rejs statkiem po Nærøyfjord. Oboje uważamy, że był to dobrze wykorzystany czas.

LUSTRAFJORDEN

Opuszczając Nærøyfjord obraliśmy kierunek niedużej wioski Loen, położonej na skraju Fjordu Nordfjord, przy ujściu rzeki Loelva w gminie Stryn. Pewnie zastanawiacie się, czemu akurat przyciągnęła nas ta mała, nikomu nieznana miejscowość? Otóż zbliżała się niedziela i znaleźliśmy w Internecie, że właśnie tam najbliżej od nas znajduje się Kościół Katolicki, w którym jest odprawiana Msza Święta. Jadąc tam dzień wcześniej, zatrzymaliśmy się w połowie drogi nad Lustrafjordem, który jest najdalszą odnogą najdłuższego norweskiego fiordu – Sognefjordu.

Chcieliśmy z samego rana wejść na szczyt Molden, natomiast pogoda trochę pokrzyżowała nam plany. Rano, kiedy zadzwonił budzik, a my wstaliśmy z zamiarem przygotowania się i ładowania pod górę, zaczęło dość mocno padać. Zaczęliśmy więc rozprawiać nad tym, czy warto iść w takim deszczu, czy może lepiej zrezygnować. Zastanawialiśmy się, bo poznawszy już warunki pogodowe w Norwegii, wiedzieliśmy, że zarówno może padać tak cały czas bez przerwy, może za chwilę przestać i się wypogodzić, a także może co chwilę się zmieniać. Na prognozy pogody godzinowe nie było sensu patrzeć, gdyż one się tam w ogóle nie sprawdzały. Norweski klimat żył swoim życiem i trzeba było to po prostu przyjąć. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że odpuszczamy. Sebastian stwierdził, że do tej pory tyle nam się udało zrealizować, że może to ten pierwszy raz, kiedy mamy znak, że trzeba zrezygnować. Zrozumiałe było też to, że bał się o swoje buty, które były w kiepskim stanie po ostatniej wędrówce. Podeszwa trzymała się już tylko po przywiązaniu sznurówką i coraz bardziej „klapciała”. Idąc po błocie i w deszczu mogłoby mieć to różny skutek. Wobec tego postanowiliśmy wrócić dalej do spania, a konkretnie Sebastian. Natomiast ja już się umyłam, ubrałam, po czym kontemplowałam widoki zza okna na Lustrafjorden, który wydawał mi się najspokojniejszy ze wszystkich Fjordów, które tutaj widziałam. Ciężko to wytłumaczyć, ale siedzenie przy nim i patrzenie na niego dawało mi pewien rodzaj spokoju, którego bardzo w swoim sercu potrzebowałam.

Sebastian długo też już nie pospał. W pewnym momencie przestało padać, więc postanowiliśmy znaleźć jeszcze jakieś miejsce lub kilka w okolicy, by podjechać i odpocząć. Okazało się, że całkiem niedaleko jest piekarnia, gdzie pieką cynamonki, które są hitem w Norwegii. Już po drodze tam, upatrzyliśmy sobie miejsce z pięknym widokiem na Lustrafjorden, gdzie przyjedziemy po zakupie drożdżówek, by zrobić naszą kawę z kawiarki i usiąść na ławce i dalej cieszyć się naturą. A jak to po deszczu, gdy chmury zeszły, ukazał nam się spektakl chmur. Było, co oglądać! A cynamonki ? Zjedliśmy po dwie, a co! Jak szaleć, to szaleć i dzień święty święcić! 🙂

LUSTERKO

W drodze na Mszę Święta do Loen, dokładnie pół godziny przed dotarciem do celu, przydarzył nam się wypadek. Droga była bardzo wymagająca oraz pełna zakrętów. Raz jechało się z górki, raz pod górkę, a i zwężeń nie brakowało, ku naszemu zdziwieniu zupełnie nieoznakowanych. Widziałam, że Sebastian się trochę stresował, gdyż czuł zmęczenie samochodu, przede wszystkim hamulców i sprzęgła. Niestety na takich drogach obydwa mocno dostawały w kostkę. Gdy jechaliśmy w dół, słychać było dziwny odgłos, który ja określałam, jako piszczenie lub skomlenie małego pieska. Sebastian mi wytłumaczył, że były to ścierające się hamulce. W pewnym momencie przy mijaniu się z innym kamperem na zwężeniu drogi, dotknęliśmy się niestety swoimi lusterkami. Nasze się złożyło, ale część wewnętrzna wypadła na drogę. Z racji, że za nami jechał sznur samochodów, nie zatrzymaliśmy się od razu, jadąc dalej do najbliższej zatoczki. Stamtąd wróciliśmy się w miejsce zdarzenia, natomiast nic prócz pękniętego w drobne kawałeczki na drodze, po którym przejechało już parę samochodów, nie znaleźliśmy. Kamper, z którym się stuknęliśmy, nie zatrzymał się. Widocznie jego lusterko tylko złożyło się, więc prawdopodobnie odwinął je i pojechał dalej. Wróciliśmy się więc do auta i zastanawialiśmy się, co teraz możemy zrobić.

Oczywiście Sebastian w emocjach chciał od razu działać. Na szczęście udało mi się go przekonać, byśmy pojechali na Mszę Świętą, na którą się wybieraliśmy, oddali tę sytuację Bogu i wtedy pomyśleli nad rozwiązaniem problemu. Pomyślałam też, że skoro to będzie polska Msza Święta dla Polonii mieszkającej w Norwegii, będzie można zapytać miejscowych, może skierują nas do kogoś, kto mógłby nam pomóc. Tak też zrobiliśmy. Wcisnęliśmy lusterko do zewnętrznej części, przymocowaliśmy po bokach szarą taśmą klejącą i ruszyliśmy przed siebie. Zostało nam 15 minut drogi i 15 minut do Mszy. Dobrze, że mieliśmy ten zapas czasu, dokładnie na tę akcję. Wiadomo, z takim połamanym lusterkiem nie była to bezpieczna jazda, ale musieliśmy i tak się gdzieś przemieścić i coś zrobić. Sebastian jechał powoli i bardzo ostrożnie, na szczęście nic się nie stało. Po Mszy Świętej udało się porozmawiać z mieszkającymi od 15 lat w Norwegii Polakami. Niestety nie mieli żadnych kontaktów do znajomych mechaników, którzy mogliby nam pomóc. Nie zarazili nas też optymizmem, gdyż raczej mówili, że w Norwegii nie jest to wszystko takie proste jak w Polsce, ponieważ tutaj nic nie jest dostępne od ręki, wszystko trzeba zamawiać i czekać dwa, trzy tygodnie. W Polsce wymianę tej części lusterka załatwiłoby się od ręki. Natomiast polecili nam kilka sklepów i warsztatów, do których możemy się wybrać w nadziei, że tam coś dostaniemy. Dzwoniliśmy też do naszej ubezpieczalni, ale to co nam proponowali, czyli odholowanie do najbliższego warsztatu, nas nie urządzało, gdyż nie gwarantowali tego, że tam nam załatwią sprawę i to jeszcze w ciągu kilku dni. A więc tej nocy pozostaliśmy bez rozwiązania. Zacumowaliśmy na parkingu pod Kościołem, by rano ruszyć do wspominanych przez Polonię sklepów i warsztatów.

Słowa naszych Rodaków potwierdziły się. W żadnym warsztacie nie chcieli się tego podjąć, bo nie mieli takiego lusterka, a zamawianie zajęłoby im dużo czasu, a mają poważniejszą (czytaj, bardziej opłacalną) robotę. A więc, gdzie nie pojechaliśmy, odbijaliśmy się i byliśmy odsyłani z kwitkiem. W jednym z warsztatów, pracownik zasugerował, by pojechać do salonu Forda, który był oddalony o około pół godziny od naszej lokalizacji. Postanowiliśmy więc kupić w pobliskim sklepie samochodowym folie imitującą lusterko, założyć ją na naszą zepsutą część i wtedy tam pojechać. Natomiast była to bardzo mozolna praca, gdyż pozostałości po stłuczonym nie było tak łatwo usunąć, a przyklejenie folii, było bardzo uciążliwą procedurą ze względu na nierównomierne odrywanie jej się i przyklejanie.

Zajęło nam to kilka godzin. Ale udało się, na pewno było to bezpieczniejsze rozwiązanie niż jazda ze stłuczonym lusterkiem. W salonie Forda powiedzieli, że mogą nam zamówić lusterko, ale przyjdzie najwcześniej na czwartek. To i tak lepiej niż za dwa tygodnie! Próbowaliśmy dzwonić jeszcze do innych warsztatów, ale wszędzie ta sama informacja. W związku z tym podjęliśmy decyzję, że tak, zamawiamy i do czwartku gdzieś tu w okolicy zacumujemy, a w czwartek po zamontowaniu nowego lusterka będziemy już zmierzać do Szwecji, bo na sobotę rano mamy wykupiony rejs powrotny do Polski. I kiedy tak zasmuceni i zrezygnowani rozmawialiśmy i obmyślaliśmy, gdzie moglibyśmy się zatrzymać, niespodziewanie przyszedł do nas pracownik salonu z radosnym okrzykiem „Mamy to lusterko na stanie”. Powiedział, że nie wie jak to się stało i sam nie może w to uwierzyć, ale jakimś cudem, mają to lusterko w magazynie. Zaraz je przyniósł, zamontował i mogliśmy dalej realizować nasze podróżnicze plany. Trzeba dodać, że do modelu naszego samochodu, lusterko występuje w kilku konfiguracjach, w zależności od wyposażenia. W magazynie było dokładnie jedno lusterko, dokładnie takie, które pasowało do naszego Forda.

A stało się to dokładnie w Godzinie Miłosierdzia. To kolejny dowód na to, że Opatrzność jest z nami, a Różaniec, który codziennie odmawiamy przez ręce Maryi nas chroni!

JEZIORO LOVATNET

Ogromnie zadowoleni z naprawienia lusterka, postanowiliśmy, że poszukamy miejscówki, gdzie moglibyśmy zrobić grilla, gdyż taki obrót sprawy domagał się uczczenia. Kolejnym zaznaczonym punktem na naszej mapce w całkiem niedalekiej okolicy było Jezioro Lovatnet. Leży ono w Sogn og Fjordane, tuż obok małej miejscowości Loen. Chcieliśmy tam pojechać, ponieważ przeglądając jego zdjęcia oraz czytając dotyczące jego różne artykuły w Internecie, zachwycił nas w nim zielony kolor wody oraz jego sielskość i malowniczość, bowiem otaczały go ogromne skały, a wokół panowała wielka cisza.

Znaleźliśmy kemping bezpośrednio tuż nad tym jeziorem i pojechaliśmy na niego, wcześniej dzwoniąc i rezerwując ostatnie miejsce dla kampera. Przypadek, nie sądzę 🙂 Chwała Panu! Opatrznościowo okazało się, że miejsce, które nam przypadło, było najdalej ze wszystkich oddalone od ludzi, a widok na jezioro i otaczające go góry był obłędny. By wykorzystać mocne słońce, które nas tego dnia uraczyło, zaraz po zajechaniu na kemping, po odpowiednim ustawieniu się oraz po rozłożeniu markizy, usiedliśmy z kawką i delektowaliśmy się witaminą D3.

Jako, że pogoda w Norwegii jest jak kobieta, jest zmienna, niespodziewanie w pewnym momencie zaszło słońce, nadciągnęły chmury i zrobiło się dużo chłodniej. Natomiast nam tak dobrze się siedziało, że tylko zarzuciliśmy cos na siebie i dalej kontemplowaliśmy otaczającą nas naturę. Natomiast przyszedł też moment, kiedy dość mocno upomniał się nasz żołądek o obiecanego grilla. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy się zająć wtedy tym tematem, gdyż chmury zapowiadały rychły deszcz, a więc trzeba się było pospieszyć, jeśli chcieliśmy robić grilla, a co do tego nie mieliśmy żadnych wątpliwości.

Niestety rozpadało się, gdy Sebastian smażył nasze kiełbaski. Jednak nie przeszkodziło nam to w niczym. W pelerynach przeciwdeszczowych, osłaniając od góry grilla, udało się doprowadzić kiełbaski do stanu perfekcyjnego do spożycia, a przygoda jedzenia ich w takich warunkach tylko dodawała nam radości. Prawdziwy norweski grill 🙂 A smakowało wybornie!

Kolejnego dnia, już po wyjeździe z kempingu wybraliśmy się na przejażdżkę dalej wzdłuż jeziora Lovatnet. Droga była piękna, ale też kręta i wąska. W wielu momentach trzeba było stawać, by się wyminąć, a nawet czasem cofać, do zatoczki. Sebastian prowadząc musiał być cały czas na 100 procentowej czujności. Co kawałek widzieliśmy również znaki ostrzegające o spadających kamieniach. Potwierdzeniem, że nie był to tylko straszak, były wyboiste dziury wyryte w drodze właśnie przez spadające odłamki skalne. To wszystko mroziło krew w żyłach. Podziwiam mojego Męża, jak świetnie oraz z jakim stoickim spokojem radził sobie z jazdą po takich terenach. Drogą wzdłuż jeziora dojechaliśmy do samego końca, czyli do parkingu w Lodalen. Stamtąd zrobiliśmy sobie mały spacer pod Lodowiec Kjenndalsbreen, który z roku na rok topnieje coraz bardziej.

W drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy po drodze, by popatrzeć jeszcze z bliska na jezioro i otaczające ją góry. W szczególności ze względu na Sebastiana, który prowadząc, nie mógł w pełni skupić się na podziwianiu widoków.

Dolina Lodalen ma w swojej historii dwie tragiczne historie osunięcia się skał i spowodowanie fali tsunami. Wokól Jeziora Lovatnet można zobaczyć wiele tablic upamiętniających te wydarzenia. Zrobiliśmy sobie spacer w to miejsce. Po drodze tam widzieliśmy pozostałości po tej tragedii, między innymi wrak statku.

Szlak, którym szliśmy prowadzi pod Krzyż upamiętniający to tragiczne wydarzenie. Okolica tego miejsca nazywana jest przeklętą, a podczas drogi nią można wyczuwać specyficzną ciszę oraz nietypową atmosferę, które są związane z tragediami, które tu miały miejsce.

Natomiast po drodze spotykamy tablice z opisami różnych dzieł Boskiej natury, na których są odniesienia do Pisma świętego. Skłania to do jeszcze większej refleksji i zadumy nad tym miejscem i tym, co się tu przed laty wydarzyło.

Obecnie również w Dolinie Lodalen istnieje ryzyko ponownego osunięcia się skał i wywołania, być może jeszcze większej fali tsunami, a co za tym idzie spowodowania jeszcze straszniejszej tragedii.

GEIRANGERFJORDEN

Z miejsca obarczonego katastrofalną historią udaliśmy się w rejon naznaczony równie budzącymi grozę dziejami. Kolejnym punktem było Geirangerfjorden.

Miejsce to znajduje się w okolicy niestabilnej góry Åkerneset, gdzie istnieje duże zagrożenie runięcia jej zbocza centralnie do fjordu. Jeśli nastąpi taki rozwój wydarzeń, spowoduje on z kolei zawalenie się potężnej ilości skał, które wywoła falę tsunami niszczącą doszczętnie kilka pobliskich miejscowości. Jest udowodnione naukowo, że kiedyś to na pewno nastąpi, nie jest powiedziane tylko jaki to będzie czas. W skale góry Åkerneset jest pęknięcie, które powiększa się o około 15 cm. na rok. W tym obszarze znajduje się stacja meteorologiczna, a radary, czujniki oraz urządzenia sejsmiczne pracują cały czas. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej strzeżonych gór na całym świecie. Badacze oraz naukowcy twierdzą jednogłośnie, że zawalenie się skał nie nastąpi nagle oraz, że stacje będą mogły odebrać odpowiednio wcześniej wiele sygnałów, by móc ewakuować ludzi z obszarów, które są zagrożone. Natomiast jak to z naturą, nigdy nic nie wiadomo. Będąc w tamtym rejonie oglądaliśmy film „Fala”, w oryginale „Bolgen”. Jest to film katastroficzny z normalną fabułą, oparty o spekulację osunięcia się Geirangerfjordu, jak to może wyglądać wówczas, kiedy to rzeczywiście będzie miało miejsce. Po obejrzeniu tego filmu oraz po sięgnięciu do szerszych informacji w internecie na temat zagrożenia w tym rejonie, mieliśmy dużo przemyśleń w związku z tym co się tam dzieje. Ciężko nam zrozumieć, czemu ludzie mimo takiego realnego i ogromnego zagrożenia dalej tam mieszkają oraz prowadzą życie, a czemu nie chcą się wyprowadzić, by nie żyć w takim ryzyku i ciągłym poczuciu zagrożenia ze strony nieprzewidywalnej natury. 15 cm. rocznie powiększanie się pęknięcia wydaje nam się dużą liczbą. Geirangerfjorden jest miejscem o dużym zagrożeniu, a mimo to wciąż nadciągają tam tłumy turystów, nierzadko podsycanych właśnie tymi faktami o niebezpieczeństwie w tym regionie, które wzbudzają w nich jeszcze większe podniecenie i chęć odwiedzenia tego miejsca. Czy to jest właściwe ? Ciężki to dla nas temat. Może łatwo jest nam ocenić z naszego miejsca, nie mając perspektywy osób, którzy się tam wychowali oraz dla których ów teren jest ojcowizną, która ma dla nich duże znaczenie. Domyślam się też, że dla wielu osób zarobek z turystyki prowadzonej na tym terenie jest jedynym źródłem utrzymania, który umożliwia im warunki do życia oraz jest czymś, czym zajmowali się „od dziada pradziada” i nie umieliby w żaden inny sposób zarabiać. A przynajmniej nie potrafią sobie tego wyobrazić w głowie, żeby w ogóle o tym pomyśleć. Pewnie niejednokrotnie tutejsi ludzie wolą umrzeć na tej, swojej ziemi robiąc to, co kochają niż uciekać za może i dłuższym życiem, ale dla nich o wiele gorszym, w którym prawdopodobnie nie daliby rady normalnie funkcjonować. Ciężki temat, trudne pytania, a jeszcze bardziej złożone odpowiedzi. Niedawno mierzyliśmy się z powodzią w części naszego kraju. Tutaj tak samo można by zadać pytanie, dlaczego ludzie się budują i prowadzą życie w miejscach, które są zagrożone powodzią ? Czy jest to rozsądne ? Czy państwo powinno im pomagać, skoro były zalecenia, by się tam nie budować z racji istniejącego tam niebezpieczeństwa ? Gdyby podejść do tematu zero jedynkowo, oczywiście można by wysnuć wiele mądrych wniosków i powiedzieć „trzeba było myśleć wcześniej”. Tylko czy my mamy prawo to oceniać ? Czy też znamy perspektywę oraz motywację tych osób ? Czy w ogóle jest coś na tym świecie biało czarne ? Ja coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie. Wiele spraw jest dla mnie niezrozumiałych, ogromu rzeczy nie wiem, a w ilu kwestiach dopadają mnie wątpliwości. Mam wrażenie, że z biegiem czasu coraz częściej mówię „nie wiem”. A Wy co myślicie ?

ALESUND

Alesund to było kolejne miasto na naszej liście, które chcieliśmy podczas podróży po Norwegii odwiedzić. Jak wiecie nie jesteśmy największymi fanami aglomeracji miejskich, ale też niezupełnymi ignorantami. Niestety pogoda, jaką tam zastaliśmy, bardzo nas rozczarowała. Po wjechaniu na pierwszy punkt widokowy w tym mieście, niebo potwornie się zachmurzyło, a momentami padało.

W pewnym momencie aura zmieniła się na tak ponurą i deszczową, że mało, było co widać. Postanowiliśmy więc, że odpuszczamy spacer po mieście, tylko gotujemy obiad w kamperze i jedziemy na poszukiwania miejscówki na nocleg. A na sam koniec tak się rozlało, że musieliśmy nawet odczekać spory kawałek czasu w samochodzie, gdyż nie dało się jechać.

Andalsnes było kolejnym punktem na naszej liście, a głównie z uwagi na słynną Drogę Troli, w oryginale Trollstigen, która jest znana na całym świecie. Jej popularność jest spowodowana przede wszystkim ze względu na jej krętość, malowniczość oraz to, że znajduje się przy najbardziej pionowej ścianie w Europie – Trollvegen ( Ściana Troli). Ponoć ze szczytU rozpościera się przepiękny widok na niezwykle malowniczą Dolinę Romsdalen. Droga Troli jest zamknięta w sezonie zimowym. Pech chciał, że właśnie w tym roku dosłownie kilka dni po jej otworzeniu, padła decyzja o ponownym jej zamknięciu do końca roku ze względu na zbyt duże ryzyko kamiennych osuwisk. Przeczytaliśmy, że w ciągu 10 dni, było aż 6 wypadków spowodowanych właśnie tym zjawiskiem. Cóż, nie zdążyliśmy! Może jeszcze otworzą, a my wrócimy 🙂 Natomiast podjechaliśmy pod Ścianę Trolli, do miejsca, dokąd można, a od którego dalszy przejazd jest już zablokowany.

ŚCIANA TROLI

Wiem, że zdjęcia tego w żaden sposób nie oddają, ale uwierzcie, że naprawdę Ściana Trolli robi ogromne wrażenie. Wejście na szczyt szlakiem pieszym nie było zablokowane, natomiast my ze względu na zagrożenie osuwisk kamieni, nawet o tym nie myśleliśmy. Aczkolwiek znaleźli się śmiałkowie, którzy próbowali.

RAMPESTREKEN

Wykorzystując to, że byliśmy w Andalsnes, postanowiliśmy wykorzystać czas i mimo wszystko wejść jeszcze na jakiś szczyt lub punkt widokowy, by może nie ze spektakularnej Ściany Trolli, a z czegoś mniejszego, ale zobaczyć widok na Dolinę Romsdalen. Wybraliśmy Rampestreken. Nie była to długa trasa, ale przez to dosyć wymagająca, ponieważ przewyższenie było spore. Praktycznie cały czas ładowaliśmy mocno pod górę. Momentami miałam ciarki na plecach, gdyż na trasie nie brakowało stromych odcinków. W zasadzie to już przyzwyczailiśmy się do szlaków w Norwegii, że po prostu muszą dać w kość, ale pewnikiem jest, że na koniec nas nakarmią do syta. I tak też było tym razem. Na samej górze, krajobraz nam wszystko wynagrodził.

Na samym szczycie był dość mocno wysunięty do przodu punkt widokowy, na który wchodząc, pod nogami widać było tylko przepaść. Ja odważyłam się wejść tylko do połowy, Sebastian wszedł do końca.

Natomiast po zejściu poszliśmy do cukierni z domowymi wypiekami, by kupić sobie zasłużone cynamonki. Zaraz potem pojechaliśmy na miejscówkę z widokiem na Romsdalsfjord. Zrobiliśmy w kamperze kawę w kawiarce, rozlaliśmy ją do filiżanek. wzięliśmy drożdżówki i poszliśmy nad brzeg jeziora, by rozkoszować się majestatycznym widokiem. Tak naprawdę żegnaliśmy się już z Norwegią, gdyż od tego momentu kierowaliśmy się już w stronę Szwecji, a tym samym na prom do Polski.

DOLINA ROMSDALEN

Obierając kierunek powrotny z Andalsnes, mieliśmy do przejechania około 1000 km. Wyjechaliśmy w czwartek popołudniu, a wykupiony prom mieliśmy na sobotę rano. Z jednej strony można powiedzieć, że mieliśmy taki zapas czasu, że mogliśmy spokojnie jechać, robić sobie przerwy bez presji, a z drugiej strony wiedzieliśmy, że w przypadku nieprzewidzianych sytuacji, które mogłyby nas zatrzymać gdzieś na dłużej niż 2 godziny, czas odczuwalnie by się kurczył. Także niby luz, a jednak nie tak do końca. W każdym razie droga z Andalsnes do Malmo prowadziła nas jeszcze długo przez przepiękną Dolinę Romsdalen.

Gdy poczuliśmy pierwsze oznaki głodu, zaczęłam szukać w aplikacji Park4night jakiegoś sensownego miejsca na obiad. Uwielbiamy to w drodze, że sam przejazd „od…do” nie jest tylko transportem w konkretne miejsce, tylko też staramy się też jak najwięcej doświadczyć terenów przez które przejeżdżamy. Zatrzymaliśmy się w miejscu, które totalnie nas zaskoczyło. Miał być to lasek, nad rzeczką, a okazało się to tak urokliwym miejscem, że ciężko było nam się stamtąd ruszyć.

Gdyby nie racjonalna głowa mojego Męża, to pewnie byśmy tam zostali, a kolejnego dnia martwili, jak teleportować się do Malmo na prom. Do końca sami nie wiemy, czy to była jeszcze Dolina Romsdalen, czy nie.

LILLEHAMMER

Na nocleg na trasie powrotnej do Malmo na prom, wybraliśmy sobie miasto Lillehammer. Nie planowaliśmy tego tak ściśle, gdyż zależało nam, by jechać sobie spokojnie, nie spiesząc się, ale poruszać się do przodu, gdyż czas w jakimś stopniu nas jednak ograniczał. Taka wolność, ale trochę ograniczona 🙂 Na miejsce, czyli ogromny parking w lesie wykorzystywany w sezonie zimowym do parkowania przez gości wydarzeń odbywających się w Lillehammer, zajechaliśmy już o zmroku. Ta miejscówka nam się naprawdę udała. Co prawda, widoków żadnych nie mieliśmy, gdyż ani pogoda, która była pochmurna, ani pora nocna na to nie pozwalała. Natomiast panowała tam błoga cisza. Mimo tego, że stało tam parę kamperów, ze względu na ogromny rozmiar tego placu, można było zaparkować z dala od pozostałych. Zresztą każdy, kto tam nocował, chyba skorzystał z tak idealnych warunków do spania i po prostu oddał się temu zadaniu w 100 procentach. Spało się tam wyśmienicie, okropnie nie chciało nam się wstawać, co też przyczyniło się do tego, że mieliśmy dość duże opóźnienie. Mieliśmy plan, że zwiedzimy słynną stację narciarską, na której odbywają się Igrzyska Olimpijskie. Natomiast potężny deszcz oraz późna pora, która nas tam zastała, spowodowały, że nasz plan musieliśmy nieco okroić. A więc na teren stacji podjechaliśmy kamperem, podeszliśmy do niej, by zobaczyć ją z dołu, ale nie wchodziliśmy na górę.

Było tak potwornie zimno, że tak naprawdę po zrobieniu zdjęcia, praktycznie od razu wróciliśmy do auta i pojechaliśmy dalej w kierunku Malmo. A fotkę zrobiliśmy głównie dla mojej Babci, która interesuje się sportem i śledzi wszystkie igrzyska oraz zawody, wiernie kibicując naszym Rodakom. Wiedzieliśmy, że bardzo się ucieszy, jak jej opowiemy i pokażemy nasze zdjęcie przy stacji narciarskiej, na której odbywają się wydarzenia, które śledzi w telewizji. Babcia zawsze nam mówi, że gdy jej pokazujemy zdjęcia z naszych podróży oraz relacjonujemy, gdzie i co robiliśmy, to czuje się, tak jakby tam była. Twierdzi, że w jej wieku już nie może pozwolić sobie na zwiedzanie świata, ale jak była młoda to jeździła wszędzie, gdzie tylko mogła, bo od zawsze kocha naturę, piękno przyrody oraz szeroko rozumianą kulturę. Babcia jest bardzo wrażliwa na sztukę oraz piękno. W każdym razie przesłaliśmy zdjęcie od razu do mojego Taty, by od razu pokazał Babci. Oczywiście nasze przypuszczenia się sprawdziły, Babcia była przeszczęśliwa oraz bardzo wzruszona.

Kiedy wyruszyliśmy z Lillehammer, już nigdzie na dłużej się nie zatrzymywaliśmy. Pogoda była bardzo niekorzystna, jeśli chodzi o warunki na drodze. Cały czas lało, a gdy zbliżyliśmy się do wybrzeża jadąc wzdłuż niego, zaczął wiać bardzo silny i porywisty wiatr. W związku z tym jechaliśmy bardzo powoli, co jakiś czas się zatrzymując, by Sebastian mógł odpocząć. W takich trudnych warunkach skupienie musi być bardzo duże, a jest to też ogromnie wyczerpujące. Poza ostatnimi zakupami w Norwegii przy stacji benzynowej, już do samego Malmo, nie wychodziliśmy z samochodu. Czuliśmy po kościach, że Skandynawia nas już wygania i to już naprawdę dobry czas, by wracać. Przez całe trzy tygodnie naszego pobytu w niej, nie doświadczyliśmy tak siarczystego deszczu i tak mocno dmuchającego wiatru. Wszystko ma swój czas, tak jak w piosence…

Perfect – Wszystko ma swój czas

Na koniec udało się jeszcze kupić i zjeść ostatnie nasze norweskie cynamonki 🙂 Oszalałam tam na ich punkcie, były obłędne. Chyba już zawsze smak cynamonu będzie mi się kojarzył z Norwegią. Obiecałam sobie wtedy, że jak przyjedziemy do Krakowa, to zrobię taki specjał.

Na szczęście do Malmo na prom dojechaliśmy szczęśliwie i punktualnie. Jako, że podczas rejsu wypoczęliśmy, najedliśmy się, a też porządnie wyspaliśmy, po dopłynięciu do Świnoujścia już w Polsce, postanowiliśmy, że skoro mamy jeszcze siłę i energię, jedziemy dalej. Dojeżdżając do okolic Wrocławia, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Oczywiście w aplikacji Park4night znalazłam coś, co wydawało nam się być idealnym dla nas. Łono natury, mała wioska i blisko kościół, a kolejnego dnia akurat była niedziela. Ponadto niedaleko znalazłam zapowiadającą się bardzo dobrze restaurację z wysokimi ocenami i bardzo dobrymi opiniami. Niestety nie wszystko wyglądało tak pięknie jak się spodziewaliśmy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, była 2 w nocy. Jechaliśmy na pewniaka, mając w głowie, że tylko zajeżdżamy i nawet bez mycia kładziemy się spać, bo różaniec odmówiony już w drodze. Plan wydawał się genialny, natomiast życie w kamperze takie nie jest. Upatrzona miejscówka okazała się parkingiem przy głównej drodze oraz pod wejściem do parku linowego, głównej atrakcji regionu. Domyśliliśmy się, że w niedzielę w okresie wakacyjnym, z rana otoczą nas tłumy rodzin z dziećmi i parkujących samochodów. Zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy szukać czegoś innego. Niedaleko była jeszcze jedna wydawałoby się sensowna miejscówka, a więc ruszyliśmy w jej kierunku. Niestety i w tym przypadku okazało się, że nie możemy tam zostać. Okazało się, ze informacje w aplikacji o tym miejscu, były przestarzałe. Obecnie dokładnie na tym terenie znajdował się hotel. Byliśmy już dość mocno zrezygnowani i dawno już zapomnieliśmy o naszym wypoczęciu i byciu wyspanym oraz pełnym energii po rejsie z Malmo do Świnoujścia. Kolejne zaznaczone miejscówki w Park4night były już oddalone o kilkanaście minut drogi z miejsca, gdzie się znajdowaliśmy. Cóż, nie mieliśmy wyjścia, potrzebowaliśmy gdzieś zacumować i odpocząć choć parę godzin. Jadąc drogami okolicznych wsi, wielokrotnie w myślach przyzywaliśmy wójta i nie mogliśmy mu się nadziwić, czemu w nie nie zainwestują, gdy tereny te zamieszkują ludzie. Dziurawe oraz wyboiste drogi nie były czymś przyjemnym ani dla nas ani dla naszego kampera. Myślę, że Sebastian jako kierowca odczuwał te nieudogodnienia jeszcze bardziej i niejedno przekleństwo w jego myślach się pojawiło. Generalnie noc nie jest też najlepszą porą na szukanie miejsca, gdyż mało widać i jest to niebezpieczne pod względem zakopania się lub wjechania w miejsce, skąd ciężko się wycofać czy wykręcić. My coś o tym wiemy, niestety nie zawsze się do tego stosujemy. Po jeszcze paru próbach, my – niezłomni podróżnicy, wreszcie odnaleźliśmy miejsce do spania. Obok nas stały jeszcze dwa kampery, ale nie przeszkadzało nam to. Bardziej oni byli poszkodowani, gdyż zapewne ich obudziliśmy, ustawiając się. Trudno, jak to często powtarzamy, życie w kamperze nie jest zawsze kolorowe, tak jak na filmach. W miarę wyspani, rano pojechaliśmy na Mszę Świętą, a potem do upatrzonej restauracji, w której cudem udało nam się zarezerwować stoli, taka była oblegana. W końcu po 3 tygodniach w drogiej Norwegii, mogliśmy się najeść za polskie ceny! Jak to człowiek zaczyna doceniać swoje, jak doświadczy cudzego 🙂

Jedzenie było pyszne, choć niestety trzeba było na nie bardzo długo czekać, co spowodowało, że straciliśmy dużo czasu. No cóż, trudno. Coś za coś. W konsekwencji nasz plan, by wrócić z podróży nieco wcześniej niż w środku nocy, nie powiódł się. Specjalnie wzięliśmy rejs w sobotę, by tego samego dnia wieczorem jeszcze trochę ujechać do Krakowa, a na niedzielę zostawić sobie resztę. Idea była dobra, tylko nawaliła u nas logistyka, a tak naprawdę priorytety. Dobre jedzenie to jedna z największych naszych słabości. I tu musi wejść piosenka, notabene bardzo ważna dla Sebastiana:

Paktofonika – Priorytety

JEDZENIE W NORWEGII

Jak już jesteśmy przy jedzeniu, to ewidentny znak, że pora na rozdział o sferze kulinarnej, której doświadczyliśmy podczas podróży do tego kraju. Tym razem na wstępie musimy powiedzieć, że nie zrobiła ona na nas dużego wrażenia. Być może dlatego, że głównie stołowaliśmy się w kamperze, w dużej mierze bazując zapasach jedzenia, które przywieźliśmy ze sobą z Polski. Z relacji z podróży po Norwegii, które śledziliśmy przed naszym wyjazdem, dowiedzieliśmy się, że dobrze jest się zaopatrzyć w słoiki oraz nasze artykuły spożywcze. Przede wszystkim ze względu na dużo wyższe skandynawskie ceny oraz duże odległości do sklepów poza większymi miastami. Najbardziej zachwyciły nas norweskie słodycze. Poniżej zdjęcia i opisy naszych faworytów.

SMASH

SMASH zdecydowanie jest u nas na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o smaki Norwegii. Są to słone chrupki kukurydziane oblane mleczną czekoladą Nidar. To połączenie smakowe jest genialne! Oprócz tego, że zajadaliśmy się nimi na miejscu, przywieźliśmy je również do Polski.

CZEKOLADY FIRMY FREIA

Bardzo nam smakowały norweskie również czekolady Freia. To u nich tradycyjna marka, podobnie jak u nas Wedel 🙂

BATONY KVIKK LUNSJ

Z racji, że często chodziliśmy w Norwegii po górach, kupowaliśmy i braliśmy w drogę ichniejsze batony. Najbardziej nam smakował Kvikk Lunsj. Jest to ich kultowy wafelek, który bardzo nam przypominał nasze WW 🙂

BATONY W GÓRY

Natomiast w trekkingu najbardziej sprawdzały nam się batony bez czekolady, albo z małą jej ilością, ponieważ nie rozpuszczały się tak szybko w plecaku. Choć ja twierdzę, że jedzenie słodyczy z płynną czekoladą również ma swój urok. Jak byłam mała, często z moją mamą w okresie zimowym kładłyśmy czekoladę na ciepłym grzejniku, by się rozpuściła, a następnie łyżeczką albo nawet palcami zjadałyśmy wspólnie tabliczkę. Ahh…jakie to było dobre! Natomiast na szlaku rozpuszczona czekolada jest trochę problematyczna 🙂 Jednym z naszych odkryć był Lefsebit, czyli baton z ciasta podobnego do naleśnikowego przekładany nadzieniem cynamonowym. Trzeba przyznać, że Norwedzy uwielbiają cynamon, bo…..CYNAMONKI, no właśnie!

CYNAMONKI

Może to nie słodycz, ale na ich punkcie totalnie zwariowaliśmy w Norwegii! Sprawcą są cynamonki, czyli cynamonowe drożdżówki, które można spotkać z różnorakimi nadzieniami, albo same. Nie wiem ile ich zjedliśmy tam łącznie, ale dużo. Kiedy tylko na naszej drodze pojawiła się piekarnia, bez zastanowienia kupowaliśmy. Było warto!

NORWESKIE CHIPSY SORLANDS

Chyba nikt nie ma wątpliwości, co do próbowania przeze mnie norweskich chipsów! Bardzo mi smakowały, miały tylko jedną wadę. Były dosyć twarde i trzeba było uważać na dziąsła! Ale były grube, dobrze przyprawione oraz miały bardzo ciekawe smaki 🙂

MLEKO W NORWEGII

Jeśli chodzi o produkty spożywcze, to naszym dużym zaskoczeniem było mleko. Okazało się, że bardzo trudno u nich dostać mleko UHT, czyli poddane obróbce, dzięki której długo się nie zsiada i długo zachowuje świeżość. Dla nas jest jednak najistotniejsze, że dzięki temu nie musimy trzymać mleka w lodówce, którą w kamperze mamy dość małą. Niestety nasze zapasy tego produktu przywiezione z Polski skończyły się po tygodniu i musieliśmy zaopatrzyć się w Norwegii. Na początku pomyśleliśmy, że spróbujemy przechowywać świeże mleko w bagażniku pod łóżkiem, w nadziei, że dzięki panującej tam chłodniejszej temperaturze, nie zepsuje się. Niestety nie wytrzymało, skisło. W związku z tym byliśmy zmuszeni kupować mleko na bieżąco. Nie udało się też dostać małych kartoników, co było problematyczne, gdyż mleko piję głównie ja do kawy. W takich sytuacjach, mleko lubi się zepsuć, zanim się skończy. Takie mlekowe sprawy 🙂

NORWESKIE PARÓWKI

Kiedy przeczytałam w Internecie, że Norwedzy kochają parówki, postanowiłam, że muszę ich spróbować. W końcu to jedno z moich ulubionych zestawów śniadaniowych lub kolacyjnych 🙂 Sebastian cały czas się zastanawia, czemu koncern Berlinki jeszcze mi nie płaci za lokowanie produktu i reklamę 🙂 Niestety okazało się, że Norwedzy jedzą parówki najgorszej jakości, u nas tak zwane serdelki. No cóż, ale było spróbowane? Było! Z Ketchupem weszły jak marzenie 🙂

NORWESKIE PIECZYWO

Bardzo nam smakował norweski chleb, który świeży i jeszcze pachnący można było dostać praktycznie w każdym supermarkecie. Na każdym z nich była zaznaczona jego klasa oraz poziom ilości pełnego ziarna. Oczywiście od tego zależała jego cena, a chleby były rzeczywiście dla nas drogie. W przeliczeniu była to kwota około 20 złotych. Natomiast były naprawdę dobrej jakości.

VAFFEL, CZYLI NORWESKIE GOFRY

Przy okazji naszej kolacji w restauracji, którą sobie zafundowaliśmy będąc na terenie Płaskowyżu Hardangervidda, na deser zjedliśmy typowe ichniejsze gofry. Nam przypominały one bardziej naleśniki ze względu na ich strukturę. Serwowane były z kwaśną śmietaną oraz słodkimi powidłami. Były dobre, ale zdecydowanie wolimy nasze, polskie gofry, które są ciepłe oraz chrupkie i podawane z bitą śmietaną oraz owocami.

CO NAS ZASKOCZYŁO W NORWEGII ?

W Norwegii zaskoczyło nas wiele rzeczy. Myślę, że nie skłamiemy, kiedy powiemy, że był to wyjazd, który zrobił na nas największe wrażenie.

WIDOKI

Scenerie, które tam zastaliśmy, przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Od samego początku do końca, nie mogliśmy wyjść z zachwytu nad nimi. Najbardziej zaskakujące dla nas było to, że były one dostępne na wyciągnięcie ręki. Praktycznie nie musieliśmy się specjalnie o nie starać, wręcz wyskakiwały zza zakrętu. Pokonując drogę z punktu A do punktu B, zawsze musieliśmy doliczać konkretny czas, gdyż co chwilę zatrzymywaliśmy się robić zdjęcia lub po prostu kontemplować piękno przyrody, które właśnie zobaczyliśmy.

WOLNOŚĆ

Na żadnej z naszych podróży nie doświadczyliśmy tak dużej swobody, jak w Norwegii. Dotyczyła ona zarówno biwakowania na dziko, jak i wchodzenia w potencjalnie niebezpieczne miejsca, a także podejścia do pieniędzy. Znaki zakazów dla kamperów były rzadkością, a jeśli już się pojawiały to głównie w sytuacjach rzeczywiście uzasadnionych, czyli przy w miejscach zabudowanych oraz w centrach miast. Zaskoczeniem było dla nas również to, że na stromych formacjach skalnych nie stały barierki oraz znaki zakazu podchodzenia. Każdy wchodził na własną odpowiedzialność. Zauważyliśmy też zupełnie inną mentalność Norwegów od Polaków, jeśli chodzi o pieniądze i ich egzekwowanie. Na drodze widzieliśmy mnóstwo budek, w których można było wziąć sobie różne produkty, typu miód, owoce, przy których nie było sprzedawcy. Była tylko skrzynka, do której trzeba było wrzucić odliczoną kwotę. U nas by to nie przeszło. Nikt by na tyle nie zaufał, a też i nie bez powodu. Mieliśmy też ciekawą sytuację w restauracji, gdy po zapłaceniu za obiad, postanowiliśmy wziąć jeszcze deser i zapłacić za niego kartą, a niestety zepsuł się terminal. Właściciel powiedział nam wtedy, że nie musimy płacić. Czad!

BUDOWNICTWO

W Norwegii, a w zasadzie już w Szwecji widzieliśmy bardzo charakterystyczne rzeczy w budownictwie, których nie spotkaliśmy w żadnym z innych miejsc, do których podróżowaliśmy. Największe wrażenie zrobiły na nas domki z dachami pokrytymi trawą. Sprawiało to, że krajobraz wydawał się jak z bajki.

Zielony dach przypomina bowiem trawnik albo kwiecistą łąkę, w zależności od pory roku. Byliśmy bardzo ciekawi, jaki jest zamysł takiego rozwiązania, więc zaczęliśmy o tym czytać. Okazało się, że jest to świetna termoizolacja, która sprawia, że latem jest chłodniej, a zimą cieplej. Dla nas przede wszystkim wyglądało to przepięknie. Pierwszy raz spotkaliśmy się z czymś takim. Takie rozwiązania widzieliśmy najczęściej w „hytte”, czyli w małych, norweskich drewnianych domkach letniskowych położonych najczęściej poza miastem, w których Norwegowie bardzom często spędzają wakacje, dłuższe weekendy, a także święta. Często są też wynajmowane i w ten sposób kręci się wiele biznesów.

Naszą uwagę przykuły również tradycyjne norweskie domki z podłużnych desek, pokryte charakterystycznymi dachami, które najczęściej miały czerwony, niebieski, żółty lub biały kolor. Co ciekawe, okazało się, że barwa tutaj ma nieprzypadkowe znaczenie, bowiem świadczyła o sytuacji finansowej właściciela oraz jego pozycji w społeczeństwie. Czerwony kolor był przeznaczony dla najbiedniejszej grupy społecznej. Było to wynikiem głównie tego, że w skład farby wchodziła głównie krew i tłuszcz ryb oraz innych zwierząt. Natomiast żółtą farbę pozyskiwało się z ochry oraz oleju, a więc była ona droższa. Za to biała farba była najdroższa, więc na ten kolor malowali swoje domy najbogatsi 🙂

Niemałym zaskoczeniem był dla nas również sposób otwierania okien w całej Norwegii. Niemal wszystkie, które widzieliśmy otwierały się jak nasze dawne lufciki.

Tutaj nie znaleźliśmy wytłumaczenia w Internecie. Podejrzewamy, że może to być związane z częstymi opadami, które występują w Norwegii. Może ten mechanizm sprawia, że jest mniejsze ryzyko, że przy otwartym oknie, deszcz przedostanie się do środka.

AUTA W NORWEGII

Z perspektywy polskich dróg, w Norwegii widzieliśmy głównie samochody wyższej klasy. To co u nas rzadkością, u nich jest standardem. Bardzo dużo pojazdów elektrycznych, głównie Tesli. Poza tym, co łatwe do przewidzenia, ogromna ilość modeli Volvo. BMW, Audi i Mercedesy z wyższej półki również były często widziane.

BRAK GAZU

Mieliśmy duży problem z napełnieniem naszej butli gazowej w kamperze. Spotkanie na trasie stacji benzynowej z dystrybucją gazu graniczyło z cudem. Często sprzedawcy nawet nie byli w stanie pomóc i nas pokierować, gdzie możemy dostać. Mało tego, nierzadko nawet nie wiedzieli o co chodzi, gdy Sebastian pytał. Z racji, że poziom życia Norwegów utrzymuje się na wysokim poziomie, samochody z instalacją gazową są tam rzadkością, więc pewnie stąd to wynika. Nie ma popytu, to nie ma podaży 🙂

DŁUGIE DNI

Nieustannie zachwycaliśmy się długością dni w Norwegii. Było niesamowite, że zachód słońca zaczynał się koło 22 i trwał kilka godzin, a koło 3 robiło się znów jasno. Pewnie, gdybyśmy byli dalej na północy oraz na przełomie czerwca/lipca ( my byliśmy w podróży od 20 lipca do 11 sierpnia), doświadczylibyśmy dnia polarnego, czyli utrzymującego się 24 godziny słońca nad horyzontem. Niektóre ekipy, które wyruszyły do Norwegii wcześniej oraz dotarły wyżej, relacjonowały w mediach społecznościowych doświadczenie białych nocy.

SERWIS DLA KAMPERÓW

Jeśli chodzi o robienie serwisu kampera, czyli miejsca, gdzie możemy wylać szarą wodę ( woda z mycia się w łazience oraz ze zlewu w kuchni), opróżnić kasetkę (nasza przenośna chemiczna toaleta) oraz uzupełnić czystą wodę do naszego zbiornika, były dla nas dostępne w Norwegii na wyciągnięcie ręki, a co najlepsze bardzo często za darmo lub za niewielką opłatą. Było to dla nas ogromne zaskoczenie, gdyż w innych miejscach w Europie, które do tej pory odwiedziliśmy, nierzadko znalezienie takiego miejsca stanowiło dla nas problem. Takie rzeczy do tej pory najczęściej musieliśmy załatwiać na kempingach, na których ze względu na brak opcji zrobienia tylko serwisu, by go zrobić musieliśmy płacić cenę noclegu zawierającą wszystkie udogodnienia, z których my nie potrzebujemy korzystać. A ceny oscylowały w granicach 60 Euro. W Norwegii mieliśmy pod tym względem raj. Takie miejsca najczęściej były zlokalizowane przy drodze, a więc nie musieliśmy zjeżdżać z trasy albo przy stacjach benzynowych.

CENY

Ceny rzeczywiście były bardzo drogie, natomiast byliśmy na to przygotowani robiąc duże zakupy jedzeniowe w Polsce oraz zapasy przygotowanych wcześniej przeze mnie obiadów. Zaskoczyły nas natomiast ceny paliw, które niewiele różniły się od naszych polskich.

BRAK ZNAKÓW DROGOWYCH

W Norwegii spotkaliśmy mnóstwo krętych oraz wąskich dróg, na których w Polsce mielibyśmy przy każdej możliwej okazji znak drogowy z informacją, kto ma ustąpić pierwszeństwa. Natomiast tu ciężko było go doświadczyć, istniała zasada, że ktoś zawsze ustąpi. Musimy przyznać, ze generalnie w większości to się sprawdzało, ale też adrenaliny nam nie brakowało.

BRAK MSZY ŚWIĘTYCH

Musimy przyznać, że takiego problemu z uczestniczeniem w Eucharystii, jak w Norwegii, nigdzie nie mieliśmy będąc w podróży. Czytaliśmy, że Norwedzy w dużej mierze należą do Kościoła Protestanckiego, natomiast coraz więcej ludzi odchodzi od tego wyznania, stając się ateistami. Jeśli chodzi o Kościoły Katolickie, to stanowią one dużą mniejszość. Ich obecność zawdzięczamy głownie Polonii, czyli Polakom będącym tam na emigracji za chlebem. Będąc tam w podróży, by uczestniczyć w niedzielnej Mszy Świętej musieliśmy przemieszczać się w promieniu około 300 km. w jedną stronę. Jako, że dla nas wiara stanowi ważną część naszego życia, mimo napotkanych trudności, nie odpuszczaliśmy, choć było wiele dylematów. Musieliśmy zmierzyć się z tym, że na rzecz bycia na Eucharystii, trzeba było „stracić” 1 dzień, zrezygnować z planów eksplorowania danego terenu lub pojechać w dane miejsce i wrócić, robiąc łącznie ponad 600 km.

POGODA

Pogoda w Norwegii nas zaskoczyła, gdyż spodziewaliśmy się o wiele niższych temperatur oraz więcej deszczowych dni. Przestraszona relacjami innych podróżników, którzy wyruszyli na podbijanie tego kraju wcześniej, spakowałam mnóstwo ciepłych ubrań, a trochę za mało lżejszych. Prawda jest taka, że najlepiej było ubierać się na cebulkę, gdyż pogoda zmieniała się kilka razy w ciągu dnia. Ostatecznie nie przeszkodziła nam w zwiedzaniu, chodzeniu po górach oraz delektowaniu się naturą, czego się obawialiśmy. Trzeba było być po prostu przygotowanym każdego dnia na wszystko 🙂

WRÓCIMY!

Norwegia okazała się dla nas najlepszym kierunkiem, jaki kiedykolwiek obraliśmy podróżniczo. Oczywiście nie licząc Toskanii, która z racji tego, że przeżyliśmy tam nasz miesiąc miodowy i pierwszy czas w kamperze, sentymentalnie będzie dla nas zawsze numerem jeden! Ze względu na liczne zatrzymywania się w nieplanowanych miejscach, które urzekały nas po drodze od punktu do punktu, nie udało się dojechać tak daleko, jak zamierzaliśmy. Ale zupełnie nie żałujemy. W naszych podróżach zdecydowanie preferujemy „slow life” i bycie TU I TERAZ. Do Norwegii na pewno jeszcze wrócimy, a na eksplorowanie północy i Lofotów, zaplanujemy osobny wyjazd.

Na koniec jeszcze piękna piosenka o zachwycie nad życiem..

Anna Maria Jopek – Ale Jestem

„…Jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze,

Zabłąkaną łódeczką wśród raf,

Kroplą deszczu,

Trzciną myślącą wśród traw

…ale jestem!

Jestem iskrą i wiatru powiewem

smugą światła , co biegnie do gwiazd,

jestem chwilą , która prześcignąć chce czas

…ale jestem!

Ucha nadstawiam : słucham jak gra,

Muzyka we mnie, w muzyce – ja!

Nim wielka cisza pochłonie mnie,

Pragnę wyśpiewać , wyśpiewać ,że:

Trzeba żyć naprawdę ,

żeby oszukać pędzący czas.

Pięknie żyć w zachwycie ,

życie zdarza się raz…”

A.M. Jopek

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑