Dacie wiarę, że nie byliśmy jeszcze kamperem nad morzem? Kiedy sięgnęliśmy pamięcią parę lat wstecz do momentu, w którym zaczęliśmy wdrażać w życie naszą ideę corocznego jesiennego wyjazdu nad morze i sobie to uświadomiliśmy, też nie mogliśmy w to uwierzyć. Jeździmy nad Bałtyk każdego roku, natomiast zawsze coś powodowało, że wybieraliśmy inną opcję niż kamper. Przed ślubem, kiedy jeszcze nie byliśmy jego szczęśliwymi posiadaczami, sprawa była jasna – jechaliśmy osobówką i spaliśmy w hotelu. Pierwszej jesieni po ślubie wróciły obostrzenia w związku z koronawirusem, więc zrezygnowaliśmy wtedy z podróży. Kolejnego roku nasz wyjazd był połączony z weselem u mojej rodziny w Międzyzdrojach i początkowo myśleliśmy, że będziemy u nich nocować, a na następny rok, kiedy byliśmy już spakowani do kampera tuż przed wyjazdem odkryliśmy w nim niemały przeciek, w związku z którym natychmiast trafił do serwisu, a my byliśmy znów skazani na hotel. A więc na ten rok przypadło nam pojechać pierwszy raz naszym domem na kółkach nad morze. Oczywiście uczciwie mówiąc prawdą nie jest, że nasz kamper pierwszy raz widział teraz fale morskie oraz wdychał morskie powietrze. Był z nami nad morzem zarówno w Toskanii, jak i w Apulii, a także przejazdem przy okazji podróży do Norewgii, gdzie musieliśmy przeprawić się przez Bałtyk promem. Natomiast na pewno był to jego pierwszy wypoczynek nad Morzem Bałtyckim 🙂 No to piosenka:
Kasia Wilk – Pierwszy raz
PODRÓŻE KSZTAŁCĄ
W tym roku postanowiliśmy upiec trzy pieczenie na jednym ogniu. Jak to u nas, dużo się dzieje i brak czasu na wszystko. Natomiast chcieliśmy bardzo zrealizować trzy rzeczy tej jesieni, na których nam bardzo zależało. Pierwsze to nasz jesienny, tradycyjny wyjazd nad morze, drugie to odwiedziny Dziadków na cmentarzu w moich rodzinnych stronach, a trzecie to przyjechanie na 1 roczek do naszego wspólnego chrześniaka do naszych przyjaciół, którzy mieszkają w Lublinie. Długo siedzieliśmy i zastanawialiśmy się, jak to zrobić, by nie stracić za dużo czasu na drogę. Przeliczyliśmy, że te trzy wyjazdy z Krakowa i z powrotami wyniosłyby około 3000 km. i około 40 godzin w drodze. Natomiast przy połączeniu tych trzech wyjazdów jeden po drugim, bez powrotów do domu, wyszło nam około 2000 km. około 20 godzin. Skusiliśmy się tą matematyką i zdecydowaliśmy się na opcję 3 in 1. I to był strzał w dziesiątkę. I wystarczył nam na to tydzień z dwoma pełnymi weekendami 🙂
Wyjechaliśmy wcześnie rano ( na tyle ile się dało) około godziny 10 w sobotę. Dużo nam dało to, że rzeczy spakowałam nam wcześniej i poprzedniego dnia mogliśmy je rozpakować już do szafek w kamperze. Dzięki temu zaoszczędziliśmy czas w dzień wyjazdu, a także miejsce, gdyż puste walizki po rzeczach zostawiliśmy w domu, nie musząc ich wozić w bagażniku, by niepotrzebnie nie zajmowały miejsca. Jestem z nas dumna, jak dojrzewamy i jacy stajemy się energooszczędni i szczwani. Podróże kształcą!
CZEMU AKURAT ŁEBA?

Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć, zdecydowaliśmy się na ten kierunek w ostatnim tygodniu przed wyjazdem. Zazwyczaj staramy się wybierać rejon Bałtyku, w którym jeszcze nie byliśmy. Tym razem długo nie mogliśmy się zdecydować, aż w końcu przyszła mi pewna inspiracja do głowy. Jako, że od śmierci mojej Babci, która była dla mnie bardzo ważną osobą, minął dopiero rok, często o niej myślę i w wielu momentach mi jej brakuje. Ostatnio wróciłam pamięcią do wspomnień, kiedy Babcia była w sanatorium jesienią nad morzem i to właśnie w Łebie. Ja byłam jeszcze wtedy małym dzieckiem i pamiętam jak Babcia wyjeżdżała, czule się z nami żegnając. A kiedy wróciła, witała się z nami mocno nas obcałowując, zostawiwszy ślady na naszych twarzach po swojej ciemnoróżowej szmince. Wspominałam również, że Mama jechała do Łeby odwiedzić Babcie w weekend w tym sanatorium, ja niestety nie mogłam jechać razem z nią, zostałam w domu. Pamiętam, że to był bardzo udany wyjazd dla Babci. Dlatego jakoś w tym okresie wracała mi na myśl Łeba jako kierunek naszych tegorocznych jesiennych wojaży nad polskim morzem. Mojego Męża nie musiałam długo namawiać, szybko podchwycił temat. Na potwierdzenie naszego dobrego wyboru, jedna z moich podopiecznych, kiedy dzieliłam się z nią, że jeszcze nie wiemy, dokąd pojedziemy, od razu proponowała nam Łebę, mocno ją wychwalając. A więc ustawiliśmy w Google Maps – Łeba i podążaliśmy słuchając się niestety już wygenerowanego przesz sztuczna inteligencję głosu nawigacji. Świat idzie w złą stronę, ale cóż my możemy zrobić ? My idźmy w dobrą! Piosenka:
Dawid Podsiadło – W Dobrą Stronę
ŁEBA
Mimo, iż wyjechaliśmy wcześnie rano, nie dojechaliśmy tego samego dnia do Łeby. Jak wiecie, my drogę traktujemy bardzo luźno, przede wszystkim chcemy też mieć z niej przyjemność. Dlatego też, kiedy jesteśmy głodni, chcemy kawy lub potrzebujemy przerwy, zatrzymujemy się bez większych wyrzutów sumienia, że gdzieś nie dojedziemy. Przynajmniej staramy się nad tym pracować, by w większości sytuacji tak było. Tego dnia trafiliśmy na potężne mgły, które znacząco utrudniały drogę. Sebastian musiał być bardzo skupiony na drodze, a i czasem to nie pomagało. Było też to dla niego bardzo męczące. Natomiast przyszedł moment, kiedy było tak ciemno, a drogi były kręte oraz po bokach bardzo blisko rosły ogromne drzewa i w związku z tym było bardzo ryzykownie. Dlatego postanowiliśmy na około pół godziny przed Łebą znaleźć jakąś dziką miejscówkę do spania i po prostu tam zostać. Początkowo wybraliśmy naprawdę „miejsce sztos”, natomiast musieliśmy przez głos rozsądku z niego zrezygnować. Z uwagi na trudne warunki drogowe jazda szutrową drogą bez żadnego oświetlenia, mogłaby się dla nas źle skończyć. A więc stanęliśmy na zatoczce przy drodze, gdzie znajdowała się działająca w sezonie wypożyczalnia kajaków. Były tam jakieś wiaty, grzybki do zrobienia pikniku. Poza tym przez to, że było ciemno i bardzo mgliście, nie było nic kompletnie widać. Noc tam okazała się bardzo spokojna, ponieważ ruch przy tej drodze był naprawdę znikomy, a jeśli był, to nikt przy zdrowych zmysłach przy takich warunkach nie jechał tam z dużą prędkością. Dzięki temu naprawdę mieliśmy tam bardzo cicho i super się zregenerowaliśmy. Rano, kiedy zeszła mgła, okazało się, że stoimy w bardzo ładnym miejscu. Z naszego okna z salonu i sypialni rozpościerał się przepiękny widok na rzekę oraz roślinność. Uwielbiamy tak się zaskakiwać, wieczorem nie widzieliśmy tam dosłownie nic.

Także mieliśmy śniadanie z pięknym widokiem. Mimo, iż nie był to morski krajobraz, mieliśmy ogromną radość. Tego dnia była niedziela, więc po spokojnym porannym ogarnięciu się ( jedzenie, prysznic, kawa), pojechaliśmy na Eucharystię do najbliższego kościoła, już w Łebie. Potem wybraliśmy się przywitać morze. Fale były bardzo spokojne, a pogoda przyjemna. Delikatne, popołudniowe słońce otulało nasze twarze tak, że praktycznie nie czuliśmy wiatru, który gdzieniegdzie nas zawiewał.

Spontanicznie postanowiliśmy zrobić mały spacerek plażą do kolejnego zejścia, a potem już stamtąd pójść coś zjeść do wybranej restauracji. Może w półbutach i botkach nie szło nam się wybitnie komfortowo, ale tego dnia sprzyjał nam nawet piasek, który był dosyć twardy, co pozwoliło nam się bardzo mocno nie zapadać i nie niszczyć butów. Przed samym zejściem było nieduże molo, więc wybraliśmy się na nie. Na samym końcu była niewielka latarnia morska, na której przesiadywały dwa ciemne ptaki. Przez chwilę je obserwowałam i zauważyłam bardzo ciekawe zjawisko. Jeden z tych ptaków siedział z odwróconym dziobem w drugą stronę i były dumny jak paw, wyglądał niczym obrażony. Natomiast drugi z nich był zdecydowanie zwrócony w jego stronę i co chwilę go dziobał, po czym tamten niewzruszony nawet nie drgnął. W pewnym momencie nawet zaczął się odsuwać od niego w drugą stronę. Trwało to dosyć długo, nawet byłam zaskoczona pokładami cierpliwości w tym dziobiącym ptaku, który ostatecznie dał sobie spokój i odleciał w inne miejsce. Pewnie ptaki się o coś pokłóciły i jeden z pokorą i determinacją próbował drugiego przepraszać, a ten drugi unosząc się dumą, odtrącał go. Niesamowite było to widowisko, choć zdaję sobie sprawę, że ten cały scenariusz mógł być tylko w mojej wyobraźni. Natomiast popatrzcie sami:
Zaraz po zejściu do portu z plaży zobaczyliśmy ogromny Krzyż, a przy nim dość duże zbiorowisko ludzi. Podeszliśmy tam i szybko zorientowaliśmy się, że ta społeczność odmawia wspólnie różaniec, więc dołączyliśmy do nich. Po skończonej modlitwie podeszliśmy do jednej z tych osób.
Okazało się, że mieszkańcy regionu gromadzą się i łączą w modlitwie za osoby zmarłe na morzu. Niestety to głównie członkowie rodzin. Kilka minut wystarczyło, żebyśmy usłyszeli tragiczne historie, starsze i bardzo bliskie, dorosłych i dzieci. To wydarzenie kolejny raz przypomniało nam, że woda to potężny żywioł i nawet dobre umiejętności pływackie nie zawsze pozwolą przetrwać w morzu.
Bardzo nas podbudowało to zdarzenie. My za różaniec łapiemy każdego dnia przed pójściem spać, jest to dla nas bardzo ważne. Praktykujemy to od początku naszego związku, choć zaczynaliśmy od jednej dziesiątki, teraz ciśniemy cały. Uczciwie muszę przyznać, że zdarza się nierzadko, że Sebastian odwala całą robotę, gdyż mi się zdarza przysypiać. Ale czytałam, że nawet najlepszym się zdarzało. Czytałam, że Św. Teresa z Lisieux również zasypiała regularnie na modlitwie 🙂 A więc bardzo się ucieszyliśmy z tego prezentu, jakim było wspólne odmawianie różańca z naszymi rodakami i to jeszcze w takiej intencji. To niesamowite, że tyle lat po tragedii, ludzie się zbierają i jest to dla nich takie ważne. Takie rzeczy mocno budują nasza wiarę i utwierdzają w to, co wierzymy.
Po zaspokojeniu potrzeb duchowych, przyszła kolej na nasze potrzeby cielesne, czyli jedzonko. To jest coś, czego nie potrafimy sobie odmówić. Pewnie już zdążyliście się zorientować, że zarówno ja, jak i Sebastian, kochamy jeść, a również gotować. Ja muszę się pochwalić, że mam nosa do znajdywania dobrych restauracji. W Krakowie mamy swoje ulubione, do których najczęściej chodzimy, ale podczas naszych podróży czasem lubimy dla odmiany wyjść do lokalnej restauracji zamiast gotować w kamperze, by też spróbować czegoś innego oraz spędzić miło czas. Uwielbiamy celebrować nasze wspólne chwile. Zazwyczaj razem szukamy i wybieramy miejsce do zjedzenia czegoś, ale często w takich sytuacjach coś do mnie wyjątkowo przemawia i idziemy za tym. A nieskromnie mówiąc, zazwyczaj, nie żałujemy 🙂 I tym razem tak było. Faktem jest, że w posezonowej Łebie, tylko gdzieniegdzie można było znaleźć coś otwartego, ale to co wybraliśmy było naprawdę genialnym wyborem. Nasz wybór z menu padł na burgery. Ale jakie ? Otóż nie były to zwykłe burgery. Sebastian jadł opcję z dorszem w chrupiącej panierce, a ja z szarpaną wołowiną. Obydwa były przepyszne.

Kiedy idziemy do restauracji zawsze staramy się wybierać coś lokalnego, lub coś, czego jeszcze nie jedliśmy. Po kolacji zmieniła się mocno pogoda i się rozpadało, na szczęście dopiero, kiedy dotarliśmy do naszego kampera i się w nim zaszyliśmy. Tego dnia mieliśmy świetną miejscówkę niedaleko wejścia na plażę z widokiem na kolorowy, jesienny las. Nie mogliśmy przestać się zachwycać jego zapachem. Nasze zmysły powonienia szalały z radości, gdyż jego woń była niczym olejek eteryczny o zapachu lasu. Musiały być w nim jakieś inne drzewa, których nie mamy w okolicy Krakowa, bo było to dla nas coś zupełnie innego.

AKCJA „KIBELEK”
Jak wiecie w kamperze mamy kasetkę – toaletę chemiczną, którą opróżniamy w specjalnie przeznaczonych do tego miejscach, najczęściej na kempingach. Niestety w Polsce, a i też w niektórych miejscach w Europie, gdzie podróżowaliśmy, nie ma opcji wykupienia usługi „tylko serwis”. W takich sytuacjach, by opróżnić kasetkę WC, wylać szarą wodę oraz napełnić zbiornik czystą wodą, musimy zapłacić za cały nocleg. Jest to dla nas niekorzystne, ponieważ coraz częściej budowane są wielkie, wypasione, a co za tym idzie bardzo drogie kempingi z wieloma udogodnieniami typu sauny, baseny, restauracje itd., z których my i tak nie korzystamy. Noc na takim kempingu potrafi kosztować około 60 Euro. Są jeszcze rejony, gdzie w pobliżu nie ma takich infrastruktur, albo poza sezonem są zamknięte i trzeba sobie poradzić inaczej. Nas w sytuacjach naprawdę podbramkowych ratuję MOP-y na autostradach, na których do ich toalet wylewamy zawartość naszej kasetki WC. Natomiast szarą wodę w awaryjnych sytuacjach zlewamy do napotkanych na parkingach kratek ściekowych, a czystą wodę napełniamy prosząc pracowników na stacjach benzynowych o udostępnienie dostępu do ich kranu, oczywiście za opłatą. Natomiast uzyskanie takiej zgody jest ciężkim orzechem do zgryzienia. Będąc w Łebie po sezonie wiedzieliśmy, że możemy spotkać się z problemami w tej kwestii. Okazało się jednak, że mimo opustoszałego rejonu w tym okresie, znalazło się parę całorocznych kempingów, na których można było zrobić „tylko serwis” za symboliczną opłatą lub całkiem za darmo. Natomiast, żeby nie było nam za dobrze, musieliśmy zmierzyć się z innym niespodziewanym problemem, który nas zaskoczył już drugiego dnia. Gdy wróciliśmy z restauracji do kampera, nie planowaliśmy już się nigdzie ruszać z naszej świetnej miejscówki pod lasem i przy plaży, z której byliśmy bardzo zadowoleni. Serwis robiliśmy przed wyjazdem, więc spokojnie do kolejnego dnia byliśmy bezpieczni pod kątem wody. Natomiast okazało się, że kasetka WC jest pełna. Bardzo nie chciało nam się ruszać z miejsca i szukać serwisu. Było tak nam tu dobrze i pięknie, że było w nas mocne „NIE”. Natomiast wiedzieliśmy też, że musimy ogarnąć tę sytuację tego samego dnia, inaczej zawartość kasetki nam się do rana wyleje. W pewnym momencie wpadł mi do głowy pewien pomysł, którym natychmiast podzieliłam się z Mężem. Przypomniało mi się, że kiedy szliśmy w kierunku plaży, mijaliśmy Toi Toi – czyli kabinę sanitarną z przenośną toaletą. Pomyślałam, że możemy tam podjechać i jeśli jest miejsce, wlać do niej zawartość naszej kasetki WC. Przegadaliśmy jeszcze wspólnie, czy na pewno tak możemy zrobić i czy nie spowodujemy tym działaniem niepożądanych efektów. Wyczytałam w Internecie, że do Toi Toi tak jak i do naszej przenośnej toalety wlewa się chemię wspomagającą rozkład fekaliów, papieru toaletowego, zapobiegającą gromadzeniu się gazów oraz ułatwiającą opróżnianie zbiornika. Byliśmy uratowani! Bardzo ucieszyliśmy się z tej akcji, ponieważ to pozwoliło nam dalej cieszyć się bardzo przyjemnym wieczorkiem w przytulnym kamperku i zacisznym miejscu przy samym nadmorskim lesie.
RUCHOME WYDMY W ŁEBIE
Kolejnego dnia wykorzystaliśmy sytuację, że stoimy naszym kamperem niedaleko plaży i ruszyliśmy z rana na nadmorski spacer. Gdy wychodziliśmy, fale morskie były bardziej poruszone niż poprzedniego dnia, ale świeciło pełne słońce, więc wędrówka zapowiadała się bardzo obiecująco.

Zatem szliśmy bardzo powoli, delektując się świeżym, morskim powietrzem oraz szumem jednak coraz bardziej wzburzonych fal. Niestety „im dalej w las”, tym bardziej zaczęła zmieniać się pogoda. Fale przybierały na sile, a na niebie piętrzyły się coraz ciemniejsze chmury. Momentami czuliśmy też na naszych twarzach delikatne muskanie kropelek deszczu naprzemiennie z prześlizgującymi się między nas podmuchami wiatru.

Tego dnia mieliśmy zaplanowaną trasę brzegiem morza z Łeby na Wydmę Łącką, czyli słynną ruchomą wydmę, na której „szczyt góry” można wejść. Mimo niepewnej pogody, nasz nieustraszony duet nie poddał się i dotarł na miejsce. Było naprawdę zjawiskowo!


Ogrom wielkich , pustych piaszczystych przestrzeni oraz przemieszczającego się piasku, który widać było gołym okiem. Na pewno duży wpływ na nasze odczucia miało też to, że byliśmy tam prawie sami. Takie są zalety podróżowania poza sezonem, bardzo to lubimy. W okresie letnim jest tutaj mnóstwo turystów, przez co się domyślamy doświadczenie bycia na ogromnej pustyni jest o wiele mniejsze. Chwilę tam spędziliśmy, by chłonąć tę niesamowitą aurę oraz napawać się tymi niespotykanymi widokami. Gdyby towarzyszyło nam takie słońce, jak rano pewnie zostalibyśmy jeszcze dłużej.

Natomiast chłodny wiatr i wędrujący piasek w pewnym momencie zaczęły być troszkę uciążliwe. Wracaliśmy do Łeby inną drogą przez Słowiński Park Narodowy, co bardzo nam się spodobało. Bardzo lubimy robić pętelki, więc kiedy tylko jest taka możliwość, zawsze z tego korzystamy.

Mieliśmy takie szczęście, że przez całą naszą drogę nie padało, nie licząc zraszania naszych twarzy przez kapuśniaczek podczas drogi brzegiem morza. Generalnie cały dzień od pewnego momentu był dżdżysty, a rozpadało się na dobre dopiero wieczorem, po naszym powrocie do kampera. Tego dnia już musieliśmy zrobić pełny serwis kampera, nie dało się go obejść. Na szczęście udało się znaleźć działający całoroczny kemping, który pozwolił nam zlać szarą wodę oraz zawartość kasetki WC oraz napełnić zbiornik czystą wodą. Byliśmy uratowani na kolejne 2 dni, hurra! Znaleźliśmy bardzo dobrze zapowiadającą się miejscówkę w aplikacji Park4night i ruszyliśmy w jej kierunku.
Jak poradziłam sobie z lękiem?
Na miejscu okazało się, że wybrana przez nas miejscówka znajduje się w samym środku lasu, gdzie otaczała nas dzika i całkowita ciemność. Gdy zajechaliśmy tam, oboje z Sebastianem zamilkliśmy i przełknęliśmy ślinę. Z jednej strony był to idealny spot, ponieważ było bardzo cicho, ciemno oraz byliśmy dobrze schowani. A z drugiej strony oboje nie musieliśmy się specjalnie wysilać, żeby usłyszeć, jak mocno biło moje serce ze strachu przed spędzeniem tu nocy. Niestety panicznie boję się spać w lesie lub gdzieś, gdzie jest duża szansa, że usłyszę lub zobaczę obok nas jakąś zwierzynę. Tutaj odsyłam Was do opowieści o naszym spotkaniu z dzikami jeszcze kiedy podróżowaliśmy z namiotem: Wpis: Jak to się zaczęło? Generalnie jest ze mną taki paradoks, że uwielbiam dzikie i odludne miejscówki, ale jednocześnie towarzyszy mi wtedy duży lęk. Do tej pory w takich sytuacjach najczęściej próbowałam go tłumić i walczyć z nim, w nadziei, że w końcu będę mogła się rozluźnić oraz przespać całą noc. Czasem kończyło się to tak, że budziłam w środku nocy Sebastiana, a w konsekwencji musieliśmy się przestawiać. Dopiero od jakiegoś czasu staram się inaczej pracować z tymi emocjami, przyjmować je i akceptować. Dlatego tym razem postanowiłam zareagować inaczej, a mianowicie: Kiedy zajechaliśmy na działkę, tak jak wcześniej pisałam, oboje z Mężem poczuliśmy trwogę. Ja z powodu lęku przed spaniem w lesie, a Mąż w obawie o mój sen. Sebastian wtedy powiedział do mnie: „Musimy stąd jechać, nie ma sensu, żebyśmy tu zostawali. Nie zaśniesz ani na chwilę, a w środku nocy będziemy musieli się przestawić. Jedźmy szukać od razu czegoś innego”. Ja mu wtedy na spokojnie wytłumaczyłam, że chcę zmierzyć się z tym lekiem i spróbować go zaakceptować i poprosiłam, by mi na to pozwolił. Powiedziałam: „Jak nie zasnę, trudno, ale pobędę z tym lękiem i spróbuję go przyjąć. Bardzo chcę to zrobić”. Przestałam zakładać, że kiedyś nie będę się w ogóle bać i będę każdą noc chcieć spędzać w środku lasu nie czując żadnego lęku. W zamian za to zaczęłam zmieniać swoje myślenie tak, żeby uczyć się żyć z tym lękiem oraz by w sytuacji gdzie mamy na swojej drodze miejscówkę na odludziu lub w środku lasu, by nas to nie ograniczało w żaden sposób. A więc mój Mąż się zgodził i zostaliśmy w tym miejscu na noc. Przez pierwszą godzinę nie mogłam zasnąć, ponieważ nasłuchiwałam odgłosów lasu i tłumaczyłam sobie co mogę słyszeć oraz, że nic mi nie grozi. Próbowałam też rzeczywiście objąć ramionami moje emocje i je utulić. Tej nocy lęk przestał być moim wrogiem, tylko czymś, co wymaga mojego zatrzymania się oraz spojrzenia na niego przyjaznym okiem. To była dla mnie przełomowa noc. Myślę, że moje myślenie zaczęło zmieniać się nie tylko w kwestii podejścia do mojego lęku spania w środku lasu, ale ogólnie do wielu emocji, które w sobie noszę, a w jakiś sposób mnie przerażają, czy też są dla mnie niewygodne. Z biegiem lat jestem ich coraz bardziej świadoma oraz uczę się z nimi pracować, by nie miały nade mną przewagi, ale bym to ja przejmowała coraz większą nad nimi władzę. To jest właśnie to, z czym obecnie w swoim życiu się mierzę. Uczę się zauważać mój lęk oraz inne emocje i zaprzyjaźniać się z nimi. Długi czas je wypierałam albo z nimi walczyłam, ponieważ wydawało mi się, że są negatywne i mi tylko przeszkadzają w życiu, a w konsekwencji nie lubiłam siebie z tymi emocjami. To natomiast wcale nie powodowało, że one znikały, wręcz przeciwnie. Często wracały ze zdwojoną siłą, nad którą nie miałam już żadnej kontroli. Jeszcze jakiś czas temu, zostałabym na noc w tym lesie ogłaszając wszystkim, że się nie boję, jednocześnie zaciskając zęby i mówiąc do siebie „nie możesz się bać”. Dziś nie chcę być dla siebie taka okrutna, lecz pragnę być swoim przyjacielem. Przestaję traktować lęk i inne emocje jako moich wrogów, a w zamian za to próbuję zaakceptować je oraz zaopiekować się nimi, a niektóre nawet pokochać. Doszłam też do tego, że najbardziej bałam się doświadczyć lęku, samej emocji, niż tego czego dotyczyła. Wierzę, że praca, którą podejmuję zaowocuje większą harmonią oraz pełnią w relacji ze sobą oraz z moimi najbliższymi, a także ze światem, który tak bardzo mnie pociąga. Ta moja podróż w głąb siebie jest bardzo spójna z tym, co opisywała Kasia z Podróżovanie w swoich relacjach w internecie ze swojego przejścia szlaku Camino. Opisywana przez nią spędzona samotnie noc pod namiotem w lesie koreluje z moją przełomową nocą w środku lasu w kamperze. Bardzo wspierające jest dla mnie to, kiedy znajduję w sieci osoby, które przeżywają i opisują coś, w czym w jakimś stopniu się odnajduję. Często mogę się zainspirować, wziąć coś dla siebie, by jeszcze lepiej zrozumieć to co się we mnie dzieje oraz by rozwijać się w dobrym kierunku. A kto wie, może dla kogoś inspiracją stanie się moja historia ? Dlatego postanowiłam się nią podzielić.
A teraz czas na piosenkę i to szczególnie ważną dla mnie. Tym razem będzie to moja świeżo odkryta perełka, która dotyka dogłębnie mojej duszy. Śpiewa o sile, jaką możemy w sobie odnaleźć, dzięki zintegrowaniu swojego wnętrza… Aaaa…koniec spoilerowania! Zachęcam do przesłuchania, jestem ciekawa Waszych wrażeń!
Kashia Vega „Pełnia” (LIVE) – The Voice of Polonia – Gala Finałowa
SŁOWIŃSKI PARK NARODOWY
Z racji, że rano obudziliśmy się w środku lasu należącego do Słowińskiego Parku Narodowego, postanowiliśmy wykorzystać ten fakt i udać się na wycieczkę.

Tego dnia akurat od rana padało i nie zanosiło się, żeby coś się zmieniło w najbliższych godzinach. Mimo to nie poddaliśmy się, tylko ubraliśmy ciepło i poszliśmy na spacer leśnym szlakiem, który prowadził w kierunku morza. Korony drzew pnących się wysoko do góry w poszukiwaniu słońca w pewien sposób ochraniały nas od deszczu oraz wiatru, który tego dnia był naprawdę porywisty, o czym przekonaliśmy się najbardziej, kiedy doszliśmy na plażę.

Tam nic nas nie osłaniało, więc mocno odczuliśmy jego porywy. Widok tak wzburzonego morza i zamglonej aury zapamiętamy na pewno na długo. Hałas rozbijających się fal o brzeg oraz kompletna pustka na plaży sprawiały, że czuliśmy pewnego rodzaju niepokój. Poza tym mocno wiało wywołując jeszcze większe wrażenie spadku temperatury oraz przeszywającego zimna. Dlatego też nie zabawiliśmy tam długo, szybko zebraliśmy się w drogę powrotną do kampera na zasłużony, ciepły obiad.

ROWOKÓŁ
Tego samego dnia po zjedzonym południowym posiłku wybraliśmy się na szlak prowadzący na jedyną górę nad morzem 🙂 Uczciwie mówiąc było to bardziej wzniesienie aniżeli szczyt, ale zawsze to jakaś odmiana w takim ukształtowaniu terenu. Weszliśmy na Rowokół, który jest najwyższym wzniesieniem należącym do Wybrzeża Słowińskiego. Trasa nie była ani długa, ani wymagająca, ale za to jakże urokliwa. Szlak prowadził przez las, a w momencie gdy szliśmy drzewa były otulone mgłą, co czyniło jesienną aurę jeszcze bardziej baśniową.

Czułam się jak bym była w krainie Narnii z „Opowieści z Narnii” C.S Lewisa. Niestety z racji tego, że było po sezonie, nie mogliśmy wejść na wieżę widokową, która znajdowała się na samej górze Rowokołu. Natomiast domyślamy się, że będąc tam latem, weszlibyśmy tam z milionem innych turystów, którzy w tym czasie okupują nadmorskie tereny i się wakacjują. Dlatego absolutnie nie żałujemy. Droga na Rowokół owiana magiczną tajemniczością poprzez coraz bardziej mleczna mgłę, zrekompensowała nam stratę wejścia na wieżę widokową. Poza tym wspólny spacer tylko we dwoje w takiej scenerii jest bardzo romantyczny, a my uwielbiamy jak wiecie takie chwile razem 🙂

Przyszła pora na piosenkę mojego ulubionego polskiego wykonawcę. Posłuchajcie ze mną:
Paweł Domagała – Narnia
Tego dnia udało nam się urwać miejscówkę – prawdziwy sztos! Przy lesie, z dala od ulicy oraz domostw, a także z wiatą do zrobienia pikniku oraz miejscem na ognisko. Popatrzcie sami:

Od razu przyszło nam na myśl, jaka walka toczy się o to miejsce latem w sezonie. Poza tym jeśli nawet udałoby nam się w okresie wakacyjnym znaleźć tam miejsce, na pewno nie bylibyśmy tam sami. No cóż, tej nocy byliśmy królami życia.
Rowy – Jez. Dołgie Małe – brzeg morza – Rowy (pętla)
Kolejnego dnia pogoda była bardzo słaba, co spowodowało, że mieliśmy rozliczne wątpliwości, co do zaplanowanej przez nas wędrówki brzegiem morza. Deszcz co prawda nie padał, ale wiatr był jeszcze większy niż poprzedniego dnia. Mimo to, postanowiliśmy spróbować. Ubraliśmy się tak ciepło, jak tylko się dało i wyruszyliśmy z plaży w Rowach brzegiem morza w stronę Jeziora Dołgie Małe, by zrobić pętlę i w drugą stronę wrócić lasem. Całe szczęście, że wiatr wiał nam w plecy, a nie w twarz, co znacznie nam ułatwiło drogę, ponieważ dostaliśmy dzięki temu darmowe wspomaganie. Byliśmy po prostu pchani do przodu, przez co też szybciej szliśmy. Mnie najbardziej przerażały chmury, które piętrzyły się coraz bardziej i zmieniały barwę z minuty na minutę. Raz były ciemniejsze, a raz jaśniejsze, po czym znowu straszyły ciemnością, a w międzyczasie co jakiś czas pojawiało się pomiędzy nimi słońce.


Tego dnia można było spodziewać się wszystkiego. Ja się trochę bałam, gdyż w mojej głowie krążyły już najróżniejsze scenariusze zahaczające o sztorm, huragan oraz wiele innych kataklizmów. Na szczęście udało mi się przyjąć lęk, przejść naszą trasę nie panikując oraz co najważniejsze nic strasznego się nie wydarzyło. Wspominane przeze mnie wcześniej przebijające się co jakiś czas słońce motywowało mnie i dodawało nadziei na nie odpuszczenie. Ostatecznie jestem bardzo zadowolona, że nie zrezygnowaliśmy z naszych planów. Wiatr dmuchał, chmury straszyły, ale widok chyba najbardziej potężnych fal, jakie kiedykolwiek widzieliśmy, był naprawdę oszałamiający. A ogromne ilości morskiego powietrza, które dzięki tej wietrznej aurze przyjmowały nasze płuca, są nieocenione.

Droga w drugą stronę była również bardzo przyjemna. Bardzo ważnym elementem naszej wyprawy była nasza wałówka przygotowana w kamperze. Śmiem mieć wątpliwości, co było większym celem naszej wycieczki: Czy wypasiona buła z żółtym serem, do tego nasze ulubione kabanosy oraz pomidorki koktajlowe popite ciepłą, słodką herbatą z miodem, cytryną i malinami, czy sam spacer nad morzem ? 🙂

GORĄCY PĄCZUŚ W GDAŃSKU
Po powrocie do kampera z naszej pętelki, postanowiliśmy zajechać tego dnia do Gdańska i tam przenocować. Następnego dnia mieliśmy koło południa wyruszyć do Piotrkowa Trybunalskiego, do moich rodzinnych stron. Z racji tego, że droga tam była dość długa i prowadziła przez największe pod względem powierzchni miasto w kraju, postanowiliśmy ją podzielić. Dzięki temu kolejnego dnia mieliśmy już mniej drogi, a przy okazji przed wyjazdem odwiedziliśmy naszą ulubioną pączkarnię w Gdańsku „Gorący Pączuś”. Wspominaliśmy o naszej tradycji w jednym z wpisów na naszym blogu o jesiennym wypadzie nad Morze Bałtyckie – Bałtyk jesienią – nasza tradycja. Uwielbiamy te pączki, bo naprawdę smakują wyjątkowo, a też są bardzo tanie.

Gdzie w Krakowie można kupić pączka za 6 złotych ? I to tradycyjnie smażonego na smalcu, z potężną porcją lukru oraz obfitującego w nadzienie? Dawajcie znać, jeśli znacie takie miejsce!
Z tej radości kupiliśmy całe pudełko pączków. No dobra, ja kupiłam, Sebastian był lekko przerażony jak mnie z nimi zobaczył. Miałam wziąć dla rodziców na spróbowanie, ale zapach i widok mnie skusił i wzięłam ze wszystkich rodzajów po dwa pączki 🙂 Natomiast okazało się to dobrym przedsięwzięciem, gdyż moja Mama tak jak i ja uwielbia pączki. Może nawet bardziej ode mnie 🙂 W każdym razie była to dla niej bardzo miła niespodzianka, z której bardzo się ucieszyła. Gdy przyjechaliśmy pączki nie były już gorące, ale po krótkim podgrzaniu w mikrofali były cieplutkie i przepyszne, a pachniało nimi w całym mieszkaniu. To tak na dobry początek wizyty u rodziców, trzeba było trochę posłodzić, a co!
Halloween
Odwiedzając rodziców, nie mogliśmy nie odwiedzić mojej Babci, a w zasadzie już teraz naszej. Babcia jest cudowną osobą, ma 80 parę lat, a jest w tak dobrej formie, że ciężko uwierzyć w jej pesel. Figura, sprawność oraz zdolność umysłowa jest u niej na takim poziomie, że naprawdę wiele z nas może jej pozazdrościć. Poza tym prowadzi bogate wewnętrznie życie, czyta powieści, poezję oraz interesuje się podróżami oraz światem. Jest też bardzo wrażliwą i dobrą kobietą. I potrafi wykarmić! Zawsze, kiedy przyjeżdżamy wcześniej długi czas nie jemy, by zrobić miejsce na smakołyki, które przygotuje, ale nigdy jeszcze nie udało się nam podołać Babci oczekiwaniom. Ilości, które nam podaje są nie do przejedzenia. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy już po walce na polu bitwy poddajemy się z braku miejsca w żołądku, rzuca standardowym babcinym tekstem: „Chociaż spróbuj, bo się Babcia obrazi” 🙂 I jak tu się na nią zdenerwować, jak to takie kochane stworzenie ? Podczas wizyty udało nam się pokazać jej zdjęcia z naszej ostatniej wyprawy do Norwegii, z czego była bardzo zadowolona. Babcia zawsze się wzrusza, gdy jej opowiadamy o naszych wojażach po świecie i mówi, że jak nas słucha, to czuje się, jakby sama podróżowała. Kiedy siedzieliśmy u babci w mieszkaniu i rozmawialiśmy, ktoś nagle zadzwonił do drzwi, a babcia od razu wystrzeliła jak z procy i je otworzyła, a przed nią stanął dorosły mężczyzna z przebranym mrocznie dzieckiem, które zawołało: „cukierek albo psikus”. Okazało się, że było to w ramach coraz bardziej popularnej zabawy Halloween, która przyszła do nas z Ameryki. Babcia długo się nie zastanawiając, pobiegła do kuchni po czekoladę i dała dziecku. W międzyczasie krzyczeliśmy z pokoju i próbowaliśmy jej wytłumaczyć, że to pogańskie święto i kościół dużo o tym mówi, by nie uczestniczyć w tym, by nie wchodzić w polemikę ze złem. Natomiast babcia jest prostym człowiekiem i dla niej jak dziecko prosi o cukierka, to znaczy, że trzeba dać mu całą paczkę i nieważne są dla niej okoliczności. Potem jeszcze chwilę z nią rozmawialiśmy na ten temat i próbowaliśmy przestrzec chociaż, żeby była ostrożna, komu otwiera i co komu daje. Natomiast sam temat Halloween jest bardzo trudny, ponieważ jest to święto pogańskie czczące duchy zmarłych, a my jako chrześcijanie jesteśmy powołani do świętowania życia, a nie śmierci. Księża, którzy mają większą wiedzę na temat okultyzmu przestrzegają, by nieświadomie nie wchodzić w dialog z żadnymi duchami. Niestety wiele osób wchodzi w to bardzo nieświadomie, nie mając żadnej wiedzy na ten temat, a niestety w taki sposób też można sobie coś przypałętać. My uważamy, że jeśli coś jest związane z pogaństwem i duchami, lepiej trzymać się z daleka, oczywiście nie demonizując wszystkiego, tylko zachowując zdrowy dystans. Może warto zamiast bezwiednie dawać przyzwolenie na takie praktyki, porozmawiać z nimi na ten temat oraz spróbować zadać jakieś pytania, by nawiązać dialog i zachęcić do świętowania życia aniżeli śmierci ? Albo w miejsce agresywnego trzaskania drzwiami i odrzucania tych często zupełnie nieświadomych istot, okazać im większe zainteresowanie ? Nie wiem, temat trudny i warty przemyślenia. Poruszył mnie bardzo jeden artykuł w internecie, którego niestety nie mogę teraz znaleźć, by wkleić. Jeden mężczyzna – katolik opowiadał sytuację, gdzie zapukały do niego przebrane w tematyce Halloween dzieci i zamiast ich wyrzucić, przyjął ich z serdecznością i zaczął prowadzić z nimi przyjazną rozmowę, która przerodziła się w bardzo konstruktywny dialog o Bogu. Można powiedzieć, że ostatecznie w pewnym momencie dokonała się ewangelizacja tego mężczyzny przez te dzieci. Może ktoś z Was chciałby się czymś podzielić w tej kwestii? Chętnie poznam Wasz punkt widzenia.
LUBLIN
Lublin był kolejnym naszym celem po Piotrkowie Trybunalskim, do którego jechaliśmy podczas naszej jesiennej eskapady kamperem po Polsce 🙂 Bardzo nam się podoba to miasto pod względem architektonicznym, wizualnym, kulturowym, ale chyba przede wszystkim sentymentalnym. Mieszkają tam nasi przyjaciele, a od niedawna mamy tam wspólnego chrześniaka Michałka, który w listopadzie w tym roku skończył roczek. I właśnie w tym celu wybraliśmy się tym razem do Lublina. Nasi przyjaciele oprócz naszego chrześniaka, mają jeszcze dwójkę chłopaków, także domyślacie się, że było nam tam bardzo wesoło i nie mogliśmy narzekać na nudę. Spędziliśmy z nimi bardzo miły weekend pełen wielu wrażeń. Wszystkiego najlepszego Michałku!


Dzięki Kingo za bardzo szczerą opowieść o emocjach!!!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Miło to czytać 🙂
PolubieniePolubienie