Miało być Roztocze, które jest nazywane „polską Toskanią”, ale nasze kamperowe serce pokierowało nas inaczej. Po prostu tam nie dojechaliśmy, a stało się to z bardzo prostej przyczyny. Polesie Lubelskie, w którym mieliśmy zatrzymać się tylko na jedną noc, przejeżdżając tamtędy, tak nas zachwyciło, że zostaliśmy tam do końca naszego wypoczynku.
LUBLIN
Postanowiłam, że zacznę ten wpis od paru słów na temat Lublina, ponieważ to miasto jest mi szczególnie bliskie, a wyjazd na Polesie rozpoczęliśmy właśnie od wizyty w nim, by odwiedzić zamieszkujących tam naszych przyjaciół.

Nie potrafię zliczyć ile razy już byłam w tym mieście. Już na studiach mieszkał tam mój przyjaciel, do którego przyjeżdżałam, a potem poznałam w górach przyjaciółkę, którą równie często odwiedzałam. A poza tym też bardzo podoba mi się to miasto samo w sobie. Obecnie dalej tam mieszkają wymienione przeze mnie wyżej osoby, plus w tamtym roku zostaliśmy rodzicami chrzestnymi jednego dziecka naszych przyjaciół, także motywacja do odwiedzania Lublina jest niezaprzeczalna. Miasto to ma dla mnie magiczny klimat. Urzeka mnie w nim przede wszystkim to, że kultywowana jest w nim kultura ludowa, a folklor jest istotnym elementem jego tradycji. Odbywa się tam wiele festiwali o tej tematyce, a także miasto to może pochwalić się działalnością szeregu zespołów folklorystycznych. Znajduje się tam również kilka miejsc związanych ze wschodnią tradycją, takich jak Skansen – Muzeum Wsi Lubelskiej oraz Cepelię – markę sprzedającą rękodzieło artystyczne.
NIE MA PRZYPADKÓW
A więc tak jak pisałam, coś nas zatrzymało w tym rejonie i postanowiliśmy zrezygnować z pierwotnego celu naszej podróży. Dzięki temu, że podróżujemy kamperem i nie musimy nigdzie niczego rezerwować, możemy sobie na to pozwolić. Bardzo cenimy sobie tę wolność w podróży, pewnie nieraz już to wspominałam. Natomiast chciałam wytłumaczyć, dlaczego podtytuł brzmi „Nie ma przypadków”. Otóż już wyjaśniam. Jak wiecie w naszych wojażach kamperowych unikamy jak ognia stacjonowania na kempingach, udajemy się tam tylko w sytuacjach, kiedy potrzebujemy zrobić serwis lub podładować nasz akumulator części mieszkalnej, jeśli brakuje nam prądu. Będąc na Polesiu Lubelskim spotkaliśmy się z dość trudna sytuacją, gdy nasze zbiorniki na szarą wodę oraz kasetka WC zrobiły się pełne. Okazało się, że praktycznie wszystkie kempingi w tej okolicy były zamknięte. Była to długi weekend majowy, więc byliśmy wręcz pewni, że nie będzie z tym problemu, a zatem zupełnie nie byliśmy przygotowani na taki rozwój wydarzeń. Fakt był taki, że większość kempingów jeszcze się nie otworzyła po zimie. Nie przyszło nam do głowy, ze sezon zaczyna się w lipcu, ewentualnie od połowy czerwca. Jeździliśmy od miejsca do miejsca i wszędzie całowaliśmy przysłowiową klamkę. Oddalając się coraz bardziej, w pewnym momencie zaczęliśmy próbować kontaktować się najpierw telefonicznie, bo czas nam uciekał. Niestety nikt nie odbierał, a jeśli to zrobił to dawał nam informację, że nie mogą nam pomóc, bo nic nie jest jeszcze uruchomione. Byliśmy już bardzo mocno zestresowani, kiedy udało nam się dodzwonić do jednego miejsca – „Kempingu Polesie”. „Hurra, jesteśmy uratowani” – krzyknęliśmy oboje, a naszej radości nie było końca. Telefon odebrała kobieta, która powiedziała nam, że na kempingu jeszcze nikogo nie ma, ale można przyjechać oraz, że wszystko działa. U niej sezon też jeszcze się nie zaczął, ale z racji tego, że mieszka blisko i pierwsi goście stacjonowali tam już na koniec marca, więc uruchomiła serwis i dzięki temu można z niego korzystać. Wytłumaczyła nam, jak otworzyć sobie bramę, jak korzystać z serwisu oraz zapytała do kiedy zostajemy. Początkowo mieliśmy spędzić tam tylko jedną noc, ponieważ zależało nam by zrobić serwis, podładować się prądem i jechać dalej, by stacjonować na dziko, tak jak najbardziej lubimy. W związku z tym zaproponowała nam byśmy zapłacili Blikiem lub zostawili pieniądze za nocleg w skrzynce, jeśli byśmy się nie spotkali. Niesamowite, jakie zaufanie z jej strony. Potem w rozmowie z nią dowiedzieliśmy się, że taką ma praktykę i nigdy na tym źle nie wyszła, a wręcz przeciwnie. Ostatecznie zostaliśmy tam jeszcze parę dni. Muszę przyznać, że miejsce to zrobiło na nas ogromne wrażenie.

Przede wszystkim dlatego, że było ono dokładnie takie, tak jak sobie wymarzyliśmy, jak miałby wyglądać nasz Kamperpark. Tak jak pisaliśmy w poście o Busku Zdroju odkąd zaczęliśmy podróżować kamperem, zrodziło się w naszych sercach pragnienie inwestycji – Kamperparku jako czegos pomiędzy spaniem na dziko, a kempingiem. I to miejsce na Polesiu, było właśnie takie, jak w naszych wyobrażeniach.

Była tam taka cisza, mnóstwo przestrzeni oraz zieleni, widok na las, a przy tym wszystkim profesjonalny, wygodny serwis, dobrze wyposażone oraz zadbane sanitariaty z pralką oraz lodówką. Ponadto wyznaczone stanowiska dla kamperów były w odpowiedniej odległości, a za stodoła była zielona przestrzeń, gdzie można było stawać kamperem lub rozbijać się namiotem jak się chce. Coś niesamowitego. Jeszcze było przed sezonem, więc nie było wielu gości. Natomiast ponoć dzikich tłumów tam nie ma nigdy, a przede wszystkim z uwagi na brak mocno rozbudowanej infrastruktury oraz przepychu atrakcji przyjeżdża tam konkretna grupa osób, którzy są nastawieni na odpoczynek aniżeli na imprezowanie, co również stanowi duży plus tego miejsca. Kolejnego dnia, gdy przyjechała właścicielka, zaczepiliśmy ją, by podpytać o to, jak stworzyła takie cudowne miejsce. Mieliśmy chwilę rozmawiać, a zeszło nam chyba z dwie godziny. Kobieta okazała się bardzo sympatyczna, a przede wszystkim podzieliła się z nami różnymi szczegółami, trudnościami oraz pozytywnymi stronami całego przedsięwzięcia. Z racji tego, że byliśmy naprawdę żywo zainteresowani i mocno nakręciliśmy się na zrobienie takiej inwestycji w naszych okolicach, udzieliła nam też kilka cennych wskazówek odnośnie zakładania tego biznesu. Jednym słowem namieszała nam w głowie, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jak tylko wróciliśmy zaczęliśmy szukać w Internecie działek. To była nasza inspiracja do działania! Od dawna o tym myśleliśmy, ale potrzebowaliśmy właśnie takiego impulsu. Można powiedzieć, że tam się wszystko zaczęło. Dlatego napisałam, że nie ma przypadków 🙂
POLESKI PARK NARODOWY

Poleski Park Narodowy stał się naszym nowym odkryciem. Planowo mieliśmy tam zatrzymać się tylko na jedną noc i jechać dalej na Roztocze. Natomiast obszar ten tak nas zachwycił, że spędziliśmy tam całą resztę majówki. Nie mogliśmy uwierzyć, że jest tam zarówno tak pięknie, a jednocześnie tak zacisznie. Sporadycznie spotykaliśmy tam ludzi, a na miejscówkach z park4night byliśmy zazwyczaj sami. Coś niesamowitego! A więc chłonęliśmy tę sprzyjającą odpoczynkowi aurę, Chodziliśmy na długie spacery, jeździliśmy na rowerach, a tez po prostu odpoczywaliśmy na łonie natury. Dawno nie spędziliśmy tak dobrze wykorzystanego czasu urlopowego.

BAGNA I MOKRADŁA

Bagna i mokradła to zdecydowanie motyw przewodni Poleskiego Parku Narodowego. I mimo, że powodowały one specyficzny rodzaj zapachu oraz wilgoć, były one dla nas naprawdę atrakcyjne. Przede wszystkim stanowiły dla nas niecodzienny krajobraz. Poza tym na tle scenerii nietuzinkowej zieleni oraz licznych drzew, wyglądały naprawdę bajecznie. A odgłosy, jakie było słychać zza zarośli, odbijające się echem od wody sprawiały, że na mojej skórze pojawiała się gęsia skórka. W szczególności, że wykorzystywaliśmy dzień do końca i zdarzało się, że wracaliśmy z latarką po zmroku. Ci co mnie znają, pewnie się zastanawiają, jak ja się na to zgodziłam. Otóż muszę przyznać, że sama byłam tego prowodyrem, gdyż przy boku Męża jest ze mnie niezły chojrak. Potem z moim strachem bywa różnie jak wiecie, ale na początku bywam bardzo chętna na różne wyzwania.


Szlaki w Poleskim Parku Narodowym przebiegają nie tylko wokół bagien oraz mokradeł. Piesze trasy ciągną się w dużej mierze pośród licznych lasów oraz jezior. Jednego dnia przechadzając się jednym ze szlaków wieczorową porą, zauważyliśmy łosia. Choć w pierwszej chwili mocno się wystraszyłam, miałam ogromną radość, bo pierwszy raz na żywo widziałam to zwierzę.

ROWEREM PRZEZ POLESKI PARK NARODOWY
Trzeba też przyznać, że gdyby nie to, że podczas tej podróży pogoda nam świetnie dopisała, nie zrealizowalibyśmy tylu rzeczy, a przede wszystkim nie odsłoniłoby się przed nami tyle skarbów tej lokalnej przyrody. Słońce świeciło każdego dnia, oddając wspaniałym krajobrazom cudowną poświatę. Byliśmy zachwyceni.

Mieliśmy w planach wziąć rowery, ale jak zwykle nie starczyło nam czasu, żeby je zapakować na tył kampera. Niestety trochę czasu z tym schodzi i zazwyczaj po prostu odpuszczamy. Sebastian też się trochę stresuje podczas jazdy, czy na pewno się dobrze trzymają i czy nie ma zagrożenia, że spadną komuś jadącemu za nami na maskę samochodu. W każdym razie jak zobaczyliśmy te piękne tereny Poleskiego Parku Narodowego, zaczęliśmy sobie bardzo pluć w brodę, że nie podjęliśmy tego wysiłku. Z ratunkiem pospieszyła nam niezawodna, wspominana wcześniej właścicielka Kempingu Polesie. Powiedziała, że kolejnego dnia przywiezie nam dwa rowery, które możemy pożyczyć. Oczywiście z pomocą zaprzyjaźnionych sąsiadów zadbała też o to, by przygotować nam je do drogi, ponieważ w tym sezonie nie były jeszcze używane do tego czasu. Teraz jeszcze bardziej rozumiecie, dlaczego tak ciężko nam było z tego Kamperparku wyjechać. Byliśmy tam rozpieszczani z każdej strony 🙂

W każdym razie zrobiliśmy porządną trasę tymi rowerami, także wracając na Kemping, w miejscowym sklepie kupiliśmy kiełbaski i wszystko co do nich potrzebne, a po przybyciu rozpaliliśmy ognisko i bez najmniejszych wyrzutów sumienia objedliśmy się jak bąki. Cóż to była za radość!
A po drodze lokalne biznesy raczyły nas kawką fusiarą i domowym ciastem. Także na brak energii do pedałowania nie mogliśmy narzekać 🙂

OGNISKA W POLESKIM PARKU NARODOWYM
Skoro już jesteśmy w temacie ognisk, nie sposób nie wspomnieć o tym, że ich obecność podczas tego wyjazdu, była obfita. W Poleskim Parku Narodowym jest mnóstwo punktów widokowych z wiatą oraz stołem do spożycia posiłku, niekiedy toaletą, a często miejscem przeznaczonym na rozpalenie ogniska. To jeden z przykładów wielu takich miejsc:


Nierzadko spotkaliśmy też ułożone drewno do podpałki. Byliśmy bardzo zaskoczeni, ponieważ nigdzie wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. W każdym razie bardzo nas to cieszyło, uwielbiamy klimat palącego się wieczorem ogniska, a jak jeszcze przy tym można sobie upiec i zjeść kiełbaskę, to już w ogóle sztos. Pierwsze rozpaliliśmy już pierwszego wieczoru, kiedy odjechaliśmy od naszych przyjaciół z Lublina. Pamiętam tą ciszę przerywaną odgłosem palącego się ognia i trzaskającego drewna. Po weekendzie pełnym emocji z trójką dzieciaków, bardzo nas to uspokajało.
A przy ognisku toczyliśmy rozmowy o wychowywaniu dzieci i dzieliliśmy się swoimi pragnieniami w tym temacie, ale też obawami, czy podołamy temu wyzwaniu, jeśli Bóg kiedyś nas obdarzy potomstwem.
No to piosenka:
Różni Artyści – Płonie ognisko i szumią knieje
DZIKOŚĆ
Jakbym miała określić jednym słowem Poleski Park Narodowy, to wybrałabym „dzikość”. Czy spacerując, czy jeżdżąc na rowerze lub odpoczywając na dzikich miejscówkach znalezionych aplikacji park4night, po prostu czuliśmy się bardzo blisko natury. Było cicho, spokojnie i naprawdę nic nam nie przeszkadzało w kontemplowaniu niezmienionej przez człowieka przyrody. Poza tym, nawet nie szukając w internecie potencjalnych miejsc na nocleg, co rusz wydawało nam się, że właśnie tutaj jest idealnie.



JAKI BYŁ DLA NAS TEN WYJAZD ?
Ten wyjazd był jednym z lepszych naszych wyjazdów. Gdy rozmawialiśmy o nim z Sebastianem, oczywiście użyłam słowa „najlepszy”. Często jak coś mi się bardzo podoba określam w ten sposób, a potem brakuje skali. Natomiast ta podróż miała dla nas naprawdę duże znaczenie. Przede wszystkim z powodów, które wymieniłam wcześniej, czyli dzikości terenu, jakie tam zastaliśmy oraz z uwagi na to, że tutaj dostaliśmy kopa energii i zapału do tego, by działać na poważnie z naszym marzeniem o stworzeniu Kamperparku. Poza tym podczas tego wyjazdu naprawdę odpoczęliśmy i doświadczyliśmy takiego „kamperowania”, jakie jest w naszych wyobrażeniach, jak chcemy by ono wyglądało. Ponadto było trochę odpoczynku, nie zabrakło też aktywności ruchowej, a także dobrego jedzenia i czasu na nasze bycie ze sobą i celebrację Miłości. Było parę przeciwności, z którymi musieliśmy się zmierzyć, ale każda z nich kończyła się dobrze i to tylko sprawiało, że czuliśmy się jeszcze bardziej na właściwym miejscu. Życzymy sobie jeszcze bardzo dużo takich wyjazdów. Bóg, natura i my, to coś, czego nam potrzeba do pełni szczęścia.
A jakbym miała określić ten wyjazd jedną piosenką, to byłaby to ona:
Golden Life – Oprócz błękitnego nieba

Dodaj komentarz