Jak się zaczęło ?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba opowiedzieć szerszy kontekst. Mój Mąż teraz będzie się śmiał, ponieważ będzie wiedział, że właśnie zaczyna się opowieść o kilku wydarzeniach wstecz, zanim przejdę do sedna sprawy. On zapewne odpowiedziałby na to pytanie w paru zdaniach. No ale piszę ja która uważam, że wspomnienia są rajem, z którego nigdy nie zostaniemy wypędzeni. Dlatego chcę je pielęgnować i do nich wracać, a także się nimi dzielić.

Zacznę od tego, że kamper był moim marzeniem od długiego czasu, a dokładnie od sierpnia 2018 roku. Wtedy to byłam z moją przyjaciółką na wyjeździe autostopowym bez celu, do którego zmierzamy. Polegało to na tym, że łapiąc stopa, mówiłyśmy zatrzymującym się kierowcom, że chcemy jechać z nimi do tego miejsca dokąd oni jadą. Na kartonie miałyśmy napisane „tam, gdzie Ty”. Nie wzięłyśmy też ze sobą żadnych pieniędzy ani jedzenia. Tylko namiot, parę ubrań i puste butelki do napełnienia wody. My to nazywałyśmy pewnego rodzaju pielgrzymką, ponieważ od osób, które nas zabierały samochodem, choćby najmniejszy odcinek, zbierałyśmy intencje. Następnie każdego wieczoru powierzałyśmy je Górze, modląc się na różańcu. Tak nas pokierowało, że poruszałyśmy się tylko po Polsce, a drogę skończyłyśmy w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – 15 sierpnia w Częstochowie. To było bardzo dobre doświadczenie!


I właśnie na tym wyjeździe poznałam życie „kamperowe”. Jednym z kierowców, który nas zabrał ze sobą, był Rysiek. Było to dnia, kiedy ostatni samochód zostawił nas już na miejscu naszego noclegu nad jeziorem w okolicach Jeleniej Góry. Na miejscu stał jeden kamper. Postanowiłyśmy, że najpierw się wykąpiemy, a potem rozbijemy namiot. Mężczyzna z kampera słysząc naszą rozmowę zaproponował, że możemy przebrać się w jego kamperze, żeby nam było bardziej komfortowo. Po chwili rozmowy z nim, kiedy wyczułyśmy, że Rysiek nie ma złych intencji, skorzystałyśmy z jego propozycji. Wieczorem pomógł nam rozbić namiot, zaprosił nas na kolację i opowiadał o swoim życiu w kamperze. I tu w moim sercu rozpaliła się wielka chęć podróżowania w ten sposób. Idea przemierzania drogi z pełni wyposażonym domem na kółkach, spania każdego dnia gdzie indziej, z dala od cywilizacji, na dziko z pięknymi widokami, jawiła się dla mnie jak coś, do czego zostałam stworzona. Niestety dowiadując się o cenie tego pojazdu, moje emocje zostały szybko ostudzone. Biorąc pod uwagę to, że mój Mąż, a ówczesny chłopak po usłyszeniu o moim marzeniu, nie powiedział, że od jutra zaczyna zbierać pieniądze na kampera dla mnie, z bólem serca odłożyłam cały czas tlące się we mnie pragnienie.

Do czasu… 🙂

Do czasu, kiedy latem 2020 roku pojechaliśmy pod namioty na Mierzeję Wiślaną. Rozbiliśmy się na polu namiotowym, które było również polem kempingowym. Właścicielem jest bardzo tajemniczy człowiek. Jak ja to określam, ma taki wiatr w oczach i czuć od niego jakąś głębią. Nie daje dużo okazji do rozmów, ale w ostatnich dniach coś się zaczęło przełamywać. Niestety nie mogę znaleźć strony internetowej tej miejscówki, więc nie umieszczę linku. Było to w Nowej Karczmie. Jest to mała miejscowość, więc myślę, że bez problemu znajdziecie pole po stronie Zalewu Wiślanego.


A więc szybko się okazało, że moje pragnienie nie zgasło. A jeszcze bardziej rozpaliła je sytuacja, która nas tam zastała. Już pierwszej nocy o godzinie 3 obudziły mnie dziwne odgłosy. Okazało się, że otoczyło nas stado dzików poszukujących jedzenia. Myślałam, że to już nasz koniec, ponieważ one nie tylko nas okrążyły, ale także ryły ryjkami coraz to bardziej pod nasz namiot. Natychmiast obudziłam Sebastiana i kazałam mu dzwonić na policję. Oczywiście tylko się zaśmiał, że policja przyjedzie i wlepi dzikom mandat. Dowcipniś! A ja umierałam ze strachu! Natomiast zareagował i zadzwonił do właściciela, który odbierając ze stoickim spokojem oraz ku naszemu zaskoczeniu powiedział, że to normalna sprawa, że dziki nas otoczyły, gdyż to ich teren. A następnie powiedział dobranoc i się rozłączył. Choć przepowiadałam nam rychłą śmierć tej nocy, ostatecznie dziki w końcu sobie poszły, a my przeżyliśmy. Natomiast przez resztę pobytu spaliśmy na rozłożonych siedzeniach w samochodzie, a nad ranem wracaliśmy do namiotu. I wtedy zwróciłam się do Sebastiana: „Kochanie, a gdybyśmy tak mieli kampera…” 🙂 Szczęście mi sprzyjało, ponieważ na polu kempingowym stało ich dosyć dużo. A więc mogłam Sebastianowi demonstrować, rozmawiać z właścicielami i przedstawiać coraz więcej zalet, które mógł zobaczyć na własne oczy. Ale nie było łatwo! Oczywiście po powrocie z wyjazdu dalej suszyłam mu głowę 🙂

„Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało Ci się to osiągnąć” Paulo Coelho
To rzeczywiście prawda!


W lipcu udało mi się namówić Sebastiana do wypożyczenia kampera na parę dni, by móc zobaczyć, jak będziemy się czuć, tak podróżując. Tak jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy! Na moje imieniny byliśmy już pięknym, białym kamperem na kempingu „u Anny” nad Jeziorem Czorsztyńskim, który bardzo polecamy. Piękne widoki, wygodne miejsca dla kamperów i wspaniali właściciele. Są tam dostępne również sanitariaty, bar, a także pokoje/domki do wynajęcia. Panuje tam naprawdę świetna atmosfera!


Muszę też wspomnieć o tym, że okazało się, że Sebastian jest urodzonym kierowcą kampera. Od pierwszego momentu, kiedy usiadł za kierownicą i ruszył do przodu, nie miał żadnych trudności. Prowadzi go naprawdę perfekcyjnie. Jako pasażer czuję się bardzo bezpiecznie i jest mi bardzo przyjemnie podczas jazdy. Ogromnym plusem jest to, że kamperem nie pojedzie się tak szybko jak osobówką, co dla mnie jest dodatkowym atutem 🙂 W każdym razie mój Mąż zasługuje na medal. Przejechaliśmy wiele krętych i wyboistych dróg, a on bez żadnego zająknięcia oraz ze stoickim spokojem za każdym razem radzi sobie ze wszystkim świetnie.


Dni spędzone w kamperze były przepełnione błogością i wielką radością. Sebastian naprawdę poczuł ten klimat, a ja się jeszcze bardziej utwierdziłam, że to jest właśnie to! Ponadto sprawa już została przesądzona, gdyż właśnie tam podczas tego wyjazdu Sebastian mi się oświadczył. Nie mogłam sobie lepiej wyobrazić tego wyjątkowego momentu.


A w myślach pojawiają się słowa tej piosenki: Sobel – Wyglądasz tak pięknie

„(…)Wyglądasz tak pięknie, Pozwól mi zabrać cię stąd, Gdzieś, gdzie nikt nam nie przerwie Pozwól mi być, proszę pozwól mi żyć, proszę pozwól mi(…)”


W każdym razie od tamtej pory już oboje pałaliśmy miłością do kampera i szukaliśmy sposobności, by w ten sposób podróżować. Wypożyczanie nie wchodziło w ogóle w grę, ponieważ nie było opłacalne z uwagi na wysoką cenę za wynajem. Poza tym czuliśmy bardzo mocno, że chcielibyśmy mieć własny dom podróży, w którym będzie cząstka nas. Planując ślub oraz wspólne życie, po przyjętych przeze mnie oświadczynach, wymyśliliśmy, że chcemy pojechać w podróż poślubną do Toskanii już naszym własnym kamperem. A więc ochoczo rozpoczęliśmy poszukiwania. Na początku założyliśmy budżet do 50 000 zł. Natomiast szybko się przekonaliśmy, że jeśli chcemy kampera, przy którym nie będziemy musieli na wstępie nic większego robić, to musimy podwoić budżet. Natomiast i tak nie było łatwo! Dobre samochody znikały jak świeże bułeczki. Czasem dzwoniliśmy, żeby się umówić następnego dnia na oglądanie, a w drodze okazywało się, że samochód jest już sprzedany. Na szczęście w marcu udało nam się trafić na kampera, który wydawał się być dla nas stworzony. Miał wszystko to, co chcieliśmy. Oddzielona sypialnia na końcu oraz osobna łazienka i toaleta to były nasze priorytety. Do tego jak na kampery było tam naprawdę dużo przestrzeni, przy jednoczesnym optymalnym rozmiarze auta. Ciekawe było też to, że gdyby nie nasz niski wzrost, moglibyśmy mieć problem na długość, żeby się zmieścić na łóżku. Cóż, wszystko wskazywało na to, że to kamper dla nas! Po obgadaniu wszystkich technicznych spraw, 8 marca w dzień kobiet zdecydowaliśmy się go kupić! Było to półtora miesiąca przed naszym ślubem. Umówiliśmy się ze sprzedawcą, że będzie tak działał ( obiecał zrobić w nim jeszcze parę rzeczy oraz dopełnić formalności potrzebnych do sprzedaży), żebyśmy mogli go odebrać przed ślubem już całkiem gotowego do jazdy. Było to istne szaleństwo! Kolejna ciekawostka jest taka, że gość znał się z ekipą Busem przez świat, którą wtedy śledziliśmy. Jest to małżeństwo podróżujące po świecie starym, kolorowym busem, które dzieli się swoimi przygodami i doświadczeniami z podróży w mediach społecznościowych. Obecnie jeżdżą z małym dzieckiem, które od samego początku uczy się czerpać z życia jak najwięcej, niesamowicie się przy tym rozwijając. Jaki to świat jest mały! Tak właśnie pozostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami kampera! A od dnia ślubu, staliśmy się spełniającymi swoje marzenia podróżnikami!


I jak w piosence Grzegorz Turnau – Historia pewnej podróży:

„(…)Po chwili siedząc przy oknach rzucali okrzyki zdumienia, mijali widoki tak piękne, że spełnić się mogły marzenia lecz oni pędzili wciąż dalej, szukając piękniejszej ziemi, ktoś spytał „więc gdzie wysiadamy”, usłyszał: „na razie jedziemy” (…)”

2 myśli na temat “Jak się zaczęło ?

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Idzie Wiosna Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑