Nie umiemy robić zdjęć! Wspomnienia z miesiąca miodowego w Toskanii.

Przywieźliśmy z Toskanii całe mnóstwo zdjęć! Pewnie drugie tyle obejrzeliśmy w Internecie przed podróżą. I wiemy jedno: żadne z nich nie oddają piękna tego włoskiego regionu! Różnica między naszymi zdjęciami zrobionymi telefonem komórkowym a profesjonalnymi projektami z aparatem, kamerą i dronem zamazuje się kiedy obraz staje się jedynie tłem do naszych opowiadań. Wiele razy, robiąc zdjęcie, od razu mówimy: przecież to nie oddaje nawet 10% tej chwili! Postaram się w tym wpisie opowiedzieć o tym, czego nie zobaczycie na zdjęciach.

Tubo dell’acqua. Torrita di Siena.

Przekroczyliśmy granicę w Trevisio i zbliżamy się już do granic Toskanii. Wciąż nie mamy wody w kamperze a brak widoków innych kamperów po przejechaniu ponad 1500 km budzi w nas niepokój. Oto jedno z pierwszych zdjęć wykonanych podczas naszej pierwszej podróży do Włoch:

Chyba zgodzicie się, że nie jest to wybitne zdjęcie i na publicznym slajdowisku z pewnością nie zrobi szału. Ale dla nas to była lawina motywujących informacji. Po pierwsze z pomocą park4night trafiliśmy na zupełnie darmowy serwis kamperowy gdzie mogliśmy zatankować czystą wodę i pozbyć się brudnej. Na nasze doświadczenie przed tą podróżą składał się jeden weekendowy wyjazd na camping, który wbił nam w głowę pewność, że kranik z pitną wodą zawsze występuje w parze z wężem do wody. Nic bardziej mylnego! Rzeczywistość boleśnie zweryfikowała nasze założenie, a od desperackich prób wlania wody baniakiem szybciej wzrastał mój poziom frustracji niż rzeczywisty poziom wody. Co gorsza, nie znając włoskiego nie byłem w stanie wytłumaczyć na żadnej stacji o jaki kurczę „pipe” mi chodzi. Na szczęście na wspomnianym punkcie serwisowym spotkaliśmy Włocha, który nie tylko użyczył nam węża, ale również poradził, żeby pytać o „tubo dell’acqua”. Poza tym to on wyjaśnił nam, że to pierwszy dzień we Włoszech, kiedy restrykcje COVID-owe na nowo pozawalają wypoczywać w kamperze. Przy okazji od razu dostaliśmy lekcję, aby bezwzględnie przestrzegać restrykcji bo Włosi traktują je niemal dosłownie – poznany pan nie pozwalał nam się zbliżyć na odległość kilku metrów, a pożyczonego węża, po zdezynfekowaniu, odłożyłem we wskazane miejsce. Nie wyobrażam sobie, że ktoś byłby w stanie powiedzieć więcej o tym zdjęciu! A żadne słowa nie opiszą motywacji jaka w nas wstąpiła po tym wydarzeniu!

To działa! Monticchiello.

Otwieramy park4night. Szukamy miejsca na pierwszy nocleg w Toskanii. Zwiedzanie zaczynamy w Monticchiello. No to biorę jakiś parking, z pięknym widokiem, bardzo blisko centrum, wybieram „prowadź do” i jazda.

Kurczę, to działa! Cieszyliśmy się, bo wiedzieliśmy, że tego dnia będzie już można spokojnie wypocząć po trudach podróży. A co dalej?! Ano widok! Choć w tym ujęciu nie zwala z nóg, powiem krótko: był 1000 razy lepszy niż najpiękniejsze zdjęcia jakie widzieliśmy! Dolina Val d’Orcia w pełnej krasie! Co poza tym? Pierwsze dylematy, które zapewne znają wszyscy podróżujący kamperem. Stanę tam na końcu w rogu parkingu! Hmmm, ale jak dojadą inne auta to zablokują mi wyjazd… Oooo! To tam! Tam stanę! Będzie piękny widok! Tak… i zero ochrony przed słońcem, ugotujemy się… No to trochę cofnę, tam do cienia! Super! Noo nie super, solary zasłoni… Oszczędzę Wam naszych rozważań o poziomowaniu kampera i sprawdzaniu grząskości terenu. W rzeczywistości to wcale nie jest takie straszne, po prostu robimy to z automatu i z czasem bardzo sprawnie, ale pierwsze podrygi były dość niemrawe i czasami sprawiały trudności w małżeńskiej „naszej wspólnej decyzji”.

Ale to nie działa… O poszukiwaniu Mszy we Włoszech.

Ile już razy w życiu słyszeliście, że trzeba coś stracić, żeby to docenić?! A ile razy doświadczyliście już tego na własnej skórze? Zdjęcie poniżej jest dla nas ilustracją jednego z takich doświadczeń.

W Krakowie jesteśmy wręcz rozpieszczeni dostępnością kościołów, Mszy Świętej i łatwością przyjęcia Eucharystii. Jak bardzo naturalna jest dla nas potrzeba uczestnictwa we Mszy Świętej i przyjęcia Ciała Pana Jezusa, tak równie naturalne jest, że od tego aktu dzieli nas sprawdzenie w telefonie dogodnego miejsca i pasującej godziny. Wspólna modlitwa i Eucharystia to fundamenty naszej wiary, małżeństwa, naszej codzienności. Nie wyobrażamy sobie niedzieli bez uczestnictwa w Mszy Świętej. Nic się nie zmienia kiedy przekraczamy granice Polski. Wyciągamy telefon w nadziei, że blisko naszego pobytu znajdziemy kościół, a jeśli trzeba się trochę oddalić to tak planujemy dzień, żeby móc uczestniczyć w Mszy Świętej. We Włoszech było to wybitnie trudne. Na zdjęciu widzicie rozpiskę Mszy Świętych z jednej ze świątyń. Pierwsza trudność jest taka, że ta rozpiska często dotyczy całej parafii, niekoniecznie tego konkretnego miejsca. Często jest to wyłącznie nazwa kościoła, oczywista dla miejscowych, a trudna do znalezienia na mapie. Trzeba też dodać, że tych Mszy Świętych jest naprawdę mało. I próżno szukać tych informacji w Internecie. Rzadkością jest prowadzenie przez parafię strony internetowej. Ale (ląduje kolejny frazes) „nie ma rzeczy niemożliwych”. Mimo tych trudności zawsze udawało nam się dotrzeć na Mszę Świętą i chociaż nie rozumieliśmy ani słowa to wierzyliśmy, że mimo tego, przeczytana wcześniej Ewangelia z dnia, będzie w nas działała. Z mocą przyjętej Eucharystii. I tak po ludzku, może nie raz komplikowało nam to plany, ale z drugiej strony pięknie jest się postarać o spotkanie z Jezusem. Zanieść mu taką ofiarę. I docenić to jak wielkiej łaski doświadczamy w Polsce mając taką łatwość w dostępie do Sakramentów.

Widok… talerza. Pienza.

Ten nagłówek jest absolutnie lekceważący wobec Pienzy, ale pozwólcie mi się wytłumaczyć. Najpierw zdjęcie.

Moja Żona wie, że jedzenia to ja fotografować nie lubię. Robię to tylko z jakiegoś konkretnego powodu. I w tym przypadku, nasze uśmiechy to nie wynik tradycyjnego odliczania „3, 2, 1, cheeeeese”, ale autentyczna radość, że po wielu miesiącach przerwy możemy zjeść obiad w restauracji. Restrykcje we Włoszech pozwalały już wtedy na jedzenie w ogródkach i przez moment nie mieliśmy wątpliwości, aby wykorzystać tę sposobność. Naszym celem stało się miejsce w górnych partiach Pienzy z widokiem na naszą ukochaną (to chyba dobre określenie, Żonko) dolinę Val d’Orcia. Zanim skupicie się na moich gastronomicznych opowieściach, chcę postawić sprawę jasno: Pienza wielkim miastem jest! Wielkim w wymiarze piękna! Spacerując, z jednej strony możecie podziwiać wspaniałą panoramę doliny, a z drugiej typową dla Tosknii architekturę miast. Nie mniej spektakularnie miasto wygląda z doliny – znajduje się na wzniesieniu i jest widoczne niemal z każdego miejsca. A teraz wróćmy do talerzy. Wszak jedzenie to bardzo ważny element naszego małżeństwa. A przede wszystkim celebracja tych chwil, kiedy razem zasiadamy do stołu. I tutaj zupełnie nie przeszkadzał nam napój zamiast herbaty – Włosi, w przeciwieństwie do Polaków, zupełnie ignorują herbatę, w wielu restauracjach jej po prostu nie ma, a w wielu, prosząc o „tea” dostaniecie napój podobny do „Lipton Ice Tea”. Zupełnie nie przeszkadzał nam też krwisty, a w zasadzie surowy stek – w Toskanii steki są bardzo cenione, wręcz ortodoksyjnie cenione, specyfikowanie stopnia wysmażenia nie jest mile widziane, a w niektórych miejscach gość może zostać wyproszony za chęć przyrządzenia steka „well done”. My wybraliśmy jakiś regionalny specjał, który wyglądał, pachniał i smakował obłędnie, ale w samym środku był surowym mięsem. Tak, surowym. Potwierdziła to kelnerka. To był ten drugi raz w moim życiu, kiedy odważyłem się zwrócić uwagę w restauracji na surowe mięso. Pani kelnerka mową i mimiką dała mi wyraźnie do zrozumienia jak wielki błąd popełniłem, ale zapewne biorąc pod uwagę ograniczoność mojego umysłu, chęć uniknięcia paniki wśród gości i zachowania dobrych stosunków dyplomatycznych z Polską, zgodziła się poprosić kucharza o dogrzanie steka. W niczym nie ujęło to naszej ekscytacji tą chwilą.

Nasz ulubiony dzikus. Pienza.

Ten niepozorny tytuł kryje za sobą wiele naszych łałów, ochów i achów. Wiele wspomnień. Kilka powrotów. I wreszcie szlachetny tytuł Pierwszego Dzikusa Państwa Feduniaków. Ladies and gentlemen, oto on!

Wieczorem:

I o poranku:

Ach, Żoneczko! Pamiętasz?! Celebrowaliśmy te chwile. Wybraliśmy się wieczorem. Zatrzymywaliśmy się po drodze. Robiliśmy zdjęcia. Ekscytacja mieszała się z lękiem. Ostatni odcinek, wąska polna droga przez las. Obawa, że jeśli nie przejadę to ciężko będzie cofać. Niezapomniany dźwięk pierwszych rys malowanych przez gałęzie na naszym aucie. I wreszcie radosny moment kiedy zobaczyliśmy miejscówkę! Pustą! Równą! Z dala od cywilizacji! Wspaniale! Koniec historii?! Nieeeee. To było spełnienie jednego z naszych Toskańskich marzeń. Cieszyliśmy się sobą, cieszyliśmy się naturą, trochę nie wierzyliśmy, że tak łatwo nam się udało. Ale skłamałbym twierdząc, że od początku byliśmy takimi kozakami 🙂 Pojawiły się pierwsze dylematy: czy można tu stać, dlaczego tak duża zatoczka jest pusta, o której rano się zmywać, żeby nikt nas nie przegonił. Typowe rozterki zółtodziobów, powiecie. No to dodam, że wkrótce, po drugiej stronie polnej drogi, ktoś zatrzymał się osobówką skierowaną w stronę naszego auta. Chwilę później, jakieś inne auto przejeżdżając tą drogą zatrzymało się na wysokości naszego kampera. Co robimy? U… spokajamy się! 🙂 Po pierwsze nikomu tu nie szkodzimy. Po drugie, to nie jest część żadnego z pobliskich pól. Po trzecie, może nowi przybysze też są turystami i nie zaczną od strzelania do nas! Po czwarte i najważniejsze! „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Ps 23, 4” Zostaliśmy na miejscu. Wybornie się wyspaliśmy. Piękny widok umilił nam śniadanie. A całe przeżycie na dobre wyryło się w naszych wspomnieniach i kto zliczy ile razy było motywacją do przełamywania kolejnych podróżniczych lęków.

Teraz to już nas zamkną! Montepulciano.

Montepulciano to małe urokliwe miasteczko, dość popularne i chętnie odwiedzane przez turystów. A oto jeden z głównych placów:

Dzięki zdobyczom najnowszych technologii, poradom wielu ekspertów, wreszcie dogłębnym analizom powyższego zdjęcia, możemy z całą pewnością stwierdzić: w tym czasie, na głównym placu bardzo popularnego miasteczka, zastaliśmy 2 (słownie: dwie) osoby! To czego nie widać na zdjęciu, a co wzbudziło w nas wiele obaw, to krążąca uliczkami policja. Czyżby to nasza ignorancja?! Wyjeżdżając na urlop praktycznie całkowicie wyłączamy się ze świata. Nie ma internetów, telefonów, nawet z bliskimi staramy się nie kontaktować. A może jest tak, że właśnie w tym momencie tylko nas dwoje w całym miasteczku, całych Włoszech, ba! w całej Europie nie wie jednego: ta okropna zaraza na nowo przywróciła wszystkie restrykcje! Na stronach polskiego rządu cisza, policja choć podkręca tętno niczym dobra włoska kawa to jednak nas o nic nie pyta, ostatecznie, chyba lepiej spacerować bez otaczającego nas tłumu! Ruszyliśmy przed siebie nie zadając już więcej pytań. Na usprawiedliwienie dramaturgii, którą zbudowałem dodam, że kilka miesięcy później kiedy odwiedziliśmy Montepulciano, miasto tętniło życiem, powietrze było gęste ludzkim zgiełkiem, a stoły lokalnych rzemieślników uginały się od serów, mięs i pamiątek. Kinia, jak się nazywały te pyszne regionalne ciasteczka, które tam wtedy kupiliśmy? Domagają się polecenia 🙂

Gdzie tu się płaci? Terme di Saturnia.

Ja wiem, że źródła geotermalne to może nie jakieś nadzwyczajne zjawisko, ale kurczę! Nie wierzę, że za pierwszym razem nie zrobiło to na Was wrażenia!

Piękny widok, dziesiątki małych jacuzzi, kojący dźwięk wody i to wszystko za darmo. Tak po prostu, zrzucasz ubrania i wskakujesz do cieplutkiej wody 🙂 Czujesz się wyśmienicie. Trochę uważasz, żeby nie pokaleczyć stóp na ostrych kamieniach. Z lekką zazdrością patrzysz na tych, którzy zajęli miejsca bliżej ujścia wody – mają cieplej. Ostatecznie jednak patrzysz przed siebie, muskająca woda rozluźnia twoje mięśnie, a ty, w błogim stanie, nie liczysz już czasu, nie myślisz o niczym, jesteś w szufladce „zero”. To znaczy jak jesteś mężczyzną. Kobiety chyba tego nie mają. „Kochanie, o czym myślisz? O niczym. Nie można myśleć o niczym. Powiedz co się stało. Ale Słońce! Nic się nie stało. Na pewno o czym myślisz…” 😀 A wracając do tematu – wspaniale jest odkrywać takie miejsca. Chociaż kawałek dalej stoi nasz kamper. Tym razem wybraliśmy kemping – trzeba zrobić serwis, ubrać rzeczy, trochę posprzątać. Zejdzie co najmniej kilka godzin! Mówią, że vanlife niesie ze sobą dodatkowe obowiązki, o które nie musimy się martwić w „normalnym życiu”, ale ja wolę inne określenie. Odbieram to bardziej jak przeniesienie większej odpowiedzialności, ale zarazem wolności na nas, dosadniej, na nasze barki. Może nam zabraknąć wody, prądu, paliwa, jedzenia itp itd No może! Ale to głównie zależy od naszych decyzji, a jeśli podejmiemy złe decyzje, nie pozostaje nam nic innego jak poradzić sobie w nowej rzeczywistości. I nie ma w tym nic złego, aby od czasu do czasu ułatwić sobie życie i wybrać kemping 😉 (Puszczam oko do Kasi i Łukasza). W trochę szerszym kontekście opowiedzieli o tym Ania i Bartek. A może to dobry temat na dyskusję w komentarzach? 🙂

kFiat włoskiej motoryzacji.

Taki mały akapit na rozluźnienie bo już zacząłem uderzać w filozoficzne tony 😀 Włosi kochają Fiata koniec kropka. Znaczy Punto. No nie tylko Punto, w zasadzie co Pan-da. O tutaj np, stoi ich chyba 500-tka.

Wszystkie pięknie zaparkowane! Bravo! Eee tam, gromkie Brava! Takie autko cenne jak Ducat-o! Dobra, kończę już te moje motoryzacyjne unieSiena. Koniec, kropka. Po prostu Grande Punto! Już ta filozofia mi lepiej wychodzi: Prawda, Doblo, Piękno 🙂

A skoro już jesteśmy w temacie, to Włosi bardzo luźno podchodzą do zagadnień ruchu drogowego. Może to i dobra wskazówka, ale żeby tak zaraz rygorystycznie to traktować, o nie! Może to i dobrze, ale bywa stresująco kiedy w centrum miasta mam koło siebie rowery, skutery, osobówka wyprzedza mnie w najmniej spodziewanym momencie, a pieszy sądzi, że kamper zatrzyma się w miejscu, więc każde miejsce jest dobre, aby przejść na drugą stronę ulicy 😀

A żeby uszanować Cię Drogi Czytelniku i nie zostawiać cię z pustym akapitem dodam, że zdjęcie zostało zrobione w jednym z tzw. miast tufu – położonych na skale, a miejscami wydrążonych w tufie wulkanicznym. Warto to obejrzeć. Ja jednak zapamiętałem przede wszystkim wąską, krętą, stromą drogę, ze ścianami skał po obu stronach. Jechaliśmy nią późnym wieczorem, na dużym zmęczeniu. I z jednej strony chciałem ją przejechać dość dynamicznie, żeby auto nie zgasło, bo sprzęgło byłoby w opałach przy takiej górce. Z drugiej strony, gdyby nadjechało auto z naprzeciwka, mógłbym nie zdążyć uciec. Jakoś wypośrodkowałem te dwie skrajności i piąłem naprzód z rzadka spoglądając na GPS jakby bojąc się, że to nigdy się nie skończy. Ostatecznie było to naprawdę ciekawe doświadczenie i zaraz po dojechaniu na parking chciałem opowiedzieć o nim Żonie, która, jak mniemałem, przespała całą drogę. Jak się jednak okazało, nie spała, ani chwili. Przeciwnie: zamykała oczy bo połączenie tych serpentyn i prędkości wywoływało w niej przerażenie 😀 No słodziak 🙂

Trawa. Dolina Val d’Orcia.

Moja Żona wyznaczyła już pewne standardy na tym blogu, dlatego chwilę temu dostałem od niej to samo pytanie, które pewnie nie jednemu z Was dźwięczy w uszach: g d z i e jest muzyka?! No i właśnie teraz będzie. Nie chcę żeby ten paragraf był zbytnio przegadany. Trochę prowokacyjnie nazwałem ten fragment, wiem, ale dla nas to absolutnie nie ignorancja, a zachwyt tak prostą i powszechną rośliną. Dolina Val d’Orcia, trawa, dużo trawy, bardzo dużo trawy, dolin pokrytych trawą, trawiastych pagórków, trawy kołysanej wiatrem, ozdobionej kwiatami, ogrzanej słońcem, przykrytej cieniem, żywej, zielonej, pachnącej, wesołej takiej, beztroskiej. Zwykłej trawy, ale w tym miejscu tak dostojnej, przepastnej, nie do objęcia wzrokiem, nie do zrozumienia umysłem, jedynie do pokochania i wdzięczności Temu, który ją stworzył.

A kawałek, który Wam proponuję to wyjątek w krzykliwej muzyce KSU, kapeli z mojej młodości. Nie będę przeszkadzał. Poza światem słów.

Piękne są góry i lasy
i róże zawsze ciekawe
lecz z wszystkich cudów natury
jedyne poważam trawę
Bo ona deptana niziutka
bez żadnych owoców, bez kłosa
trawo – siostrzyczko moja
karmelitanko bosa

ks. Jan Twardowski

Nie ma przypadków. Grosseto i okolice.

Wiecie już, że fanami plażingu to my nie jesteśmy. Ale morze samo w sobie lubimy. Zwłaszcza jeśli plaża pozwala na długie spacery. O naszej tradycji jesiennych wjazdów nad polskie morze też już wiecie i spokojnie, nie będę Was już męczył opowieścią o tym jak przeżyliśmy atak dzików 🙂 A przypadek, o którym wspominam w tytule był taki, że w pewnym momencie zajechaliśmy już tak daleko na południe Toskanii, że postanowiliśmy zaczepić o wybrzeże. To mało powiedziane. My zapragnęliśmy być cool. Jak na filmach, jak na zdjęciach, okładkach magazynów – postawić kampera na plaży. Szybki przegląd mapy, opinie na park4night i mamy miejsce idealne. Z tych takich wartych pozazdroszczenia. I wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu kiedy na kilka minut przed osiągnięciem celu, naszym oczom ukazał się tunel. Taki przypadek. Tunel w sam raz na osobówkę, ale nieuległy wobec naszego Forda. Fiasko. Odwrót. Demotywacja. Przypadkiem wcale niedaleko znajdował się klif, na nim zabytkowa forteca, przed fortecą parking. Oto nasz nowy cel. Pamiętam, że byłem już potwornie zmęczony, zrobiło się ciemno, a kręta i wąska droga na szczyt nie napawała optymizmem. Dziwne, pomyślałem. To nie droga na nasze gabaryty. Jednak chęć zasłużonego odpoczynku na szczycie klifu pomagała jechać dalej. Parking okazał się dość spory i (oczywiście) przypadkiem nie było tam ani jednego kampera. Gdzie jest haczyk?

Niewątpliwie widok z okna warty pozazdroszczenia, jednak w nocy wiatr był tak silny, że nie tyle bujał naszym autem co uderzał w niego z taką siłą jakby chciał nas wywrócić. Może przegonić. Udzieliły mi się obawy mojej Żonki i zacząłem sprawdzać czy nie zapowiadają sztormu. Pamiętasz Słońce? Jednak nie daliśmy się. Zostaliśmy. Wracając rano tą samą krętą drogą zauważyliśmy lekko ukryty, łatwy do przeoczenia w nocy, znak zakazu wjazdu dla kamperów. Przypadkiem mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu 🙂

Grosseto to w ogóle ciekawy przypadek. Szlaki komunikacyjne są tak ułożone, że praktycznie zawsze kiedy chcesz się przemieścić między jedną a drugą stroną wybrzeża, musisz przejechać przez to miasto. To też spowodowało, że mieliśmy ledwo zaczepić o morze, a ostatecznie utknęliśmy tam na kilka dni. W Grosseto mieliśmy już swój ulubiony parking, blisko ulubionego supermarketu, kawałek dalej pralnia automatyczna, po mieście zaczęliśmy się poruszać bez GPS-a.

Zupełnie nie planowaliśmy tego miejsca, a tyle wspaniałych rzeczy udało się tutaj zrealizować.

W punkcie pierwszym wymienię jedzenie, bo ja miewam fantazje gastronomiczne, a Kinia ma takiego nosa, że zawsze jest w stanie zaspokoić te moje kulinarne rządze. Ja mam takiego nosa, że zawsze doprowadzę nas do celu, a Kinia takiego, że zawsze znajdzie dobre jedzonko 🙂 I tutaj moim pragnieniem było zjeść coś dobrego z morza, bo skoro blisko mają to morze to może coś dobrego w nim łowią. No i mam tak, że lubię niektóre wodne rarytasy, ryby w szczególności, ale zupełnie się na tym nie znam. Wielokrotnie słyszeliśmy o włoskich kucharzach tak zakochanych w swoim fachu, że godzinami mogą siedzieć z gośćmi, raczyć ich swoimi daniami i o nich opowiadać. I to było moje małe marzenie na wieczorną kolację. Daj mi coś dobrego z morza, o nic mnie nie pytaj. Jak się domyślacie, nie wspominałbym o tym, gdyby moje pragnienie nie spełniło się co do joty 😀 Całkowicie oddany zmysłowi węchu mojej Żony szedłem za nią. Ciepło, ciepło, zimno, ciepło, gorąco! Jest! Usiedliśmy z menu, ale szybko podbiegł do nas człowiek w biały fartuchu, przedstaw się jako Chef i zadał tylko jedno pytanie: fish? To się dzieje! Pomyślałem. Odpowiedzieliśmy TAK i już za chwilę zaczęły wjeżdżać kolejne dania wg włoskiej tradycji. Wszystko było wspaniałe! My czuliśmy się coraz bardziej napełnieni, ale kelnerka nie ustawała w przynoszeniu kolejnych potraw. Było fantastycznie, ale w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać ile to wszystko kosztuje. Żadnego menu nie widzieliśmy. Oddaliśmy się zupełnie w ręce Chef-o. I kiedy myśleliśmy, że to już koniec, że włoski makaron zwieńczył tę kolację, na srebrnej tacy wjechała ona.

W wyobraźni musicie sobie do tego pyszczka dorobić pozostałą część ryby. My nawet nie zorientowaliśmy się kiedy nie zniknęła. Pytanie gdzie ją zmieściliśmy już chyba na zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Ale przecież to nie koniec, przecież koncert naszego Chef-o trwał! Wniósł na deser pięknie skrojonego ananasa i obwieścił koniec kolacji. Naiwnie zapytałem kelnerkę o rachunek, chociaż podświadomie czułem, że nie dostanę znanego nam z normalnych miejsc rachunku z kolejnym pozycjami naszego posiłku. Nie dostałem. Pani wskazała tylko na Chef-o, który w głębiach restauracji przyjął pozycję jakby medytował nad czystą kartką papieru, trzymając długopis w ręku. Zrozumiałem, że nie jest w dobrym smaku przerywać tę chwilę skupienia i już po chwili na białej kartce zaczęły pojawiać się kolejne krągłości arabskich cyfr: 80. Ani trochę nie żałowaliśmy tych wydanych euro. To był magiczny wieczór w towarzystwie mojej kochanej Żoneczki :*

Czy wspominałem przed sekundą o marzeniu zaparkowania na plaży? No to patrzcie!

I czy na tym zdjęciu widać ile miłości się z niego wylewa? 😀 Kochana Żona, ulubiona jajecznica, wspaniały bukiet, który podarowałem Kini podczas jednego ze spacerów i szum morza.

Mam z tego czasu anegdotę, która pozostanie z nami na zawsze. Otóż! Po przybyciu na miejsce wybraliśmy się obejrzeć zachód słońca.

Zachęceni tym przeżyciem, rano wybraliśmy się na wschód słońca… dokładnie w to samo miejsce 🙂 Nie próbujcie tego. To nie ma sensu. To po prostu nie zadziała 😀 Na szczęście zdążyliśmy jeszcze przebiec na drugą stronę plaży. Kinia do dzisiaj opowiada znajomym, że to ona się zorientowała i uratowała tę romantyczną chwilę. Utarła mi noska. Zołza kochana :*

Ale to nie koniec! Oczywiście, że były długie spacery plażą…

…i wypełniona tęsknota za górkami (tutaj Parco Regionale della Maremma).

Spontan. Bettolle.

Przed wyjazdem dowiedzieliśmy się o Danusi Indyk – Polce, która wyjechała do Włoch i została Szefem agroturystki. A że zaczęliśmy się kierować na północ bo zbliżał się koniec naszego miesiąca miodowego to pomyśleliśmy, że spróbujemy się z nią spotkać. Uda się to się uda. W tym momencie nie wiedziałem jeszcze, że moja Żona ma znacznie szerzej zakrojone plany – kawa z Danusią, a później może zostanie na kolację 🙂 I już się wydawało, że nic z tego! Dojechaliśmy na miejsce tuż po rozpoczęciu siesty i Danusia minęła nas dosłownie minutę przed dojazdem pod agroturystykę. Miejmy nadzieję, że już nam to wybaczyła bo byliśmy nieugięci! Zaczekaliśmy, aż załatwi swoje sprawy i wróci 🙂 Ostatecznie zostaliśmy wspaniale przyjęci, ale to co zapamiętamy to czas, który Danusia poświęciła dla nas na rozmowę. I dobrze, bo wiecie co? Media strasznie spłaszczają historie (ta dam). Oczywiście, że nikt nie przyjeżdża do Włoch i nie zostaje z miejsca szefem agroturystki. To kilkanaście lat ciężkiej pracy aby zgłębić tajniki własnej produkcji oliwy, wina, poznać włoską kuchnię i stworzyć miejsce, w której goście czują się jak w domu. Danusia, jeśli kiedyś tu trafisz – Dziękujemy! A wszystkim gorąco polecamy to miejsce.

Góry dla równowagi. Campo Catino.

Czasu coraz mniej, a nasz koncert życzeń nie chce się skończyć. Zapragnęliśmy jeszcze choć na chwilę podjechać w góry, Alpy. Kinia znalazła gdzieś informację o pustelni w Campo Catino, więc szybki plan i jedziemy. Kawał drogi, ale kiedy kolejnym razem tu będziemy?! Mówiliśmy. Musieliśmy wspiąć się naszym kamperkiem na 1000 m n.p.p. Droga, a jakże, kręta, wąska i miejscami w połowie zerwana przez płynąca z gór wodę. Ale było warto. Miejscówka była super! Wyjście do pustelni zaliczone. Były emocje kiedy spotkała nas burza, a moja Żona myślami ściągnęła dzika 😀 Więcej teraz nie powiem. Chyba, że naprawdę ktoś doczytał do tego momentu i chciałby wiedzieć więcej. Klasycznie: dajcie znać w komentarzach! 😉

To już jest koniec. Siena. Florencja.

W drodze powrotnej zaczepiliśmy jeszcze o najlepsze na świecie (Statystyki z roku 2021 opracowane przez moją Żonę 😉 ) lody w Sienie…

…i w promieniach zachodzącego słońca podziwialiśmy florencką architekturę.

To był też moment kiedy zaczęliśmy w głowie wspominać ten cały wyjazd. Chyba już nawet tęsknić. Już robić kolejne plany na powrót. I pisząc ten post przeżyłem to wszystko jeszcze raz. Dziękuję, jeśli towarzyszyliście mi aż do tego miejsca.

Przeszedłem tę drogę i jeszcze raz, z całą pewnością stwierdzam: nie umiemy robić zdjęć. Nigdy nie uda nam się zrobić naprawdę dobrych. Tak dobrych, żeby oddać piękno, które widzimy. Emocje, które mamy w sercu. Ukryć historie, które się tam wydarzyły.

Dla nas był to czas który z pewnością już się nie wydarzy. Pierwszy wspólny miesiąc w małżeństwie. Pierwszy wspólny wyjazd kamperem. Pierwszy raz, wszystkie pierwsze razy w Toskanii.

Najważniejsze jest jednak to co nam pozostało. Zaufanie sobie, wiara w nas, zdanie się na siebie, zaufanie Bożej opatrzności. Przez ten miesiąc toczyło się nasze normalne życie: raz czuliśmy się lepiej, raz gorzej, raz się cieszyliśmy, raz kłóciliśmy, czasami szło wszystko jak z płatka, czasami piętrzyły się trudności. Nie chcę żeby zabrzmiało to zbyt górnolotnie, ale to prawda. Wszystko da się przezwyciężyć kiedy na pierwszym miejscu jest Miłość.

3 myśli na temat “Nie umiemy robić zdjęć! Wspomnienia z miesiąca miodowego w Toskanii.

Dodaj własny

  1. Fajna zabawa słowem w rozdziale „kFiat włoskiej motoryzacji”. Filmik z morzem trawy – super! A drugie od dołu zdjęcie w rozdziale „Trawa. Dolina Val d’Orcia” kojarzy mi się z hiszpańskim domem Maximusa 🙂 „Więcej teraz nie powiem” – powiedz, powiedz. PS: Tak się zastanawiam czy Wasz kamper ma jakąś nazwę ? 🙂

    Polubienie

    1. Dzięki Daniel! Fajnie, że coś się spodobało! Starałem się, żeby post nie odbiegał zbytnio od poziomu, który wyznaczyła moja wspaniała Żonka 🙂 Filmik super, ale super super jest zobaczyć to na żywo! Jeśli dobrze pamiętam, to nagrywaliśmy właśnie w drodze do domu Maximusa. Scena z filmu, więc wiele osób przybywa, żeby właśnie tam zrobić jedno z wymarzonych zdjęć. My też się wybraliśmy 🙂 I był moment grozy, bo Kinia na tych kamieniach tak niefortunnie upadła na nadgarstek, że na chwilę wstrzymaliśmy oddech. Chwała Panu, nic się nie stało! A z dzikiem to zupełnie niewiarygodna przygoda! Kiedy zajechaliśmy na miejsce to było zbyt późno, żeby pójść gdzieś dalej, a chcieliśmy podejść w stronę kampusu. Pogoda była już bardzo niepewna. Chmurzyło się, gdzieś w oddali pojawiały się grzmoty. I to jest taki moment kiedy moja Kinia zostaje sparaliżowana strachem 🙂 Bo powiedzieć, że nie lubi burzy, to nic nie powiedzieć 😀 Zaczęliśmy prędko wracać bo sytuacja pogarszała się z sekundy na sekundę. A tuż przed miejscem gdzie zaparkowaliśmy, z jednej strony drogi był taki usyp, dość głęboki no i dalej ciągnął się las. I dokładnie kiedy znaleźliśmy się w tym miejscu, usłyszeliśmy potężny ryk! Narysuj to sobie w głowie: ciemno od przykrytego chmurami nieba, deszcz, grzmoty i ryk, którego nie jesteś w stanie zlokalizować! Szybko się odwróciłem w stronę tego usypu i zobaczyłem, że jak armata wyskoczył stamtąd słusznych rozmiarów dzik! Całe szczęście pobiegł w głąb lasu. Pewnie spłoszył się, zaskoczony… tak jak my! 🙂 Czy muszę dodawać jak po tym zdarzeniu wyglądała twarz mojej kochanej Żony?! Na szczęście szybko schroniliśmy się w kamperze i żaden dzik do nas nie wrócił 🙂 A czy nasz kamper ma nazwę? W sumie nie, nie ma. Słuchamy Twojej propozycji 😉 Czasami tylko jak gdzieś staniemy na parkingu w centrum między osobówkami to śmieję się, że łatwo znaleźć naszą kruszynkę ❤

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do naszepodrozekugorze Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑