Gozo

Gozo nas totalnie zaskoczyło! Zupełnie nie mieliśmy pojęcia, jak tu będzie pięknie! Musimy przyznać, że gdyby nie bon podarunkowy, Gozo na pewno nie byłoby na naszej liście podróżniczych celów. Myślę, że nie przyszłoby nam to do głowy. A podobało nam się tak bardzo, że oboje z Mężem stwierdziliśmy, że trzeba tu będzie wrócić. A to nie jest takie oczywiste, szczególnie w przypadku Sebastiana, który jest bardzo ciekawy świata i ma ciśnienie, by jeździć w nowe miejsca. Tłumaczy mi, że nie jesteśmy jeszcze dziadkami na emeryturze, żeby mieć „swój stolik” 🙂 Ja natomiast lubię wracać tam, gdzie już byliśmy. Wtedy jeszcze bardziej odpoczywam 🙂 Mniej wtedy gonimy, jesteśmy nastawieni bardziej na delektowanie się, niż na poznawanie nowych miejsc, ciesząc się, że po upływie czasu jesteśmy tu znowu razem. A wracające wtedy wspomnienia z tych miejsc nie przestają nas rozpieszczać. I tu musi być piosenka: Zbigniew Wodecki – Lubię wracać tam gdzie byłem

W związku z wracaniem w te same miejsca w mojej głowie pojawiła się jeszcze jedna refleksja. Bowiem będąc gdzieś, gdzie już byliśmy – zawsze będziemy już trochę inni, bogatsi o nowe doświadczenia. W związku z tym te same miejsca będą przez nas przeżywane w pewnym stopniu inaczej. Sebastian w swoim poście o Toskanii napisał, że był to dla nas czas, który już się nie wydarzy. I tak jest ze wszystkimi wydarzeniami, sytuacjami w naszym życiu. Nie przeżyjemy jeszcze raz swojego dzieciństwa, młodości, pierwszego zakochania, pierwszej kłótni czy pierwszego rozczarowania itd. Nawet gdybyśmy bardzo próbowali, zawsze będziemy już to przeżywać z innej perspektywy. Czasem jest nam szkoda, bo gdyby mogło się do pewnych trudnych wydarzeń wrócić, dokonać pewnych wyborów jeszcze raz, niejednokrotnie z tego miejsca człowiek zachowałby się inaczej. Albo gdyby można było coś przeżyć jeszcze raz, co było bardzo przyjemne, moglibyśmy bardziej to docenić, niż wówczas, kiedy to rzeczywiście miało miejsce. Ale cofnąć czasu się nie da. I teraz myślę, że to dobrze. Bo te wszystkie sytuacje, znajomości, relacje, zachowania – zarówno te dobre jak i te, które oceniając dziś, nie są dla nas chlubą, były nam bardzo potrzebne. To one nas ukształtowały i doprowadziły do tego miejsca, gdzie teraz jesteśmy. I za to wszystko powinniśmy być wdzięczni. A wracając do tych miejsc, przeżywać je w nowej i lepszej odsłonie, wyciągać wnioski i podążać do przodu, ku górze…

A poniżej piosenka, przy której podczas tańca na imprezie ostatkowej, na której niedawno byliśmy, przyszła mi ta refleksja. A więc jeszcze w tych ostatnich dniach karnawału ślę Wam trochę radości z nutą nostalgii 🙂

Paradoks – Jezioro

Postaram się opisać to, co nas najbardziej ujęło, dzieląc treści na poszczególne kategorie. Będą też oczywiście zdjęcia, ale jeśli podróżujecie, to wiecie, że one nie oddadzą w pełni zapierającego dech w piersiach widoku, towarzyszących emocji oraz przeżytych doświadczeń, a także kultury tego miejsca. Pisał o tym już też mój Mąż w swoim poście. Ale spróbuję zrobić co w mojej mocy, by podzielić się tym, co nam było dane tam doznać.

Ciężko pisać na bieżąco…

Zacznę od wytłumaczenia się, dlaczego post zostaje opublikowany z tak dużym opóźnieniem po powrocie z Gozo. Początkowo plan był taki, by przeznaczyć część czasu urlopu na pisanie. W szczególności, że wyjazd była nastawiony na odpoczynek, aniżeli na zobaczenie jak najwięcej. Mimo wszystko było nam ciężko się zebrać. Pomysł jechania na plażę lub na klif z komputerem nie kojarzył nam się dobrze, dlatego odpuszczaliśmy. Natomiast spędzenie dnia w hotelu zawsze przegrywało ze spędzeniem czasu w naturze. Mimo, że hotel i cały jego teren był naprawdę przepiękny. Ale o tym będzie później. Ponieważ Mąż już parę razy odgrażał się, że napisze post, miałam plan, żeby na Gozo go odpowiednio zmotywować, by się za to rzeczywiście zabrał. I się udało. Wpadł na pomysł na post, ułożył sobie w głowie zarys treści i zaczął pisać, kiedy ja poszłam na samotny spacer na pobliskie wzniesienie. Co prawda skończył jakiś miesiąc po powrocie, ale się udało! I do tego mnie wyprzedził 🙂

Lot samolotem

Lot samolotem był dla mnie wielkim wydarzeniem. Muszę przyznać, że bardzo się bałam, ponieważ nigdy wcześniej nie latałam. No poza lotem widokowym Cessną 🙂 Mam świadomość, że samolot jest najbezpieczniejszym środkiem komunikacji, natomiast wiem też, że jakby był wypadek, to wtedy giniemy wszyscy. Natomiast miałam dużą motywację, by przełamać lęk i polecieć. Doświadczenie też mi mówiło, że u boku kochającego Męża stresujące rzeczy przeżywa się dużo łatwiej. Lot był na szczęście niedługi, co też było dla mnie bardzo na plus. No, ale jak w końcu było ? Cóż, generalnie przeżyłam! Nie straciłam słuchu, nie zemdlałam, nic mi się nie stało. Natomiast nie było to dla mnie nic przyjemnego. Przed lotem słyszałam od wielu osób, że uwielbiają latać, kochają ten moment wznoszenia się, bycia w chmurach itd. Nic z tych rzeczy…Nie miałam takich odczuć. Jeśli chodzi o momenty nabierania wysokości i tracenia wysokości, było mi po prostu słabo, wręcz kołowało mi się w głowie. Ewidentnie odczuwałam zmiany ciśnienia. Dziwnie czułam się z tym, że panie stewardessy mówiły głównie po angielsku. Stresowałam się, że jeśli rzeczywiście by coś się stało i trzeba byłoby się próbować ratować, nic bym nie zrozumiała, co mam robić. Kochany Mąż pocieszał mnie, ze w przypadku katastrofy lotniczej próba ratunku i tak nie miałaby większego znaczenia 😉 W druga stronę lecieliśmy za dnia, więc mogłam podziwiać widoki. Przyznaję, naprawdę cieszyły oko. Natomiast nie przyćmiły one dyskomfortu lotu. Na szczęście mogłam przez cały czas trzymać mocno Męża za rękę, a w drugiej ręce koraliki różańca. W każdym razie moje wnioski są takie, że diabeł nie taki straszny jak go malują, ale też nie piękny. Przeżyłam, doświadczyłam i dziękuję. Myślę, że nie wpadnę sama na pomysł, żeby gdzieś lecieć samolotem, o ile sytuacja mnie nie zmusi.

Eucharystia

Dużym atutem urlopu na Gozo było to, że mieliśmy o wiele łatwiejszy dostęp do Eucharystii niż we Włoszech. Przede wszystkim informacje na stronach internetowych kościołów oraz na gablotach przykościelnych były bardziej czytelne.

Znaczące było to, że na Malcie drugim językiem urzędowym, oprócz maltańskiego, jest język angielski. Było to dla nas bardzo pomocne, zresztą nie tylko w kwestii sprawdzania rozkładu Eucharystii. Natomiast Msze święte w języku maltańskim były dla nas wyzwaniem. Nie szło nic zrozumieć, po prostu nic! Już we Włoszech było prościej! Jak zawsze, staraliśmy się czytać przed Ewangelię, ale mimo to było nam trudno. A może i takie doświadczenie jest potrzebne ? Człowiek musi wtedy jeszcze bardziej skupić się na tym, co w danej chwili się dzieje, a nie tylko bezwładnie uczestniczyć i powtarzać za księdzem czy ludem. Ale mieliśmy wielką radość, że udało nam się być na Mszy świętej więcej razy niż tylko w niedzielę, tak jak sobie jakiś czas temu postanowiliśmy. To ważne dla nas i budujące, że na urlopie również nie odpuszczamy oraz, że nam to wychodzi.

Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałyby kierować ruchem u wejścia do kościołów” św. Teresa z Lisieux

Bardzo podobała nam się inscenizacja przybycia do świętej Rodziny 3 króli przed Kościołem, przed niedzielną Eucharystią. Brali w niej udział mali i duzi mieszkańcy Gozo w przepięknych strojach oraz prawdziwe zwierzęta. Czuliśmy w sercu, co się tam dzieje, mimo bariery językowej. Niestety nie udało nam się zrobić zdjęć, ale odsyłamy do innego podróżniczego bloga, gdzie wydarzenie to zostało szczegółowo sfotografowane i opisane.

Sylwester po maltańsku!

Ojj było syto! I to pod każdym względem, zarówno jedzeniowym, jak i kulturowym. Ale zacznę od początku :). Na Gozo dotarliśmy dzień przed sylwestrem. Początkowo nie mieliśmy sprecyzowanych planów, co chcemy robić. Plan był taki, że pierwszego dnia zrobimy rozeznanie po okolicy, popytamy miejscowych ludzi, co dzieje się ciekawego i na coś się zdecydujemy. Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Od sympatycznej Pani ze sklepu spożywczego dowiedzieliśmy się o plenerowym sylwestrze w Victorii – stolicy Gozo. Zapewniała nas, że będzie tam pięknie. To miejsce polecała nam też blogerka Polka na Malcie. I tak zamierzaliśmy właśnie zrobić. Natomiast ze względu na to, że Sebastiana po podróży coś drapało w gardle, a wieczory były tam chłodne, zaczęliśmy rozważać sylwestra z uroczystą kolacją i muzyką na żywo w hotelowej restauracji, na którego ostatecznie zdecydowaliśmy się pół godziny przed rozpoczęciem imprezy.

I nie żałujemy, absolutnie! Mąż miał na początku wątpliwości, gdyż obawiał się, że będzie drętwo z uwagi na dojrzały wiek gości hotelowych. Natomiast szybko okazało się, że obawy nie były zupełnie potrzebne. W żadnym wypadku nam to nie przeszkadzało. Kolacja była rzeczywiście bardzo uroczysta. Wszystko pięknie podane, a do tego wyglądało i smakowało wyśmienicie. Objedliśmy się jak bąki. Ilość jedzenia nas zdecydowanie przerosła. Od godziny 20 do 23:30 podawali nam poszczególne dania. I to wcale nie były degustacyjne porcje! Można było się najeść, a nawet zmęczyć 🙂 I wszystko było pięknie – niebiańska uczta dla podniebienia, magiczny wystrój, genialna muzyka na żywo…. Ale gdzie tańce ? Wszyscy tylko siedzieli, jedli, ewentualnie rozmawiali, a my pod stołem przebieraliśmy nogami. Ostatecznie po podaniu ostatniego posiłku nie patrząc na innych, wyszliśmy na parkiet. To był dopiero czad! Jak zawsze szalejemy na parkiecie, to to było istne szaleństwo! Może to kwestia tego, że nikt nas tam nie znał i puściły wszelkie hamulce ? Nie mamy pojęcia. Ale wiemy na pewno, że od tej nocy, na Gozo nie byliśmy już anonimowi. W kolejnych dniach „lokalsi” zaczepiali nas na ulicy, witając, pozdrawiając i gratulując. Niektórzy śmiałkowie pytali, gdzie się nauczyliśmy tak dobrze tańczyć. Dobre, tu się uśmialiśmy. Ten, kto nas zna, ten wie, że nasz taniec to jedna wielka improwizacja. Uwielbiamy tańczyć ze sobą, czujemy się w tym bardzo swobodnie i zawsze wtedy wyzwalają się w nas niespożyte zapasy energii. Ale nie ma to nic wspólnego z choreografią, czy też wyuczonym układem tanecznym. Ale cóż, nie pozostało nam nic innego, jak w pokorze przyjąć sławę na Gozo 🙂 Bo w Polsce już wszyscy wiecie, że mój Mąż jest najlepszym tancerzem na świecie nie ? 🙂 😛
W każdym razie uwielbiam z nim tańczyć :*

Niech żyje Nowy Rok 2023!

Najdroższe pranie w życiu!

Podzielę się jeszcze jedną naszą przygodą, a może bardziej wtopą 🙂 Po przedniej zabawie sylwestrowej okazało się, że spodnie niedzielne Sebastiana są do prania. Spakowani byliśmy tak, że miało nam wszystkiego na styk starczyć na cały pobyt, tylko nie przewidzieliśmy balangi do rana. Jako, że byliśmy w 4 gwiazdkowym hotelu, wyczytaliśmy, że oferuje on taką usługę. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać 🙂 Niczego nieświadomi, poczekaliśmy aż zbierzemy więcej prania, żeby nie iść z jedną rzeczą. Wielkie było nasze zdziwienie, gdy dzień przed odjazdem otrzymaliśmy rachunek z kwotą 80 Euro za usługę prania. Okazało się, że w hotelu liczy się osobno za pranie, suszenie i prasowanie każdej, jednej, nawet najmniejszej rzeczy, na przykład bielizny. A, że trochę tego uzbieraliśmy… to nas trochę to kosztowało. Cóż, podróżując kamperem i piorąc w pralni automatycznej wychodzi „troszkę” taniej 🙂 Mniej więcej około 10 Euro za jedno pranie. A, że rzadko bywamy w hotelach to mieliśmy prawo nie wiedzieć. Ja generalnie byłam pewna, że skoro hotel 4 gwiazdkowy, to już takie usługi są wliczone w cenę 🙂 Od czasu do czasu można być stereotypową blondynką 😉 W każdym razie teraz jesteśmy mądrzejsi o nasze doświadczenie. Może komuś się ono przyda.

Majestatyczne klify

Kiedy dzieliliśmy się ze znajomymi, że lecimy na Gozo na 11 dni, dziwili się. W internecie również panuje przekonanie, że na zwiedzanie tej wyspy wystarczy 1-2 dni. Nic bardziej mylnego. Nie nudziliśmy się wcale, a wręcz przeciwnie. Po przyjeździe czujemy niedosyt i jak już wspominałam na początku, mamy pragnienie, by tu wrócić. Muszę przyznać, że najbardziej na Gozo zauroczyły nas klify.

Mimo tego, że w tym roku widzieliśmy już przepiękne klify w Apulii, tutaj szczęki z zachwytu otwierały nam się jeszcze bardziej. Jawiły nam się jako o wiele większe oraz bardziej dostępne, a jednocześnie mniej oblegane przez innych turystów. Wielkim i pozytywnym zaskoczeniem było dla nas to, że mogliśmy legalnie chodzić po klifach.

Nie było nigdzie tabliczek z zakazami pod karą grzywny oraz z informacjami o monitorowaniu obszaru ani też budek z biletami wstępu, które należało kupić. Totalna wolność. Widzieliśmy tylko tabliczki z ostrzeżeniem o spadających odłamkach skalnych. A więc każdy wchodzi na własną odpowiedzialność. Bardzo nam się to podejście podobało. A więc urządzaliśmy sobie spacery po kilkanaście kilometrów wzdłuż klifów i przygotowani w prowiant spędzaliśmy na nich cały dzień.

A wieczorem szliśmy świętować do restauracji. Obraliśmy też taki system, że jeśli jednego dnia robiliśmy trekking, to drugiego dnia szukaliśmy sobie ładnego miejsca i jechaliśmy tam na zasłużony odpoczynek.

Plaża Ramla Bay z czerwonym piaskiem
Plaża Daħlet Qorrot Bay
Plaża Daħlet Qorrot Bay od drugiej strony

Bardzo nam to odpowiadało! W szczególności, że pogoda nam bardzo sprzyjała.

Jedzonko

Bez wątpienia jedzenie odgrywa bardzo ważną rolę w naszym życiu. Już na pierwszej naszej randce, kiedy Sebastian zaprosił mnie do jednej ze swoich ulubionych restauracji, poczuliśmy wspólną więź na tym polu. On nie mógł wyjść z podziwu, jak zamówiłam policzki wieprzowe, a zaraz po nich deser, wyczyszczając przy tym talerz do zera. A ja byłam zachwycona eleganckim sposobem podania jedzenia oraz wykwintnym smakiem. A więc wybór miejsca był bardzo na plus dla Sebastiana. Ponadto po poznaniu naszych upodobań jedzeniowych (czytaj – dużo mięsa), mieliśmy pewność, że przynajmniej w tej kwestii na pewno będziemy się dogadywać. Później okazało się, że oprócz samej czynności jedzenia, uwielbiamy też razem gotować. Ale to już inny temat 🙂

Na Gozo pod względem kulinarnym bardzo miło się zaskoczyliśmy. Można było odnaleźć tam dużo wpływu włoskiego, ale jednak smaki były trochę inne. Dla mnie największym odkryciem był królik duszony w gulaszu, który jest tam jedną z tradycyjnych potraw. Był przepyszny, ale też bardzo ciekawy. Miał niesamowity smak oraz był mięciutki. Jedyne, co to miał dużo małych kostek i trzeba było uważać. Pierwszy raz miałam okazję jeść królika.

Bardzo smakował nam też łosoś z kaparami, zupa rybna Aljotta oraz Bragjoli ( zrazy wołowe nadziewane boczkiem podawane w sosie z groszkiem). Maltańskie kiełbaski podawane na ciepło do śniadania ku mojemu zdziwieniu nie przypadły mi do gustu. Było to dla mnie zaskoczeniem, ponieważ jestem wielka fanką wszelkiego rodzaju parówek. Tutaj prawdopodobnie winna była zawarta w nich kolendra, za którą nie przepadam. Natomiast muszę przyznać, że za granicą, nigdzie jeszcze nie zachwyciłam się tak parówką, jak zachwycam się naszą polską Berlinką 🙂 Mąż się śmieje, że utrzymuje ich koncern. Wcale nie płacą mi za reklamę 🙂 Absolutnie genialny dla nas był ser Gbejna podawany w panierce na ciepło. Rewelacja! Nawet Sebastian, który nie przepada za takim sposobem podania sera, zachwycił się. Ciekawe były również smaki maltańskich słodkości. Kosztowaliśmy Imqaret, czyli smażone ciasto z pastą z daktyli oraz Qagħaq tal-għasel – miodowe krążki.

W tle wspominany miodowy krążek oraz w roli głównej włoskie cannoli – pistacjowe!

Miało to specyficzny, korzenny smak. Próbowaliśmy też ichniejszego napoju Kinnie, który według nas z jednej strony przypomina Coca-Colę, a z drugiej Tonic. To również korzenne aromaty. Jedzenie na Gozo zapamiętaliśmy jako naprawdę bardzo dobre, ale do czasu. Do czasu powrotu do Polski, kiedy pierwsze, co zrobiliśmy udaliśmy się na posiłek do naszej ulubionej karczmy Skansen Smaków. Wtedy cały czar maltańskiego jedzenia prysł. No niestety, ale z polskim jedzeniem chyba nic nie wygra. Co schabowy, to jednak schabowy 🙂

Hotel

Tak jak już opisywałam w poprzednim poście poświątecznym, oferta, którą wybraliśmy zauroczyła nas w dużej mierze przez hotel. Rzeczywiście był taki, jak go opisywali. Naprawdę niezwykle urocze i klimatyczne miejsce. Mimo tego, że w wielu miejscach widać było w jego wyposażeniu upływ czasu ( choć ja bym bardziej powiedziała, że widać było ducha historii ), bezapelacyjnie nie przyćmiewało to jego bajkowości. Poniżej parę zdjęć.

Dziedziniec w naszym hotelu
Nasz hotelowy pokój
Widok z naszego balkonu

Comino

Trzeba wspomnieć, że będąc na Gozo wybraliśmy się na sąsiadującą wyspę Comino, która również należy do Wysp Maltańskich. I był to bardzo dobry wybór. Okazało się, że jest ona niemal całkowicie wyludniona. Zrobiliśmy trekking wokół niej brzegiem klifów. Zajęło nam to około 6 godzin.

Podczas tej wędrówki spotkaliśmy raptem parę osób. Turyści, którzy tam przypływają z Malty bądź Gozo, najczęściej zatrzymują się na najbardziej popularnym brzegu przy Blue Lagoon – jednej z najpiękniejszych zatok pomiędzy wyspami, i tam zostają nie wypuszczając się nigdzie dalej głąb wyspy.

Na Wyspie poza sezonowymi foodtrackami przy Blue Lagoon nie funkcjonuje nic. Spotkaliśmy pozostałości po kiedyś funkcjonującym hotelu, szpitalu, farmie świń oraz po budowlach obronnych. Jednak to wszystko jest martwe. Myśleliśmy, że pośród tej ciszy uda nam się odpocząć kontemplując Stwórcę poprzez jego dzieła przyrody. Natomiast to opustoszenie tej wyspy, gdzie ewidentnie czuć było, że niegdyś próbowano tutaj żyć, budziło w nas trudny do wyjaśnienia niepokój.

Po obejściu wyspy uraczyliśmy się wspaniałymi bezalkoholowymi drinkami w skorupkach z ananasa. Na początku, kiedy zobaczyliśmy tłumy ludzi przy Blue Lagoon, którzy piją te kolorowe napoje, śmialiśmy się z kręcącego się na naiwnych turystach biznesu. Natomiast niedługo potem zrozumieliśmy się, że nie jest to głupie. Raz, że świetny i oryginalny pomysł, a dwa, że naprawdę po 6 – godzinnej wędrówce wypicie takiego orzeźwiającego i egzotycznie wyglądającego drinka, ma naprawdę sens.

Z czym wracamy?

Oprócz dodatkowych kilogramów przywieźliśmy przede wszystkim dużo pięknych wspomnień oraz chwil, którymi mamy nadzieję będziemy żyć jeszcze jakiś czas. To był naprawdę dobry, spokojny czas, kiedy zostawiliśmy wir spraw, które czekały na nas po powrocie. Mamy świadomość tego, co czeka nas w najbliższym czasie, ale zbudowani wspólnym umacnianiem się w relacji z Bogiem, ze sobą nawzajem oraz w motywowaniu się do bycia lepszym człowiekiem, wierzymy, że jako Małżeństwo wszystko przetrwamy. Oboje czujemy, że było to nam bardzo potrzebne. Dziękujemy za bon podarunkowy kolegom Sebastiana! Dobrze go wykorzystaliśmy! A więc wypoczęci i pełni nadziei wkroczyliśmy w nowy rok 2023. W tym roku będziemy obchodzić 2 rocznicę naszego ślubu. Może wydawać się Wam to niedużo, ale my jesteśmy wdzięczni za każdy dzień razem i mamy z tego ogromną radość.  

„Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was.”1 Ts 5, 16-18

A na koniec bardzo ciepły utwór Stanisławy Celińskiej „Obfitość”. Zarówno piosenka, jak i sama wokalistka są bardzo bliskie mojemu sercu. Kobieta, która przeszła w życiu bardzo dużo i złego i dobrego, a nie zatraciła w tym wszystkim swojej kobiecości. Ma w sobie taką prostą, życiową mądrość wynikającą z czasem niełatwych, może nie zawsze dobrych wyborów w jej życiu, z walk, które nieustannie podejmowała oraz ze swojej niezwykłej wrażliwości. Ogromnie ujmuje mnie w niej również jej siła i spokój, które są wynikiem ciężkiej pracy nad sobą oraz niezłomnego zaufaniu Bogu. Na koncertach swoim słowem, śpiewem, a przede wszystkim obecnością obdarza innych dobrą energią, której nie sposób opisać. I nawiązując do mojej refleksji o tym, że z biegiem czasu zawsze będziemy już przeżywać te same miejsca, wydarzenia w nowej odsłonie – Pani Stanisława jest tego bardzo dobrym przykładem. Dużo od niej czerpię. Mam takie ciche, małe pragnienie napić się kiedyś malinowej herbaty ze Stasią 🙂

Stanisława Celińska – Obfitość

2 myśli na temat “Gozo

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Daniel Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑