Ku Górze..

Ten post wcale nie był w planie! Miało go nie, być! Następna miała być nasza Apulia. Natomiast zupełnie niespodziewanie zrodziła się w nas chęć odwiedzenia Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. A gdy wróciliśmy, jeden z najwierniejszych naszych fanów, zaczął podpytywać o relację z tego wyjazdu. Na początku podeszłam do tematu niechętnie, gdyż nie mając w planach pisać o tym posta, nie „fociliśmy” 🙂 Natomiast w związku z tym, że nasz kibic nie odpuszczał i drążył temat dalej, a w tym samym czasie na e-mail-a przyszły zdjęcia z naszego wyjazdu robione przez koleżankę, sprawa była już przesądzona. Trzeba było siadać i pisać. Daniel, dziękuję za inspirację! Dodatkowo zostały mi Twoje słowa z ostatniego spotkania, że czasem nie wystarczy słuchać i wziąć dla siebie, trzeba też mówić innym, dać świadectwo. A więc opowiemy światu o Józku 🙂

Wszystko zaczęło się od podjęcia przez nas 33-dniowego przygotowania do zawierzenia św. Józefowi, które zaczęliśmy wspólnie 15 lutego. Jego uwieńczenie miało miejsce 19 marca, kiedy to w Kościele obchodzone jest jego święto. Informację o tym znalazłam ja na Facebooku. Mój Mąż nie jest tak na bieżąco z tym portalem jak ja 🙂

Gdy połączyłam fakty, że koniec przypada tuż przed moją zaplanowaną wizytą w szpitalu, od razu przyszła mi myśl, że może to wydarzenie jest dla nas. Sebastian przyjął moją propozycję bardzo ochoczo. Już wcześniej kilka razy usłyszał, że warto czerpać ze wzoru męstwa św. Józefa. A więc się zaczęło! Rozważania bardzo nam się podobały. Mimo, że w Piśmie świętym nie ma zbyt wielu informacji o małżonku Maryi, wyciągnięte zostały naprawdę wartościowe spostrzeżenia. Można było zobaczyć perspektywę św. Józefa, której wcześniej nie widzieliśmy. Rozważania były bogate również w świadectwa wielu świętych, którzy czcili św. Józefa oraz otrzymywali od niego szczególne łaski. Dla mnie było bardzo ważne w tych treściach, że świętość św. Józefa była przedstawiana zaraz obok świętości Maryi. Można powiedzieć, że zawierzając się świętemu Józefowi byliśmy ukierunkowywani również na oddanie się w ręce Matki Bożej. Dla nas jest ona szczególnie bliska, ponieważ wspólne odmawianie różańca towarzyszy nam od początku budowania naszego związku. I mamy nadzieję, że będzie z nami obecne do końca życia. Przytoczę zdanie, które najbardziej mi zostało w sercu: Przynależenie do rodziny z Nazaretu – zaakceptowanie św. Józefa jako ojca, Maryi jako matki, a Jezusa jako brata – jest najpewniejszym, najłatwiejszym i najszybszym sposobem zostanie członkiem rodziny Trójcy w niebie”. Nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Rekolekcje powstały w oparciu o materiały formacyjne przygotowane przez ks. Donald H. Calloway’a, autora książki – podręcznika „Konsekracja św. Józefowi„.


W czasie tych 33 dni akurat był grany w krakowskich kinach „Opiekun”. Jest to film oparty na faktach, który opowiada o świętym Jozefie oraz przedstawia historie rodzin, którym pomogło Jego wstawiennictwo. Wobec tego postanowiliśmy wybrać się na randkę do kina. Musimy przyznać, że zupełnie nie spodziewaliśmy się aż tak dobrego filmu. Zdarza się, że filmy chrześcijańskie są zbyt oczywiste, niekiedy nachalne w swojej treści, bądź jakość nakręcenia i doboru obsady pozostawia wiele do życzenia. Szkoda, bo zazwyczaj przedstawiają dużo mądrych i wartościowych tematów. Natomiast film „Opiekun” na pewno do takich nie należy. Oglądaliśmy z dużym zaciekawieniem. Bardzo podobało mi się to, że zostały pokazane historie zwykłych ludzi, które znamy z życia. A ich świadectwo pokrzepiło na duchu. Ogromnie poruszyła mnie opowiedziana w filmie historia księży, którzy byli więźniami obozu zagłady w Dachau podczas II wojny światowej i ich ogromna wiara, dzięki której za przyczyną św. Józefa cudem przeżyli. Nie będę dalej spojlerować, bo może ktoś z Was się jeszcze nie wybrał, a do czego bardzo zachęcam. Ponadto w filmie zostało przedstawione bardzo ładnie z lotu ptaka miasto Kalisz, w którym znajduje się Narodowe Sanktuarium św. Józefa – Bazylika kolegiacka Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. To jest link do do zwiastunu filmu: https://www.youtube.com/watch?v=OnqpN4WxWSk A więc przyszło nam natchnienie, by odwiedzić św. Józefa w Kaliszu i to na nasze zakończenie 33-dniowych rekolekcji – 19 marca. Tego dnia, w święto św. Józefa – odbywała się tam uroczysta Eucharystia z zawierzeniem św. Józefowi dla tych, którzy odprawiali właśnie te rekolekcje, co my. Pomyśleliśmy też o tym, by zaproponować jeszcze paru osobom, żeby z nami pojechały i może przez to zbliżyły się do św. Józefa, czy też otrzymały od niego łaski. Okazało się, że jedna z koleżanek, która z nami pojechała, jeszcze zanim jej zaproponowaliśmy, czuła natchnienie, by właśnie tam się wybrać. Natomiast nie podejmowała tego wyzwania z racji tego, że sama nie jeździ samochodem, a pociągiem z Krakowa jest to ciężkie do zrobienia w jeden dzień. A kiedy sam kierowca w takiej sytuacji się zgłasza, to chyba znak, że miała tam pojechać. Ten, kto mnie zna, ten wie, że lubuję się w różnych znakach 😉 Także jechaliśmy z poczuciem, że Opatrzność rzeczywiście nas tam wszystkich prowadzi w jakimś konkretnym celu. A więc zapakowawszy się do naszej kruszynki, ruszyliśmy w stronę Kalisza.

Bardzo ujęło mnie to, że mimo iż wokół Sanktuarium nie ma standardowej otoczki, takiej jaką znam z miejsc kultu religijnego, czyli ogromu sklepików, stoisk z pamiątkami, lodami itd., a przybyło tam tak dużo ludzi. I to zarówno młodych, starszych, a także rodzin z dziećmi. To pokazuje, że Ci ludzie przychodzą tutaj w konkretnym, ważnym celu. Obok Bazyliki ciągnie się duży park, z którego słychać odprawiające się Msze Święte. Zresztą Sanktuarium znajduje się w samym centrum miasta, więc nawet spacerując po rynku można poczuć, a nawet usłyszeć Ducha Świętego 🙂

Sam Kalisz nie zachwycił nas jakoś szczególnie. Przede wszystkim z uwagi na to, że w większości centrum miasta, było wszystko rozkopane, ponieważ trwały remonty. Przez to też większość restauracji była zamknięta, co sprawiło nam trochę kłopotu. Mieliśmy niedużo czasu na to by zjeść, a blisko godzinę straciliśmy na szukanie czegoś otwartego, co nie było cukiernią, ani budką z kebabem, tylko miejsca, gdzie można było zjeść coś obiadowego. Na szczęście w końcu się udało i to nawet z zachowaniem postu eucharystycznego, co również było dla nas istotne.

Podsumowując Kalisz zdecydowanie lepiej prezentował się na filmie niż w rzeczywistości.

Natomiast już przechodzę do sedna, czyli do celu, w jakim tam przyjechaliśmy – Mszy świętej z zawierzeniem św. Józefowi. Eucharystia była przepiękna. Tłumy pielgrzymów, uroczyste nałożenie przez kapłana poszczególnym osobom szkaplerzy św. Józefa, wzniosłe pieśni oraz konkretne kazanie księdza, a po Mszy Świętej wspólne, godne odczytanie aktu zawierzenia sprawiły, że ten czas przeżyliśmy naprawdę wyjątkowo. Kapłan nie mówił długo, a wskazał wiele ważnych aspektów cierpienia, na które wcześniej w ten sposób nie patrzyłam. Zwrócił uwagę na tak liczne nas tu zgromadzenie oraz na to, że każdy z nas przychodzi tutaj do św. Józefa z konkretnymi sprawami, problemami, prosząc Go o ich rozwiązanie. Przytoczył historię niewidomego od urodzenia z czytanej Ewangelii, (J 9, 1-41), którego Jezus uzdrowił, dzięki czemu ten przejrzawszy na oczy nie tylko fizycznie, uwierzył w Boga. A w wyniku tego zaczął głosić o Nim świadectwo, mimo odrzucenia przez innych z tego powodu. Ksiądz porównał tego człowieka z nami, którzy przychodząc ze swoimi problemami do św. Józefa, często nie mamy świadomości, że Bogu chodzi o coś więcej niż tylko rozwiązanie ich. Podkreślił, że nasze problemy same w sobie czasem są tylko środkiem, dzięki którym tu jesteśmy i dzięki którym możemy się otworzyć na działanie Boga w naszym życiu w szerszym kontekście naszego nawrócenia, docelowo zbawienia. Zostawił nas z pytaniem, czy przychodząc tutaj mamy świadomość, że to, o co prosimy, może nie być wcale najważniejsze dla nas i dobre? Z pytaniem, czy mamy gotowość otworzyć się na Bożą perspektywę cierpienia i jego sensu? Czy nie zatrzymujemy się tylko na swoich pragnieniach i przez to nie zamykamy na działanie Łaski Bożej? I kiedy tak sobie o tym myślę, naprawdę widzę tę perspektywę. Może gdyby nie nasze trudności, problemy ze zdrowiem, z którymi się zmagamy, nie pragnęlibyśmy tak zażarcie się modlić, podejmować się różnych postów, nie zaprzyjaźnilibyśmy się z tyloma świętymi. Może gdyby to, o co prosimy, spełniłoby się od razu, nie mielibyśmy tylu kryzysów trwania przy Bogu, zawodów, rozczarowań i nie musielibyśmy tak o naszą wiarę zabiegać. A w konsekwencji nawzajem się wspierać, podnosić i nawracać. Bo tak zazwyczaj jest, że w momencie, kiedy jeden jest słabszy, to drugi ma wtedy więcej siły. I dzięki temu idziemy do przodu. Raz z przystankami, czasem z krokiem w tył, ale ostatecznie nie ustajemy w drodze. Może nie bez powodu rozmawialiśmy ostatnio też z jedną osobą z naszej rodziny na temat tego, że nawet w chorobach można odnaleźć korzyści dla pacjenta. Ja sama widzę też dużo więcej przyziemnych rzeczy, które by się nie wydarzyły, gdyby nie nasze problemy. Między innymi nasze podróże, pisanie bloga, nasza decyzja o rezygnacji z mojej pracy i zajęcie się przeze mnie „domem”, mój rozwój kulinarny w kuchni, podejmowane przez nas różne aktywności społeczne i pomocowe, angażowanie się w naszej Wspólnocie oraz wiele innych rzeczy. Zauważam także, że zaczynam bardziej doceniać właśnie te małe, prozaiczne rzeczy. Poza tym dzięki trudnościom, które nas spotykają, ukazało się wiele wspaniałych cech mojego Męża, których wcześniej nie miałam okazji zobaczyć. Pewnie też pojawiła się sposobność, by wiele cnót w sobie rozwijał, a nad wieloma pracował. Czas ostatnich miesięcy to u nas również czas nieustannej niepewności, która budzi we mnie wiele lęków. Ale z drugiej strony patrzę na to w ten sposób, że jest to również wielkie dobro, bo dzięki temu doświadczeniu zmierzam się z nimi i uczę się nad nimi panować. Jak w piosence często wspominanej przeze mnie Stanisławy Celińskiej – Nie strasz. I za to wszystko jesteśmy bardzo wdzięczni. A kto wie, co się jeszcze dobrego wydarzy. Tylko trzeba otworzyć się na tą Bożą perspektywę, która może okazać się zupełnie różna niż ta nasza. Oczywiście nie jest to łatwa sprawa, wymaga od nas dużo odwagi. Bo to wbrew temu, co znamy, na przekór naszym wypracowanym, dającym poczucie bezpieczeństwa schematom. Przede mną na pewno jeszcze długa droga.

Byle ku Górze 🙂

Na koniec chcę Was bardzo zachęcić do zaprzyjaźnienia się ze świętym Józefem. Ja póki co zaczynam Go poznawać i w związku z tym nie mam jeszcze za wiele do opowiedzenia o Nim. Natomiast głęboko wierzę, że i przyjdzie kiedyś czas na świadectwo. Podsyłam też przepiękny utwór, który jest również piękną modlitwą do św. Józefa – Chór i Zespół Instrumentalny Duszpasterstwa Akademickiego w Kaliszu – Rozmowa ze św. Józefem.

4 myśli na temat “Ku Górze..

Dodaj własny

  1. Piękne świadectwo. Chwała Panu! A Rozmowa ze św. Józefem – odkąd usłyszałem podczas internetowej nowenny do św. Józefa (prowadzonej przez Ziemię Boga) – często do niej wracam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Pięknie! My też się zaprzyjaźniliśmy z Józkiem 🙂 Sebastian nawet dostał jego figurę i codziennie siedzi z nim w biurze, jak pracuje 🙂 Jak było w tym roku jego wspomnienie, to mówiłam mu, żeby go ładnie wypucował Pronto 😀

      Polubienie

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑