Najpierw się wytłumaczę
Ojj długo nie było wpisu. Zdecydowanie za długo. Zacznę od wytłumaczenia się. Niestety zbieg różnych wydarzeń w naszym życiu prywatnym nas troszkę zatrzymał. Natomiast jak człowiek wypadnie już z rytmu, nie jest łatwo wrócić. Jako, że ja (Kinga) głównie piszę bloga z racji większej ilości czasu do dysponowania, niestety muszę się do czegoś przyznać. Otóż, sposób, który wybrałam na pisanie, czyli siadanie do tworzenia nowego wpisu w przypływie weny, totalnie się nie sprawdził. W momencie, kiedy wypadłam z rytmu, o czym wspominałam, rzuciłam się w wir innych równie ważnych i przyjemnych rzeczy. W skutek tego wena się w ogóle nie pojawiała, a blog świecił pustkami. Tutaj piosenka:
Blue Cafe – Świat nie będzie na nas czekał
Mój wspaniały Mąż polecił mi jakiś czas temu, żebym zmieniła taktykę i każdego dnia poświęcała jakiś konkretny czas na tworzenie, a przynajmniej szukanie inspiracji, oglądanie zdjęć. Ale ja „dusza artysty” długo opierałam się, by skorzystać z tej rady. Uwielbiam moment, kiedy przychodzi wena, a ja nie mogę nadążyć za pisaniem. Wtedy czuję się tak, jakbym chciała się tym, co mam w głowie zachłysnąć. Porównuję to z momentem, kiedy nadchodzi czas, kiedy na wielkim głodzie jem moje ulubione danie, na które codziennie sobie nie pozwalam, albo wymaga dużo zachodu i czasu, więc jem je rzadko. Natomiast przyznaję, że nie jest to dobre dla prowadzenia naszego bloga, który jest dla nas bardzo ważny. A więc oficjalnie deklaruję się, że skorzystam z rady mojego Męża i będę codziennie poświęcać naszej stronie czas. Amen! 🙂
Ponadto niedawno, a dokładnie wczoraj :), trafiłam w internecie na świetną babeczkę, która mnie zainspirowała do powrotu do pisania. Jest to Anna H. Niemczynow – https://www.annaniemczynow.pl/o-mnie/
Nie będę przytaczała całej historii tej kobiety, powyżej wkleiłam link do jej strony internetowej. W każdym razie odnalazłam u niej dużo podobieństw do siebie. Mimo tego, że do tej pory udało mi się przesłuchać zaledwie jeden wywiad z nią i przeczytać parę wpisów na jej blogu, w głowie zostało parę ważnych słów, które były mi potrzebne. Mocno wierzę w to, że jeśli powierzamy nasze życie Bogu, to On prowadzi nas i działa właśnie przez naszą codzienność, którą zapewne wiele osób niewierzących nazwie zbiegiem okoliczności. Jak kto, chce 🙂
Jednym z powodów, dla których ciężko mi było wrócić do pisania były nieszczęsne „zasięgi” naszego bloga i fanpage. Niestety, trochę się na tym zafiksowałam. Był już moment, że gdy pisanie postów szło w miarę płynnie, zasięgi rosły bardzo szybko, a z nimi mój zapał i radość. Natomiast po czasie przymusowej przerwy w pisaniu z powodu naszych spraw osobistych, rzecz jasna zasięgi spadły. A wówczas po pierwsze, ciężko było wrócić po wybiciu się z rytmu, a druga sprawa – demotywacja tym, że przy włożeniu dużej ilości energii i czasu w pisanie, prawdopodobnie i tak dotrze on tylko do garstki osób. W jednym z wywiadów z Anną H. Niemczynow usłyszałam zdanie, cytuję: „Ciągle przełamuję lęki, ale wysyłam (książkę do wydawcy) z taką głęboką wiarą, że to co robię jest dobre. Idę w którąś stronę. Jeśli mam czyste intencje, jeśli chcę dobra, to czego ja mam się bać ?(…)Moją intencją jest zawsze podawać dłoń czytelnikowi i ciągnąć go w górę, bo na tym mi zależy od samego początku. Trzeba po prostu robić rzeczy, których się boimy. To jest takie proste, a jednocześnie trudne”.
Dzięki tym paru zdaniom zrozumiałam jeszcze bardziej, nie powinno się skupiać na tym, jak przyciągnąć czytelników, jak zdobyć popularność, a pisać by robić coś dla siebie i innych. To, że zdecydowałam się pisać bloga, dzielić się naszymi podróżami, doświadczeniami i refleksjami – uważam za pewnego rodzaju powołanie/posłanie do ludzi. I niezależnie od tego, czy przeczyta to jedna osoba, dziesięć czy czterdzieści, to warto tworzyć. By dawać innym dobro. „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” Mt 10, 8. Anna H. Niemczynow na swoim blogu wspominała również o tym, że gdy zasiada do pisania, prosi Pana Boga, żeby jej dyktował, to co ma pisać. I z pełną pokorą przyznaje, że jak Stwórca każe jej przestać pisać, to pewnie z bólem serca, ale przestanie się tym zajmować. Jak to sama określa, to On „rozdaje karty”. Ten aspekt też bardzo czuję w swoim życiu. Nie tylko w sferze pisania. Ze mną było tak, że ja już jako małe dziecko pisałam opowiadania, powieści, wiersze. Brałam udział w przeróżnych konkursach. Potem przyszedł okres nastoletniego buntu, dojrzewania i dochodzenia do dorosłości i moje natchnienie w dużym stopniu zostało uśpione. Czasem gdzieś tam jeszcze coś pisałam dla kogoś, a także do szuflady. Coś cały czas we mnie drzemało. Ale dopiero teraz, u boku wspaniałego Męża, dzięki któremu mam przestrzeń do tego, by słuchać swojego serca, uśpione natchnienie się zaczyna budzić i coraz bardziej ujawniać. I to, że trafiam na ludzi, którzy w mniej lub bardziej pośredni sposób mnie motywują do pisania raczej nie dzieje się bez przyczyny. Czy to przypadek ? Nie sądzę 🙂 Myślę, że wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Zarówno osoby spotkane na naszej drodze, relacje, które nawiązujemy z nimi, a także nasze błędy, dobre i złe decyzje oraz okoliczności, jakie stawia przed nami życie.
Zakończę ten wątek piosenką:
Perfect – Wszystko ma swój czas
OFF-ROAD w Serbii
A więc po krótkim (!) wstępie przechodzę do sedna, o czym chcę tutaj napisać, a mianowicie do naszych tegorocznych wakacji. W tym roku były one wyjątkowo przez nas wyczekiwane. W zasadzie od początku roku mierzyliśmy się z różnymi trudnościami i wyzwaniami w kwestiach zdrowotnych. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale zarazem głodni podróży i oderwania się od spraw codziennych. Kiedy okazało się, że zdrowie i inne okoliczności pozwalają nam na wyjechanie na wakacje, przeszliśmy do ustalania, gdzie pojedziemy. Jak to przystało na Małżeństwo, nie mogło być zgody od razu. Jesteśmy z jednej strony tak dobrze dopasowani, a z drugiej jak ogień i woda. Często w momentach, kiedy po burzliwym konflikcie wreszcie dochodzimy do konsensusu, śmiejemy się, że „to musi być Miłość”. W innym przypadku przecież byśmy się pozabijali 🙂 Poniżej piosenka 🙂 Mimo, że muzyka Cleo nie jest rodzajem muzyki, którego słucham, to ten utwór wyjątkowo wpadł mi w ucho. I przede wszystkim bardzo pasuje do naszego Małżeństwa. Odkryłam ją przez wyświetlenie na profilu na Facebooku koleżanki z dawnej Wspólnoty, z którą już bardzo długi czas nie miałam kontaktu. Ku mojemu zaskoczeniu niedawno dowiedziałam się, że ta dziewczyna śledzi naszego bloga, co jest dla mnie niesamowicie wzruszające. Uwielbiam odkrywać takie perełki. Czasem nawet nie wiemy z iloma osobami spotykamy się na poziomie Duszy. Pozdrawiam Cię Gosiu 🙂
Cleo – Żywioły
W każdym razie Sebastian bardzo chciał zobaczyć w tym roku coś innego niż Włochy 🙂 Już od dłuższego czasu chodziła mu po głowie Portugalia i nie chciała odejść. Jedyne, co go zniechęcało to to, że słyszeliśmy od znanych nam vanlifer’sów Kasi i Łukasza z Podróżovanie, że weszło tam bardzo restrykcyjne prawo, nieprzychylne dla kamperów. A stało sie tak z powodu dużej ilości osób podróżujących w ten sposób, a nawet żyjących, którzy niestety zostawiali po sobie śmietnik. Oczywiście wchodziły tu również względy finansowe niezostawiania przez podróżników pieniędzy w hotelach i restauracjach, co źle wpływa na budżet państwa. No, ale mimo wszystko pokusa zobaczenia Portugalii w Sebastianie była żywa. Natomiast jak się domyślacie, ja zakochana po uszy w Toskanii od pierwszego wejrzenia, byłam bardzo monotematyczna. Więc trwały obrady. W pewnym momencie doszliśmy do konkluzji, że skoro każde z nas opowiada się za czym innym, trzeba nam wybrać zupełnie inny, neutralny cel.
Wówczas wyświetliło mi się na Facebooku wydarzenie organizowane przez znaną nam ekipę – Pathfinders. Ich głównym celem jest tworzenie tras off-road. Skupiają się na województwie podkarpackim. Organizują zloty i wyprawy dla miłośników samochodów 4×4. Promują ich region i odkrywają nowe, niedostępne miejsca dla zwykłego turysty. Wszelkie trasy, które przygotowują, starają się robić jak najbardziej profesjonalnie. Drogi, którymi prowadzą ekipy samochodowe do poszczególnych celów są legalne, a ich działalność nie stanowi zagrożenia dla środowiska i otaczającej nas przyrody. Byliśmy z nimi na wyjeździe 2 razy. Pierwszy raz na jednodniowym wypadzie w Bieszczady, by nabrać trochę obycia z jeszcze wtedy świeżo kupioną terenówką i jazdą w terenie. Chłopaki dali nam dużo cennych uwag, które są bardzo przydatne także w zwykłym użytkowaniu tego auta. Wszystko działo się w bardzo luźnej i przyjemnej atmosferze. Mieliśmy dużo zabawy, ale również dużo się dowiedzieliśmy. Choć niewątpliwie moje serce skradli przepysznymi, domowymi pączkami zrobionymi przez Mateusza mamę, którymi nas poczęstowali. Był to akurat tłusty czwartek 24 lutego 2022 roku. Wypad z nimi był niespodzianką prezentem dla Sebastiana na naszą miesięcznicę ślubu. Przez pierwszy rok świętowaliśmy każdą, ciesząc się, wspominając i nawzajem sobie dziękując za tę najważniejszą decyzję w życiu.

A potem pojechaliśmy odpocząć do wspaniałego domku na skraju lasu w Olszanicy koło Leska. Naprawdę było to pośród niczego, wokoło las, rzeka i dzikość. Wnętrze domku było małe, skromne, regionalne, ale miało wszystko, co potrzeba. Bardzo nam się podobało to miejsce, uwielbiamy takie klimaty. Z pewnością tam jeszcze wrócimy. O ile wcześniej sąsiad nie wybuduje kolejnych domków obok, bo wtedy przestanie to odpowiadać temu, czego zazwyczaj szukamy. A niestety widzieliśmy, że sąsiad chyba pozazdrościł właścicielowi tego domku kręcenia biznesu, bo za ogrodzeniem coś zaczyna się powoli budować. Ale z tego co wiemy, to jeszcze póki co nic tam nie ma, więc jak najbardziej polecamy, jeśli lubicie dzikość, ciszę i naturę tak jak my.

Drugi raz byliśmy na wyjeździe weekendowym organizowanym przez Pathfinders już z innymi ekipami, też na Podkarpaciu. Wtedy także nam się podobało. Było trochę jazdy w terenie, trudności technicznych, pomocy sobie nawzajem w grupie, ale nie zabrakło również pięknych widoków i integracji przy ognisku.

Koniec dygresji! 😉 Mam nadzieję, że już się przyzwyczailiście i to moje wtrącanie różnych wątków zaakceptowaliście 🙂 Wszystko jest ważne!
A więc wracając do tego, co wyświetliło mi się na Facebooku, kiedy postanowiliśmy wybrać neutralny dla nas cel naszych wakacji…🙂 Był to wyjazd „Serbia Wschodnia – od Dunaju po samo południe” organizowany przez Pathfinders. Już w tamtym roku w wakacje namawiali nas na organizowany przez nich wyjazd do Rumunii. Natomiast wówczas mieliśmy już zaplanowane Włochy, więc choćby skały srały…. 🙂 No! A tym razem jednym słowem nam – siadło 🙂 W zasadzie już jakiś czas temu rozmawialiśmy, że fajnie by było pojechać na Bałkany, gdyż dzikość tych terenów i mentalność ludzi bardzo sprzyja naszemu stylowi podróżowania z domem na kółkach 🙂 A i termin nam odpowiadał. Jedyne wątpliwości, jakie mieliśmy to, czy damy radę funkcjonować w trochę innych warunkach podróży, niż te które znamy i jak się w nich odnajdziemy. Pierwsza sprawa w terenówce takie rzeczy jak gotowanie, mycie się trzeba ogarniać na zewnątrz. Tak samo spanie w namiocie albo przekładanie bagaży na przednie siedzenia i nocleg w aucie na złożonych siedzeniach. A w kamperze mamy wszystko w środku, nic nie musimy rozkładać ani przenosić. Po prostu zajeżdżamy na miejsce, zamykamy się i nie rzucając się w oczy mamy tak zwany święty spokój i możemy delektować się chwilą. Drugą naszą obawą było nasze odnalezienie się w towarzystwie tak zróżnicowanej grupy osób z innych ekip, z którymi mielibyśmy spędzić tydzień czasu. Wakacje zawsze spędzaliśmy sami, czując się ze sobą dobrze i swobodnie. Nawet przy naszych silnych temperamentach i różnicach w charakterach po prostu lubimy ze sobą przebywać i spędzać czas. Natomiast na takim wyjeździe jesteśmy skazani na grupę kilkudziesięciu osób, których w ogóle nie znamy. Zdarzają się osoby tak bardzo zafascynowane terenówkami, że ciężko z nimi porozmawiać na inny temat niż wyposażenie auta, jego osiągi lub koszty wszystkich przeróbek i ulepszeń. Inny temat to picie alkoholu. Sami jesteśmy abstynentami, więc mocno zakrapiane integracje są dla nas bardziej obawą niż radością. Natomiast wiadome – nie ma co generalizować i zakładać, że akurat tym razem trafią się jakieś problematyczne osoby. Zatem nie pozostało nic innego jak tylko podjąć wyzwanie! Wspólna decyzja zapadła – jedziemy!
Nasze przygotowania do wyjazdu rozpoczęliśmy od listy rzeczy, które musimy zrobić i przygotować. Jako, że Sebastian jest człowiekiem bardzo zorganizowanym, co bardzo przydaje się w naszym wspólnym życiu, nie protestowałam. Uważam to za bardzo dobrą cechę, której mi niestety brak. Choć nierzadko powoduje to wiele napięć w naszym Małżeństwie, gdyż ja naturalnie sama o takich rzeczach nie pomyślę, a i czasem jemu w tym potrafię przeszkadzać. Przygotowania zaczęły się mniej więcej z miesięcznym wyprzedzeniem. Najpierw zabraliśmy się za ogarnięcie tematu mat termicznych do naszego Jeepa. Niestety okazało się, że firmy, które się zajmują szyciem takich rzeczy na miarę, maja terminy dopiero na wrzesień. Natomiast wyjazd był zaplanowany na końcówkę lipca. A gotowych mat produkowanych dla modelu naszego samochodu na rynku nie było. Jednak nie poddaliśmy się. Kupiliśmy materiał na matę termiczną na szyby do uszycia i zaczęliśmy działać.

Oboje stwierdzamy, że była to okropnie podła robota. Najpierw odmierzanie naszych 8 szyb w samochodzie, robienie szablonów, odrysowywanie, wycinanie, zszywanie, a potem jeszcze oczyszczanie taśmą brzegów. Wykończyło nas to, ale wspólnymi siłami do dnia wyjazdu ogarnęliśmy temat. A oto efekty naszej pracy:

Ponadto w ramach przygotowań do wyjazdu musieliśmy ogarnąć kuchenkę do gotowania, podręczne garnki oraz sztućce, pudełka do pakowania rzeczy, słuchawkę prysznicową na baterię, kran do zmywania, baniaki na wodę, miski do zmywania i prania oraz wiele innych rzeczy. Pewnie można było jeszcze więcej, ale z uczciwością przyznajemy, że zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy. Uważamy, że jak na nasz pierwszy wyjazd w takim stylu, byliśmy dobrze przygotowani.

Wyjazd zaczynał się w sobotę wieczorem na kempingu nieopodal Belgradu. My wyruszyliśmy już w piątek popołudniu. Chcieliśmy jeszcze po drodze zaczepić o Belgrad, by zwiedzić stolicę Serbii, polecaną przez naszych ulubieńców, oczywiście Podróżovanie. Droga nam się bardzo dłużyła przede wszystkim z powodu przejazdu rzez Słowację. Niestety trafiliśmy na ogrom remontów, a w związku z nimi ograniczeń prędkości i ruchów wahadłowych. To sprawiało, że cały czas mieliśmy wrażenie, że mimo to, że ciągle jedziemy, nie możemy nic ujechać. Nocleg na bardzo obleganym MOP-ie również nie napawał nas optymizmem. W szczególności, że postanowiliśmy nie przekładać bagaży do przodu z tyłu, tylko spróbować rozłożyć je po bokach i spać pośród nich. Nie chcieliśmy wzbudzać zainteresowania pośród innych podróżnych robiących tam przerwę. Pomysł ten okazał się strasznym niewypałem, ponieważ w konsekwencji zabrało nam to mnóstwo miejsca. A więc nie dość, że było nam strasznie gorąco, bo nie zrobiliśmy sobie przewiewu otwierając okien, to jeszcze gnietliśmy się przyklejeni jeden do drugiego. Przynajmniej mieliśmy już wnioski, jak nie możemy spać podczas kolejnych nocy. Mocno umęczyliśmy się też czekając w kolejce, by przekroczyć granicę i wjechać do Serbii. Staliśmy w ciężkim słońcu blisko 2 godziny. Chwała Panu, że zjedliśmy pożywne śniadanie! Po przekroczeniu granicy dopiero na którejś z kolei stacji paliwowej udało nam się kupić serbską kartę, by móc korzystać z ich internetu po normalnych cenach. Z racji tego, że Serbia nie należy do Unii Europejskiej, rozmowy telefoniczne, sms-y, a przede wszystkim połączenia internetowe na polskiej karcie są bardzo drogie. Nam za korzystanie z GPS-a dopóki nie udało nam się dostać ich SIM-a, zabrało ponad 100 złotych. Natomiast nasze niedogodności wynagrodził nam piękny Belgrad.

Ale to nie koniec przeciwności. Tak nam się spodobał Belgrad, że spacer nam się troszkę przedłużył i ostatecznie mimo jedzenia obiadu w bardzo dużym pośpiechu, nie zdążyliśmy na Mszę świętą wieczorną, na którą bardzo chcieliśmy się wybrać.

Fakt jest również taki, że nie mieliśmy tam zbyt dużo czasu, ponieważ sporo go straciliśmy na szukanie bezpiecznego miejsca na zaparkowanie auta, jak to bywa w centrum dużego miasta. Wszędzie były zakazy i znaki z ograniczeniami i napisami w ich języku, których nie rozumieliśmy. Na szczęście jak to mówią „koniec języka za przewodnika”. Tutaj nie było większego problemu, by kogoś zaczepić i zapytać po angielsku o przetłumaczenie znaku z ograniczeniami. W końcu urwaliśmy miejscówkę, którą wypatrzyłam poza wytyczonymi miejscami parkingowymi. Ja się bardzo ucieszyłam, bo raz, że za free, a dwa mogliśmy być pewni, że nie stoimy na żadnym miejscu zarezerwowanym dla xx w dniach xx i godzinach xx. Sebastian natomiast nie podzielał w takim samym stopniu mojego entuzjazmu. Ja „serce”, Mąż „rozum”. Tak było, jest i będzie, to się ma we krwi 🙂 On zawsze woli zaparkować w wyznaczonym miejscu do parkowania, nawet jeśli jest płatne. Wtedy po prostu czuje się bezpieczniej, że nikomu nie będzie przeszkadzało, że tam stoimy. Jest to zrozumiałe, szczególnie za granicami Unii Europejskiej, gdzie kultura jest zupełnie inna od naszej. Więc staram się zbytnio nie oponować w takich sytuacjach. Natomiast na warunki i czas, jakie mieliśmy, po prostu nam się udało.

Na kemping zajechaliśmy wieczorem, ale nie byliśmy ostatni. Za nami jeszcze dojechała jedna ekipa, a było ich 10 plus organizatorzy. Czekała tam na nas miła niespodzianka. Na terenie kempingu był basen, z którego za drobną opłatą można było skorzystać. Po dniu pełnym wrażeń i dwóch dniach w podróży nie zastanawialiśmy się długo. Czym prędzej wskoczyliśmy w kostiumy kąpielowe i sruuu do wody. To było coś pięknego! Nie wiem czy też tak macie, ale mnie samo bycie w wodzie bardzo uspokaja. Nie umiem pływać, więc tylko chodzę, pluskam się i taplam. Natomiast w zupełności mi to wystarcza, by zeszły emocje, rozluźniły się mięśnie, a umysł odpoczął. Tego wieczoru zrobiło to naprawdę dobrą robotę. Kąpiąc się w basenie, dziękowałam Bogu za ten wspaniały prezent. Pewnie siedzenia w wodzie nie byłoby końca, gdyby nie latające nad naszymi głowami nietoperze, które bardzo skutecznie nas przegoniły z basenu. Ja generalnie boję się, wszystkiego co lata i sie rusza, a nie jest człowiekiem, więc nie było opcji. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu zdążyliśmy na omówienie z organizatorami i ekipą kolejnego dnia i nie wyszliśmy na całkowitych ignorantów. Bo generalnie my nigdy z nimi nie siedzieliśmy długo podczas integracji. Często po prostu po całym dniu wrażeń potrzebowaliśmy odpocząć przy swoim aucie, a niejednokrotnie po prostu ogarnianie życia biwakowego zajmowało nam większość wieczoru i zastawała nas pora spania. Nie jesteśmy mistrzami imprezowania. Zresztą nie pijemy alkoholu więc czasem tylko psujemy zabawę.
Kolejnego dnia już zaczynaliśmy jazdę w terenie z ekipą. Na szczęście pierwszy dzień chłopaki zaplanowali lajtowy. Piszę tak, ponieważ nasz dzień z uwagi na to, że była to niedziela i chcieliśmy wcześnie rano pojechać do Belgradu na Mszę świętą, zaczął się dość wcześnie. Wymknęliśmy się po cichu, że nikt nawet nie drgnął. Rano, kiedy zauważyli, że nie ma naszego auta, ekipa miała lekkiego stracha, że uciekliśmy. Po powrocie, szybko się ogarnęliśmy i byliśmy gotowi do drogi na czas. Po paru godzinach lekkiej jazdy zatrzymaliśmy się w miasteczku, gdzie mogliśmy zrobić zakupy spożywcze oraz przejść się wokół twierdzy obronnej Smederevo. Może i sama budowla oraz pobliska rzeka były ładne, ale śmieci, które były porozrzucane wszędzie, całkowicie odbierały im uroku. Nawet do wody musiały być spuszczane jakieś brudy, ponieważ na powierzchni unosiło się coś dziwnego.

Bardzo przykrym doświadczeniem było dla nas w Serbii to, jak podchodzą do kwestii śmieci. Wysypiska przeróżnych odpadów są tam, jak i zresztą na całych Bałkanach czymś naturalnym. Z jednej strony podoba nam się u nich ta wolność, która pozwala na korzystanie z ziemii, jak tylko chcemy. Naprawdę robi wrażenie to, że można wjechać prawie wszędzie bez zezwoleń czy opłat, co w Polsce jest nie do pomyślenia. Natomiast przeraża nas to, co człowiek robi z tą wolnością. I pojawia się pytanie – co jest lepsze ? My bardzo jesteśmy za zasłyszanym kiedyś hasłem „ziemia należy do nas”, co dla nas oznacza, że powinniśmy móc korzystać z natury i na niej legalnie przebywać bez żadnych ograniczeń. Tylko widzimy, że w miejscach, gdzie jest to możliwe, człowiek w obliczu wolności, nie umie tego uszanować i z tego korzystać. Dopiero ograniczenia, zakazy i groźby wysokiej grzywny powodują, że ludzie w mniejszym wymiarze zaśmiecają ziemię. A Wy co myślicie na ten temat ? Jak według Was powinno być ? Tę refleksję zakończę piosenką.
Buzu Squat – Nasze Przebudzenie
Najlepsze wrażenie robiła twierdza z daleka 🙂

Następnie pojechaliśmy do niewielkiego miasteczka, gdzie mieliśmy parę godzin przerwy na zjedzenie obiadu, a także zwiedzanie zamku Golubac , co organizatorzy bardzo polecali. I tu nam trudności nie brakowało. W rekomendowanej przez nich restauracji powiedzieli nam, że już dzisiaj nie można zamawiać jedzenia, tylko drinki. Więc poszliśmy dalej szukać. W kolejnej knajpie usłyszeliśmy po uprzednim zmierzeniu wzrokiem od góry do dołu, że nie ma wolnych miejsc. Niestety widzieliśmy, że są. Może nie byliśmy odpowiednio ubrani ? Stroje trekkingowe nie pasują do dress code restauracji ? Oburzeni, wzięliśmy zestaw mistrza, a mianowicie krzesełka, stolik, kuchenkę oraz niezawodne kabanosy, chleb i korniszony i pojechaliśmy na zatoczkę przy drodze z pięknym widokiem na zamek i wodę, by rozpocząć niebiańską ucztę. Nie, to nie, łaski bez! Obiad był po prostu genialny! Jestem pewna, że pojedliśmy lepiej niż w ichniejszych restauracjach 🙂

Kiedy już pojedliśmy, pełni nadziei na zareklamowane przez organizatorów kreatywne trasy zwiedzania zamku Golubac z niespodziankami, ochoczo ruszyliśmy ku przygodzie. Niestety nie mogło pójść nam zbyt prosto. Nie, to nie w naszym stylu. Okazało się, że na te fajne trasy wstęp jest możliwy tylko do godziny 15, a my byliśmy parę minut później. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, najpierw poszlibyśmy na zamek, a później na jedzenie. Nie mogliśmy tego przewidzieć, a nikt z nas nie wpadł na to, żeby najpierw sprawdzić. Zresztą organizatorzy nic nie wspominali na ten temat. Minus dla nich, mogli się bardziej przygotować! A więc obeszliśmy zamek najłatwiejszą trasą, która była naprawdę słaba pod każdym względem. W środku zobaczyliśmy, co straciliśmy, ponieważ było widać części szlaków trudniejszych tras. Były elementy wspinaczki, ale przede wszystkim można było wejść w o wiele więcej miejsc i znacznie wyżej, gdzie mogliśmy doświadczyć naprawdę niezapomnianych widoków. Ale cóż musieliśmy obejść się smakiem. I tak czasem bywa. Przynajmniej udało mi się zapozować i zrobić parę fajnych ujęć na terenie zamku. Co prawda naraziłam się tym sposobem strażnikom, którzy co jakiś czas na mnie gwizdali, ale wraz z moim wspaniałym fotografem moim Mężem, byliśmy nieustraszeni. Myślę, że w żaden sposób nie naraziłam się na niebezpieczeństwo, nie zniszczyłam pomnika kultury, a jakże piękne fotki urwałam! Zobaczcie sami!




I co ? 🙂
Kolejny dzień upłynął nam na jeździe po pięknych połoninach. Poprzedniego dnia wieczorem była burza i chmury jeszcze się utrzymywały, więc zapewniało nam to dodatkowe widowisko.

Przez to miałam cały czas mały niepokój, gdyż mam taką przypadłość, że panicznie boję się burzy. Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić, co może to powodować. Nie przypominam też sobie żadnego strasznego wydarzenia z dzieciństwa z wyładowaniami.

Po prostu tak mam i już. A Wy macie jakieś swoje nieuzasadnione lęki ? Jak sobie z nimi radzicie ? Ja staram się stawiać im czoła będąc w obecności bliskiej mi osoby, przy której czuję się bezpiecznie. Wtedy próbuję siebie przekonać, że burza jeszcze nie oznacza mojej rychłej śmierci. To pomaga mi oswoić lęk. Natomiast całkowicie chyba się nie da go wyeliminować, trzeba się nauczyć z nim żyć. A Wy jakie macie doświadczenia ?

Niesamowitym doświadczeniem na tych wyjazdach z Pathfinders jest jazda w kolumnie. Z racji tego, że w terenie jeździ się bardzo powoli, wyłaniamy się jeden za drugim pomału z zarośli, gąszczu czy lasu lub gór. Niezłe wrażenie robi również to, kiedy dojeżdżając do docelowego miejsca ustawiamy się jeden za lub przy drugim autami.




W tych wyjazdach bardzo cenimy również tą dzikość funkcjonowania. Mając wszystko ze sobą, kiedy tylko jesteśmy głodni, robimy przerwę i szykujemy sobie jedzenie. Cóż to jest za smak odgrzanej domowej fasolki po bretońsku i herbatki w środku lasu! Tego nie da się z niczym porównać 🙂



Z wyjazdu zapamiętamy na długo również widoki, jakimi tam każdego dnia cieszyły się nasze oczy. Z racji tego, że poruszaliśmy się po terenach górzystych, tego naprawdę mieliśmy bardzo dużo.





A takie widoczki sprzyjają różnorakim refleksjom 🙂
Rzeczą, która ogromnie mnie urzekła na tym wyjeździe była wzajemna pomoc. Trzeba przyznać, że albo mieliśmy „felerne szczęście”, albo zwyczajnie „los z nas drwił”. Otóż praktycznie każdego dnia mierzyliśmy się z problemem z którymś autem. Kompletnie się na tym nie znam, więc nawet nie próbuję przytaczać, co dokładnie nawalało. Musiałby tutaj mnie wspomóc mój Mąż, więc jego pytajcie. Ja nawet nie próbowałam się w to mieszać, bo i tak bym nie pomogła, a mogłabym tylko przeszkadzać. Zresztą to było piękne, kiedy w momencie awarii, wszystkie chłopy znalazły się przy poszkodowanym aucie i zaczęli z wielkim podekscytowaniem działać i myśleć, a zaraz obok stworzył się naturalnie dywagujący na życiowe tematy kącik kobiet. Oczywiście i ja się w nim znalazłam. Dyskusje szły w najlepsze, niemalże w ogóle nie zwracałyśmy uwagi, że chłopy tam wydawałoby się walczą o życie. Natomiast ja kątem oka zerkałam, co się tam dzieje. Było to naprawdę urocze. Z jednej strony widać było ogromną powagę sytuacji, a z drugiej oni naprawdę mieli z tego frajdę. I za każdym razem udawało im się pomóc, a przynajmniej doprowadzić auto do takiego stanu, że mogło bezpiecznie zjechać z gór i dotrzeć na nocleg, żeby tam obmyśleć na spokojnie dalszy plan działania. Jedną rzecz, która mnie zaskoczyła i najbardziej ją zapamiętałam, to naprawa przegrzanej, wygiętej chłodnicy młotkiem, wiertarką i śrubkami. Wpadlibyście na to ? 🙂
Tak się bawią chłopcy 🙂

Te wszystkie sytuacje związane z naprawami bardzo mnie poruszyły. Można było poczuć, że naprawdę jesteśmy grupą, która jest razem. Mimo że z wieloma osobami poznaliśmy się dopiero na wyjeździe, a niektórych imion nawet po powrocie dobrze nie pamiętamy. Kiedy trwały naprawy nikt nie narzekał, że tracimy czas, nikt nie odjeżdżał, nikt nie był obojętny na to co się stało. Tak było zawsze dopóki nawzajem się nie uratowaliśmy. Często w podróży doświadczam od innych takiej bezinteresownej pomocy. Co się dzieje takiego, że w codzienności tak często ciężko nam o gesty rezygnacji z czegoś na rzecz kogoś ? I dlaczego tak trudno wziąć za coś odpowiedzialność i zaangażować się 100 % ?
Kolejnym powalającym z nóg doświadczeniem był wjazd terenówkami w kolumnie na najwyższy szczyt Serbii – mierzący 2169 m.n.p.m. To była dopiero petarda! Trzeba przyznać, że wjazd wymagał dużo uwagi oraz skupienia, a także umiejętności korzystania z auta. Był to techniczny przejazd z zapierającymi dech w piersiach widokami. Jesteśmy bardzo wdzięczni organizatorom za zaufanie i udzielanie cennych wskazówek podczas jazdy.



Wjazd na szczyt był dla nas wartościowy nie tylko ze względu na widoki oraz doświadczenie przygody i czegoś nowego. Przede wszystkim też dowiedzieliśmy się naszych reakcji na takie sytuacje. Dla mnie była to przede wszystkim uczta. Jakikolwiek stres oraz myślenie, że coś mogłoby nam się stać, całkowicie mnie opuściły. Czułam dużą adrenalinę, która mnie tylko napędzała. Mimowolnie w emocjach parę razy wykrzykiwałam do Męża, który kierował „szybciej, szybciej”. Natomiast Sebastian wykonywał każdy ruch z ogromną rozwagą i opanowaniem. On z kolei cały czas miał w głowie odpowiedzialność za nasze bezpieczeństwo. Przepaści nad którymi jechaliśmy, które ja widziałam jako widoki, którymi trzeba się napawać, przypominały mu o pokorze wobec zawodności auta oraz niekompletności swoich umiejętności i małego doświadczenia.


Podsumowując wyjazd był jak najbardziej udany. Wprawdzie nasze obawy odnośnie innego funkcjonowania w podróży niż kamperem, były jak najbardziej zasadne i znalazły duże odzwierciedlenie w rzeczywistości. Prawdą jest, że musieliśmy się dużo gimnastykować, by dać sobie radę ze wszystkim. Spaliśmy głównie w aucie, a więc każdego wieczoru zanim udaliśmy się na spoczynek przekładaliśmy bagaże z tyłu do przodu. Musieliśmy mieć w głowie, czego będziemy potrzebować w nocy oraz rano. Bo układając pudła z rzeczami z przodu, tym samym traciliśmy do nich dostęp bez konieczności przekładania wszystkiego z powrotem. Na same te rzeczy traciliśmy godzinę czasu. Niestety mimo usilnych prób przyspieszenia procedury, nie chciało być inaczej. Do tego trzeba jeszcze doliczyć przygotowywanie posiłków i mycie się. Aby to się ziściło, musieliśmy rozkładać stolik, krzesełka, kuchenkę oraz namiot przebieralnię, który służył nam do brania prysznica. Plus mniejsze już rzeczy typu baniaki, przenośne baterie, miski. A potem zmywanie, ogarnianie brudnej wody oraz przenośnej toalety. I pakowanie wszystkiego z powrotem do środka. Zajmowało to kupę czasu, który gdyby nie te rzeczy, moglibyśmy wykorzystać inaczej. Na przykład na delektowanie się chwilą, przeżywanie tu i teraz, które jest dla nas niezwykle ważne. Uwielbiamy będąc w podróży, szczególnie kiedy jesteśmy w pięknym, dzikim miejscu po prostu być i krzyczeć „Trwaj chwilo, chwilo trwaj”, jak śpiewa Zakopower. Wtedy można poczuć powiew wiatru na skórze, usłyszeć szmery lasu, a także poczuć woń pól. A przede wszystkim spotkać się ze swoim wnętrzem. Kiedy człowiek goni, ciągle jest w ruchu – ciężko mu cokolwiek usłyszeć. Wydaje się, jakby nieustannie gdzieś uciekał. Na pewno tego nam brakowało podczas tego wyjazdu. Podczas tego tygodnia i tak mieliśmy o tyle lepiej, że przynajmniej nie traciliśmy czasu na szukanie odpowiedniego miejsca na nocleg, gdzie możemy się rozłożyć z wszystkimi naszymi „zabawkami”. Odeszło nam to, ponieważ ogarniali to organizatorzy. Tak podróżując nie jest to takie proste jak w kamperze, gdzie wszystko jest w środku. Wystarczy się tylko zatrzymać, zamknąć drzwi i okna. I wszystko robimy oraz mamy wewnątrz. Z szukaniem miejsca na nocleg mierzyliśmy się podczas kolejnego tygodnia, kiedy po skończeniu turnusu z Pathfinders, zostaliśmy sami na Bałkanach jeszcze tydzień. Działo się tam tyle, że stwierdziłam, że jest to materiał na osobny wpis. Także niebawem… 🙂
Natomiast oboje jesteśmy zgodni, co do tego, że cały ten nasz wysiłek był warty zachodu. Doświadczenie jazdy w terenie, bogactwo widoków, a również ogrom dobrej zabawy i przełamywania lęków, to rzeczy bezcenne. Ponadto kiedy człowiek musi się o coś mocniej postarać, wtedy tak naprawdę, to co otrzymuje smakuje jeszcze lepiej. Ale więcej o tym będzie w kolejnym wpisie o drugiej części naszego wyjazdu terenówką. Bowiem, jak już wspominałam, turnus z Pathfinders skończył się po tygodniu. A my postanowiliśmy jechać dalej i wrócić dopiero na następny tydzień. Ahoj przygodo!
I na koniec piosenka:
Dwa plus Jeden – Iść w stronę słońca

Apetyt rośnie w miarę jedzenia – czekam na drugą odsłonę bałkańskiej przygody 🙂 Midżura chętnie bym zdobył, ale niekoniecznie terenówką. Ciekawe czy są inne szczyty z Korony Gór Europy na które można wjechać 🙂 A temat lęków – hmmm to temat na inny komentarz 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Druga odsłona już jest 🙂
No jak kto lubi 🙂 Ja też kocham zdobywać pieszo, a w zasadzie miałam pomysł, żeby wstać rano i wejść dodatkowo na nogach, ale niestety mam też wielką miłość do spania. A na tym wyjeździe było go bardzo mało, więc….odpuściłam 🙂
Myślę, że jest wiele takich szczytów. Na Bałkanach jest o tyle prosta sprawa, że nie musisz mieć żadnych pozwoleń, możesz jeździć po tych górkach wzdłuż i wszerz jak tylko masz czym 🙂 W Unii Europejskiej to nie do pomyślenia 🙂 I tutaj wchodzi kwestia tej wolności, o której pisałam. Z jednej strony to jest super, że nic Cię nie ogranicza, a z drugiej strony nie jest to dobre, bo jako ludzie nie potrafimy tego uszanować i śmiecimy, niszczymy tą naturę. I co jest lepsze ? Bądź tu mądry..
Tak, temat lęków to gruby temat. Ale niezwykle ważny! Warro na pewno go podejmować.
PolubieniePolubienie
Myślę, że w tych krajach bałkańskich, na przykład Albania czy Bośnia i Hercegowina, sytuacja z wolnością na szlakach wygląda podobnie. Tam jest zupełnie inna polityka, panują inne zasady. Totalna wolność, która oczywiście ma swoje plusy i minusy.
Temat lęków – to bardziej na spotkanie 🙂
PolubieniePolubienie