Bałkańskie podboje – duchowo, turystycznie we dwoje!

  1. Definicja nudy 🙂
  2. Rozpoczynamy drugą część urlopu
  3. Serbia – Park Narodowy Tara
  4. Bośnia i Hercegowina – Medjugorie
  5. Medjugorie – Góra Objawień
  6. Medjugorie – Križevac
  7. Wodospady Kravica
  8. Mostar
  9. Sarajewo
  10. Jedzenie na Bałkanach

Definicja nudy 🙂

Nuda ? Drodzy czytelnicy, czymże jest nuda?
Słownik języka polskiego PWN podaje następujące definicje:

1. «uczucie przygnębienia, zniechęcenia, spowodowane bezczynnością, monotonią życia»

2. «cecha rzeczy wywołującej taki przykry stan»

3. «rzecz nudna»

4. pot. «człowiek nieciekawy»”

Wikipedia podaje, że jest to stan emocjonalny wywołany bezczynnością, monotonią.

Musiałam posłużyć się pojęciami, gdyż to słowo jest nam zupełnie obce. W naszym życiu coś takiego po prostu nie istnieje. I tak było jeszcze zanim się poznaliśmy. Zarówno ja, jak i Sebastian zawsze dzień mieliśmy wypełniony po brzegi. Praca, wolontariat, Wspólnota, treningi, spotkania z rodziną i przyjaciółmi oraz czas poświęcony na rozwój duchowy. To wszystko od zawsze sprawiało, że mocno czujemy, jak płynie w nas krew, a tętno nie ustaje, a wciąż przyspiesza. Kiedy sięgam pamięcią do tyłu, bardzo dobrze pamiętam czas dzieciństwa i zabawy, szczególnie wakacje. Jako żywiołowe dziecko rzecz jasna wszędzie mnie było pełno i jak się domyślacie trudno było mnie zastać w domu. Praktycznie każdego dnia gdzieś biegałam po podwórku z rówieśnikami przysparzając rodzicom wiele trosk. Natomiast naturalna rzecz, dzieciaki w okresie wakacyjnym często wyjeżdżały na wakacje ze swoimi rodzicami, a w roku szkolnym uczyły się i odrabiały lekcje. Łącznie ze mną. Jednak nie zawsze zazębiało się to czasowo u wszystkich dzieci. Zdarzało się, że przez jakiś czas nie było do kogo wyjść na podwórko i z kim się bawić. Pamiętam, że często wtedy przychodziłam do mamy i pytałam: „co mam robić, bo mi się nudzi?” Mama mi w takich momentach zazwyczaj znajdywała różnorakie prace domowe. Ja wtedy szybko uciekałam do pokoju, udając bardzo zajętą. Wówczas brałam to po kolei zabawkę, to książkę, a za chwilę włączałam telewizor lub magnetofon. Pamiętam, że nie lubiłam bardzo się nudzić. Teraz, kiedy to wszystko wspominam, trochę za tym tęsknię. Nie pamiętam, kiedy zastanawiałam się co zrobić ze swoim dniem czy nawet popołudniem/wieczorem. Czy pójść na spacer, czy poczytać książkę, albo jeszcze coś innego. Zazwyczaj mam poplanowane spotkania w kalendarzu o co najmniej tydzień do przodu albo zaczynam działać od rzeczy priorytetowych . A weekendy planuję z ponad miesięcznym wyprzedzeniem. I mimo, że tak często na to narzekam i tęsknię za nic nierobieniem z dzieciństwa, nie potrafię tego zmienić. To musi być wpisane w moja naturę. Chwała Panu, że dał mi też stronę duchową, dzięki której rzeczywiście świadomie przeznaczam czas i przestrzeń na modlitwę i bycie z Nim. Bardzo wartościowe jest dla mnie również to, że nie pracuję zawodowo i sama organizuję sobie dzień, co kiedy robię czy załatwiam. Pomaga mi to trzymać moje życie w ryzach i daje dużo wytchnienia. To było tytułem wstępu 🙂 Kończę oczywiście piosenką.

Akurat – Czas dogania nas

Rozpoczynamy drugą część urlopu

A więc tak jak wspominałam w poprzednim wpisie, kiedy skończył się turnus z Pathfinders, my ruszyliśmy dalej. Mieliśmy wyruszyć z samego rana, ale z uwagi na nasze zmęczenie dobrymi, ale również wyczerpującymi przeżyciami z tygodnia off-roadowej jazdy, postanowiliśmy zrobić sobie luźny poranek. Ostatni nocleg mieliśmy na kempingu więc mogliśmy spokojnie zostać tam do południa. I tak też uczyniliśmy, co okazało się być bardzo dobrym pomysłem. My na urlopie dosyć mało odpoczywamy, ponieważ zawsze chcemy wykorzystać czas i zobaczyć jak najwięcej. Natomiast co jakiś czas pozwalamy sobie na zwyczajne lenistwo. Wtedy zazwyczaj udaje mi się namówić Męża na nienastawianie budzika oraz śniadanie w pidżamie, a czasem nawet i na podane do łóżka 🙂 Uwielbiam takie dni!

Serbia – Park Narodowy Tara

Kolejnym naszym celem był Park Narodowy Tara, należący do Serbii. Z racji bardzo luźnego poranka zajechaliśmy tam na wieczór. W związku z ponadgodzinnym szukaniem odpowiadającej nam miejscówki już po zmroku, godzina zrobiła nam się bardzo późna. Zaznaczone w aplikacji „park for night” miejsca okazywały się jedna po drugiej dla nas nie do zaakceptowania. Jedne znajdowały się zaraz przy samej drodze lub w terenie, gdzie było duże zagrożenie odłamywania się skał, a także w miejscach dużych skupisk ludzi. Jedna miejscówka rzeczywiście wpasowywała się w większości w nasze priorytety – była oddalona od drogi, bo przy samym zejściu do wody, otoczona zaroślami oraz był piękny widok. Miała tylko jedną wadę. Nie było tam miejsca, by postawić się równo. Ostatecznie musieliśmy zgodzić się na nocleg przy drodze u wejścia do lasu. Wobec tego nie udało nam się również umyć ani ugotować zaplanowanego risotto z tuńczykiem. Zadowoliliśmy się zupką chińską i kanapkami z żółtym serem oraz pomidorem. Kolacja rozgrzała i zapełniła nasze puste od południa żołądki. Szkoda nam było czasu, który straciliśmy na i tak bezskuteczne szukanie miejscówki na nocleg, ale trzeba było to przyjąć i wziąć jako naukę bycia szczęśliwym pomimo. Doceniliśmy, że jesteśmy razem, bezpieczni i najedzeni. Choć muszę tu przyznać, że tego dnia Sebastian miał duży kryzys, jeśli chodzi o funkcjonowanie w takich warunkach. Na szczęście mamy taką łaskę, że kiedy jemu gorzej, to zazwyczaj mi lepiej i odwrotnie. Więc możemy wzajemnie się motywować i ciągnąć się w dobra stronę. Działa to też w innych kwestiach niż podróże. Jest to bardzo przydatne w sytuacjach, kiedy jednemu brakuje nadziei, wiary czy też kiedy jedno z nas pogrąża się w smutku.

Tego dnia może nie mieliśmy najlepszego wieczoru, ani nocy, ale za to poranek nam wynagrodził wszystkie niedogodności. Postanowiliśmy zebrać się wcześnie, by pojechać przygotować i zjeść śniadanie na tej jedyną miejscówce, która nam odpowiadała poza szczegółem, że było bardzo na niej spadziście. Kiedy zajechaliśmy tam rano i wyszliśmy z auta, okazało się, że wcale ten spadek nie był tak duży, jak wyglądał wczoraj.

Z burczącymi i pustymi brzuszkami po wczorajszej marnej kolacji „na przetrwanie zabraliśmy się do przygotowywania śniadania. Serwowaliśmy jajecznicę na masełku z cebulką, a więc na bogato! To jest specjał, który przygotowuje zawsze mój Mąż. Ja nie śmiem się podejmować tego zadania, gdyż on to robi perfekcyjnie. Ja tylko czasem przygotowuje dodatki, ale smażenie należy do Męża. Idealnie ścięta oraz z podsmażoną na złocisty kolor cebulką w połączeniu z sercem, które Sebastian zawsze wkłada w jej przygotowanie, jest rano dla mnie czymś najlepszym na świecie. Zazwyczaj jemy ją w niedzielę, by odświętnie zacząć ważny dla nas dzień, w którym staramy się godnie odpoczywać i świętować. Co prawda w obecnych warunkach nie była to niedziela, ale bezapelacyjnie należał nam się ciepły i porządny posiłek. Jajecznica wyszła jak zwykle po mistrzowsku! A w tle tak urokliwego widoku smakowała naprawdę po królewsku. I o dziwo zupełnie nie przeszkadzał nam brak soli i pieprzu.

Na nasze nieszczęście zaraz po zjedzeniu śniadania zmieniła się pogoda. Nadciągnęły ciemne chmury, zerwał się wiatr i co chwilę padało, a w jednym momencie się przejaśniało. Park Tara w Serbii ogromnie nas zachwycił swoją potęgą, przestrzenią, dzikością, oraz majestatycznością widoków.

Polecam włączyć poniższą nutę ku lepszemu oglądaniu zdjęć:
Chmury – Paweł Domagała

Co prawda w planach mieliśmy trekking po terenie parku, ale wobec zmieniających się warunków pogodowych zmieniliśmy nasze plany. Z racji tego, że nie wiedzieliśmy, kiedy i czy w ogóle tutaj jeszcze będziemy mieli okazję być, postanowiliśmy zaopatrzyć się w miasteczku w mapę i jeździć od jednego miejsca widokowego do drugiego, żeby cokolwiek w okolicy sensownego zobaczyć. I to była bardzo dobra decyzja. Mimo, że wraz z upływem dnia, ilość spadającego z nieba deszczu zwiększała się, my się nie poddaliśmy.

Wstań i walcz – Kasia Kowalska & Maleo Reggae Rockers

I nawet udało się sporo zobaczyć!

Ponadto opady spowodowały zejście chmur, dzięki któremu na jednym ze szczytów gór, na którym byliśmy, mogliśmy obserwować pompatyczne widowisko.

Pogoda ewidentnie płatała nam psikusa. Naprawdę nie chciało się rozpogodzić. Tylko i wyłącznie dzięki naszemu uporowi, który w takich sytuacjach jest dużą zaletą naszych mocnych charakterów, udało nam się to wszystko zobaczyć. Nawet wykorzystaliśmy chwilowe okno pogodowe i przy zejściu do jeziora z pięknym widokiem, wyciągnąwszy oraz uruchomiwszy naszą kuchenkę, wypiliśmy pyszną kawkę.

Cały ten dzień jeżdżenia i chodzenia po punktach widokowych dał nam w kość. Mimo tego absolutnie nie żałujemy, że nie spędziliśmy tego dnia w żadnym przytulnym hotelu ani serwującej wykwintne dania restauracji. Wieczorem zmęczeni, ale szczęśliwi, wyruszyliśmy dalej w kierunku kolejnego naszego celu. Było to Medjugorie. Tego dnia nie chcąc tracić czasu na szukanie sensownej miejscówki, żeby jak najdalej dojechać, postanowiliśmy od razu sunąć do przodu ile sił w Mężowej kierownicy 🙂

Byliśmy głodni i brudni, ale to nie miało dla nas większego znaczenia w tej podróży. Poza tym ustaliliśmy, że po przyjeździe do Medjugorie zapewnimy sobie hotel na jeden dzień, żeby czystym i pachnącym udać się do Matki Bożej. Było to dla nas ważne, szczególnie, że akurat była to niedziela.

Bośnia i Hercegowina – Medjugorie

Pobyt w Medjugorie był dla nas bardzo pięknym doświadczeniem. Przede wszystkim duchowym, ale przyznam, że również cielesnym. Nie wiem ile czasu siedziałam pod prysznicem i delektowałam się otulającą moje ciało gorącą wodą oraz okalającą moje nozdrza wonią „Bubble Tea” egzotycznych owoców i czarnej herbaty. Moja pamięć zapisała te chwile jako istną rozkosz. Na warunki, jakie mieliśmy, był to szczyt moich marzeń. Gdy już zmyliśmy z siebie wszystkie poty poprzednich dni, udaliśmy się na ucztę dla podniebienia, zasłużony obiad. Oj było syto! Co jak co, ale na Bałkanach potrafią nakarmić! I trafiają idealnie w nasze gusta. Mięso robią rewelacyjne. A porcje są naprawdę niemalże nie do przejedzenia. Jako, że ja z nas dwojga częściej dopycham i raczej nie zostawiam nic na talerzu, tak tutaj wymiękłam. Tutejsze porcje mnie pokonały. Prawdą jest też, że będąc na wielkim głodzie, kiedy już mieliśmy możliwość zjedzenia porządnego posiłku, zamawialiśmy dużo za dużo 🙂 A potem zastanawialiśmy się co z tym fantem zrobić. Na szczęście z racji tego, że oboje bardzo nie lubimy wyrzucać jedzenia, kiedy było tylko to możliwe, staraliśmy się ratować je pakując pozostałości i zjadając następnego dnia. Tutaj wchodzi pytanie czy to już jest łakomstwo, czy jeszcze nie ?
A tymczasem dla rozluźnienia trochę dobrego, starego kabaretu. Znacie, lubicie ?
Żarłoczna Ewa – Kabaret Potem

Kiedy już nasze przyziemne potrzeby zostały zaspokojone, mogliśmy zmierzać ku najważniejszemu celowi naszych odwiedzin w Medjugorie, Eucharystii. Msza święta była cudowna! Zupełnie się nie spodziewając, dostaliśmy od właścicielki hotelu słuchawki oraz małe radyjko, by móc słuchać podczas tłumaczenia, które było wykonywane na bieżąco. W sercu czułam ogromną wdzięczność, że Pan Bóg i o to się zatroszczył. Na Bałkanach wielką wygraną była dla nas sama możliwość uczestniczenia w Eucharystii z powodu przeważającego na tych terenach wyznania prawosławnego i islamskiego. A więc nasze trudy jazdy poprzedniego wieczoru podczas kotłujących się naprzemiennie piorunów i grzmotów oraz prowadzenie Sebastiana na oparach sił do mocnoprzedłużającego się znalezienia bezpiecznego miejsca na nocleg, zostały wynagrodzone.

W Medjugorie ogromnie poruszyła mnie również spowiedź na placu kościelnym
. Wyglądało to w ten sposób, że księża siedzieli na ławkach bądź krzesełkach z postawionymi obok siebie tabliczkami z informacją w jakim języku spowiadają. Ponadto przechadzając się po terenie Sanktuarium częstym widokiem byli kapłani udzielający pośród tłumu rozgrzeszenia wiernym, przytulający ich a także żywo z nimi rozmawiający. Z ich twarzy można było wyczytać łzy wzruszenia, emocje, przenikające zasłuchanie, przebaczenie oraz przyjęcie, czyli to czego istota ludzka pragnie najbardziej. Już wcześniej słyszałam od znajomych księży, który przyjeżdżali tam posługiwać, że nierzadko odbywają się tutaj spowiedzi z całego życia lub po wielu latach. Ponoć w dużej mierze ludzie przyjeżdżają tutaj z chęcią zmiany swojego życia, odnalezienia odpowiedzi na nurtujące ich pytania lub, żeby coś sobie uporządkować. I to naprawdę czuje się tam będąc.

Medjugorie – Góra Objawień


Spędzając w Medjugorie dwa dni, udaliśmy się też na Górę Objawień (miejsce, gdzie pierwszy raz Maryja objawiła się w 1981 r.). Byliśmy tam najpierw w ciągu dnia, a kolejny raz już po zmroku. Było bardzo upalnie, szło się po niewygodnych kamieniach oraz mocno wzwyż. Została mi w pamięci jedna sytuacja, której byłam świadkiem na samej górze. Generalnie z racji uszanowania świętego miejsca obowiązuje tam cisza, która ma służyć również skupieniu i modlitwie. Więc po chwili klęczenia pod figurą Matki Bożej, postanowiliśmy odsunąć się trochę dalej, by zrobić miejsce innym oraz by posilić się kanapką z mięskiem z wczorajszego obiadu, który jak wspominałam mnie pokonał. Wtedy obok nas przyszła para – mężczyzna i kobieta. Wyglądali na zakochanych. Najpierw ze sobą rozmawiali, przytulali się, a potem mężczyzna zaczął medytować, a kobieta być może się modliła. Po pewnym czasie wrócili z powrotem do poprzednich czynności. Być może ten człowiek był innej wiary i było to związane z buddyzmem. Natomiast nie jest wykluczone też, że praktykował medytację chrześcijańską. W każdym razie przychodzą tutaj naprawdę różni ludzie. Modlący się na różańcu, koronką, w ciszy, czy właśnie medytujący i wiele wiele innych. Zapewne niemało jest też tu ludzi innych wyznań. Pomyślałam sobie o tym, jak mądre i otwarte musi być serce Maryi, skoro różne sposoby modlitwy, czy też inna wiara ludzi jej nie ograniczają. Zaprasza i przyjmuje wszystkich, bez wyjątku i po cichu zanosi ich do Stwórcy. Ileż to możemy się od niej uczyć. Do Medjugorie nadciąga ogrom przeróżnych osób, niekiedy naprawdę odmiennych od nas. Zapewne nie każdy z nich jest wierzący, nie każdy praktykujący. A jednak ludzi COŚ tu ciągnie. Być może nie jest najważniejsze co ich tutaj sprowadza, azali bardziej istotne jest, czego tutaj doświadczą.


Wieczorną porą Góra Objawień i znajdująca się tam figura Maryi była jeszcze piękniejsza. Wyglądała nieziemsko. Cała biała, na tle ciemnego, ale rozświetlonego tysiącem gwiazd nieba. Chwila była tak intymna, że Sebastianowi było głupio robić zdjęcia.
W tym momencie bardzo chcę podzielić się bardzo ważną dla mnie piosenką:

I will Be There – Katie Melua

A by nie zrobiło się zbyt emfatycznie, przytoczę teraz coś bardziej przyziemnego. Po zejściu z Góry Objawień, przy którym naprawdę trzeba było się natrudzić, była możliwość zakupienia wyciskanego soku ze świeżych pomarańczy. Pani stała i kręciła soki. Zapamiętałam, że wykonując swoją pracę na twarzy miała szeroki uśmiech, a kiedy podawała je klientom, dzieliła się z nimi swoją pogodą ducha. To było coś cudownego!

Medjugorie – Križevac

Dobrym doświadczeniem było również wejście na drugą górę w Medjugorie – Križevac. Jest to wzgórze, na którym parafianie w 1934 roku wznieśli krzyż. Na nim wyryty jest napis: «Jezusowi Chrystusowi, Odkupicielowi rodzaju ludzkiego na znak wiary, miłości i nadziei, na pamiątkę 1900 rocznicy Męki Jezusowej». W objawieniach Matki Bożej w Medjugorie, które od lat mają miejsce regularnie, były zawarte słowa mówiące o byciu w planach Bożych Góry Krizevac. Wejście na to wzgórze ma na celu wezwanie człowieka do osobistego spotkania się z Jezusem w Jego męce i odnalezienia tam Miłości. Tak się złożyło, że wchodziliśmy tam równolegle z polską pielgrzymką. Dzięki temu mogliśmy słuchać niektórych rozważań księdza prowadzącego. Przez całą drogę mijaliśmy stacje drogi krzyżowej. Część osób szła na górę na boso, by jeszcze bardziej doświadczyć Krzyża Jezusa. W drodze powrotnej słyszeliśmy, jak uczestnicy pielgrzymki dzielą się ze sobą swoimi przeżyciami oraz działaniami Łaski podczas tego czasu oraz jak wzajemnie się w tym przeżywaniu wspierają. Tutaj bardzo mocno zatęskniłam za doświadczeniem tego świętego miejsca we Wspólnocie.

Droga na Górę Krizevac


Kolejny raz wzruszyło się moje serce na kempingu, na którym spaliśmy drugiej nocy w Medjugorie. Poznaliśmy tam rodzinę z Polski, która będąc na wakacjach w Chorwacji postanowiła przyjechać właśnie tutaj pomodlić się. Było to małżeństwo z siódemką dzieci, o ile mnie pamięć nie myli. W każdym razie dużą mieli gromadkę. W rozmowie z nami mężczyzna wzruszył się opowiadając o tym, jak uradowało się jego serce będąc rano na Mszy świętej w Sanktuarium. W moich oczach również pojawia się łza, kiedy widzę kiedy Mężczyzna nie wstydzi się swojej wrażliwości, a szczególnie kiedy dotyczy to spraw wyższych. Ta rozmowa na długo pozostanie w moim sercu.

To był mój drugi pobyt w Medjugorie. Natomiast pierwszy w sposób świadomy. Poprzednio było to podczas mojej podróży autostopowej do Skopje w Macedonii w 2017 roku. Wybrałam się tam z moim ówczesnym przyjacielem Jankiem. Tak, ówczesnym, ponieważ obecnie nie mamy kontaktu. Wtedy pomysł odwiedzenia Medjugorie pojawił się bardzo spontanicznie podczas już powrotu do Polski. Pamiętam, że kiedy przyszła mi do głowy ta myśl, jechaliśmy z kierowcą, który miał nas przewieźć przez całe trzy państwa. Z racji na to, że byłam już coraz bardziej zmęczona przemierzaniem krótkich odcinków z różnymi osobami, co skutkowało dużym natężeniem działających na nas bodźców, było to moje marzenie. Janek wtedy powiedział: „Kinga zastanów się. Jeśli chcesz jechać do Medjugorie, musimy zrezygnować z kursu, na który tak długo czekałaś. Jak wolisz”. Ja wtedy Medjugorie znałam tylko z tego, że obiło mi się to parę razy o uszy. Ale coś w sercu mówiło mi, żeby tam jechać. Więc w pewnym momencie powiedziałam: „Wysiadamy”. I tak w ten sposób wylądowaliśmy w Medjugorie. Moje nastawienie do tego miejsca nie było wtedy uczciwie. Byłam nastawiona, żeby zobaczyć coś tam spektakularnego, wkurzałam się na opanowujące coraz bardziej interesy biznesy ludzi
żerujące na turystach i nie mogłam znieść widoku odmiennych tam ludzi, wcale nie wyglądających na poszukujących Boga. Ponadto byłam pełna oczekiwań, że skoro przyjechaliśmy tutaj autostopem oraz prawie bez pieniędzy, wszyscy będą stawać na głowie, żeby nas przyjąć i nam pomóc. Było we mnie mnóstwo pychy, choć wtedy tak na to nie patrzyłam. Nie widziałam też zupełnie tego, że Pan Bóg przychodzi do człowieka różnymi drogami. Podczas spowiedzi usłyszałam od księdza parę niewygodnych pytań, które nie od razu, ale po pewnym czasie, jakiś czas po powrocie uświadomiły mi pewne moje błędy. To co powiedział mi Ksiądz nie było związane w zupełności z tym, co mu wtedy mówiłam. Musiało to być z Ducha świętego, bo skąd mógł pewne rzeczy zobaczyć ? To nauczyło mnie, że nigdy nie wiemy, kiedy ziarno zasiane zacznie wydawać plon. Nawet, kiedy na początku nie zostanie przyjęte, to jeszcze niczego nie przesądza. Ważne, żeby gleba była żyzna, a nie sucha i wyschnięta. 

Refleksje z Medjugorie po powrocie, kiedy wszystko jeszcze bardziej zaczęło we mnie pracować, zaczęły narastać. Czas tam spędzony był dla nas bardzo ważny. Mamy nadzieję, że owoce będziemy zbierać jeszcze długo.

Wielki jest Pan – New Life’

Wodospady Kravica

Po obfitym w odczucia, emocje i z bagażem refleksji, tudzież ubogaceniu naszych dusz, ruszyliśmy ku dogodzeniu nieco naszym ciałom. Kolejnym punktem były bajkowe wodospady Kravica. Naprawdę wyglądały jak namalowane i zrobiły wrażenie. A przy dudniącym w uszach szumie spadającej wody oraz opryskującej nasze ciała mgiełce wodnej, można było zagłębić się w krainie rozkoszy.

To był naprawdę odpoczynek. Takich chwil na tym urlopie nie było dużo. Dlatego jeszcze bardziej je docenialiśmy i mocno zapamiętaliśmy. Poza tym woda była lodowata, więc wymroziła wszelakie nasze stresy, zmartwienia i napięcia, które się w nas piętrzyły.
Tego dnia udało się również znaleźć świetną miejscówkę na nocleg na szczycie góry. I tutaj znowu musieliśmy powiedzieć sobie uczciwie, że kamperem byśmy tutaj nie zajechali.

Właśnie przede wszystkim dla takich miejscówek na odpoczynek czy nocleg podróżujemy z domem na kółkach. Wtedy czujemy najbardziej ideę, która nam przyświeca: By być niezależnym w drodze, cieszyć się przebywaniem na łonie natury oraz w jak najmniejszym stopniu rzucać się innym w oczy. Mieć swój intymny, mały świat… Od razu zachodzi mi w głowę piosenka. Bardzo stara, więc pewnie nie wszyscy znacie.
Iga Cembrzyńska – Intymny świat

I jeszcze na koniec tego wątku piękny wiersz:

Wisława Szymborska

„Chwila”

Idę stokiem pagórka zazielenionego.
Trawa, kwiatuszki w trawie
jak na obrazku dzieci.
Niebo zamglone, już błękitniejące.
Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.

Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów,
skał warczących na siebie,
wypiętrzonych otchłani,
żadnych nocy w płomieniach
i dni w kłębach ciemności.

Jakby nie przesuwały się tędy niziny
w gorączkowych malignach,
lodowatych dreszczach.

Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza
i rozrywały brzegi horyzontów.

Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.
Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
W dolince potok mały jako potok mały.
Ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze.
Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen,
a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie.

Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil
proszonych, by trwały.

Mostar

Szczęśliwi po spędzeniu nocy w wymarzonym dla nas miejscu oraz po zjedzonym w obliczu świetlistej i żywej aury śniadaniu, pojechaliśmy do Mostaru. Jest to niewielkie miasto, które słynie głównie z Starego Mostu, który niegdyś był pod wpływem tureckim. Toczyły się tam też dewastujące wojny podczas upadku Jugosławii. Miasto zostało odbudowane, ale obecność ruin obok pięknych, kolorowych budowli w stylu osmańskim, nie pozwala zapomnieć o krwawych wydarzeniach sprzed lat. Most łączy nie tylko dwie strony przepływającej tam rzeki Neretwy, ale także dwa światy – chrześcijański i muzułmański. Bardzo mocno zarysowują się w tym mieście zarówno jedne wpływy, jak i drugie. Rdzenna ludność już pewnie do tego przywykła. Znajdując się w takich rzeczywistościach jeszcze bardziej doceniam życie w naszej Ojczyźnie, gdzie po pierwsze czuję się bezpiecznie, a dwa mimo coraz to bardziej rosnącego napływu emigrantów oraz coraz dalej idącej tolerancji, kraj pozostaje niezmiennie chrześcijański. Kiedy mam to na co dzień, nie myślę o tym, bo wydaje mi się to oczywiste. Dzięki poznawaniu innego świata uświadamiam sobie, za ile rzeczy powinnam jeszcze codziennie dziękować, a czego nie robię. Podróże kształcą!


Ciekawą atrakcją są skoki ze Starego Mostu młodych bośniackich mężczyzn do rzeki. Robią to, kiedy zbiorą odpowiednią kwotę. Są w tym naprawdę profesjonalistami, a poza tym miło popatrzeć, gdyż są ładnie zbudowani. Przynajmniej sobie coś zarobią, a turyści mają atrakcję. Kreatywnie, podoba mi się to.


Mnie najbardziej zachwycił widok ze Starego Mostu. Mimo non stop przedzierającego się tłumu turystów, stojąc na moście i patrząc w dalszą perspektywę, uspokajałam się. A naprawdę na ilość zwiedzających można było się zdenerwować. Wąskie, wybrukowane oraz wyślizgane kamieniste drogi sprawiały, że trzeba było się w wielu przypadkach przeciskać przez świergoczące tłumy ludzi. Mimo zrobienia na mnie ogromnego wrażenia przez kramy rozpościerające się z jednej i drugiej strony głównej ulicy starego miasta i zachwycające różnorodnymi lokalnymi produktami, nie kusiło mnie, by zostać tam dłużej. Przeglądając te wszystkie rzeczy czułam się jak w raju, ale jednocześnie było to bardzo męczące. W każdym razie warto było doświadczyć panującego tam klimatu.

Śmialiśmy się, że Mostar opanowali Polacy, ponieważ co kawałek było słychać język polski. Największym naszym zaskoczeniem było, kiedy przechadzając się uliczkami miasta, usłyszeliśmy donośne polskie przyśpiewki. A zaraz za nimi stukot wznoszących toast kieliszków. No, Polacy za kołnierz nie wylewają! Ale, żeby tak przed południem ? Ładna wizytówka ojczyzny! 🙂

Sarajewo

Nie zabawiwszy tam długo, pojechaliśmy w stronę zachwalanego w Internecie Sarajewa. Jechaliśmy polecaną pod względem widokowym droga tuż obok rzeki Naretwy. Było rzeczywiście zjawiskowo. Z racji górzystości tych terenów, nasze oczy napawały się majestatycznymi obrazami wyłaniających się znad rzeki i ciągnących do nieba skalistych gór. Musimy szczerze przyznać, że samo Sarajewo nie zrobiło na nas dużego wrażenia. Może dlatego, że nabudowaliśmy sobie w głowie wyobrażenia na podstawie zachwytu innych podróżników i jechaliśmy z dość dużym oczekiwaniem. Czasem lepiej jest jechać z pustą głową i dać się zaskoczyć. To bardziej uwalnia nasze zmysły. Ciekawym zjawiskiem w Sarajewie był przepych połączony z pozostałościami po wojnie. Dla przykładu po jednej stronie ulicy stało ogromne centrum handlowe, znacznie większe od galerii, które mamy w Krakowie, a naprzeciwko zniszczone budynki z wyżłobionymi, licznymi dziurami po pociskach.

Spacerując wieczorem po Starym Mieście, szliśmy cały czas w wielkim gwarze i rozprzestrzeniającym się dymie z restauracji oraz barów, które z racji innego niż u nas obowiązującego prawa, nie miały żadnych filtrów. Kiedy weszliśmy do jednej z knajp coś zjeść, szczypały mnie bardzo oczy. A pod koniec jedzenia, już miałam je całe załzawione.

Kolejnym widocznym pokłosiem wojen w byłej Jugosławii były widoki wielkich połaci cmentarzy, gdzie groby jeden przy drugim pochodziły z tego samego okresu. Grobowce muzułmanów przypominały mieszkańcom, a turystom uświadamiały o czystkach etnicznych, które miały miejsce w latach 90-ych.

Aby uszanować narody bałkańskie, których tereny odwiedzaliśmy, podczas przemieszczania się samochodem, przesłuchaliśmy w internecie historię rozpadu Jugosławii i krwawych walk wyzwoleńczych spod reżimu chcących mieć nadrzędną tam rolę Serbów. Nie było łatwo tego wszystkiego słuchać, bowiem były to przerażające wydarzenia. Karygodnych czynów dopuszczała się zarówno jedna i druga strona. Nie żyjąc w tamtych terenach i ówczesnych czasach nie jesteśmy w stanie tego miarodajnie ocenić. Tak samo jak nikt, kto nie żył w czasach ZSRR nie będzie miał nigdy świadomości, co to dla nas krajów wschodnich oznaczało i czym były pokierowane ludzkie działania wyzwoleńcze, które patrząc z boku czasem też mogą wydawać się niedorzeczne.
A zatem zapraszam do wysłuchania piosenki.

Chłopcy z Placu Broni – Kocham wolność


Sarajewo było naszym ostatnim punktem na naszym wyjeździe. Mieliśmy w planach wracając zahaczyć jeszcze o Słowenię, natomiast ze względu na szalejące tam powodzie zmieniliśmy trase i jechaliśmy przez Węgry i Słowację.

Jedzenie na Bałkanach

Jako miłośniczka dobrego jedzenia, zdecydowałam, że tej kwestii musi być poświęcony osobny akapit. To, co tam jedliśmy było rzeczywiście wyborne. Co prawda z racji charakteru naszego wyjazdu, jaki też najczęściej świadomie obieramy, nie stołowaliśmy się codziennie w restauracjach, a gotowaliśmy sami. W odróżnieniu od wyjazdów kamperem, na tym wyjeździe było to raczej odgrzewanie przygotowanych w domu posiłków lub zalewanie „gotowych w 5 minut” dań 🙂 Natomiast zawsze, tak też było i tutaj, staramy się, kiedy tylko jest możliwość korzystać również z lokalnej kuchni w ichniejszych knajpach, by doświadczyć czegoś nowego. Na Bałkanach najbardziej zachwyciło nas mięso, co chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Uwielbiamy je w każdej postaci. A tutaj potrafią je przyrządzić perfekcyjnie. Gdzieś wcześniej zresztą już nieco o tym wspominałam. Próbowaliśmy różnego rodzaju grillowanych, smażonych mięs oraz ręcznie robionych kiełbasek. Niebo w gębie. Niestety mamy mało zdjęć jedzenia. Pewnie jest to wynikiem tego, że kiedy zasiadaliśmy do spożywania posiłku, byliśmy głodni jak wilki i zanim zdążyliśmy pomyśleć o zrobieniu zdjęcia, talerz już był prawie pusty. Bardzo smakowały nam smażone burgery wołowe z mielonego lub siekanego mięsa z odpowiednimi przyprawami i dodatkami (Pljeskavica). Ja pamiętam jadłam pierwszego dnia panierowanego oraz niezwykle soczystego zawijanego sznycla po serbsku ( Karadjordjeva šnicla), który z pozoru wyglądał na polskiego devolay’a. Niewątpliwie jednak numerem jeden dla nas okazały się grillowane małe wałeczki z siekanego mięsa wołowego oraz baraniego. Były one podawane najczęściej w wypiekanym chlebku z serem z koziego mleka. Do buły Bałkańczycy wkładają jeszcze surową pokrojoną w kostkę cebulę. Tradycyjnie powinno się to przepijać jogurtem. Sztos! Genialne były też burki, czyli zawijańce z ciasta filo w środku z nadzieniem z mielonego mięsa lub sera. To również popija się jogurtem. Natomiast burek nie w każdej knajpie smakuje tak samo. Ten, który jedliśmy w poleconej restauracji przez Podrózovanie – Buregdzinica Bosna był rewelacyjny i bez porównania lepszy niż inne, które jadłam!

Z vloga Kasi i Łukasza zaczerpnęliśmy również informacji, gdzie wypić prawdziwą bośniacką kawę. I tutaj również doświadczenie nam pokazało, że warto inspirować się poleceniami innych osób. Knajpa była naprawdę w stylu bałkańskim. Totalnie odbiegała od standardów europejskich wystrojem, wyposażeniem, a także personelem. Tak, żebyście mieli pełniejszy obraz coś na wzór starych, prl-owskich restauracji. Ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – czuliśmy, że dotykamy prawdziwej kultury tego miejsca. Kawę dostaliśmy wedle ich tradycji w tygielku w zestawie z małą filiżanką, szklanką wody oraz kostkami rahat lokum – ichniejszym słodkim przysmakiem. Wszystko zostało podane na małej tacy. Zamówiliśmy do tego nadziewaną migdałami gruszkę w czekoladzie podaną z bitą śmietaną. To wszystko razem z kawą było bardzo ciekawym doświadczeniem, które zapamiętamy na pewno. Kawa ta nie miała wiele wspólnego z kawą, którą pijemy na co dzień. Była mocna, z fusami oraz czuć w niej było smak tygielka. Natomiast czuliśmy się wspaniale delektując się nią oraz przeraźliwie słodkimi rarytasami. Ichniejsze kostki rahat lokum musieliśmy jednak zostawić niezjedzone. Pokonały nas, nie daliśmy rady. Podsumowując nie zamienimy kawy z ekspresu czy z kawiarki na bośniacką kawę z tygielka. Natomiast było warto będąc w Bośni wziąć udział w ich rytuale picia kawy. Poniżej flmik, Sebastian nagrał jak popijam 🙂

Na uwagę zasługują również bałkańskie słodycze z supermarketu. Zażarcie zajadaliśmy się pysznymi ciasteczkami Munchmallow Full Munch Jagoda. Oto link do nich https://www.jaffa.rs/en/product/munchmallow-full-munch-jagoda/. Na miejscu kupiliśmy zapas i przywieźliśmy do Polski, ale szybko się skończyły. Trochę my zjedliśmy, trochę podarowaliśmy bliskim osobom i tak się rozeszły. Są obłędne! W Internecie znalazłam przepis na ciasto na podobieństwo tych smakołyków. Kto wie, może niedługo je zrobię ? 🙂
Z takich bardziej prozaicznych rzeczy, na Bałkanach jedliśmy przepyszne, słodkie i soczyste pomidory. Tego im zazdrościmy! W Polsce trzeba dobrze trafić, żeby dostać rzeczywiście takie, jak tam jedliśmy. A braliśmy zawsze pierwsze lepsze. Ponadto zachwycaliśmy się tam również ajwarem – ich tradycyjnym sosem do mięsa, oliwkami oraz chlebem, co było dla nas niemałym zaskoczeniem. Często słyszymy, że ludzie będąc w podróży za granicą tęsknią za polskim pieczywem. My do tej pory nigdy nie zauważaliśmy większej różnicy. A będąc tutaj zajadaliśmy się Lepinja – bałkańskim chlebem, który przez miejscowych najczęściej wykorzystywany jest do dań z grilla.

Na uwagę zasługuje również ich lemoniada! Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy po spontanicznym dużym chauście lemoniady, wykrzywiło nas. U nich lemoniada to po prostu wyciśnięty sok z cytryny z niewielką ilością wody. My co prawda zaczynamy dzień od tego, ale nie w takiej ilości! 🙂 Istna petarda! Nacięłam sie tak parę razy. Na szczęście czasem były na stole tutki z cukrem, więc byłam uratowana!

Nie da się ukryć, że bałkańskie jedzenie podbiło nasze serca. Myślę, że uczciwie mogę powiedzieć, że smakowało nam najbardziej ze wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy. Oczywiście kuchnia włoska czy maltańska, a już na pewno austriacka smakują nam również bardzo i zawsze będąc w tych miejscach zajadamy się i szczerze zachwalamy. Nawet co jakiś czas w Polsce wybieramy się do restauracji serwujących ich kuchnie. Natomiast jedzenie bałkańskie rzeczywiście uderzyło po całości w nasze gusta i dogodziło naszym podniebieniom, nozdrzom, ale i też oczom w taki sposób, że bardziej się chyba już nie dało. Ale…kawał świata jeszcze przed nami, także nie mówimy jeszcze ostatniego słowa!

Irena Jarocka – Jeszcze wszystko przed nami


Podsumowując wyjazd był dla nas naprawdę udany. Jak już wspominałam, był on zupełnie inny niż wszystkie i bardziej od nas wymagający. Wiele osób pyta, czy kolejny wyjazd będzie kamperem czy terenówką. Natomiast na to pytanie nie znamy jeszcze odpowiedzi. Wszystko, czego doświadczyliśmy podczas tego wyjazdu jeszcze w nas pracuje i się układa. Jak odpowiemy sobie na to pytanie, na pewno się z Wami podzielimy.

2 myśli na temat “Bałkańskie podboje – duchowo, turystycznie we dwoje!

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Daniel Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑