Z terenówki do kampera!

Na wakacje zazwyczaj jeździmy na 3 tygodnie. Naszym zdaniem to taki optymalny czas, żeby zostawić wszystkie sprawy w Krakowie i naprawdę o nich nie myśleć, tylko się zresetować. W tym roku tak się nam ułożyło czasowo, że po 2 tygodniach musieliśmy wrócić na ślub i wesele mojego brata. Było to za sprawą tego, że byliśmy na tym zorganizowanym wyjeździe, do którego terminu musieliśmy się dopasować. Kiedy jeździmy kamperem, wszystko zależy od nas. Wiadomo, prawie wszystko, są rzeczy wyższe, na które nie mamy wpływu. Poprawiam się od razu, gdyż brak pokory nieraz już utarł mi nosa, co było dosyć bolesne. Więc nauczona doświadczaniem, nie szarżuję w moich wypowiedziach.
Do Krakowa wróciliśmy dokładnie po 2 tygodniach od wyjazdu, w piątek popołudniu. Nazajutrz przed południem mieliśmy przepakować się do kampera i jechać na ceremonię zaślubin w moje rodzinne strony. Po wszystkim chcieliśmy zostać na kolejny tydzień w okolicy nad jeziorem i odpocząć po naszym intensywnym urlopie. Jak się okazało i tutaj nie mieliśmy spokojnego czasu.
Po przekroczeniu progu mieszkania i wniesieniu na górę bagaży, Sebastian udał się na drzemkę. Ja natomiast uruchomiwszy pralkę, napuściłam sobie wody do wanny. Tak, hydromasaż i ciepła kąpiel z dogadzającą moim zmysłom aromatyczną kulą Organique Orange & Chilli totalnie mnie rozpieściła. Tak, tego mi było trzeba po tych dwóch tygodniach na Bałkanach. Nawet telefon od pochłoniętej organizacją jutrzejszej uroczystości swojego jedynego syna oraz podenerwowanej złą passą wydarzeń ostatniego tygodnia przygotowań rodzicielki, nie przerwał mojego błogiego nastroju.
Po moim skończonym relaksowaniu się w wannie oraz po mężowej drzemce i pełnoprawnym prysznicu, udaliśmy się do pobliskiej włoskiej restauracji. Byliśmy okropnie zmęczeni, więc ani nam w głowie było gotowanie czegokolwiek poza wodą na herbatę. Poza tym chcieliśmy tez uczcić nasz szczęśliwy powrót z głową pełną pięknych wspomnień. Mamy taką tradycję, że po powrocie z innego kraju, jedziemy do restauracji na polskie jedzenie, które kochamy najbardziej. Tym razem postawiliśmy na włoskie. I nie tylko dlatego, że knajpa ta była najbliżej. Gdzieś w środku serca, było nam szkoda, że nie odwiedziliśmy Włoch. No dobra, mi! Mówię za siebie, żeby Mąż się nie denerwował 🙂


Pizza była jak zwykle wyborna! Ale mój żołądek się chyba skurczył po tym wyjeździe, bo dałam radę zjeść tylko połowę swojego 32 centymetrowego włoskiego placka! Drugą wzięłam ze sobą na wynos, nic się u nas nie marnuje 🙂
Następnie Sebastian poszedł ogarnąć kampera, czyli odpalić, podłączyć akumulator do ładowania, zrobić serwis oraz delikatnie odświeżyć, a ja zaczęłam nas przepakowywać. I tu zaczęły się schody. Nasz rozkoszny wieczór się skończył i zszargał nam nasze nerwy.
Niecałe pól godziny po tym, jak się rozdzieliliśmy i zabraliśmy za powierzone sobie zajęcia, zadzwonił Sebastian z niewesołą wiadomością. Okazało się, że mamy przebitą oponę w kamperze. Kuuuuuurrr….czę! Cisnęły się mocniejsze słowa na usta. Była godzina 21:30. Jutro z rana miałam zaplanowaną kosmetyczkę, fryzjera, po którym Sebastian zaraz miał mnie odebrać przygotowanym już autem do drogi i mieliśmy jechać w paro godzinną podróż w okolice Piotrkowa Trybunalskiego, żeby zdążyć na styk do kościoła. Jakby ktoś chciał nas wypróbować i sprawdzić, ile mamy jeszcze pokładów cierpliwości. A może sobie dopowiadam i po prostu sami pakujemy się w kłopoty, a potem zastanawiamy się co się dzieje.
Cóż, trzeba było działać! A więc uruchomiliśmy swoje myślenie, kontakty oraz internet. Natomiast tego dnia jeszcze nic nie udało nam się załatwić, poza przygotowaniem planu B. A więc kładąc się spać jeszcze nie wiedzieliśmy, co czeka nas kolejnego dnia. Na szczęście po raz kolejny spadliśmy jak kot, na cztery łapy. Znaleźliśmy wulkanizację, która za normalne pieniądze zgodziła się przyjechać w ciągu 2 godzin i nam pomóc. Nie było to takie oczywiste, ponieważ poprzedniego dnia wieczorem Sebastian próbował dodzwonić się do różnych miejsc i nie było odzewu lub podawali kuriozalnie wysokie kwoty. I naprawili! Okazało się też, że powodem przebitej opony był sparciały wentyl. Początkowo myśleliśmy, że ktoś nam przebił oponę i już zaczęliśmy spekulować, że ktoś nas nie lubi lub coś od nas chce. Połączyliśmy to z podstawianiem nam puszek po piwie pod auto oraz z napchaniem śmieci do zamka od strony kierowcy, które miały miejsce w ciągu ostatnich paru miesięcy. Możecie sobie wyobrazić, jaki już zdążyłam zbudować w swojej głowie scenariusz. Sceny jak z najlepszego horroru! Natomiast panowie z mobilnej wulkanizacji rozwiali moje obawy. Okazało się, że jesteśmy bezpieczni i nikt nie chce nas zabić! A więc pierwsza przeszkoda pokonana, wyjechaliśmy z Krakowa o czasie i na wszystko zdążyliśmy. Bez zrobionego serwisu, ale stwierdziliśmy, że tym wszystkim będziemy martwić się później. To już chyba u nas standard, że nawet jak sobie wszystko zaplanujemy, to wychodzi na wariata. Ale najważniejsze wtedy dla nas było, by być z młodymi w najważniejszej chwili w ich życiu, a potem się weselić, gdyż okazja nie byle jaka. Jak zawsze będąc świadkami zawierania małżeństwa w Kościele, podczas składania przez narzeczonych przysięgi małżeńskiej, trzymając się za ręce, ze wzruszeniem i radością wspominamy naszą obietnicę złożoną sobie przed Bogiem i ludźmi, a w myślach wypowiadamy ponownie jej słowa. Cieszymy się bardzo, że kolejne bliskie nam osoby dołączyły do drużyny pierścienia! Edyta i Bartek – jeszcze raz wielkie gratulacje!
Na weselu wyszaleliśmy się za wszystkie czasy. Zawsze dajemy czadu, ale tym razem naprawdę w tańcu byliśmy nieustraszeni. Dopóki tylko grała muzyka, my nie schodziliśmy z parkietu. Nawet, kiedy już pod koniec imprezy nad ranem, leciały już same kawałki mocnej muzyki klubowej, nasze ciała same wirowały w rytm dudniących basów. Moją refleksję wzbudziły poczynania „pijanych wujków”. Użyte w cudzysłowie hasło jest tylko określeniem, nie ma nic wspólnego z moimi wujkami 🙂 Piszę ogólnie o osobach pijanych na weselu, mając w intencji tylko podkreślić komizm różnych sytuacji. Oprócz tego, że są one zabawne, są również niezwykle urocze. Obserwując różne sytuacje, a także uczestnicząc w nich na takich imprezach, z perspektywy osoby, która świadomie nie pije alkoholu od paru lat oraz promuje zabawę na trzeźwo, skłoniły mnie one do pewnych refleksji. Zastanowiło mnie, czy osoby te mają poczucie , że taniec z nimi wzbudza wachlarz ciekawych emocji 🙂 Od razu przypomina mi się jeden z moich ulubionych kawałków kabaretów „Hrabi”.

Kabaret Hrabi – Typy tancerzy

Poprawiny jak to poprawiny! Większość dogorywa i leczy się „klin klinem” i próbuje bawić się dalej. Teraz uwaga, będzie pól żartem, pół serio 🙂 Natomiast wyziewy z ust wydają się być jeszcze bardziej intensywne niż poprzedniego dnia, a błędny wzrok wiruje nie dając jednoznacznego znaku, na czym lub na kim się zaraz zatrzyma. I ten szelmowski uśmiech, który wzbudza poczucie niepewności, czy w naszą stronę nie zostanie skierowany rubaszny żart. W związku z tym moją najlepszą opracowaną taktyką jest nie rzucać się w oczy oraz zachowywać bezpieczny dystans. Działa! Na poprawinach zawsze są też tacy, którzy tego dnia muszą prowadzić samochód, więc usilnie próbują wytrzeźwieć. W związku z tym przybierają nad wyraz prostą postawę ciała, budzący respekt wzrok oraz delikatny uśmiech. To wszystko z punktu widzenia trzeźwego obserwatora jest bardzo zabawne i urocze. O ile oczywiście uda się przyjąć bezpieczną pozycję 🙂
W każdym razie my nie przepadamy za poprawinami. Po całej nocy zabawy na weselu mamy o wiele bardziej ochotę na porządne wyspanie się i odpoczynek niż na powtórkę z rozrywki. Ale jak kto lubi 🙂


W każdym razie nie narzekam. Generalnie nie było źle. Drugiego dnia spróbowałam każdego ciasta, na co nie miałam miejsca w żołądku ani czasu z uwagi na ciągłe hulanie na parkiecie podczas dnia wesela. A wypieki było naprawdę wyborne! Trochę jeszcze potańczyliśmy, porozmawialiśmy z rodziną, po czym zebraliśmy się by zdążyć na ostatnią Mszę świętą w okolicy, a potem prosto na kemping. Pierwszą noc postanowiliśmy spędzić tak, żeby nie musieć martwić się o serwis czy o przepędzenie z dzikiego, być może nielegalnego miejsca. Potrzebowaliśmy się po prostu wyspać. Poprzedniej nocy mieliśmy na sen parę godzin, a trzeba było jeszcze dogadywać się z obsługą restauracji, gdzie było wesele, by użyczyli nam wody do kampera, byśmy mogli się normalnie umyć. A jako, że byliśmy ustawieni na parkingu pośród ogromu aut, nie sposób było podjechać pod pobór wody. Natomiast nasz wąż okazał się zbyt krótki, by dostał do kranika. W związku z tym Sebastian nosił wodę z kuchni restauracji w baniakach i przelewał ją chałupniczo stworzonym na potrzeby sytuacji lejkiem. Wszystko się da, tylko potrzeba trochę chęci, kreatywności oraz cierpliwości. A żadnej z tych rzeczy mojemu wspaniałemu Mężowi nie brakuje. Bardzo mi się to w nim podoba!
No więc pierwszy dzień mieliśmy bardzo spokojny. Wyspaliśmy się i zjedliśmy na spokojnie śniadanie w idealnej ciszy. Mimo, że był to kemping koło południa prawie nikogo na nim nie było. Wszyscy poszli nad wodę. Na terenie ośrodka, był basen, z którego nie omieszkaliśmy skorzystać. Natomiast im bliżej wieczoru, tym nachodziła nas coraz większa ochota, by się stąd wynieść i ruszyć w kierunku wymarzonej, dzikiej miejscówki. A mieliśmy jedną na oku. Znaleźliśmy ją w aplikacji „park4night” i zapowiadała się naprawdę obiecująco. A więc zrobiliśmy pełny serwis kampera i ruszyliśmy przed siebie, kierując się do naszego celu. Niestety okazało się, że ktoś był od nas pierwszy i zajął miejscówkę. Żałowaliśmy strasznie, bo wyglądała jeszcze lepiej niż było pokazane w aplikacji. Sytuacja natomiast nie była za wesoła, ponieważ już się ściemniało, a my byliśmy w środku lasu. Z jednej strony nie chcieliśmy wracać na kemping, tylko szukać innego miejsca na dziko, a z drugiej strony rozsądek podpowiadał nam, żeby z uwagi na późną porę dziś już nic nie szukać i nie kombinować. Co zrobiliśmy ? Pojechaliśmy dalej w las szukać…przygód. Chyba tak to trzeba nazwać. Niedługo trzeba było czekać, aż znaleźliśmy się w miejscu, gdzie pod kołami kampera mieliśmy głęboki piasek i porządnie się zakopaliśmy. Przez to, że było ciemno, jadąc nie zauważyliśmy w co się pakujemy. Nie było na to szans, tak naprawdę dopiero następnego dnia, gdy zrobiło się widno zobaczyliśmy jak to wyglądało w rzeczywistości. Na nic były nasze wieczorne próby odkopywania auta, podstawiania podjazdów, maty, by auto złapało przyczepność. Nic z tych rzeczy nie pomogło, a sprawiało, że zakopywaliśmy się jeszcze bardziej. Tego wieczoru było nam bardzo nie do śmiechu. Z jednej strony byliśmy źli na siebie, że nie zawróciliśmy, kiedy się zastanawialiśmy co robić dalej po znalezieniu zajętej przez innych miejscówki. A z drugiej strony było nam zwyczajnie przykro, że podczas tego wyjazdu tak mamy ze wszystkim pod górkę. W każdym razie nie był to czas na płakanie nad rozlanym mlekiem. Trzeba było coś postanowić. A więc położyliśmy się spać z planem, że z samego rana wstaniemy i pójdziemy do najbliższego Kościoła – około godziny drogi na Mszę święta i tam będziemy prosić miejscowych o pomoc. Nie było to takie proste zasnąć w takich okolicznościach. W takich sytuacjach to Sebastian jest bardziej niespokojny i ciężko mu funkcjonować, dopóki sprawa się nie rozwiąże. Mi jest łatwiej odpuścić i zdać się na łaskę Pana Boga. Jakoś zawsze mam taki spokój, że jeśli jestem z Mężem, a Pan Bóg jest z nami, to choćbyśmy władowali się w nie wiadomo jakie tarapaty, On nas zawsze wyratuje. Być może to jest zbyt zuchwałe z mojej strony, ale po prostu tak mam. W każdym razie przynajmniej jedna osoba w aucie jest spokojniejsza. W żadnym wypadku nie są nam potrzebne jeszcze moje silne emocje w takiej chwili.
Było to 15 sierpnia – wielkie święto Maryjne. My znajdywaliśmy się na terenie Sulejowa, a dokładnie Podklasztorza, a więc na Mszę święta udaliśmy się do Opactwa Cystersów. Odbywało się tam wielkie święto, dużo ludzi oraz odprawiona została piękna Eucharystia. Po Mszy zostaliśmy nakierowani przez miejscowych chłopów na domostwa, które potencjalnie mogłyby nam pomóc. Odbijając się od drzwi do drzwi, w końcu dotarliśmy do mężczyzny, który obiecał, że nam pomoże. Okazało się, że kojarzymy się jeszcze z odległych czasów licealnych, z imprez u wspólnej koleżanki. Prowadzi firmę ze swoim bratem, gdzie naprawiają samochody. Korzystając z firmowego sprzętu – wyciągarki przymocowanej do auta, pojechał z nami w miejsce naszej porażki i wyciągnął naszego kampera. Całość łącznie z dojazdem zajęła mu niecałą godzinę. Mistrzostwo! Ewidentnie zesłał nam go Pan Bóg. Mężczyzna był jeszcze tak w porządku, że nie chciał wziąć od nas żadnych pieniędzy w zamian, ponieważ miał zasadę, że nie zarabia w niedzielę. Pomodliliśmy się za niego i obiecaliśmy sobie, że znajdziemy adres firmy i wyślemy mu coś w podziękowaniu. Zresztą znałam jego imię i nazwisko. Niech mu Pan Bóg hojnie wynagrodzi za jego uczynność i życzliwość. Teraz się śmiejemy, że jesteśmy coraz większymi Vanlifersami, bo od teraz mamy na koncie pierwsze zakopanie się kamperem i wyciąganie przez pomoc miejscowych. Ostatnio na You Tube było to dosyć popularne 🙂 Ale mieliśmy porządnego stracha. Na pewno wyciągniemy jakieś wnioski. Już teraz wiemy, że musimy trzymać się zasady, że nie szukamy w takich terenach miejsca na nocleg po zmroku. To zbyt ryzykowne i trzeba sobie powiedzieć – nieodpowiedzialne.

Kiedy już byliśmy wolni, pojechaliśmy jeszcze raz zobaczyć, czy może wymarzona zajęta miejscówka z poprzedniego wieczoru się zwolniła. Niestety nie, była dalej zajęta przez te same osoby. Wobec tego mając już dosyć wrażeń, pojechaliśmy na sprawdzoną pół dziką miejscówkę przy plaży z zejściem dla motorówek i łódek, na której byliśmy kiedyś z moim, a w zasadzie teraz już naszym dziadkiem. Może nie byliśmy tam całkiem sami, woda nie była najczystsza, a piasek najprzyjemniejszy, ale mogliśmy się bezpiecznie rozłożyć i nie martwić innymi rzeczami.

Natomiast nasz błogi stan nie trwał zbyt długo. Jak tylko się rozłożyliśmy i zaczęliśmy się relaksować, zauważyłam przeciek w kamperze. Przy korzystaniu ze zlewu w kuchni, woda zaczęła wypływać dołem. Ponadto poduszka z kanapy nie wiadomo dlaczego ciągle, nawet po wysuszeniu z jakiegoś powodu naciągała wilgocią. Kolejne usterki oraz kolejne wydatki. Mamy jeszcze kilka innych do zrobienia grubych spraw w tym aucie. Zbliża się do nas nieuchronnie podjęcie tematu, czy opłaca nam się inwestować w naprawę tego kampera. Jest to bardzo trudne, ponieważ mamy do niego ogromny sentyment. Najbardziej ja, gdyż traktuję go niemalże jako członka rodziny. Spędziliśmy w nim pierwszy miesiąc naszego Małżeństwa. Ma to dla mnie ogromne znaczenie. Póki co odwlekamy temat, ale prędzej czy później musimy zawieźć go do serwisu i poprosić o dogłębne sprawdzenie, co jest do zrobienia i wtedy stając w prawdzie ocenić, jaka decyzja jest według nas najlepsza.
Na domiar tego wszystkiego, kiedy późnym wieczorem siedzieliśmy w kamperze i przytłoczeni tym wszystkim piliśmy herbatę, dostaliśmy bardzo przykrą wiadomość. Dowiedzieliśmy się o śmierci bliskiej, młodej osoby z rodziny Sebastiana, u której niedawno zdiagnozowali poważną chorobę. Okropna tragedia. Bardzo współczujemy rodzinie i nie potrafimy sobie wyobrazić, co czuje w takiej sytuacji najbliższa rodzina, czyli żona, rodzice…. Takie sytuacje pokazują, jak kruche jest ludzkie życie i jak bardzo jesteśmy mali w stosunku do Pana Boga, który powołuje nas do siebie w czasie, którego nie znamy. Jak bardzo powinniśmy być wdzięczni za każdy kolejny dzień naszego życia, za zdrowie, za to, że mamy jeszcze szansę tu na ziemi pracować na to, co będzie z nami po śmierci.
Następnego dnia natomiast dowiedzieliśmy się, że z kolei u bliskiej osoby w mojej rodzinie nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia i w związku z tym nie jest pewny przyjazd moich rodziców do nas, który był zaplanowany jeszcze w ramach zaległego prezentu z okazji Dnia Matki i Ojca. Na szczęście niedługo nastąpiła poprawa i rodzice ostatecznie przyjechali i spędzili z nami bardzo miły weekend. Natomiast emocji znowu nie brakowało. W ostatecznym rozrachunku musimy przyznać, że trzecia część naszego urlopu nie sprawiła, że odpoczęliśmy. Byliśmy pewni, że przesiadając się w kampera, wreszcie będziemy cieszyć się chwilą wytchnienia. Jednak jak widzicie, coś cały czas nam szargało skutecznie nerwy i nie potrafiło całkowicie się zrelaksować. Niemniej jednak byliśmy razem i poznawaliśmy też siebie w takich sytuacjach oraz mogliśmy uczyć się wzajemnego wsparcia i zawierzania Temu na Górze.

Aby skończyć bardziej optymistycznym akcentem wklejam zdjęcie naszego ostatniego punktu przed powrotem do Krakowa – naszej obiadokolacji. Z racji tego, że w kamperze znaleźliśmy dużo rzeczy szwankujących, a między innymi był to przeciek w zbiorniku magazynującym wodę ze zmywania, musieliśmy się sporo natrudzić przy przygotowywaniu posiłków. Ostatniego dnia postanowiliśmy odpuścić gotowanie i przed wyjazdem pojechać do restauracji. Znalazłam w niedalekiej okolicy kemping z obiecującą gastronomią. I się oczywiście nie zawiedliśmy. Muszę przyznać, że co jak co, ale mam nosa do znajdywania dobrego jedzenia. A dobra kuchnia jak wiecie to jest ewidentnie coś, co nas łączy.

Człowiek najedzony, to człowiek szczęśliwy! Zgodzicie się z tym ?

2 myśli na temat “Z terenówki do kampera!

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do naszepodrozekugorze Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑