Wyjeżdżamy nad polskie morze!

„Kiedy dzieje się coś dobrego, nierzadko szatan zrywa się z łańcucha” – w drodze na Hel przypomniało mi się zdanie przeczytane lata temu w książce „Bracia z Bronksu” Adrian Luc, którą dostałam od dobrego przyjaciela. Swoją drogą świetna książka o Franciszkanach Odnowy (Braciach Mniejszych Kapucynach), żyjących w skrajnym ubóstwie i służących innym,  którzy żyją według zasady św. Matki Teresy z Kalkuty ( jednej z moich ulubionych świętych) „Nie pozwólcie by ktokolwiek, kto do was przyjdzie, nie odszedł szczęśliwszy”. Książka zawiera wiele poruszających, a zarazem prostych historii.

Może na początek mały wstęp 😊

Wyjazdy nad Bałtyk jesienią stają się już dla nas tradycją, którą chcemy kontynuować. Praktycznie od początku naszego związku, bo od pierwszej jesieni ( oprócz 2020 – pandemia) udajemy się o tej porze roku nad polskie morze, by choć na chwilę zaczerpnąć morskiej bryzy podczas spacerów brzegiem morza wzdłuż wybrzeża. Ani ja, ani mój Mąż nie przepadamy za wyjazdami tam w sezonie, kiedy na plaży jest człowiek na człowieku, w mieście roi się od stoisk z pamiątkami, różnorakimi przekąskami i barami. To wszystko razem generuje ogromny hałas i nie jest to dla nas żadna przyjemność. Zazwyczaj podróżując wybieramy miejsca mniej turystyczne. Poza tym oboje nie przepadamy za kąpaniem się w wodzie. Ja w ogóle nie umiem pływać, a Sebastiana po prostu tam nie ciągnie. Pod tym względem dobraliśmy się idealnie. Natomiast uwielbiamy wspólnie spacerować brzegiem morza. Nasze twarze muskane przez wiatr nabierają zawsze wtedy rumianą barwę.

Dlatego też pora jesienna jest dla nas porą wymarzoną. Nie jest wtedy gorąco, nie ma już tylu turystów, a słońca nie brakuje.

Zawsze wyruszamy rano ( no…może bliżej południa, ja do rannych ptaszków nie należę) po obfitym śniadanku, kawce i zaprawieni do boju idziemy przed siebie.

I idziemy, rozmawiamy, trochę milczymy kontemplując szum morza, krzyk mew oraz odbijające się promienie słońca na morzu.


Wspominając to wszystko od razu w moim sercu pojawia się piosenka:

Grzegorz Turnau – Znów wędrujemy

Gdy słońce zachodzi i robi się już chłodno, schodzimy zejściem do „cywilizacji” w poszukiwaniu dobrego jedzonka. Bo jak wiecie, uwielbiamy jeść! Wędrując z Gdańska do Sopotu, znaleźliśmy już swoją ulubioną miejscówkę, do której w kolejnym roku wróciliśmy po wędrówce . Jest to „Stacja Sopot”, niedaleko od mola przy ul. Władysława Jagiełły. Jedliśmy tam pyszne steki z kaczki, kotleta schabowego z kością i oczywiście na deser przepyszny serniczek z mango!


I w tym roku również, żeby tradycji stało się zadość, postanowiliśmy pojechać jesienią nad polskie morze. Tylko tym razem kamperem, ponieważ od półtora roku, odkąd zaczęliśmy naszą wspólną drogę Małżeństwa, kamper stał się naszym domem w podróży i nie możemy się z nim rozstać. Mieliśmy trochę wątpliwości, czy nie jechać jednak osobówką i nie wynająć jakiejś fajnej miejscówki w hotelu z racji tego, że zbliżała się połowa listopada, było już parę minusowych temperatur w nocy ( a każdy „kamperowicz” wie, że to rodzi wiele problemów dla użytkowania wody, która po prostu może zamarznąć i rozsadzić zbiornik) oraz problemów poza sezonem w serwisach, które w Polsce działają o wiele gorzej niż za granicą. Natomiast serce krzyczało nam jedno: kamper! W szczególności, że ostatnio wyjazd do Poznania na targi kamperowe również mieliśmy osobówką, ze względów rozsądkowych związanych z organizacją podczas remontu w naszym stacjonarnym mieszkaniu i naszą przeprowadzką do kolegi za miasto. I wtedy strasznie bolało nas serce, że zostawiamy naszego przyjaciela, a śpimy w hotelu. Więc postanowiliśmy, że idziemy na całość i ryzykujemy!


I tu się zaczęło! Dzień przed byliśmy już spakowani, akumulator naładowany ja robiłam ostatnie zakupy przed wyjazdem, a Mąż poszedł po kampera, żeby pojechać nim na stację, zatankować, zrobić serwis, by następnego dnia jak najszybciej już ruszyć w drogę. I kiedy szukałam na półkach oliwy z oliwek, zadzwonił do mnie Sebastian i powiedział, że nie ma dla mnie dobrych wieści. W pierwszej chwili pomyślałam, że silnik nie odpalił. Jednak nie, okazało się, ze w kamperze mamy przeciek i wdały nam się do środka grzyb i pleśń. Nie wiadomo tak naprawdę, co byłoby gorsze. Byłam niedaleko, więc skończywszy pośpiesznie zakupy, dotarłam do kampera i razem obejrzeliśmy zaistniały stan rzeczy. Nie wyglądało to dobrze. Razem stwierdziliśmy, że nie możemy pojechać kamperem w tej sytuacji. Sebastian początkowo był zdeterminowany i nie chciał zmieniać planów w nadziei, że przez parę dni nic nam się nie stanie. Grzyb i pleśń były w zamykanej szafce, więc nie śmierdziało w środku. Natomiast po dłuższym zastanowieniu wiedzieliśmy już oboje, że wyjazd z takim „nieproszonym gościem” nie byłby przyjemnością, ponieważ obawy, czy nie szkodzimy swojemu organizmowi by nas nie opuszczały i psuły przyjemność z wyjazdu. W szczególności, że moja odporność jest bardzo słaba. A więc wróciliśmy do mieszkania i zaczęliśmy opracowywanie planu B. Mimo weekendu z 11 listopada – świętem niepodległości, udało nam się znaleźć nawet niezłą miejscówkę w centrum Helu, niedaleko od plaży. Wiadomo, w perspektywie naszego własnego kampera, którym możemy stanąć w dzikim miejscu z przepięknym widokiem w odosobnieniu, jest to nieporównywalne. Ale cieszymy się, że w ogóle coś znaleźliśmy. I że nie poddaliśmy się! Bo czuliśmy ogromną przykrość. Już nie mówiąc o tym, że po powrocie jak najszybciej będziemy musieli działać z grzybem i pleśnią. I nie wiadomo co odkryjemy, jak to daleko zaszło…Zdajemy sobie sprawę, że może to być gruba, czasochłonna i kosztowna robota. Natomiast nie straciliśmy ducha! Piszę z drogi i już nie mogę się doczekać, jak postawimy nasze stopy na plaży na cyplu, gdzie dookoła będziemy mieć otwarte morze. Mamy nadzieję odwiedzić również restaurację „Kutter” Patryka Galewskiego, którego przepiękne świadectwo nawrócenia i zmiany życia ukazane jest w ostatnio popularnym filmie „Johnny”, który oczywiście ogromnie polecamy. Piękna i poruszająca historia człowieka, który był na samym dnie, a zaszedł tak wysoko, że nikt by się nie spodziewał. Udało się to dzięki niesamowitemu podejściu i okazanej mu miłości przez Księdza Jana Kaczkowskiego, ale też dzięki sile woli głównego bohatera.

Sebastian bardzo szanuje i ceni Księdza Jana Kaczkowskiego za mocną i silnie zakorzenioną w Bogu i Eucharystii wiarę oraz za mądre, choć niekonwencjonalne podejście do prowadzenia zagubionych ludzi do Boga. Książkę „Grunt pod nogami” z opisem jego kazań i konferencji przeczytał już dwa razy.


Dodatkową zaletą filmu jest również piękna ścieżka dźwiękowa. Poniżej trzy utwory, które najgłębiej zarysowały mi się w sercu:

Dawid Karpiuk – Nie zrozumie nas

Męskie Granie Orkiestra – Nic nie może przecież wiecznie trwać

Paweł Bębenek – Skosztujcie i zobaczcie (Psalm 34)

Ostatnia muzyka została została skomponowana między innymi przez Pawła Bębenka, którego bardzo ceni mój Mąż. Sebastian miał szansę poznać jego chór Animabile, a następnie zaprosić ich do przygotowania oprawy muzycznej naszego ślubu. Dzisiaj Animabile to bardzo ceniony chór, występujący w całej Polsce. Zachęcamy do śledzenia ich twórczości na Facebooku.

Jadąc na fotelu pasażera, już po fali emocji związanych z przykrym stanem, jaki zastaliśmy w naszym kamperze, wyciszeniu i modlitwie przyszły też refleksje. Ja mam silne poczucie, że w jakiś sposób zostaliśmy ochronieni przed wspomnianymi wcześniej problemami z wodą czy serwisem lub jeszcze czymś innym. Jadąc na tak krótki czas, kiedy mielibyśmy jego połowę spędzić na szukaniu miejsca, gdzie możemy zrobić serwis lub miejsca, gdzie możemy się umyć, pewnie mało byśmy uszczknęli morza…A przecież po to tam jedziemy. W sercu czuję, że wszystko jest po coś i że Opatrzność czuwa.  

Poza tym uważam, że możemy być naprawdę wdzięczni, że zauważyliśmy grzyba i pleśń przed wyjazdem i mogliśmy jeszcze zmienić plany..

Kolejna moja refleksja jest taka, że mam takie doświadczenie, kiedy robimy coś dobrego, co nas rozwija, czegoś nas uczy lub kiedy poświęcamy się dla innych, często jakaś siła próbuje to zepsuć i wtedy pojawiają się przeciwności. I stąd: „Kiedy dzieje się coś dobrego, nierzadko szatan zrywa się z łańcucha”. Natomiast ja wierzę, że siłą Małżeństwa jest właśnie wspólne pokonywanie tych trudności we wzajemnym wsparciu i nietracenie ducha. Jak to mówią, co nas nie zabije to nas wzmocni 😊

A więc jedziemy! Ahoj przygodo!

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑