A nad Bałtykiem było tak.. :)

Na Półwyspie Helskim spędziliśmy tylko 3 dni, ale za to bardzo dobrze je wykorzystaliśmy. Stacjonowaliśmy w samym środku Helu – Apartamenty Helove. Bardzo fajna miejscówka. Mieliśmy bardzo blisko zarówno nad morze, jak i do centrum. Lokal był bardzo dobrze wyposażony. Był opiekacz do chleba i kapsułki do zmywarki! A to bardzo rzadko się zdarza. Jedyny minus to, że było dosyć chłodno dla mnie – zmarzlucha. Ale Mąż grzał mi farelką, więc nie zmarzłam. Momentami robiło się wręcz za ciepło 🙂

Nasz wypoczynek na Półwyspie Helskim zaczęliśmy od porządnego wyspania się, czego nasze organizmy bardzo potrzebowały. Mimo braku słońca i dosyć chłodnej i ponurej aury od razu wyruszyliśmy na najbliższe zejście do morza i ruszyliśmy w stronę cypla. Na początek 4 km. spaceru kontemplując wzmagające się fale morskie i drepcząc po piasku naszymi półbutami 🙂


Niska temperatura i wiatr dość mocno dały nam w kość. Na szczęście na ratunek przyszła nam pobliska Tawerna Portowa , gdzie ogrzaliśmy się ciepłymi zupami. Ja tu jadłam pierwszy raz w życiu pyszną zupę rybną. Naprawdę genialna, polecam! Ja dopiero odkrywam świat ryb. Kiedy miałam 6 lat, stanęła mi ość w gardle, przez co w konsekwencji wylądowałam w szpitalu. Była dosyć malutka i niestety wbiła się niefortunnie, więc wymagało to interwencji lekarza. Od tamtej pory unikałam wszelakich ryb. Od jakiegoś czasu, dzięki mojemu Mężowi, zaczęłam pokonywać mój lęk i próbować się mierzyć z jedzeniem ryb. Na początku było to oswajanie smaku, który kojarzył się z wypadkiem i były to tylko paluszki rybne czy też filety. Natomiast z biegiem czasu, próbuję co jakiś czas czegoś nowego. I odkrywam naprawdę świetne smaki! 🙂 Myślę, że na pewno dużo straciłam przez te lata, ale tez na pewno dużo jeszcze przede mną!

A wieczorem urządziliśmy sobie w naszym apartamencie prawdziwą włoską ucztę! Przywieziony z Toskanii makaron oraz „ragu di chianina”, czyli sos sporządzony z wołowiny rasy chianina, pomidorów na bazie oliwy z oliwek i wina, posłużył nam do przygotowania pysznego dania. Także Italia, którą tak bardzo kochamy, tego wieczoru została przywołana nie tylko we wspomnieniach 🙂 Wyszło przepysznie!


A w tle oczywiście towarzyszyła nam włoska muzyka:

Włoskie przeboje


Kolejny dzień był bardzo aktywny! O 10:10 byliśmy już w drodze! Przeszliśmy plażą ponad 11 km. z Helu do Juraty. Byliśmy oczywiście lepiej przygotowani niż dnia poprzedniego. Półbuty, płaszcze i odświętne stroje zostawiliśmy w hotelu. Natomiast ubrani trekkingowo, z plecakiem pełnym prowiantu, z uśmiechami na twarzy oraz głową otwartą na to, co nam może dać ta wędrówka, ruszyliśmy przed siebie.


Słońce nas nie rozpieszczało, ale i tak szło się bardzo dobrze. Cisza, szum wiatru i my. Można było zdystansować się do wielu spraw, które zostawiliśmy głęboko w lądzie, coś sobie przemyśleć czy też porozmawiać. Trochę ze sobą nawzajem, trochę z samym sobą, a trochę z Górą. Dla nas to bardzo wartościowe momenty, do których często wracamy wspomnieniami, pośród codziennych obowiązków i spraw.


Tak jak śpiewa Jafia Namuel:


„(…) Najważniejsze jest byś zapamiętał chwile
Te w których było Ci dobrze w których byłeś szczęśliwy
Najważniejsze jest byś czuł się szczęśliwy
I żeby było Ci dobrze kiedy wspomnisz te chwile (…)”


Poniżej link do piosenki:

Jafia Namuel – Zapamiętaj chwile

Droga zajęła nam około 5 godzin. Kiedy schodziliśmy zejściem na plaży do centrum w celu poszukiwania miejscówki, gdzie moglibyśmy zjeść coś dobrego, nie czuliśmy jeszcze ani dużego głodu ani zmęczenia. Natomiast w momencie, kiedy już usiedliśmy w wybranej restauracji i oczekiwaliśmy na zamówienie, kiszki zaczęły marsza grać już porządnie. I nasze nogi poczuły dużą ulgę. Otwartych miejsc, gdzie można było zjeść nie było dużo. Raz, że Jurata jest bardzo malutka, a dwa, że poza sezonem otwartych jest tylko kilka restauracji. W związku z tym kolejki, żeby zająć stolik, są czymś naturalnym. My wybraliśmy smażalnię „Złota Rybka”. Mimo, że nie miała zbyt wysokiej oceny w internecie, zdecydowaliśmy się tam właśnie zjeść. Chcieliśmy, żeby było trochę inaczej niż standardowe menu w restauracjach, które dostosowują się do europejskich standardów oraz, których jest wszędzie na wyciągnięcie ręki. I rzeczywiście dobrze trafiliśmy. Warto było czekać na stolik, potem drugie tyle na zamówione dania. Jedliśmy przepyszne świeże rybki. Porcje były tak duże, że mimo ogromnego głodu, nie podołaliśmy zjedzeniu wszystkiego. Oczywiście wzięliśmy resztę na wynos. U nas jedzenie się nie marnuje, a już na pewno nie takie dobre! Ponadto w knajpie panował bardzo swojski klimat. Ludzie czekający w kolejce niemal stali nad jedzącymi, mając wypisane na czole „no jedz, szybciej, ile można jeść, każdy by chciał”. Nie zabrakło również kłótni o stolik, skarżenia się do obsługi oraz oblania piwem przez klientów i dogadywania sobie. Poniżej link do miejscówki, którą bardzo polecamy!:

Smażalnia ryb Złota Rybka Jurata


Po zasłużonym posiłku poszliśmy się przejść na molo w Juracie, zaraz potem na Eucharystię, a następnie ogarnialiśmy powrót do Helu. Drogi brzegiem morza już nie rozważaliśmy, a więc udaliśmy się na dworzec PKP. Nie napawał on jednak optymizmem. Można było odnieść wrażenie, że mało pamięta czasy, kiedy jeszcze funkcjonował. Natomiast według planowanego rozkładu jazdy, jaki udało nam się znaleźć wynikało, że mamy około pół godziny do jego przyjazdu. Ja wpadłam na pomysł, żeby wykorzystać czas oczekiwana i próbować łapać stopa, nie odchodząc daleko. Na niecałe 10 minut przed przyjazdem potencjalnego pociągu zatrzymała się przesympatyczna para i nas wzięła ze sobą i wysadziła tuż pod naszym hotelem. Co ciekawe, dowiedzieliśmy się, że chłopak od maja tego roku jeździ kampervanem. Także swój zawsze znajdzie swojego 🙂


Wieczorem postanowiliśmy obejrzeć jakiś film, żeby się zrelaksować. Padło tym razem na Piękną i Bestię – ulubioną bajkę Sebastiana z dzieciństwa. Ja oglądałam ją po raz pierwszy. Natomiast od razu stała się moim faworytem. Niesamowita treść. Ciężko powiedzieć, co było najważniejszym przesłaniem bajki, ponieważ przekazuje ona wiele wartości. I każdy chyba w zależności od swoich doświadczeń, własnej wrażliwości bierze dla siebie coś innego. Sebastianowi najbardziej utkwił motyw bycia odmiennym przez główną bohaterkę i niedostosowywania się na siłę do społeczeństwa, patrzenia głębiej oraz czekania na ważne zadanie, któremu jest się w stanie podołać dzięki swoim talentom. Mnie natomiast najbardziej poruszyło bezinteresowne poświęcenie Belli, żeby ocalić życie ojca oraz jej rezygnacja ze swoich pragnień. Jest to zupełnie coś przeciwnego niż to, co dzisiejszy świat nam proponuje. Ponadto podobało mi się, że zostało pokazane, iż zapomnienie o sobie zostało wynagrodzone tak naprawdę spełnieniem pragnień głównej bohaterki, a nawet czymś więcej. Jako, że jest to bajka i najczęściej oglądają ją dzieci, uważam za bardzo dobre uwrażliwianie ich na takie elementy. Ja sama widzę, jak bardzo to co oglądam, czym się karmię ma wpływ na moje myśli, dążenia i pragnienia. Domyślam się, że na dzieci działa to wszystko jeszcze bardziej. Temat poświęcenia swojego życia w sytuacji zagrożenia jest w ostatnim czasie jednym z tematów moich przemyśleń. Poznając różne postawy z historii świętych, a także znanych osób, które oddały swoje życie za innych lub przyjęły z pokorą i spokojem cierpienie często bardzo się wzruszam. Jawi mi się to jako coś niezwykle pięknego, pociągającego, a zarazem po ludzku tak trudno wykonalnego. Zastanawiam się, czy aby w momencie zagrożenia nie kierować się automatycznie swoimi instynktami, wystarczy nad sobą pracować? Natomiast czy jest to w ogóle możliwe ? Znamy przykłady takich osób, więc raczej tak…Czy do tego potrzebna jest łaska z Góry ? I czy nam jej wystarczy ? Albo czy będziemy chcieli ją przyjąć ?


Kolejny i zarazem ostatni dzień na Półwyspie Helskim upłynął już bardziej leniwie. Nie narzucaliśmy sobie jakiegoś napiętego planu. Zależało nam na Eucharystii i kolacji we wspomnianej przeze mnie w poprzednim blogu restauracji Kutter.

I to był bardzo dobry wybór. Restauracja okazała się świetnym, klimatycznym miejscem z muzyką graną na pianinie na żywo, pięknym wystrojem i wyśmienitą kuchnią. Poza tym kelnerki chodziły ubrane w lokalne stroje oraz były bardzo miłe. Sebastian jadł rosół, a na drugie żeberka z ziemniaczkami w mundurkach i ogórkami. Ja natomiast pomidorową oraz nogę kaczki z żurawiną, z ziemniaczkami w mundurkach i modrą kapustą. Wszystko było pięknie podane i porcje też były zadowalające.


Gdy Pani przyszła po zamówienie na deser, Sebastian skapitulował. Ja tez czułam, że już więcej nic nie zmieszczę, ale jednak skusiłam się na Tiramisu. I mimo tego, że pękałam w szwach po zjedzeniu, niczego nie żałuję. To było najlepsze Tiramisu, jakie jadłam. Ostatnim razem w Apulii, w Vieste tak wysoko oceniłam ten deser. Natomiast teraz muszę szczerze oddać podium restauracji Kutter. Było lekkie, puszyste i w tak przyjemny sposób nasączone kawą, że jadłam bardzo powoli, bo nie chciałam, żeby się skończyło. Mąż natomiast zachwycał się kawą espresso.


Była naprawdę bardzo dobra. Rzadko kiedy samo espresso tak smakuje. Zapisaliśmy sobie nazwę tej kawy, żeby ją zamówić i spróbować w domu. Jej nazwa to Costadoro, pochodzi z Włoch.

Na koniec podeszliśmy do właściciela Patryka Galewskiego, żeby mu pogratulować wspaniałego miejsca. Ja miałam nadzieję na zdjęcie i chwilę rozmowy. Natomiast akurat wtedy jadł, więc nie chcieliśmy mu przerywać. Niech ma swoją chwile wytchnienia! Każdy jej bardzo potrzebuje. W każdym razie ogromnie polecamy to miejsce. I warto przyjść naprawdę z pustym żołądkiem, by było dużo miejsca na te wszystkie pyszności.

I piosenka:

The Dumplings – Nie gotujemy

Chcę wspomnieć jeszcze o książce, która całkiem przypadkiem wpadła mi do rąk w apartamencie, a mianowicie „Małe zbrodnie Małżeńskie”. Przeczytałam ją jednym tchem. Jest to opowieść o parze, która po 15 latach uświadamia sobie, że ich relacja umarła. Natomiast próba uśmiercenia drugiego przez jednego z nich spowodowała, że osoby te stanęły przed sobą w prawdzie i chęci ożywienia uczucia na nowo. Książkę czytało się bardzo dobrze, gdyż dialogi między bohaterami były bardzo inteligentne, a zarazem przewrotne. Dużo było nieoczywistych oraz intrygujących elementów, o których dowiadywałam się w trakcie czytania. Książka pozostawia wiele otwartych pytań. Dla mnie najważniejsze z nich są takie:

1) Czy można kłamać z miłości?
2) Czy da się kochać i nienawidzić jednocześnie ?
3) Ile i co jesteśmy w stanie poświęcić lub czego dopuścić, by ratować Miłość ?

Mi jeszcze z tej książki została refleksja o tym, jak bardzo ważna jest komunikacja w związku, a przede wszystkim otwarta rozmowa o swoich potrzebach, uczuciach oraz wysłuchanie tej drugiej strony. Bowiem jeśli tego zabraknie, wspólne życie dwojga ludzi może zamienić się w piekło..

Gilles: Życie ze mną jest piekłem?
Kobieta, zaskoczona, zwraca się w jego stronę.
Lisa: Rozczulasz mnie, zadając to pytanie.
Gilles: A co z odpowiedzią?
Lisa milczy. Ponieważ on wciąż czeka, przyznaje w końcu z powściąganą czułością:
Lisa: Niewątpliwie jest piekłem, ale… w pewnym sensie… zależy mi na tym piekle.
Gilles: Dlaczego?
Lisa: Jest w nim ciepło…
Gilles: Jak to w piekle.
Lisa: I mam w nim swoje miejsce…
Gilles: Niczym Lucyfer…

Éric-Emmanuel SchmittMałe zbrodnie małżeńskie

Od razu przychodzi mi w myślach piosenka Kaśki Sochackiej „śnię”. Poniżej link:

Kaśka Sochacka – Śnię

Ciekawą rzecz dowiedziałam się o autorze powieści, kiedy szukałam w internecie, kto ją napisał. Eric-Emmanuel Schmitt był wychowany w niewierzącej rodzinie. W wieku 28 lat wyjechał na pustynię na południe Algierii, by uwolnić się od świata, który był dla niego więzieniem. Tam jego celem była tylko droga naprzód i walka o przetrwanie. Pragnął w ten sposób znaleźć swoje prawdziwie oblicze. Tam doznał łaski i od tamtej pory wiara tak mocno przeniknęła jego życie, że został chrześcijaninem. Opisuje to słowami:  „Otrzymałem łaskę i dar nadzwyczajny. I zostawiłem w sobie miejsce i przestrzeń dla niego. W swojej książce „Noc ognia” opisuje to mistyczne doświadczenie. Intrygują mnie takie historie czy też świadectwa. Będę chciała dotrzec do tej książki.

I tak nam minął kolejny pobyt jesienny nad polskim morzem. Mamy nadzieję, że uda nam się podtrzymywać tradycję przez kolejne 50 lat, a może i dłużej. Bardzo cieszymy się z naszego Małżeństwa oraz z naszej relacji, którą ciągle budujemy i chcemy do końca życia pielęgnować. To cudowne mieć przy boku osobę, z którą można dzielić radości, smutki, a przede wszystkim wspierać się w tej życiowej wędrówce, w której tak często brakuje map. A trzeba obrać kierunek. Czasem, kiedy się zboczy za daleko, ciężko jest wrócić. Jesteśmy wdzięczni, że któreś zawsze w końcu pociągnie drugiego w dobrą stronę. I oby ten trend się utrzymał do końca..!

I na koniec kolejna bliska nam bardzo piosenka:

Paweł Domagała – Czasami

„Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.”

Antoine de Saint-Exupery

2 myśli na temat “A nad Bałtykiem było tak.. :)

Dodaj własny

  1. A mnie ciekawi co sądzicie o stronie muzycznej „Beauty and the Beast”. Ja znam tylko anglojęzyczne wersje piosenek, które były prezentowane w filmie. A Wy oglądaliście film w wersji oryginalnej czy wersji dubbingowanej?

    Polubienie

    1. Strona muzyczna bajki jest dla nas przepiękna, jak to w starych produkcjach Disneya. W naszym odczuciu to takie idealne dopełnienie filmu, przenikało serce dogłębnie. Bardzo żywe, podrywające melodie, mądre teksty, które zostają w głowie na długo. Jak byłam mała, to oglądając bajki Disneya, tańczyłam, gestykulowałam, przeżywając razem z bohaterami. Podoba nam się, że ilość muzyki jest wyważona w stosunku do normalnych dialogów. Nie ma tego za dużo, ani za mało. My oglądaliśmy wersję z dubbingiem. Ja nie znam angielskiego.

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do naszepodrozekugorze Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑