Start

  • O nas

    O nas

    Zdjęcie tytułowe zostało wykonane przez Karol Sękowski

    Kim jesteśmy?

    Szczęśliwym Małżeństwem od kwietnia 2021 roku. Bardzo cenny dla nas św. Jan Paweł II powiedział, że „Miłość zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza“. A więc my do tego dążymy i jesteśmy ciągle w drodze.

    Bardzo bliska naszej relacji jest piosenka, którą wykorzystaliśmy do naszego pierwszego tańca na naszym ślubie. Lubimy do niej wracać 🙂 Oto ona:

    Piotr Rubik – Most Dwojga Serc

    Zatem jesteśmy podróżnikami 😊Uwielbiamy podróże, zarówno długie, jak i te weekendowe. A najbardziej te naszym kamperem, kiedy możemy poczuć wolność. Tylko my, nasz dom na kółkach i natura…i to codziennie inna😊 Jesteśmy również świetnym dopełnieniem siebie nawzajem. Różnimy się ogromnie, ale może o to właśnie w małżeństwie chodzi 😜

    I nasza piosenka:

    Dom o Zielonych Progach – Łemata

    W naszej relacji możemy od siebie nawzajem się uczyć, czerpać oraz chłonąć. Czasem bierzemy od siebie dobre rzeczy, ale niestety czasem i też złe. Raz się na siebie złościmy, a za chwilę śmiejemy się razem do rozpuku. Ale ostatecznie mocno wierzę, że poruszamy się w dobrym kierunku.. ku Górze!

    I oczywiście tu też jest piosenka:

    Grubson – Na szczycie


    Kim jestem ja, Kinga ?

    Jestem bardzo wrażliwą kobietą, która często ma głowę w chmurach. 😊Uwielbiam marzyć, dążyć do pięknych idei i pomagać innym. Bardzo lubię mówić, rozmawiać, opowiadać…zresztą przekonacie się sami 😊 W moim życiu bardzo ważną rolę odgrywa muzyka.  Natomiast nie mam ulubionego rodzaju muzyki, którego słucham. U mnie wszystko zależy od nastroju, a także przeżywanych emocji. Czasem są to pozytywne wibracje płynące z muzyki reggae, innym razem ciężki rock, poezja śpiewana lub jazz. A muszę się i przyznać, że czasem dla tak zwanego „odmóżdżenia” puszczam disco polo. Ale to taka tajemnica 😊
    Na blogu będzie dużo muzyki. Moim zdaniem to, czego słuchamy dużo mówi o człowieku, o tym co się dzieje w jego wnętrzu..

    Obecnie nie pracuję zawodowo, jak to mój Mąż się śmieje – jestem „home office manager”. No i niedawno zostałam blogerką 😊

    Moim największym podróżniczym marzeniem jest pojechanie do Afryki, poznanie kultury tych ludzi, ich duchowości oraz uczestniczenie tam w Mszy Świętej, która ponoć jest pełna entuzjazmu oraz przeniknięta emocjonalnością.

    Kim jest Sebastian ?

    Sebastian jest odpowiedzialnym i mądrym mężczyzną. W wielu sytuacjach, kiedy trzeba zdrowego rozsądku, by ocenić daną sytuację, potrafi wyłączyć emocje i to zrobić. Jest też bardzo konkretnym człowiekiem, kiedy na czymś mu zależy, to po prostu zaczyna działać i też jasno to wyraża. To właśnie spodobało mi się w nim najbardziej, kiedy się poznaliśmy. Bywa też uparty, ale no wiadomo musi mieć jakieś wady hihi 😉

    Sebastian pracuje  jako programista, ale absolutnie nie należy do mężczyzn pasujących do rozpowszechnionego stereotypu osób wykonujących ten zawód. Jest bardzo otwarty, uwielbia spotkania z innymi ludźmi i uśmiech prawie nigdy bez ważnych powodów nie schodzi mu z twarzy.


    Poza tym uwielbia sport, kiedyś bardzo dużo ćwiczył, teraz niestety czasu na takie aktywności jest dużo mniej. Natomiast kocha chodzić po górach oraz śpiewać i przy każdej sposobności stara się robić jedno i drugie. Cechuje go też duże poczucie humoru, które ludzie uwielbiają. Marzy mu się przejechanie amerykańską ciężarówką po amerykańskich drogach. Póki co ogląda opublikowane filmiki na youtube 😊

    A naszym wspólnym marzeniem jest zdobycie razem jakiegoś 5 tysięcznika, ponieważ oboje uwielbiamy chodzić po górach. W sumie można powiedzieć, że ten temat w jakiś sposób nas połączył, ponieważ nasze pierwsze rozmowy kręciły się wokół niego. Każde z nas weszło w związek z dojrzałą miłością do gór, dlatego też w naszym związku, jak i teraz w naszym wspólnym życiu, co jakiś czas wybieramy się w góry.

    A tutaj taka piosenka:

    Lady Pank – Wspinaczka

    Oczywiście mamy też inne wspólne marzenia, ale je zostawimy dla siebie 😊

  • POLESIE LUBELSKIE

    POLESIE LUBELSKIE

    Miało być Roztocze, które jest nazywane „polską Toskanią”, ale nasze kamperowe serce pokierowało nas inaczej. Po prostu tam nie dojechaliśmy, a stało się to z bardzo prostej przyczyny. Polesie Lubelskie, w którym mieliśmy zatrzymać się tylko na jedną noc, przejeżdżając tamtędy, tak nas zachwyciło, że zostaliśmy tam do końca naszego wypoczynku.

    LUBLIN

    Postanowiłam, że zacznę ten wpis od paru słów na temat Lublina, ponieważ to miasto jest mi szczególnie bliskie, a wyjazd na Polesie rozpoczęliśmy właśnie od wizyty w nim, by odwiedzić zamieszkujących tam naszych przyjaciół.

    Zdjęcie jest zrobione w Restauracji Może w Lublinie. Może być morze w województwie lubelskim ? Da się ? Da się!


    Nie potrafię zliczyć ile razy już byłam w tym mieście. Już na studiach mieszkał tam mój przyjaciel, do którego przyjeżdżałam, a potem poznałam w górach przyjaciółkę, którą równie często odwiedzałam. A poza tym też bardzo podoba mi się to miasto samo w sobie. Obecnie dalej tam mieszkają wymienione przeze mnie wyżej osoby, plus w tamtym roku zostaliśmy rodzicami chrzestnymi jednego dziecka naszych przyjaciół, także motywacja do odwiedzania Lublina jest niezaprzeczalna. Miasto to ma dla mnie magiczny klimat. Urzeka mnie w nim przede wszystkim to, że kultywowana jest w nim kultura ludowa, a folklor jest istotnym elementem jego tradycji. Odbywa się tam wiele festiwali o tej tematyce, a także miasto to może pochwalić się działalnością szeregu zespołów folklorystycznych. Znajduje się tam również kilka miejsc związanych ze wschodnią tradycją, takich jak Skansen – Muzeum Wsi Lubelskiej oraz Cepelię – markę sprzedającą rękodzieło artystyczne.

    NIE MA PRZYPADKÓW

    A więc tak jak pisałam, coś nas zatrzymało w tym rejonie i postanowiliśmy zrezygnować z pierwotnego celu naszej podróży. Dzięki temu, że podróżujemy kamperem i nie musimy nigdzie niczego rezerwować, możemy sobie na to pozwolić. Bardzo cenimy sobie tę wolność w podróży, pewnie nieraz już to wspominałam. Natomiast chciałam wytłumaczyć, dlaczego podtytuł brzmi „Nie ma przypadków”. Otóż już wyjaśniam. Jak wiecie w naszych wojażach kamperowych unikamy jak ognia stacjonowania na kempingach, udajemy się tam tylko w sytuacjach, kiedy potrzebujemy zrobić serwis lub podładować nasz akumulator części mieszkalnej, jeśli brakuje nam prądu. Będąc na Polesiu Lubelskim spotkaliśmy się z dość trudna sytuacją, gdy nasze zbiorniki na szarą wodę oraz kasetka WC zrobiły się pełne. Okazało się, że praktycznie wszystkie kempingi w tej okolicy były zamknięte. Była to długi weekend majowy, więc byliśmy wręcz pewni, że nie będzie z tym problemu, a zatem zupełnie nie byliśmy przygotowani na taki rozwój wydarzeń. Fakt był taki, że większość kempingów jeszcze się nie otworzyła po zimie. Nie przyszło nam do głowy, ze sezon zaczyna się w lipcu, ewentualnie od połowy czerwca. Jeździliśmy od miejsca do miejsca i wszędzie całowaliśmy przysłowiową klamkę. Oddalając się coraz bardziej, w pewnym momencie zaczęliśmy próbować kontaktować się najpierw telefonicznie, bo czas nam uciekał. Niestety nikt nie odbierał, a jeśli to zrobił to dawał nam informację, że nie mogą nam pomóc, bo nic nie jest jeszcze uruchomione. Byliśmy już bardzo mocno zestresowani, kiedy udało nam się dodzwonić do jednego miejsca – „Kempingu Polesie”. „Hurra, jesteśmy uratowani” – krzyknęliśmy oboje, a naszej radości nie było końca. Telefon odebrała kobieta, która powiedziała nam, że na kempingu jeszcze nikogo nie ma, ale można przyjechać oraz, że wszystko działa. U niej sezon też jeszcze się nie zaczął, ale z racji tego, że mieszka blisko i pierwsi goście stacjonowali tam już na koniec marca, więc uruchomiła serwis i dzięki temu można z niego korzystać. Wytłumaczyła nam, jak otworzyć sobie bramę, jak korzystać z serwisu oraz zapytała do kiedy zostajemy. Początkowo mieliśmy spędzić tam tylko jedną noc, ponieważ zależało nam by zrobić serwis, podładować się prądem i jechać dalej, by stacjonować na dziko, tak jak najbardziej lubimy. W związku z tym zaproponowała nam byśmy zapłacili Blikiem lub zostawili pieniądze za nocleg w skrzynce, jeśli byśmy się nie spotkali. Niesamowite, jakie zaufanie z jej strony. Potem w rozmowie z nią dowiedzieliśmy się, że taką ma praktykę i nigdy na tym źle nie wyszła, a wręcz przeciwnie. Ostatecznie zostaliśmy tam jeszcze parę dni. Muszę przyznać, że miejsce to zrobiło na nas ogromne wrażenie.

    Przede wszystkim dlatego, że było ono dokładnie takie, tak jak sobie wymarzyliśmy, jak miałby wyglądać nasz Kamperpark. Tak jak pisaliśmy w poście o Busku Zdroju odkąd zaczęliśmy podróżować kamperem, zrodziło się w naszych sercach pragnienie inwestycji – Kamperparku jako czegos pomiędzy spaniem na dziko, a kempingiem. I to miejsce na Polesiu, było właśnie takie, jak w naszych wyobrażeniach.

    Była tam taka cisza, mnóstwo przestrzeni oraz zieleni, widok na las, a przy tym wszystkim profesjonalny, wygodny serwis, dobrze wyposażone oraz zadbane sanitariaty z pralką oraz lodówką. Ponadto wyznaczone stanowiska dla kamperów były w odpowiedniej odległości, a za stodoła była zielona przestrzeń, gdzie można było stawać kamperem lub rozbijać się namiotem jak się chce. Coś niesamowitego. Jeszcze było przed sezonem, więc nie było wielu gości. Natomiast ponoć dzikich tłumów tam nie ma nigdy, a przede wszystkim z uwagi na brak mocno rozbudowanej infrastruktury oraz przepychu atrakcji przyjeżdża tam konkretna grupa osób, którzy są nastawieni na odpoczynek aniżeli na imprezowanie, co również stanowi duży plus tego miejsca. Kolejnego dnia, gdy przyjechała właścicielka, zaczepiliśmy ją, by podpytać o to, jak stworzyła takie cudowne miejsce. Mieliśmy chwilę rozmawiać, a zeszło nam chyba z dwie godziny. Kobieta okazała się bardzo sympatyczna, a przede wszystkim podzieliła się z nami różnymi szczegółami, trudnościami oraz pozytywnymi stronami całego przedsięwzięcia. Z racji tego, że byliśmy naprawdę żywo zainteresowani i mocno nakręciliśmy się na zrobienie takiej inwestycji w naszych okolicach, udzieliła nam też kilka cennych wskazówek odnośnie zakładania tego biznesu. Jednym słowem namieszała nam w głowie, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jak tylko wróciliśmy zaczęliśmy szukać w Internecie działek. To była nasza inspiracja do działania! Od dawna o tym myśleliśmy, ale potrzebowaliśmy właśnie takiego impulsu. Można powiedzieć, że tam się wszystko zaczęło. Dlatego napisałam, że nie ma przypadków 🙂

    POLESKI PARK NARODOWY

    Poleski Park Narodowy stał się naszym nowym odkryciem. Planowo mieliśmy tam zatrzymać się tylko na jedną noc i jechać dalej na Roztocze. Natomiast obszar ten tak nas zachwycił, że spędziliśmy tam całą resztę majówki. Nie mogliśmy uwierzyć, że jest tam zarówno tak pięknie, a jednocześnie tak zacisznie. Sporadycznie spotykaliśmy tam ludzi, a na miejscówkach z park4night byliśmy zazwyczaj sami. Coś niesamowitego! A więc chłonęliśmy tę sprzyjającą odpoczynkowi aurę, Chodziliśmy na długie spacery, jeździliśmy na rowerach, a tez po prostu odpoczywaliśmy na łonie natury. Dawno nie spędziliśmy tak dobrze wykorzystanego czasu urlopowego.

    BAGNA I MOKRADŁA

    Bagna i mokradła to zdecydowanie motyw przewodni Poleskiego Parku Narodowego. I mimo, że powodowały one specyficzny rodzaj zapachu oraz wilgoć, były one dla nas naprawdę atrakcyjne. Przede wszystkim stanowiły dla nas niecodzienny krajobraz. Poza tym na tle scenerii nietuzinkowej zieleni oraz licznych drzew, wyglądały naprawdę bajecznie. A odgłosy, jakie było słychać zza zarośli, odbijające się echem od wody sprawiały, że na mojej skórze pojawiała się gęsia skórka. W szczególności, że wykorzystywaliśmy dzień do końca i zdarzało się, że wracaliśmy z latarką po zmroku. Ci co mnie znają, pewnie się zastanawiają, jak ja się na to zgodziłam. Otóż muszę przyznać, że sama byłam tego prowodyrem, gdyż przy boku Męża jest ze mnie niezły chojrak. Potem z moim strachem bywa różnie jak wiecie, ale na początku bywam bardzo chętna na różne wyzwania.

    Szlaki w Poleskim Parku Narodowym przebiegają nie tylko wokół bagien oraz mokradeł. Piesze trasy ciągną się w dużej mierze pośród licznych lasów oraz jezior. Jednego dnia przechadzając się jednym ze szlaków wieczorową porą, zauważyliśmy łosia. Choć w pierwszej chwili mocno się wystraszyłam, miałam ogromną radość, bo pierwszy raz na żywo widziałam to zwierzę.

    ROWEREM PRZEZ POLESKI PARK NARODOWY

    Trzeba też przyznać, że gdyby nie to, że podczas tej podróży pogoda nam świetnie dopisała, nie zrealizowalibyśmy tylu rzeczy, a przede wszystkim nie odsłoniłoby się przed nami tyle skarbów tej lokalnej przyrody. Słońce świeciło każdego dnia, oddając wspaniałym krajobrazom cudowną poświatę. Byliśmy zachwyceni.

    Mieliśmy w planach wziąć rowery, ale jak zwykle nie starczyło nam czasu, żeby je zapakować na tył kampera. Niestety trochę czasu z tym schodzi i zazwyczaj po prostu odpuszczamy. Sebastian też się trochę stresuje podczas jazdy, czy na pewno się dobrze trzymają i czy nie ma zagrożenia, że spadną komuś jadącemu za nami na maskę samochodu. W każdym razie jak zobaczyliśmy te piękne tereny Poleskiego Parku Narodowego, zaczęliśmy sobie bardzo pluć w brodę, że nie podjęliśmy tego wysiłku. Z ratunkiem pospieszyła nam niezawodna, wspominana wcześniej właścicielka Kempingu Polesie. Powiedziała, że kolejnego dnia przywiezie nam dwa rowery, które możemy pożyczyć. Oczywiście z pomocą zaprzyjaźnionych sąsiadów zadbała też o to, by przygotować nam je do drogi, ponieważ w tym sezonie nie były jeszcze używane do tego czasu. Teraz jeszcze bardziej rozumiecie, dlaczego tak ciężko nam było z tego Kamperparku wyjechać. Byliśmy tam rozpieszczani z każdej strony 🙂

    W każdym razie zrobiliśmy porządną trasę tymi rowerami, także wracając na Kemping, w miejscowym sklepie kupiliśmy kiełbaski i wszystko co do nich potrzebne, a po przybyciu rozpaliliśmy ognisko i bez najmniejszych wyrzutów sumienia objedliśmy się jak bąki. Cóż to była za radość!
    A po drodze lokalne biznesy raczyły nas kawką fusiarą i domowym ciastem. Także na brak energii do pedałowania nie mogliśmy narzekać 🙂

    OGNISKA W POLESKIM PARKU NARODOWYM

    Skoro już jesteśmy w temacie ognisk, nie sposób nie wspomnieć o tym, że ich obecność podczas tego wyjazdu, była obfita. W Poleskim Parku Narodowym jest mnóstwo punktów widokowych z wiatą oraz stołem do spożycia posiłku, niekiedy toaletą, a często miejscem przeznaczonym na rozpalenie ogniska. To jeden z przykładów wielu takich miejsc:

    Nierzadko spotkaliśmy też ułożone drewno do podpałki. Byliśmy bardzo zaskoczeni, ponieważ nigdzie wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. W każdym razie bardzo nas to cieszyło, uwielbiamy klimat palącego się wieczorem ogniska, a jak jeszcze przy tym można sobie upiec i zjeść kiełbaskę, to już w ogóle sztos. Pierwsze rozpaliliśmy już pierwszego wieczoru, kiedy odjechaliśmy od naszych przyjaciół z Lublina. Pamiętam tą ciszę przerywaną odgłosem palącego się ognia i trzaskającego drewna. Po weekendzie pełnym emocji z trójką dzieciaków, bardzo nas to uspokajało.

    A przy ognisku toczyliśmy rozmowy o wychowywaniu dzieci i dzieliliśmy się swoimi pragnieniami w tym temacie, ale też obawami, czy podołamy temu wyzwaniu, jeśli Bóg kiedyś nas obdarzy potomstwem.

    No to piosenka:

    Różni Artyści – Płonie ognisko i szumią knieje

    DZIKOŚĆ

    Jakbym miała określić jednym słowem Poleski Park Narodowy, to wybrałabym „dzikość”. Czy spacerując, czy jeżdżąc na rowerze lub odpoczywając na dzikich miejscówkach znalezionych aplikacji park4night, po prostu czuliśmy się bardzo blisko natury. Było cicho, spokojnie i naprawdę nic nam nie przeszkadzało w kontemplowaniu niezmienionej przez człowieka przyrody. Poza tym, nawet nie szukając w internecie potencjalnych miejsc na nocleg, co rusz wydawało nam się, że właśnie tutaj jest idealnie.

    Tutaj na tej miejscówce jesteśmy już przed samym odjazdem. Ale początkowo rozłożyliśmy się elegancko z markizą i krzesełkami. Następnego dnia rano obudził nas strażnik parku z reprymendą, że nie możemy tu biwakować. Od tamtej pory na terenie parku na parkingach już nie rozkładaliśmy markizy i krzesełek i nikt nas nie przegonił. Także zadziałało 🙂 Natomiast nie był też to dla nas duży problem, ponieważ tak jak wspominaliśmy większość miejscówek z punktami widokowymi miała wiaty z ławkami i stołem.

    JAKI BYŁ DLA NAS TEN WYJAZD ?

    Ten wyjazd był jednym z lepszych naszych wyjazdów. Gdy rozmawialiśmy o nim z Sebastianem, oczywiście użyłam słowa „najlepszy”. Często jak coś mi się bardzo podoba określam w ten sposób, a potem brakuje skali. Natomiast ta podróż miała dla nas naprawdę duże znaczenie. Przede wszystkim z powodów, które wymieniłam wcześniej, czyli dzikości terenu, jakie tam zastaliśmy oraz z uwagi na to, że tutaj dostaliśmy kopa energii i zapału do tego, by działać na poważnie z naszym marzeniem o stworzeniu Kamperparku. Poza tym podczas tego wyjazdu naprawdę odpoczęliśmy i doświadczyliśmy takiego „kamperowania”, jakie jest w naszych wyobrażeniach, jak chcemy by ono wyglądało. Ponadto było trochę odpoczynku, nie zabrakło też aktywności ruchowej, a także dobrego jedzenia i czasu na nasze bycie ze sobą i celebrację Miłości. Było parę przeciwności, z którymi musieliśmy się zmierzyć, ale każda z nich kończyła się dobrze i to tylko sprawiało, że czuliśmy się jeszcze bardziej na właściwym miejscu. Życzymy sobie jeszcze bardzo dużo takich wyjazdów. Bóg, natura i my, to coś, czego nam potrzeba do pełni szczęścia.

    A jakbym miała określić ten wyjazd jedną piosenką, to byłaby to ona:

    Golden Life – Oprócz błękitnego nieba

  • Nasz pierwszy raz kamperem nad morzem!

    Nasz pierwszy raz kamperem nad morzem!

    Dacie wiarę, że nie byliśmy jeszcze kamperem nad morzem? Kiedy sięgnęliśmy pamięcią parę lat wstecz do momentu, w którym zaczęliśmy wdrażać w życie naszą ideę corocznego jesiennego wyjazdu nad morze i sobie to uświadomiliśmy, też nie mogliśmy w to uwierzyć. Jeździmy nad Bałtyk każdego roku, natomiast zawsze coś powodowało, że wybieraliśmy inną opcję niż kamper. Przed ślubem, kiedy jeszcze nie byliśmy jego szczęśliwymi posiadaczami, sprawa była jasna – jechaliśmy osobówką i spaliśmy w hotelu. Pierwszej jesieni po ślubie wróciły obostrzenia w związku z koronawirusem, więc zrezygnowaliśmy wtedy z podróży. Kolejnego roku nasz wyjazd był połączony z weselem u mojej rodziny w Międzyzdrojach i początkowo myśleliśmy, że będziemy u nich nocować, a na następny rok, kiedy byliśmy już spakowani do kampera tuż przed wyjazdem odkryliśmy w nim niemały przeciek, w związku z którym natychmiast trafił do serwisu, a my byliśmy znów skazani na hotel. A więc na ten rok przypadło nam pojechać pierwszy raz naszym domem na kółkach nad morze. Oczywiście uczciwie mówiąc prawdą nie jest, że nasz kamper pierwszy raz widział teraz fale morskie oraz wdychał morskie powietrze. Był z nami nad morzem zarówno w Toskanii, jak i w Apulii, a także przejazdem przy okazji podróży do Norewgii, gdzie musieliśmy przeprawić się przez Bałtyk promem. Natomiast na pewno był to jego pierwszy wypoczynek nad Morzem Bałtyckim 🙂 No to piosenka:

    Kasia Wilk – Pierwszy raz

    PODRÓŻE KSZTAŁCĄ

    W tym roku postanowiliśmy upiec trzy pieczenie na jednym ogniu. Jak to u nas, dużo się dzieje i brak czasu na wszystko. Natomiast chcieliśmy bardzo zrealizować trzy rzeczy tej jesieni, na których nam bardzo zależało. Pierwsze to nasz jesienny, tradycyjny wyjazd nad morze, drugie to odwiedziny Dziadków na cmentarzu w moich rodzinnych stronach, a trzecie to przyjechanie na 1 roczek do naszego wspólnego chrześniaka do naszych przyjaciół, którzy mieszkają w Lublinie. Długo siedzieliśmy i zastanawialiśmy się, jak to zrobić, by nie stracić za dużo czasu na drogę. Przeliczyliśmy, że te trzy wyjazdy z Krakowa i z powrotami wyniosłyby około 3000 km. i około 40 godzin w drodze. Natomiast przy połączeniu tych trzech wyjazdów jeden po drugim, bez powrotów do domu, wyszło nam około 2000 km. około 20 godzin. Skusiliśmy się tą matematyką i zdecydowaliśmy się na opcję 3 in 1. I to był strzał w dziesiątkę. I wystarczył nam na to tydzień z dwoma pełnymi weekendami 🙂
    Wyjechaliśmy wcześnie rano ( na tyle ile się dało) około godziny 10 w sobotę. Dużo nam dało to, że rzeczy spakowałam nam wcześniej i poprzedniego dnia mogliśmy je rozpakować już do szafek w kamperze. Dzięki temu zaoszczędziliśmy czas w dzień wyjazdu, a także miejsce, gdyż puste walizki po rzeczach zostawiliśmy w domu, nie musząc ich wozić w bagażniku, by niepotrzebnie nie zajmowały miejsca. Jestem z nas dumna, jak dojrzewamy i jacy stajemy się energooszczędni i szczwani. Podróże kształcą!

    CZEMU AKURAT ŁEBA?

    Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć, zdecydowaliśmy się na ten kierunek w ostatnim tygodniu przed wyjazdem. Zazwyczaj staramy się wybierać rejon Bałtyku, w którym jeszcze nie byliśmy. Tym razem długo nie mogliśmy się zdecydować, aż w końcu przyszła mi pewna inspiracja do głowy. Jako, że od śmierci mojej Babci, która była dla mnie bardzo ważną osobą, minął dopiero rok, często o niej myślę i w wielu momentach mi jej brakuje. Ostatnio wróciłam pamięcią do wspomnień, kiedy Babcia była w sanatorium jesienią nad morzem i to właśnie w Łebie. Ja byłam jeszcze wtedy małym dzieckiem i pamiętam jak Babcia wyjeżdżała, czule się z nami żegnając. A kiedy wróciła, witała się z nami mocno nas obcałowując, zostawiwszy ślady na naszych twarzach po swojej ciemnoróżowej szmince. Wspominałam również, że Mama jechała do Łeby odwiedzić Babcie w weekend w tym sanatorium, ja niestety nie mogłam jechać razem z nią, zostałam w domu. Pamiętam, że to był bardzo udany wyjazd dla Babci. Dlatego jakoś w tym okresie wracała mi na myśl Łeba jako kierunek naszych tegorocznych jesiennych wojaży nad polskim morzem. Mojego Męża nie musiałam długo namawiać, szybko podchwycił temat. Na potwierdzenie naszego dobrego wyboru, jedna z moich podopiecznych, kiedy dzieliłam się z nią, że jeszcze nie wiemy, dokąd pojedziemy, od razu proponowała nam Łebę, mocno ją wychwalając. A więc ustawiliśmy w Google Maps – Łeba i podążaliśmy słuchając się niestety już wygenerowanego przesz sztuczna inteligencję głosu nawigacji. Świat idzie w złą stronę, ale cóż my możemy zrobić ? My idźmy w dobrą! Piosenka:

    Dawid Podsiadło – W Dobrą Stronę

    ŁEBA

    Mimo, iż wyjechaliśmy wcześnie rano, nie dojechaliśmy tego samego dnia do Łeby. Jak wiecie, my drogę traktujemy bardzo luźno, przede wszystkim chcemy też mieć z niej przyjemność. Dlatego też, kiedy jesteśmy głodni, chcemy kawy lub potrzebujemy przerwy, zatrzymujemy się bez większych wyrzutów sumienia, że gdzieś nie dojedziemy. Przynajmniej staramy się nad tym pracować, by w większości sytuacji tak było. Tego dnia trafiliśmy na potężne mgły, które znacząco utrudniały drogę. Sebastian musiał być bardzo skupiony na drodze, a i czasem to nie pomagało. Było też to dla niego bardzo męczące. Natomiast przyszedł moment, kiedy było tak ciemno, a drogi były kręte oraz po bokach bardzo blisko rosły ogromne drzewa i w związku z tym było bardzo ryzykownie. Dlatego postanowiliśmy na około pół godziny przed Łebą znaleźć jakąś dziką miejscówkę do spania i po prostu tam zostać. Początkowo wybraliśmy naprawdę „miejsce sztos”, natomiast musieliśmy przez głos rozsądku z niego zrezygnować. Z uwagi na trudne warunki drogowe jazda szutrową drogą bez żadnego oświetlenia, mogłaby się dla nas źle skończyć. A więc stanęliśmy na zatoczce przy drodze, gdzie znajdowała się działająca w sezonie wypożyczalnia kajaków. Były tam jakieś wiaty, grzybki do zrobienia pikniku. Poza tym przez to, że było ciemno i bardzo mgliście, nie było nic kompletnie widać. Noc tam okazała się bardzo spokojna, ponieważ ruch przy tej drodze był naprawdę znikomy, a jeśli był, to nikt przy zdrowych zmysłach przy takich warunkach nie jechał tam z dużą prędkością. Dzięki temu naprawdę mieliśmy tam bardzo cicho i super się zregenerowaliśmy. Rano, kiedy zeszła mgła, okazało się, że stoimy w bardzo ładnym miejscu. Z naszego okna z salonu i sypialni rozpościerał się przepiękny widok na rzekę oraz roślinność. Uwielbiamy tak się zaskakiwać, wieczorem nie widzieliśmy tam dosłownie nic.

    Także mieliśmy śniadanie z pięknym widokiem. Mimo, iż nie był to morski krajobraz, mieliśmy ogromną radość. Tego dnia była niedziela, więc po spokojnym porannym ogarnięciu się ( jedzenie, prysznic, kawa), pojechaliśmy na Eucharystię do najbliższego kościoła, już w Łebie. Potem wybraliśmy się przywitać morze. Fale były bardzo spokojne, a pogoda przyjemna. Delikatne, popołudniowe słońce otulało nasze twarze tak, że praktycznie nie czuliśmy wiatru, który gdzieniegdzie nas zawiewał.

    Spontanicznie postanowiliśmy zrobić mały spacerek plażą do kolejnego zejścia, a potem już stamtąd pójść coś zjeść do wybranej restauracji. Może w półbutach i botkach nie szło nam się wybitnie komfortowo, ale tego dnia sprzyjał nam nawet piasek, który był dosyć twardy, co pozwoliło nam się bardzo mocno nie zapadać i nie niszczyć butów. Przed samym zejściem było nieduże molo, więc wybraliśmy się na nie. Na samym końcu była niewielka latarnia morska, na której przesiadywały dwa ciemne ptaki. Przez chwilę je obserwowałam i zauważyłam bardzo ciekawe zjawisko. Jeden z tych ptaków siedział z odwróconym dziobem w drugą stronę i były dumny jak paw, wyglądał niczym obrażony. Natomiast drugi z nich był zdecydowanie zwrócony w jego stronę i co chwilę go dziobał, po czym tamten niewzruszony nawet nie drgnął. W pewnym momencie nawet zaczął się odsuwać od niego w drugą stronę. Trwało to dosyć długo, nawet byłam zaskoczona pokładami cierpliwości w tym dziobiącym ptaku, który ostatecznie dał sobie spokój i odleciał w inne miejsce. Pewnie ptaki się o coś pokłóciły i jeden z pokorą i determinacją próbował drugiego przepraszać, a ten drugi unosząc się dumą, odtrącał go. Niesamowite było to widowisko, choć zdaję sobie sprawę, że ten cały scenariusz mógł być tylko w mojej wyobraźni. Natomiast popatrzcie sami:

    Zaraz po zejściu do portu z plaży zobaczyliśmy ogromny Krzyż, a przy nim dość duże zbiorowisko ludzi. Podeszliśmy tam i szybko zorientowaliśmy się, że ta społeczność odmawia wspólnie różaniec, więc dołączyliśmy do nich. Po skończonej modlitwie podeszliśmy do jednej z tych osób.

    Okazało się, że mieszkańcy regionu gromadzą się i łączą w modlitwie za osoby zmarłe na morzu. Niestety to głównie członkowie rodzin. Kilka minut wystarczyło, żebyśmy usłyszeli tragiczne historie, starsze i bardzo bliskie, dorosłych i dzieci. To wydarzenie kolejny raz przypomniało nam, że woda to potężny żywioł i nawet dobre umiejętności pływackie nie zawsze pozwolą przetrwać w morzu.

    Bardzo nas podbudowało to zdarzenie. My za różaniec łapiemy każdego dnia przed pójściem spać, jest to dla nas bardzo ważne. Praktykujemy to od początku naszego związku, choć zaczynaliśmy od jednej dziesiątki, teraz ciśniemy cały. Uczciwie muszę przyznać, że zdarza się nierzadko, że Sebastian odwala całą robotę, gdyż mi się zdarza przysypiać. Ale czytałam, że nawet najlepszym się zdarzało. Czytałam, że Św. Teresa z Lisieux również zasypiała regularnie na modlitwie 🙂 A więc bardzo się ucieszyliśmy z tego prezentu, jakim było wspólne odmawianie różańca z naszymi rodakami i to jeszcze w takiej intencji. To niesamowite, że tyle lat po tragedii, ludzie się zbierają i jest to dla nich takie ważne. Takie rzeczy mocno budują nasza wiarę i utwierdzają w to, co wierzymy.

    Po zaspokojeniu potrzeb duchowych, przyszła kolej na nasze potrzeby cielesne, czyli jedzonko. To jest coś, czego nie potrafimy sobie odmówić. Pewnie już zdążyliście się zorientować, że zarówno ja, jak i Sebastian, kochamy jeść, a również gotować. Ja muszę się pochwalić, że mam nosa do znajdywania dobrych restauracji. W Krakowie mamy swoje ulubione, do których najczęściej chodzimy, ale podczas naszych podróży czasem lubimy dla odmiany wyjść do lokalnej restauracji zamiast gotować w kamperze, by też spróbować czegoś innego oraz spędzić miło czas. Uwielbiamy celebrować nasze wspólne chwile. Zazwyczaj razem szukamy i wybieramy miejsce do zjedzenia czegoś, ale często w takich sytuacjach coś do mnie wyjątkowo przemawia i idziemy za tym. A nieskromnie mówiąc, zazwyczaj, nie żałujemy 🙂 I tym razem tak było. Faktem jest, że w posezonowej Łebie, tylko gdzieniegdzie można było znaleźć coś otwartego, ale to co wybraliśmy było naprawdę genialnym wyborem. Nasz wybór z menu padł na burgery. Ale jakie ? Otóż nie były to zwykłe burgery. Sebastian jadł opcję z dorszem w chrupiącej panierce, a ja z szarpaną wołowiną. Obydwa były przepyszne.

    Kiedy idziemy do restauracji zawsze staramy się wybierać coś lokalnego, lub coś, czego jeszcze nie jedliśmy. Po kolacji zmieniła się mocno pogoda i się rozpadało, na szczęście dopiero, kiedy dotarliśmy do naszego kampera i się w nim zaszyliśmy. Tego dnia mieliśmy świetną miejscówkę niedaleko wejścia na plażę z widokiem na kolorowy, jesienny las. Nie mogliśmy przestać się zachwycać jego zapachem. Nasze zmysły powonienia szalały z radości, gdyż jego woń była niczym olejek eteryczny o zapachu lasu. Musiały być w nim jakieś inne drzewa, których nie mamy w okolicy Krakowa, bo było to dla nas coś zupełnie innego.

    AKCJA „KIBELEK”

    Jak wiecie w kamperze mamy kasetkę – toaletę chemiczną, którą opróżniamy w specjalnie przeznaczonych do tego miejscach, najczęściej na kempingach. Niestety w Polsce, a i też w niektórych miejscach w Europie, gdzie podróżowaliśmy, nie ma opcji wykupienia usługi „tylko serwis”. W takich sytuacjach, by opróżnić kasetkę WC, wylać szarą wodę oraz napełnić zbiornik czystą wodą, musimy zapłacić za cały nocleg. Jest to dla nas niekorzystne, ponieważ coraz częściej budowane są wielkie, wypasione, a co za tym idzie bardzo drogie kempingi z wieloma udogodnieniami typu sauny, baseny, restauracje itd., z których my i tak nie korzystamy. Noc na takim kempingu potrafi kosztować około 60 Euro. Są jeszcze rejony, gdzie w pobliżu nie ma takich infrastruktur, albo poza sezonem są zamknięte i trzeba sobie poradzić inaczej. Nas w sytuacjach naprawdę podbramkowych ratuję MOP-y na autostradach, na których do ich toalet wylewamy zawartość naszej kasetki WC. Natomiast szarą wodę w awaryjnych sytuacjach zlewamy do napotkanych na parkingach kratek ściekowych, a czystą wodę napełniamy prosząc pracowników na stacjach benzynowych o udostępnienie dostępu do ich kranu, oczywiście za opłatą. Natomiast uzyskanie takiej zgody jest ciężkim orzechem do zgryzienia. Będąc w Łebie po sezonie wiedzieliśmy, że możemy spotkać się z problemami w tej kwestii. Okazało się jednak, że mimo opustoszałego rejonu w tym okresie, znalazło się parę całorocznych kempingów, na których można było zrobić „tylko serwis” za symboliczną opłatą lub całkiem za darmo. Natomiast, żeby nie było nam za dobrze, musieliśmy zmierzyć się z innym niespodziewanym problemem, który nas zaskoczył już drugiego dnia. Gdy wróciliśmy z restauracji do kampera, nie planowaliśmy już się nigdzie ruszać z naszej świetnej miejscówki pod lasem i przy plaży, z której byliśmy bardzo zadowoleni. Serwis robiliśmy przed wyjazdem, więc spokojnie do kolejnego dnia byliśmy bezpieczni pod kątem wody. Natomiast okazało się, że kasetka WC jest pełna. Bardzo nie chciało nam się ruszać z miejsca i szukać serwisu. Było tak nam tu dobrze i pięknie, że było w nas mocne „NIE”. Natomiast wiedzieliśmy też, że musimy ogarnąć tę sytuację tego samego dnia, inaczej zawartość kasetki nam się do rana wyleje. W pewnym momencie wpadł mi do głowy pewien pomysł, którym natychmiast podzieliłam się z Mężem. Przypomniało mi się, że kiedy szliśmy w kierunku plaży, mijaliśmy Toi Toi – czyli kabinę sanitarną z przenośną toaletą. Pomyślałam, że możemy tam podjechać i jeśli jest miejsce, wlać do niej zawartość naszej kasetki WC. Przegadaliśmy jeszcze wspólnie, czy na pewno tak możemy zrobić i czy nie spowodujemy tym działaniem niepożądanych efektów. Wyczytałam w Internecie, że do Toi Toi tak jak i do naszej przenośnej toalety wlewa się chemię wspomagającą rozkład fekaliów, papieru toaletowego, zapobiegającą gromadzeniu się gazów oraz ułatwiającą opróżnianie zbiornika. Byliśmy uratowani! Bardzo ucieszyliśmy się z tej akcji, ponieważ to pozwoliło nam dalej cieszyć się bardzo przyjemnym wieczorkiem w przytulnym kamperku i zacisznym miejscu przy samym nadmorskim lesie.

    RUCHOME WYDMY W ŁEBIE

    Kolejnego dnia wykorzystaliśmy sytuację, że stoimy naszym kamperem niedaleko plaży i ruszyliśmy z rana na nadmorski spacer. Gdy wychodziliśmy, fale morskie były bardziej poruszone niż poprzedniego dnia, ale świeciło pełne słońce, więc wędrówka zapowiadała się bardzo obiecująco.

    Zatem szliśmy bardzo powoli, delektując się świeżym, morskim powietrzem oraz szumem jednak coraz bardziej wzburzonych fal. Niestety „im dalej w las”, tym bardziej zaczęła zmieniać się pogoda. Fale przybierały na sile, a na niebie piętrzyły się coraz ciemniejsze chmury. Momentami czuliśmy też na naszych twarzach delikatne muskanie kropelek deszczu naprzemiennie z prześlizgującymi się między nas podmuchami wiatru.

    Tego dnia mieliśmy zaplanowaną trasę brzegiem morza z Łeby na Wydmę Łącką, czyli słynną ruchomą wydmę, na której „szczyt góry” można wejść. Mimo niepewnej pogody, nasz nieustraszony duet nie poddał się i dotarł na miejsce. Było naprawdę zjawiskowo!

    Ogrom wielkich , pustych piaszczystych przestrzeni oraz przemieszczającego się piasku, który widać było gołym okiem. Na pewno duży wpływ na nasze odczucia miało też to, że byliśmy tam prawie sami. Takie są zalety podróżowania poza sezonem, bardzo to lubimy. W okresie letnim jest tutaj mnóstwo turystów, przez co się domyślamy doświadczenie bycia na ogromnej pustyni jest o wiele mniejsze. Chwilę tam spędziliśmy, by chłonąć tę niesamowitą aurę oraz napawać się tymi niespotykanymi widokami. Gdyby towarzyszyło nam takie słońce, jak rano pewnie zostalibyśmy jeszcze dłużej.

    Natomiast chłodny wiatr i wędrujący piasek w pewnym momencie zaczęły być troszkę uciążliwe. Wracaliśmy do Łeby inną drogą przez Słowiński Park Narodowy, co bardzo nam się spodobało. Bardzo lubimy robić pętelki, więc kiedy tylko jest taka możliwość, zawsze z tego korzystamy.

    Mieliśmy takie szczęście, że przez całą naszą drogę nie padało, nie licząc zraszania naszych twarzy przez kapuśniaczek podczas drogi brzegiem morza. Generalnie cały dzień od pewnego momentu był dżdżysty, a rozpadało się na dobre dopiero wieczorem, po naszym powrocie do kampera. Tego dnia już musieliśmy zrobić pełny serwis kampera, nie dało się go obejść. Na szczęście udało się znaleźć działający całoroczny kemping, który pozwolił nam zlać szarą wodę oraz zawartość kasetki WC oraz napełnić zbiornik czystą wodą. Byliśmy uratowani na kolejne 2 dni, hurra! Znaleźliśmy bardzo dobrze zapowiadającą się miejscówkę w aplikacji Park4night i ruszyliśmy w jej kierunku.

    Jak poradziłam sobie z lękiem?

    Na miejscu okazało się, że wybrana przez nas miejscówka znajduje się w samym środku lasu, gdzie otaczała nas dzika i całkowita ciemność. Gdy zajechaliśmy tam, oboje z Sebastianem zamilkliśmy i przełknęliśmy ślinę. Z jednej strony był to idealny spot, ponieważ było bardzo cicho, ciemno oraz byliśmy dobrze schowani. A z drugiej strony oboje nie musieliśmy się specjalnie wysilać, żeby usłyszeć, jak mocno biło moje serce ze strachu przed spędzeniem tu nocy. Niestety panicznie boję się spać w lesie lub gdzieś, gdzie jest duża szansa, że usłyszę lub zobaczę obok nas jakąś zwierzynę. Tutaj odsyłam Was do opowieści o naszym spotkaniu z dzikami jeszcze kiedy podróżowaliśmy z namiotem: Wpis: Jak to się zaczęło? Generalnie jest ze mną taki paradoks, że uwielbiam dzikie i odludne miejscówki, ale jednocześnie towarzyszy mi wtedy duży lęk. Do tej pory w takich sytuacjach najczęściej próbowałam go tłumić i walczyć z nim, w nadziei, że w końcu będę mogła się rozluźnić oraz przespać całą noc. Czasem kończyło się to tak, że budziłam w środku nocy Sebastiana, a w konsekwencji musieliśmy się przestawiać. Dopiero od jakiegoś czasu staram się inaczej pracować z tymi emocjami, przyjmować je i akceptować. Dlatego tym razem postanowiłam zareagować inaczej, a mianowicie: Kiedy zajechaliśmy na działkę, tak jak wcześniej pisałam, oboje z Mężem poczuliśmy trwogę. Ja z powodu lęku przed spaniem w lesie, a Mąż w obawie o mój sen. Sebastian wtedy powiedział do mnie: „Musimy stąd jechać, nie ma sensu, żebyśmy tu zostawali. Nie zaśniesz ani na chwilę, a w środku nocy będziemy musieli się przestawić. Jedźmy szukać od razu czegoś innego”. Ja mu wtedy na spokojnie wytłumaczyłam, że chcę zmierzyć się z tym lekiem i spróbować go zaakceptować i poprosiłam, by mi na to pozwolił. Powiedziałam: „Jak nie zasnę, trudno, ale pobędę z tym lękiem i spróbuję go przyjąć. Bardzo chcę to zrobić”. Przestałam zakładać, że kiedyś nie będę się w ogóle bać i będę każdą noc chcieć spędzać w środku lasu nie czując żadnego lęku. W zamian za to zaczęłam zmieniać swoje myślenie tak, żeby uczyć się żyć z tym lękiem oraz by w sytuacji gdzie mamy na swojej drodze miejscówkę na odludziu lub w środku lasu, by nas to nie ograniczało w żaden sposób. A więc mój Mąż się zgodził i zostaliśmy w tym miejscu na noc. Przez pierwszą godzinę nie mogłam zasnąć, ponieważ nasłuchiwałam odgłosów lasu i tłumaczyłam sobie co mogę słyszeć oraz, że nic mi nie grozi. Próbowałam też rzeczywiście objąć ramionami moje emocje i je utulić. Tej nocy lęk przestał być moim wrogiem, tylko czymś, co wymaga mojego zatrzymania się oraz spojrzenia na niego przyjaznym okiem. To była dla mnie przełomowa noc. Myślę, że moje myślenie zaczęło zmieniać się nie tylko w kwestii podejścia do mojego lęku spania w środku lasu, ale ogólnie do wielu emocji, które w sobie noszę, a w jakiś sposób mnie przerażają, czy też są dla mnie niewygodne. Z biegiem lat jestem ich coraz bardziej świadoma oraz uczę się z nimi pracować, by nie miały nade mną przewagi, ale bym to ja przejmowała coraz większą nad nimi władzę. To jest właśnie to, z czym obecnie w swoim życiu się mierzę. Uczę się zauważać mój lęk oraz inne emocje i zaprzyjaźniać się z nimi. Długi czas je wypierałam albo z nimi walczyłam, ponieważ wydawało mi się, że są negatywne i mi tylko przeszkadzają w życiu, a w konsekwencji nie lubiłam siebie z tymi emocjami. To natomiast wcale nie powodowało, że one znikały, wręcz przeciwnie. Często wracały ze zdwojoną siłą, nad którą nie miałam już żadnej kontroli. Jeszcze jakiś czas temu, zostałabym na noc w tym lesie ogłaszając wszystkim, że się nie boję, jednocześnie zaciskając zęby i mówiąc do siebie „nie możesz się bać”. Dziś nie chcę być dla siebie taka okrutna, lecz pragnę być swoim przyjacielem. Przestaję traktować lęk i inne emocje jako moich wrogów, a w zamian za to próbuję zaakceptować je oraz zaopiekować się nimi, a niektóre nawet pokochać. Doszłam też do tego, że najbardziej bałam się doświadczyć lęku, samej emocji, niż tego czego dotyczyła. Wierzę, że praca, którą podejmuję zaowocuje większą harmonią oraz pełnią w relacji ze sobą oraz z moimi najbliższymi, a także ze światem, który tak bardzo mnie pociąga. Ta moja podróż w głąb siebie jest bardzo spójna z tym, co opisywała Kasia z Podróżovanie w swoich relacjach w internecie ze swojego przejścia szlaku Camino. Opisywana przez nią spędzona samotnie noc pod namiotem w lesie koreluje z moją przełomową nocą w środku lasu w kamperze. Bardzo wspierające jest dla mnie to, kiedy znajduję w sieci osoby, które przeżywają i opisują coś, w czym w jakimś stopniu się odnajduję. Często mogę się zainspirować, wziąć coś dla siebie, by jeszcze lepiej zrozumieć to co się we mnie dzieje oraz by rozwijać się w dobrym kierunku. A kto wie, może dla kogoś inspiracją stanie się moja historia ? Dlatego postanowiłam się nią podzielić.
    A teraz czas na piosenkę i to szczególnie ważną dla mnie. Tym razem będzie to moja świeżo odkryta perełka, która dotyka dogłębnie mojej duszy. Śpiewa o sile, jaką możemy w sobie odnaleźć, dzięki zintegrowaniu swojego wnętrza… Aaaa…koniec spoilerowania! Zachęcam do przesłuchania, jestem ciekawa Waszych wrażeń!

    Kashia Vega „Pełnia” (LIVE) – The Voice of Polonia – Gala Finałowa

    SŁOWIŃSKI PARK NARODOWY

    Z racji, że rano obudziliśmy się w środku lasu należącego do Słowińskiego Parku Narodowego, postanowiliśmy wykorzystać ten fakt i udać się na wycieczkę.

    Tego dnia akurat od rana padało i nie zanosiło się, żeby coś się zmieniło w najbliższych godzinach. Mimo to nie poddaliśmy się, tylko ubraliśmy ciepło i poszliśmy na spacer leśnym szlakiem, który prowadził w kierunku morza. Korony drzew pnących się wysoko do góry w poszukiwaniu słońca w pewien sposób ochraniały nas od deszczu oraz wiatru, który tego dnia był naprawdę porywisty, o czym przekonaliśmy się najbardziej, kiedy doszliśmy na plażę.

    Tam nic nas nie osłaniało, więc mocno odczuliśmy jego porywy. Widok tak wzburzonego morza i zamglonej aury zapamiętamy na pewno na długo. Hałas rozbijających się fal o brzeg oraz kompletna pustka na plaży sprawiały, że czuliśmy pewnego rodzaju niepokój. Poza tym mocno wiało wywołując jeszcze większe wrażenie spadku temperatury oraz przeszywającego zimna. Dlatego też nie zabawiliśmy tam długo, szybko zebraliśmy się w drogę powrotną do kampera na zasłużony, ciepły obiad.

    ROWOKÓŁ

    Tego samego dnia po zjedzonym południowym posiłku wybraliśmy się na szlak prowadzący na jedyną górę nad morzem 🙂 Uczciwie mówiąc było to bardziej wzniesienie aniżeli szczyt, ale zawsze to jakaś odmiana w takim ukształtowaniu terenu. Weszliśmy na Rowokół, który jest najwyższym wzniesieniem należącym do Wybrzeża Słowińskiego. Trasa nie była ani długa, ani wymagająca, ale za to jakże urokliwa. Szlak prowadził przez las, a w momencie gdy szliśmy drzewa były otulone mgłą, co czyniło jesienną aurę jeszcze bardziej baśniową.

    Czułam się jak bym była w krainie Narnii z „Opowieści z Narnii” C.S Lewisa. Niestety z racji tego, że było po sezonie, nie mogliśmy wejść na wieżę widokową, która znajdowała się na samej górze Rowokołu. Natomiast domyślamy się, że będąc tam latem, weszlibyśmy tam z milionem innych turystów, którzy w tym czasie okupują nadmorskie tereny i się wakacjują. Dlatego absolutnie nie żałujemy. Droga na Rowokół owiana magiczną tajemniczością poprzez coraz bardziej mleczna mgłę, zrekompensowała nam stratę wejścia na wieżę widokową. Poza tym wspólny spacer tylko we dwoje w takiej scenerii jest bardzo romantyczny, a my uwielbiamy jak wiecie takie chwile razem 🙂

    Przyszła pora na piosenkę mojego ulubionego polskiego wykonawcę. Posłuchajcie ze mną:

    Paweł Domagała – Narnia

    Tego dnia udało nam się urwać miejscówkę – prawdziwy sztos! Przy lesie, z dala od ulicy oraz domostw, a także z wiatą do zrobienia pikniku oraz miejscem na ognisko. Popatrzcie sami:


    Od razu przyszło nam na myśl, jaka walka toczy się o to miejsce latem w sezonie. Poza tym jeśli nawet udałoby nam się w okresie wakacyjnym znaleźć tam miejsce, na pewno nie bylibyśmy tam sami. No cóż, tej nocy byliśmy królami życia.

    Rowy – Jez. Dołgie Małe – brzeg morza – Rowy (pętla)

    Kolejnego dnia pogoda była bardzo słaba, co spowodowało, że mieliśmy rozliczne wątpliwości, co do zaplanowanej przez nas wędrówki brzegiem morza. Deszcz co prawda nie padał, ale wiatr był jeszcze większy niż poprzedniego dnia. Mimo to, postanowiliśmy spróbować. Ubraliśmy się tak ciepło, jak tylko się dało i wyruszyliśmy z plaży w Rowach brzegiem morza w stronę Jeziora Dołgie Małe, by zrobić pętlę i w drugą stronę wrócić lasem. Całe szczęście, że wiatr wiał nam w plecy, a nie w twarz, co znacznie nam ułatwiło drogę, ponieważ dostaliśmy dzięki temu darmowe wspomaganie. Byliśmy po prostu pchani do przodu, przez co też szybciej szliśmy. Mnie najbardziej przerażały chmury, które piętrzyły się coraz bardziej i zmieniały barwę z minuty na minutę. Raz były ciemniejsze, a raz jaśniejsze, po czym znowu straszyły ciemnością, a w międzyczasie co jakiś czas pojawiało się pomiędzy nimi słońce.

    Tego dnia można było spodziewać się wszystkiego. Ja się trochę bałam, gdyż w mojej głowie krążyły już najróżniejsze scenariusze zahaczające o sztorm, huragan oraz wiele innych kataklizmów. Na szczęście udało mi się przyjąć lęk, przejść naszą trasę nie panikując oraz co najważniejsze nic strasznego się nie wydarzyło. Wspominane przeze mnie wcześniej przebijające się co jakiś czas słońce motywowało mnie i dodawało nadziei na nie odpuszczenie. Ostatecznie jestem bardzo zadowolona, że nie zrezygnowaliśmy z naszych planów. Wiatr dmuchał, chmury straszyły, ale widok chyba najbardziej potężnych fal, jakie kiedykolwiek widzieliśmy, był naprawdę oszałamiający. A ogromne ilości morskiego powietrza, które dzięki tej wietrznej aurze przyjmowały nasze płuca, są nieocenione.

    Droga w drugą stronę była również bardzo przyjemna. Bardzo ważnym elementem naszej wyprawy była nasza wałówka przygotowana w kamperze. Śmiem mieć wątpliwości, co było większym celem naszej wycieczki: Czy wypasiona buła z żółtym serem, do tego nasze ulubione kabanosy oraz pomidorki koktajlowe popite ciepłą, słodką herbatą z miodem, cytryną i malinami, czy sam spacer nad morzem ? 🙂

    GORĄCY PĄCZUŚ W GDAŃSKU

    Po powrocie do kampera z naszej pętelki, postanowiliśmy zajechać tego dnia do Gdańska i tam przenocować. Następnego dnia mieliśmy koło południa wyruszyć do Piotrkowa Trybunalskiego, do moich rodzinnych stron. Z racji tego, że droga tam była dość długa i prowadziła przez największe pod względem powierzchni miasto w kraju, postanowiliśmy ją podzielić. Dzięki temu kolejnego dnia mieliśmy już mniej drogi, a przy okazji przed wyjazdem odwiedziliśmy naszą ulubioną pączkarnię w Gdańsku „Gorący Pączuś”. Wspominaliśmy o naszej tradycji w jednym z wpisów na naszym blogu o jesiennym wypadzie nad Morze Bałtyckie – Bałtyk jesienią – nasza tradycja. Uwielbiamy te pączki, bo naprawdę smakują wyjątkowo, a też są bardzo tanie.

    Gdzie w Krakowie można kupić pączka za 6 złotych ? I to tradycyjnie smażonego na smalcu, z potężną porcją lukru oraz obfitującego w nadzienie? Dawajcie znać, jeśli znacie takie miejsce!
    Z tej radości kupiliśmy całe pudełko pączków. No dobra, ja kupiłam, Sebastian był lekko przerażony jak mnie z nimi zobaczył. Miałam wziąć dla rodziców na spróbowanie, ale zapach i widok mnie skusił i wzięłam ze wszystkich rodzajów po dwa pączki 🙂 Natomiast okazało się to dobrym przedsięwzięciem, gdyż moja Mama tak jak i ja uwielbia pączki. Może nawet bardziej ode mnie 🙂 W każdym razie była to dla niej bardzo miła niespodzianka, z której bardzo się ucieszyła. Gdy przyjechaliśmy pączki nie były już gorące, ale po krótkim podgrzaniu w mikrofali były cieplutkie i przepyszne, a pachniało nimi w całym mieszkaniu. To tak na dobry początek wizyty u rodziców, trzeba było trochę posłodzić, a co!

    Halloween

    Odwiedzając rodziców, nie mogliśmy nie odwiedzić mojej Babci, a w zasadzie już teraz naszej. Babcia jest cudowną osobą, ma 80 parę lat, a jest w tak dobrej formie, że ciężko uwierzyć w jej pesel. Figura, sprawność oraz zdolność umysłowa jest u niej na takim poziomie, że naprawdę wiele z nas może jej pozazdrościć. Poza tym prowadzi bogate wewnętrznie życie, czyta powieści, poezję oraz interesuje się podróżami oraz światem. Jest też bardzo wrażliwą i dobrą kobietą. I potrafi wykarmić! Zawsze, kiedy przyjeżdżamy wcześniej długi czas nie jemy, by zrobić miejsce na smakołyki, które przygotuje, ale nigdy jeszcze nie udało się nam podołać Babci oczekiwaniom. Ilości, które nam podaje są nie do przejedzenia. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy już po walce na polu bitwy poddajemy się z braku miejsca w żołądku, rzuca standardowym babcinym tekstem: „Chociaż spróbuj, bo się Babcia obrazi” 🙂 I jak tu się na nią zdenerwować, jak to takie kochane stworzenie ? Podczas wizyty udało nam się pokazać jej zdjęcia z naszej ostatniej wyprawy do Norwegii, z czego była bardzo zadowolona. Babcia zawsze się wzrusza, gdy jej opowiadamy o naszych wojażach po świecie i mówi, że jak nas słucha, to czuje się, jakby sama podróżowała. Kiedy siedzieliśmy u babci w mieszkaniu i rozmawialiśmy, ktoś nagle zadzwonił do drzwi, a babcia od razu wystrzeliła jak z procy i je otworzyła, a przed nią stanął dorosły mężczyzna z przebranym mrocznie dzieckiem, które zawołało: „cukierek albo psikus”. Okazało się, że było to w ramach coraz bardziej popularnej zabawy Halloween, która przyszła do nas z Ameryki. Babcia długo się nie zastanawiając, pobiegła do kuchni po czekoladę i dała dziecku. W międzyczasie krzyczeliśmy z pokoju i próbowaliśmy jej wytłumaczyć, że to pogańskie święto i kościół dużo o tym mówi, by nie uczestniczyć w tym, by nie wchodzić w polemikę ze złem. Natomiast babcia jest prostym człowiekiem i dla niej jak dziecko prosi o cukierka, to znaczy, że trzeba dać mu całą paczkę i nieważne są dla niej okoliczności. Potem jeszcze chwilę z nią rozmawialiśmy na ten temat i próbowaliśmy przestrzec chociaż, żeby była ostrożna, komu otwiera i co komu daje. Natomiast sam temat Halloween jest bardzo trudny, ponieważ jest to święto pogańskie czczące duchy zmarłych, a my jako chrześcijanie jesteśmy powołani do świętowania życia, a nie śmierci. Księża, którzy mają większą wiedzę na temat okultyzmu przestrzegają, by nieświadomie nie wchodzić w dialog z żadnymi duchami. Niestety wiele osób wchodzi w to bardzo nieświadomie, nie mając żadnej wiedzy na ten temat, a niestety w taki sposób też można sobie coś przypałętać. My uważamy, że jeśli coś jest związane z pogaństwem i duchami, lepiej trzymać się z daleka, oczywiście nie demonizując wszystkiego, tylko zachowując zdrowy dystans. Może warto zamiast bezwiednie dawać przyzwolenie na takie praktyki, porozmawiać z nimi na ten temat oraz spróbować zadać jakieś pytania, by nawiązać dialog i zachęcić do świętowania życia aniżeli śmierci ? Albo w miejsce agresywnego trzaskania drzwiami i odrzucania tych często zupełnie nieświadomych istot, okazać im większe zainteresowanie ? Nie wiem, temat trudny i warty przemyślenia. Poruszył mnie bardzo jeden artykuł w internecie, którego niestety nie mogę teraz znaleźć, by wkleić. Jeden mężczyzna – katolik opowiadał sytuację, gdzie zapukały do niego przebrane w tematyce Halloween dzieci i zamiast ich wyrzucić, przyjął ich z serdecznością i zaczął prowadzić z nimi przyjazną rozmowę, która przerodziła się w bardzo konstruktywny dialog o Bogu. Można powiedzieć, że ostatecznie w pewnym momencie dokonała się ewangelizacja tego mężczyzny przez te dzieci. Może ktoś z Was chciałby się czymś podzielić w tej kwestii? Chętnie poznam Wasz punkt widzenia.

    LUBLIN

    Lublin był kolejnym naszym celem po Piotrkowie Trybunalskim, do którego jechaliśmy podczas naszej jesiennej eskapady kamperem po Polsce 🙂 Bardzo nam się podoba to miasto pod względem architektonicznym, wizualnym, kulturowym, ale chyba przede wszystkim sentymentalnym. Mieszkają tam nasi przyjaciele, a od niedawna mamy tam wspólnego chrześniaka Michałka, który w listopadzie w tym roku skończył roczek. I właśnie w tym celu wybraliśmy się tym razem do Lublina. Nasi przyjaciele oprócz naszego chrześniaka, mają jeszcze dwójkę chłopaków, także domyślacie się, że było nam tam bardzo wesoło i nie mogliśmy narzekać na nudę. Spędziliśmy z nimi bardzo miły weekend pełen wielu wrażeń. Wszystkiego najlepszego Michałku!


  • W DRODZE PO MARZENIA!

    W DRODZE PO MARZENIA!

    CZEMU AKURAT BUSKO ZDRÓJ?

    To jest bardzo dobre pytanie! Otóż od jakiegoś czasu szukamy działki w okolicach Krakowa, na której moglibyśmy prowadzić mały biznes, a konkretnie Camperpark. Od dawna marzy nam się oferować ludziom taką przestrzeń, gdzie byłoby miejsce z pełnoprawnym serwisem dla kamperów oraz niezagospodarowanym, ale dostosowanym terenem do tego, by osoby w ten sposób podróżujące mogły tam legalnie stanąć, ale zarazem cieszyć się łonem natury oraz przebywaniem z dala od zgiełku miasta. Sami podróżujemy kamperem i zazwyczaj omijamy duże kempingi, a szukamy miejsc, gdzie można zrobić serwis kampera oraz zatrzymać się i odpocząć w sprzyjającym ku temu miejscu. A więc nasze marzenie o prowadzeniu takiej działalności, które towarzyszy nam od samych początków podróżowania kamperem, zaczęliśmy wprowadzać w czyn. Za temat wzięliśmy się poczynając od szukania odpowiedniej działki, co okazało się bardzo trudną sprawą. Okoliczny rynek bardzo szybko zweryfikował nasze możliwości. Szybko zorientowaliśmy się, że koszt działki w okolicach Krakowa trzeba liczyć w milionach. Interesowały nas grunty minimum 50 arów. Ponadto dowiedzieliśmy się, że wymaganie co do uzbrojenia działki we wszystkie media, czyli w wodę, gaz, prąd oraz kanalizację, a także niewielkiej odległości od Krakowa dyskwalifikuje nas z większości dostępnych ofert. Ku naszemu zaskoczeniu, system kanalizacyjny nie jest oczywistością, nawet na obszarze miasta Krakowa. W związku z tym zaczęliśmy edukować się i zaznajamiać z tematem wykorzystania szamba do serwisu kampera. Koszty działek w okolicach Krakowa doprowadziły nas również do rozpatrywania parceli położonych w większej odległości od Krakowa, niż na początku zakładaliśmy. Muszę przyznać, że nie była to łatwa droga. Jeśli jakaś działka podobała nam się pod jakimś względem, to pod innym była nie do przyjęcia. Zawsze coś nam przeszkadzało. Musieliśmy w pewnym momencie określić sobie wymagania, z których nie możemy zejść oraz takie, z których możemy zrezygnować na rzecz innych, które są bardziej kluczowe. Do takich najważniejszych zaliczyliśmy: płaski teren minimum 40 arów, prąd i wodę na działce, walory turystyczne oraz ciche miejsce, a także otaczającą zieleń. Ostatecznie udało nam się znaleźć działkę, która odpowiada większości naszych założeń, a do tych, do których nie do końca pasuje, jest możliwość dostosowania się. Działka znajduje się w okolicy Buska Zdroju. Obecnie przymierzamy się do jej kupna, nie jest jeszcze nasza. Natomiast za zgodą właścicielki udało nam się pojechać na nią naszym kamperem podczas naszego poświątecznego urlopu, by jeszcze bardziej się jej przyjrzeć, poznać okolicę oraz tereny wokoło niej. Jeśli rzeczywiście uda nam się zacząć prowadzić tam działalność Kamperparku, to chcemy wiedzieć, nie tylko z internetu, jakie atrakcje oferuje ten teren, by móc polecać różne rzeczy naszym gościom.

    A MIAŁO BYC TAK PIĘKNIE… 🙂

    Tegoroczny dwutygodniowy urlop, który zgodnie z nasza tradycją wypada zaraz po świętach Bożego Narodzenia, w tym roku trochę nam się rozpierzchł. Już od samego początku nie mieliśmy ustalonego konkretnego dnia wyjazdu, gdyż sprawy formalne związane z kupnem wspominanej wyżej działki, trzymały nas w niepewności w Krakowie, powodując naszą zależność od innych osób. Natomiast, kiedy zdecydowaliśmy odpuścić i zostawić wszystkie kwestie na nowy rok, po powrocie ze Świąt, ja się rozchorowałam. Święta Bożego Narodzenia były dla nas dość intensywne ze względu na liczne spotkania z rodziną oraz przemierzanie długich dystansów samochodem, by to stało się możliwe, więc wymagało to dość dużej naszej mobilizacji. Natomiast, gdy drugiego dnia świąt zostaliśmy koło południa sami i cieszyliśmy się na wspólny pozostały świąteczny czas w zupełnej wolności, bez pośpiechu i czasowego dopasowywania się, poczuliśmy jak zaczyna schodzić z nas napięcie. Jednocześnie, zaczęłam czuć w swoim ciele coraz większe osłabienie, a po paru godzinach zaczęło boleć mnie gardło. Zaraz potem zaczęło się kichanie oraz lejący się katar, a w kolejnych dniach przeziębienie pozostawiło mnie w łóżku. Dzięki niezastąpionej opiece oraz troskliwości mojego wspaniałego Męża po 5 dniach, idealnie na Sylwestra, stanęłam na nogi. Niestety zajęło mi zatoki i jeszcze trochę się męczyłam, ale najgorsze już było za mną. W związku z tym w ostatni dzień roku ruszyliśmy w kierunku Buska Zdroju.

    SZANIECKI DWÓR

    W tym roku postanowiliśmy spędzić Sylwestra na zorganizowanym balu w okolicach Buska Zdrój, gdzie mieliśmy zaplanowany nasz poświąteczny urlop. Wybraliśmy Szaniecki Dwór w samym Busko Zdroju. Nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać, gdyż to był nasz pierwszy taki bal na powitanie Nowego Roku. Zazwyczaj spędzaliśmy ten wieczór sami w domu, lub będąc na wyjeździe, w hotelu lub z bliskimi na domówce. Natomiast w tym roku doskwierało mi poczucie niewybawienia, ponieważ często musieliśmy wychodzić wcześniej z wielu imprez i wesel na których byliśmy z uwagi na złe samopoczucie, chorobę lub zaplanowane sprawy następnego dnia. W związku z tym podsunęłam myśl o wybranie się na bal sylwestrowy, a Sebastian przyjął ochoczo moją propozycję. Cóż, nie jest tajemnicą, że uwielbiamy się razem bawić, a i dobrze zjeść! I muszę powiedzieć, że była to bardzo dobra decyzja! Wybawiliśmy się za wszystkie czasy. Jesteśmy przede wszystkim zachwyceni salą, która była ogromna oraz miała bardzo wygodne ułożenie. Stoły były po dwóch stronach, a w środku był bardzo duży parkiet. Krzesełka przy stołach ustawione były w odpowiedniej odległości, że w żaden sposób nie stykaliśmy się z osobami siedzącymi obok łokciami, jak to czasem bywa na tego typu imprezach. Jednym słowem, siedziało się bardzo wygodnie oraz każdy miał bardzo dobry dostęp do wszystkiego, co było na stole. Jedzenie składające się z 4 gorących posiłków było przepyszne. Oczywiście porcje były tak duże, że nie dało się wszystkiego przejeść. Natomiast my już mamy opracowany swój system na weselach, że bierzemy jedną porcję i jemy wspólnie, żeby móc wszystkiego spróbować. W innym wypadku na pewno nie dalibyśmy rady. Ja jestem oczarowana słodkim stołem, który przewyższył wszelakie moje oczekiwania. A na słodkim to ja się znam! Pracowania cukiernicza „Konkretnie nadziane”, która przygotowała słodkości sprawiła, że moje podniebienie poczuło się jak w raju. Ptysie oraz pralinkowe desery z przeróżnymi kremami to totalny sztos pod względem smaku, jakości oraz świeżości, a też kunsztownego wyglądu. Od razu po imprezie napisałam do nich z podziękowaniem i pochwałą ich wyrobów, z czego bardzo się ucieszyli. Sebastian z racji swojego zamiłowania do muzyki, natomiast nie mógł wyjść z podziwu nad zespołem „Coma”, który prowadził imprezę w Szanieckim Dworze. Na uznanie zasługuje czysty i dźwięczny śpiew wokalistki, dynamiczna gra orkiestry oraz całościowy ich kontakt z bawiącymi. Od godziny 19 do 5 ludzie nie schodzili z parkietu, naprawdę mega szacunek za ich pracę. Cieszyliśmy się również, że zabawa odbyła się z pełną kulturą i nie było zataczających się oraz wszczynających awantury pijanych osób, mimo, że alkohol był obecny. Na szczęście wszystko było z umiarem. Pan taksówkarz, który odwoził nas z imprezy opowiadał, że w innych lokalach, z których odwoził ludzi z balów sylwestrowych było niemało nietrzeźwych i uciążliwych imprezowiczów. Dlatego tym bardziej się cieszymy, że u nas było pod tym względem w porządku. Nie zapomnę też miny taksówkarza, który przyjechał po nas pod wskazany adres naszej działki, na której byliśmy ustawieni kamperem na samym jej środku i zaczęliśmy się wyłaniać z pośród zarośniętej trawy. Ja z podciągniętą długą sukienką, a Sebastian kroczący jak bocian. Musieliśmy wyglądać niczym ludzie wyłaniający się z buszu 🙂

    PRZYSTAŃ KAJAKOWA WIŚLICA

    W Wiślicy znaleźliśmy świetną miejscówkę dla kamperów z utwardzoną nawierzchnią, wyznaczonymi miejscami dla tego rodzaju pojazdów, z możliwością podłączenia się do prądu oraz uzupełnienia czystej wody. Widzieliśmy tez sanitariaty oraz Toi Toi. Wiadomo, wszytsko było pozamykane, a prąd i woda odłączone, gdyż sezon się skończył. Nie było tylko miejsca na zrzut szarej wody oraz kasetki „WC”. Zauważając to, uśmiechnęliśmy się do siebie pod nosem, że dla nas lepiej, bo podróżujących kamperem to miejsce może przyciągnąć, a na serwis będą przyjeżdżać do nas 🙂 Miejsce wyglądało bardzo ładnie, obok była rzeka, wiaty oraz miejsca na miejsca na zrobienie grilla.

    SZLAKI PIESZE

    Szlaków pieszych w okolicach Buska Zdroju jest mnóstwo. I trzeba przyznać, że nie byle jakich. Prowadzą głównie mało uczęszczanymi drogami pośród malowniczych pól uprawnych, przez liczne rezerwaty przyrody, zabytkowe miasta oraz sam Nadnidziański Park Krajobrazowy. Bardzo chcieliśmy podczas naszego wyjazdu przejść się choć jednym z nich, natomiast dość mroźne temperatury oraz występujące w tym okresie opady nam to mocno utrudniły. Drugiego dnia po sylwestrze, po odpowiednim wypoczynku, kiedy byliśmy jeszcze pełni zapału i motywacji do podjęcia wyzwania, ubrani trekkingowo ruszyliśmy odważnie do przodu.

    Zupełnie nie przeszkadzało nam coraz bardziej zaniesione niebo oraz stopniowo, ale sukcesywnie wzmagający się wiatr. Momentami sceneria nadnidziańskich wsi wydawała nam się jeszcze bardziej magiczna dzięki tym zjawiskom pogodowym. Nie powstrzymały nas nawet pierwsze oznaki deszczu. Doszliśmy do Rezerwatu przyrody Przęślin, który znajduje się na niewielkim wzgórzu.

    Jest to teren objęty ścisłą ochroną ze względu na gatunki roślin, które tam występują. Jego obszar mierzy około 0,72 ha, natomiast nie można po nim spacerować. Miejsce to znajduje się w pobliżu urokliwego, gotyckiego Kościoła św. Bartłomieja w Chotlu Czerwonym. Natomiast w momencie, kiedy do niego dotarliśmy, zmieniająca się ciągle na gorsze pogoda dała nam tak popalić, bez namysłu zrobiliśmy odwrót. Nawet liczyliśmy, że złapiemy „stopa” choć kawałek dojedziemy do miejsca, gdzie zostawiliśmy naszego kampera, natomiast nikt się nie zatrzymał i w konsekwencji dość mocno nas wymroziło. Bezlitosny deszcz nas nie ominął. Natomiast nieustraszeni my, pomimo przygód, jakie nas spotkały, mieliśmy jeszcze nadzieję, że innego dnia uda nam się przejść jeszcze innym szlakiem. Niestety w kolejnych dniach deszczowa aura zmieniła się na śniegową. Sprawiło to, że widoki były jeszcze piękniejsze, ale chodzenie na mrozie przy sypiącym w oczy śniegu, było ponad moje możliwości. Oczywiście podjęłam walkę, nie myślcie sobie 🙂

    MIASTO BUSKO ZDRÓJ

    Nie udało nam się zrobić żadnego szlaku, ale zwiedziliśmy centrum Buska Zdrój i musimy przyznać, że jesteśmy oczarowani. Piękne, odnowione budynki ciągnące się przy głównej alei, która była otoczona zielenią oraz pięknie ozdobiona świątecznymi ozdobami, mocno nas zachwyciły.

    Tak przyjemnie się szło, że niemal zapomnieliśmy o szczypiącym mrozie. Za głosem mojej intuicji kulinarnej odwiedziliśmy cukiernię, która okazała się prawdziwą perełką. Kawka była taka jak lubimy, duża i mocna, a wypieki świeżutkie i niezwykle smaczne. Przesympatyczna pani, która nas obsługiwała, doradziła nam bardzo trafnie co do wyboru słodkości. Ja zajadałam się ptysiem z nadzieniem malinowym (ten sam rodzaj, co jadłam na sylwestrze w Szanieckim Dworze), a Sebastian kremówką.

    Oczywiście w kolejnym dniu wróciliśmy do kawiarni, a tym razem kosztowany przez mnie był tort bezowy, który był tak wyśmienity, że czapki z głów! Ja nie przepadam za bezą, ale tu była ona tak super wpleciona jako jedna warstwa, że dodawało to delikatnej chrupkości. No i co tu dużo mówić, kawałek mistrz!

    Będziemy wracać, Pani obsługująca już też nas zapamiętała 🙂 Okolice centrum Buska Zdroju również są bardzo dobrze zagospodarowane. Przechodziliśmy przez jedno z osiedli mieszkaniowych, gdzie ogromny teren między blokami był stworzony jako ogromna przestrzeń dla dzieci z placem zabaw, skate parkiem oraz boiskiem. Nie zabrakło również obok ogólnodostępnych toalet. Oczywiście wszystko było w otoczeniu zieleni. Oprócz tego widzieliśmy mnóstwo sanatoriów, uzdrowisk oraz pensjonatów. Nic dziwnego, w końcu miasto uzdrowiskowe.

    STAWY HODOWLANE PZW W BUSKU ZDROJU

    Na terenie Buska Zdroju odkryliśmy około 2,5 hektara stawów hodowlanych. Musimy przyznać, że zrobiło to na nas wrażenie. Ogromna przestrzeń, która jest bardzo dobrze zagospodarowana, ale też chroniona. Na teren hodowlany jest zakaz wstępu osobom nieupoważnionym. Udało nam się podjechać tylko pod tabliczkę informacyjną. Występują tam liczne gatunki ryb: leszczy, amurów, sandaczy, linów, szczupaków, płoci, okoni, karasiów oraz karpii. Także prawdopodobnie na święta Bożego Narodzenia jemy karpia z Buska 🙂

    Winnica Avra

    Jednego dnia musieliśmy zmierzyć się z dużym kryzysem kamperowym. Otóż przez to, że pogoda nam się diametralnie zmieniła i słońca nie było praktycznie wcale, nasz akumulator prądu, nie mógł się ładować i w związku z tym zostaliśmy bez energii. W zasadzie zbiorniki szarej wody oraz kasetka też już była praktycznie wypełniona na full, więc wszystko krzyczało, że musimy zająć się tematem. Planując urlop, byliśmy przekonani, że z pomocą przyjdą nam pobliskie kempingi, które w aplikacji Park4night widniały jako całoroczne. Natomiast nie sprawdzaliśmy tych informacji wcześniej, zakładając, że na pewno któryś z nich będzie otwarty. Niestety, okazało się, że wszystko jest pozamykane. W związku z tym szukaliśmy miejsca serwisowego w nieco dalszej okolicy. Udało się znaleźć miejsce, które było oznaczone jako posiadające serwis i przyłącze do prądu, widniejące pod tajemniczą nazwą „winiarnia”. Zadzwoniliśmy, by się upewnić i gdy Pani nam potwierdziła, że wszystko, czego potrzebujemy u nich załatwimy, postanowiliśmy nie zastanawiając się długo, że ruszamy. Mieliśmy tam blisko godzinę drogi. Na miejscu okazało się, że jest to agroturystyka prowadzona przez małżeństwo, które uprawia ponadhektarową winnicę. Co prawda, nie mieli pełnoprawnego miejsca serwisowego przystosowanego dla kamperów, ale użyczyli nam do wylania nieczystości swojego szamba, pozwolili uzupełnić wodę oraz stanąć pod domkiem letniskowym, który obecnie nie był wynajmowany. Nie mają nic wspólnego z kamperami, ale jeden z gości, który u nich nocował zaznaczył ich przedsiębiorstwo w aplikacji Park4night i od tego czasu, co jakiś czas pojawiają się u nich kampery. Taka to śmieszna historia. Mieliśmy okazję rozmawiać z mężem i w naszym odczuciu to pozytywnie zakręcony człowiek z ogromna pasją. Razem z żoną kilka lat temu kupili działkę, nie mając pojęcia o uprawianiu winnicy, jak określił „potrafili tylko pić wino”. Natomiast zaczęli się uczyć i początkowo zakładali, że będzie to tylko hobbystyczne zajęcie, nie wiedząc zupełnie jak ich to wciągnie i do jakiego stopnia się to rozrośnie. Cudownie jest poznawać takich ludzi z iskierką w oku! Mężczyzna pokazał nam piwnicę, gdzie wytwarzają wina, baniaki, których używają oraz inne specjalistyczne narzędzia. Trzeba przyznać, że wino unosiło się w powietrzu. Mimo, że z racji naszej Krucjaty Alkoholowej Wyzwolenia Człowieka, którą mamy podpisaną, nie mogliśmy skorzystać z jego gościnności i skosztować ich wyrobów, czujemy się ugoszczeni i ubogaceni tą wizytą. Na pewno wrócimy do nich jeszcze wiosną, kiedy ich tereny będą wyglądać jeszcze piękniej.

    OLEJARNIA ZAGŁOBY

    Dzięki właścicielowi Winiarni Avra dowiedzieliśmy się o kolejnym miejscu wartym odwiedzenia, a mianowicie o Olejarni Zagłoby, która znajduje się również niedaleko Buska Zdrój. Kiedy tam przyjechaliśmy, dowiedzieliśmy się, że za mniej więcej 3 godziny będzie tłoczenie olejów, na które serdecznie jesteśmy zaproszeni, jeśli mamy ochotę. Długo się nie zastanawiając szybko zmieniliśmy plany zawinąwszy się do pobliskiej restauracji na obiad, żeby przyjechać później na to wydające się nam ciekawe wydarzenie. Natomiast w międzyczasie plany nam się zmodyfikowały i zdecydowaliśmy się wrócić wcześniej do Krakowa, a w związku z tym nie zdążyliśmy na „pokaz”. Ale udało nam się kupić olej w lokalu, w którym jedliśmy obiad, gdyż współpracując ze sobą wspierają się lokalnie, co też bardzo nam się spodobało.

    RESTAURACJA HEKSAGON

    A odkryliśmy to miejsce właśnie dzięki wcześniejszej wizycie w Olejarni, ponieważ na ich ogrodzeniu wisiał szyld z reklamą restauracji oraz z informacją, że wykorzystują w kuchni ichniejsze oleje. Dlatego też pomyśleliśmy, że warto się tam udać na obiad. I absolutnie się nie myliliśmy. Miejsce jest cudowne! Ogromny teren, ze stawami, gdzie można łowić ryby oraz uprawiać wodną rekreację, a także spacerować wśród dzikiej przyrody.

    Ponadto oprócz restauracji jest tam cały kompleks hotelowy oraz miejsce do integracji i konferencji. Jedzenie było wyśmienite. Lokalna zupa – świętokrzyska zalewajka była przepyszna i bardzo przypominało mi zalewajkę, którą gotowało się u mnie w domu. Sebastian nie zna tej zupy, w jego stronach się tego nie jadało.

    Ma to sens, świętokrzyskie województwo jest w połowie drogi z Krakowa do Piotrkowa Trybunalskiego, a Kalwaria Pacławska w zupełnie przeciwną. Udko z kaczki wręcz rozpływało się w ustach i tak samo pierogi z kaczką i wędzoną śliwką – cóż za połączenie!

    Żałuję, że nie było ani czasu ani miejsca w brzuchu na deser, bo na pewno byłyby to kolejne dzieła sztuki. Natomiast jak się domyślacie – na pewno tam jeszcze wrócimy!

    Zbiornik Retencyjno – Rekreacyjny w Radzanowie

    Prawie na sam koniec trafiliśmy na jeszcze jedno bardzo ciekawe miejsce, które nas bardzo ucieszyło. Okazało się, że w niedalekiej odległości od Buska Zdrój trwają prace nad rewitalizacją Zbiornika Retencyjno Rekreacyjnego w Radzanowie.

    Wygląda to naprawdę czadowo! Jest to obszar blisko 11 hektarów wody, z przystosowanym miejscem do wypoczynku oraz uprawiania sportów wodnych takich jak: żeglarstwo, kajakarstwo oraz rowerki wodne. Dostrzegliśmy też tam wyznaczone miejsce dla kamperów, ale podobnie jak w Wiślicy, bez serwisu. Tutaj również zatarliśmy ręce, mając nadzieję na to, że to tylko sprawia, że tereny, w których planujemy stworzyć Camperpark, rozwijają się, a co za tym idzie stają się coraz bardziej atrakcyjne i istnieje duża szansa, że będą przyciągać więcej ludzi, również tych podróżujących kamperem.

    JEEPEM PO DZIAŁCE!

    Z racji tego, że zdecydowaliśmy wrócić wcześniej do Krakowa, a został nam jeszcze jeden wolny dzień, postanowiliśmy pojechać do Buska Jeepem i pojeździć po naszej działce. Gdy wjeżdżaliśmy kamperem, by stanąć na środku nieutwardzonej i zarośniętej trawą działki w głowie już mieliśmy różne scenariusze. Mimo, że uspokajał nas fakt, że na działce naprzeciwko nas widzieliśmy ciągnik, który potencjalnie mógłby nas wyciągnąć w wypadku awarii, nie odejmowało nam to adrenaliny. Natomiast wszystko skończyło się szczęśliwie, bez problemu wjechaliśmy i wyjechaliśmy. Oczywiście trzeba było wykazać się opanowaniem oraz dostosować odpowiednią technikę, ale mój Mąż akurat jest w tym absolutnym mistrzem. Natomiast kiedy przyjechaliśmy na działkę autem terenowym, nie musieliśmy się niczego obawiać, także eksplorowaliśmy ją wzdłuż i wszerz na zupełnym luzie. I musimy przyznać, że jeszcze bardziej się nam ona spodobała!

    PRZYSMAK ŚWIĘTOKRZYSKI

    Czy ktoś wie co to jest przysmak świętokrzyski? Pamiętacie z dzieciństwa? Ja bardzo dobrze, od razu jak zobaczyłam to będąc w sklepie, wróciły mi wspomnienia. Oczywiście nie mogłam się oprzeć i kupiłam 🙂 Jak byłam mała i się tym zajadałam, nie miałam pojęcia, że to pochodzi z tego regionu. Przywoływanie miłych rzeczy z dzieciństwa sprawia mi wielką radość. To taki powrót do beztroskiej radości, za którą w dorosłym życiu tak często tęsknię.

    NASZE WRAŻENIA PO POWROCIE

    Jednogłośnie stwierdzamy, że jesteśmy bardzo zadowoleni z naszego pobytu w Busku Zdrój i w jego okolicach. Mimo tego, że był on okrojony czasowo przez najpierw poświąteczne komplikacje zdrowotne, a potem ponoworoczne sprawy rodzinne, mamy poczucie, że bardzo dużo tam zobaczyliśmy i doświadczyliśmy. Oboje stwierdzamy, że dobrze wykorzystaliśmy ten czas. Może do końca nie dało się odetchnąć tak jak sobie to wyobrażaliśmy z uwagi na ważne dla nas sprawy, które trzymały nas w łączności z bliskimi, ale pod względem odkrywania ciekawych miejsc w okolicach Buska Zdrój było dokładnie tak, jak chcieliśmy. Z uwagi na planowaną przez nas w tym miejscu inwestycję, było to nasze główne założenie tego wyjazdu, które udało się spełnić chyba w jeszcze większym stopniu niż myśleliśmy, że uda nam się to zrobić. Dzięki temu jeszcze bardziej utwierdziliśmy się, że jest to odpowiednie miejsce. Tereny są naprawdę przepiękne. Cisza, spokój oraz otaczająca natura sprawia, że głowa tam odpoczywa, a ciało w pełni się regeneruje. Domyślamy się, że wiosną oraz latem, kiedy przyroda zaczyna nabierać żywych kolorów, tutejszy klimat jest jeszcze piękniejszy. Nie możemy się doczekać, jak to zobaczymy na własne oczy. Pobyt w Busku Zdroju napełnił nas nadzieją, że miejsce to jest naprawdę warte zainteresowania dla naszych potencjalnych gości Kamperparku ze względu na unikatowe krajobrazy, sprzyjające warunki rozwojowi turystyki karawaningowej oraz panującą tam sielską atmosferę. Trzeba wspomnieć, że na tych terenach znajduje się również wiele zabytków, co czyni to miejsce nie tylko wyjątkowym dla miłośników przyrody, ale także dla pasjonatów zabytków. Mamy też świadomość, że będąc w tych okolicach zaledwie parę dni, widzieliśmy tylko cząstkę atrakcyjnych miejsc, a jest ich o wiele więcej. To tylko napawa nas optymizmem, że skoro tych kilka rzeczy nas tak zachwyciło, z resztą będzie podobnie. Zatem wróciliśmy do Krakowa pełni radości, nadziei oraz motywacji do działania z Kamperparkiem. Przed nami mnóstwo pracy, trzymajcie kciuki! Na pewno będziemy w jakiś sposób relacjonować nasze prace! Jeszcze nie wiemy jak, ale coś wymyślimy 🙂 Zachęcamy do śledzenia nas w mediach społecznościowych – Instagram i Facebook 🙂

  • Norwegia – być TU i TERAZ!

    Norwegia – być TU i TERAZ!
    1. JAK WPADLIŚMY NA TO, BY W TYM ROKU JECHAĆ DO SKANDYNAWII?
    2. JAK SIĘ PRZYGOTOWALIŚMY DO WYJAZDU DO NORWEGII?
      1. PROM DO SZWECJI
      2. DROGA DO NORWEGII
      3. PLAN ZWIEDZANIA NORWEGII
      4. PAKOWANIE
    3. NEYSBEN
    4. HALLING SPRANGET
    5. OWCE W NORWEGII
    6. RJUKANDEFOSS
    7. VORINGSFOSSEN
    8. SORFJORDEN
    9. TROLLTUNGA
    10. BERGEN
    11. BAKKANOSI
    12. NÆRØYFJORD
    13. LUSTRAFJORDEN
    14. LUSTERKO
    15. JEZIORO LOVATNET
    16. GEIRANGERFJORDEN
    17. ALESUND
    18. ŚCIANA TROLI
    19. RAMPESTREKEN
    20. DOLINA ROMSDALEN
    21. LILLEHAMMER
    22. JEDZENIE W NORWEGII
      1. SMASH
      2. CZEKOLADY FIRMY FREIA
      3. BATONY KVIKK LUNSJ
      4. BATONY W GÓRY
      5. CYNAMONKI
      6. NORWESKIE CHIPSY SORLANDS
      7. MLEKO W NORWEGII
      8. NORWESKIE PARÓWKI
      9. NORWESKIE PIECZYWO
      10. VAFFEL, CZYLI NORWESKIE GOFRY
    23. CO NAS ZASKOCZYŁO W NORWEGII ?
      1. WIDOKI
      2. WOLNOŚĆ
      3. BUDOWNICTWO
      4. AUTA W NORWEGII
      5. BRAK GAZU
      6. DŁUGIE DNI
      7. SERWIS DLA KAMPERÓW
      8. CENY
      9. BRAK ZNAKÓW DROGOWYCH
      10. BRAK MSZY ŚWIĘTYCH
      11. POGODA
    24. WRÓCIMY!

    JAK WPADLIŚMY NA TO, BY W TYM ROKU JECHAĆ DO SKANDYNAWII?

    Kto by pomyślał, że kolejnym naszym podróżniczym celem okaże się Norwegia ? Chyba nikt! Dla nas samych było to niemałe zaskoczenie. Ja bardzo długo forsowałam Włochy, a Sebastian rozważał je, ale też szukał w głowie miejsca, gdzie jeszcze nigdy nie byliśmy. W tym roku też sprawa z naszymi wakacjami była nieco bardziej skomplikowana. Najczęściej jako miesiąc na nasze wakacje wybieramy wrzesień. Jest to podyktowane ogromną ilością turystów w sezonie, których staramy się unikać, a także niebotycznymi upałami. Tym razem miesiąc ten odpadał, ponieważ w jego połowie jest zaplanowana premiera sztuki teatralnej, w której występujemy, a około 3 tygodnie przed czekają nas intensywne próby generalne. Lipiec i sierpień też był wątpliwy, ponieważ mieliśmy wesele znajomych oraz koncert chóru, w którym śpiewa Sebastian. Śpiew w nim to dla niego ogromna pasja, więc było to dla niego ważne, by też się do tego wydarzenia dobrze przygotować. Był duży dylemat, co zrobić, jak to rozplanować, żeby jak najmniej rzeczy ucierpiało, a byśmy mogli pojechać na wakacje. Kiedy w końcu udało się uszczknąć 3 tygodnie na wyjazd, okazało się, że zahacza on o termin pieszej pielgrzymki z Krakowa do Częstochowy, na którą przyszło mi pragnienie w tym roku, by pójść. A więc narady małżeńskie trwały dalej. Ostatecznie postanowiliśmy, że zrobimy sobie swoje własne „Camino” i pojedziemy po przyjeździe z wakacji na rowerową pielgrzymkę do Częstochowy i odwiedzimy indywidualnie Matkę Bożą. Szkoda nam było skracać wyjazdu o tydzień, a Sebastian też nie był przekonany do pieszego pielgrzymowania. Generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej decyzji. O naszej drodze rowerowej na Jasną Górę, opowiem innym razem, bo to temat na osobny wpis. W każdym razie, kiedy już mieliśmy zaklepane 3 tygodnie na wakacje, pozostało nam tylko wybrać, dokąd się wybierzemy. Z tego, co pamiętam pierwszy wpadł na pomysł Norwegii Sebastian. W przeszłości parę razy rozmawialiśmy o Skandynawii z iskierką w oku, ale za każdym razem jawiło nam się jako coś odległego i trudno osiągalnego z uwagi na przeprawę promową, odległość, inną kulturę, a przede wszystkim surowy klimat. Natomiast, kiedy z ust mojego Męża padło „Norwegia”, muszę przyznać, że zapalił się w moim sercu płomień. Za chwilę dowiedzieliśmy się z mediów społecznościowych, że kilka ekip podróżniczych, których obserwujemy właśnie przygotowują się do wyjazdu w te rejony. Informacje, które podawali, że miesiąc lipiec jest najlepszym czasem na podróż do Norwegii z uwagi na najcieplejsze ( na ich warunki ) temperatury, najwięcej słońca, a najmniej deszczu, stały się dla nas bardzo skutecznym zapalnikiem. Śledząc ich pierwsze kroki na skandynawskiej ziemi, influencerzy tacy jak Spanie w Vanie oraz Dodo, mocno nas zainspirowali. A więc w niedługim czasie jednogłośnie wykrzyknęliśmy „Norwegio, ahoj przygodo!” 🙂

    JAK SIĘ PRZYGOTOWALIŚMY DO WYJAZDU DO NORWEGII?

    Podróż do Norwegii w moim odczuciu była najlepiej zorganizowanym przez nas wyjazdem pod względem ilości przygotowań. Mimo, że od momentu, kiedy zapadła decyzja o tegorocznym kierunku wakacji do wyjazdu był tylko miesiąc, zrobiliśmy naprawdę dużo rzeczy.

    PROM DO SZWECJI

    Zaczęliśmy od rozważenia, jak się tam dostaniemy. Mieliśmy wybór między pokonaniem całej trasy, około 2000 km. kamperem, a przepłynięciem 1000 km. z nich promem.

    Wybraliśmy drugą opcję z uwagi na oszczędność czasową. Pomyśleliśmy, że czas przeznaczony na rejs, możemy wykorzystać na spanie, a to daje nam, że po 9 godzinach jesteśmy już gotowi do drogi. Jadąc kamperem i robiąc przystanek na nocleg w drodze, stalibyśmy w miejscu. Główka pracuje! Natomiast dużym ograniczeniem tej opcji było to, że wykupując prom, byliśmy zobligowani do dojechania do Świnoujścia na konkretną godzinę. Może Wam się nie wydawać to zbytnio problematyczne, ale uwierzcie, że dla nas nie jest to komfortowe. Jesteśmy przyzwyczajeni do „slow life” w podróży i bardzo to sobie cenimy. Oznacza to, że kiedy wyjeżdżamy kamperem z naszego osiedla, już zaczynają się nasze wakacje. Lubimy jadąc już delektować się podróżą, zatrzymując się w nieprzypadkowych miejscach na odpoczynek lub jedzenie. Często robiąc się głodni lub zmęczeni, szukamy przy pomocy internetu w telefonie wykorzystując różne aplikacje urokliwego zaułka, gdzie moglibyśmy naładować baterie, a także nasycić się piękną naturą, którą tak uwielbiamy. Robimy tak czasem nawet kosztem odjechania z trasy i nadrobienia kilometrów. Coś za coś! W tej sytuacji, wybierając prom, musieliśmy się zgodzić na pokonanie trasy do Świnoujścia z nastawieniem „jedziemy do przodu, zatrzymujemy się na stacjach benzynowych, kanapka, siku i w drogę”. Cel obrany to zdążyć 🙂 Wybraliśmy prom „Finnlinesze Świnoujścia do Malmo. Byliśmy z niego bardzo zadowoleni. Zapłaciliśmy łącznie około 1500 zł. Wykupując rejs od razu w dwie strony, jest dużo taniej, a więc skorzystaliśmy z tej promocji, nakładając na siebie kolejne ograniczenie czasowe. Natomiast na statku było bardzo przyjemnie. Płynąc do Malmo w nocy byliśmy nastawieni głównie na sen. Ja się na początku trochę obawiałam, czy bujanie na morzu nie spowoduje u mnie mdłości, ale nic z takich rzeczy nie miało miejsca. Mieliśmy wykupioną swoją kabinę z prywatna łazienką ( przy rejsie nocnym jest to obowiązkowe, przy dziennym dobrowolne).

    Wyspaliśmy się wyśmienicie. Super opcją było również to, że można było za niewielką opłatą wykupić podłączenie do prądu dla kampera, by w czasie płynięcia mógł się ładować. Bardzo nas to ucieszyło, gdyż obawialiśmy się, jak przy małej obecności słońca w Norwegii poradzimy sobie z energią. Ale o tym potem 🙂 Płynąc w druga stronę również wykupiliśmy sobie kabinę. Uważamy, że jest to super opcja, ponieważ można się przespać, wziąć prysznic, a także miec trochę prywatności, a naprawdę nie kosztuje to dużo. Są opcje tańsze znajdujące się pod pokładem, a są niewiele droższe z oknem z widokiem na morze. Tym razem był to dzień, więc mieliśmy piękne widoki.

    Część czasu spędziliśmy w pokoju, część na tarasie widokowym, a kolejną w restauracji pokładowej, którą bardzo polecamy. Jedliśmy tam śniadanie i obiad, a więc iście szwedzki stół 🙂 W końcu Szwecja 😀 Wszystko świeże, pyszne i w dużej ilości. Ciężko było się nie najeść 🙂 Ceny w Euro, więc spodziewaliśmy się typowo skandynawskiej drożyzny, ale było przyzwoicie.

    DROGA DO NORWEGII

    Prom do Malmo zacumował w Szwecji około godziny 6:30. A więc wypoczęci, wyspani pojechaliśmy na jedną z okolicznych dzikich miejscówek, by w ładnej scenerii zjeść śniadanie. Już wcześniej sprawdziliśmy, że w niedalekiej odległości tego miejsca, będzie sprawowana polska Msza święta dla Polaków żyjących na emigracji, na którą postanowiliśmy się wybrać. A więc zjedliśmy porządne śniadanie, poszliśmy na niedługi spacer w okolicy i pospiesznie udaliśmy się na Eucharystię, a radość nasza była ogromna. Czuliśmy ogromną wdzięczność, że nam się udało znaleźć Mszę, a fakt, iż była ona po polsku sprawił, że nasza euforia była jeszcze większa.

    A więc w samo południe najedzone było zarówno nasze ciało, jak i duch, więc nie pozostało nam nic innego, jak tylko ruszyć w kierunku Norwegii. Jechaliśmy zupełnie nieśpiesznie, delektując się wreszcie podróżą w stylu „slow life”, jak najbardziej lubimy. Zatrzymywaliśmy się na kawkę, obiad i odpoczynek w pięknych miejscach, które podczas drogi znajdowałam w zainstalowanej aplikacji na telefonie. Czasem trzeba było odjechać kawałek z trasy, by zrobić sobie przerwę w takim miejscu, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Mieliśmy przeświadczenie, że to jest nasz czas i nigdzie się nie śpieszymy.

    Jadąc takim trybem, jak opisywałam, do pierwszego punktu w Norwegii dotarliśmy około 2 w nocy. Byliśmy mocno zmęczeni, więc od razu padliśmy. Nawet nie przeszkadzał nam dudniący coraz bardziej deszcz, który zaraz po naszym zatrzymaniu się na wybranej miejscówce, przybierał coraz bardziej formę ulewnego, rzęsistego deszczu.

    Dużo się naczytaliśmy, że w Norwegii jest drogo, ciężko o sklepy oraz, że lepiej zrobić zapasy jedzenia z Polski. Jadąc w podróż zawsze bierzemy trochę naszych produktów, ale tym razem postanowiliśmy się lepiej przygotować z uwagi na powyższe kwestie. U nas wchodziła jeszcze ta kwestia, że byliśmy nastawieni, by doświadczyć Norwegii na dziko, czyli z dala od cywilizacji, wykorzystując to, że nie ma tam problemu z nocowaniem w naturze, jeśli chodzi o zakazy. Istnieje tam przekonanie, że ziemia należy do nas i możemy jej używać. Dlatego zrobiliśmy zapasy największe, jak do tej pory, przed wyjazdem. Dodatkowo przygotowałam też wcześniej trochę jedzenia obiadowego, które następnie pasteryzowałam w słoikach. Mieliśmy krem z cukinii, parę słoików spaghetti Bolognese oraz zupy ogórkowej. Zrobiłam tez fasolkę po bretońsku i rosołek z kaczki, ale niestety zostawiłam je w upale na cały dzień w pokoju i się zepsuły. Bardzo bolały nasze serca, ale cóż było zrobić, stało się. Trzeba było przeżyć żałobę i obyć się a wyjeździe bez nich. Bardzo kochamy jeść i nie lubimy wyrzucać jedzenia. Zawsze staramy się w miarę możliwości wszystko ratować i zjadać do końca. Natomiast w tej sytuacji nie było wyjścia, słoiki z zawartością poszły w kosz. Oprócz tego mieliśmy kupione słoiki z gotowymi sosami, z pesto, makarony, ryże, kasze, mleka, wody itd. itp. I to naprawdę nas uratowało. Pierwsze zakupy robiliśmy dopiero po tygodniu. Jedzenia obiadowego starczyło nam idealnie na cały wyjazd. Dzięki temu mogliśmy zaszyć się w naturze i się z niej nie ruszać, póki nie chcieliśmy. Uwielbiamy taką wolność.

    PLAN ZWIEDZANIA NORWEGII

    Nigdy nie robimy czegoś takiego, jak plan zwiedzania, gdy wyjeżdżamy w podróż. Zazwyczaj obierając kierunek podróży, wiemy coś o tym miejscu i co byśmy chcieli tam zobaczyć, ale nie układamy sobie tego w ramy czasowe ani w kolejność zwiedzania. Po prostu jedziemy, patrzymy w mapkę i decydujemy na bieżąco, na co mamy ochotę i co jest w naszym zasięgu. W przypadku Norwegii musieliśmy trochę poważniej podejść do tematu. Zaczęliśmy od tego, że oglądaliśmy różne filmiki ekip podróżniczych, które zwiedzały ten kraj. Potem ja z tych filmików wypisywałam konkretne miejsca z krótką informacją lub linkiem do opisu oraz z lokalizacją. Potrzebowaliśmy też wyznaczyć sobie granice obszaru, który chcielibyśmy podczas tego wyjazdu eksplorować z racji tego, że Norwegia jest bardzo rozległa.

    PAKOWANIE

    Pakowanie przed tą podróżą zaczęliśmy znacznie wcześniej, niż zazwyczaj. Było to spowodowane tym, że byliśmy przerażeni ilością ubrań, których potrzebujemy. Z racji tego, że w Norwegii panują bardzo zmienne temperatury, chcieliśmy być przygotowani na wszystko. W związku z tym zaczęłam od pakowania wszystkiego w walizki, przewożenia ich do kampera i rozpakowywania ich tam. Pomyślałam, że jak się wszystko nie zmieści, będę mieć więcej czasu na zastanowienie się nad sensowną redukcją 🙂 Szczęśliwie się okazało, że nasz kamper ma bardzo duże możliwości bagażowe i udało się wszystko ulokować w naszym domku na kółkach. Być może też zerkające w przerwach w pracy oko Męża na to, co pakuję, okazało się skuteczne 🙂

    NEYSBEN

    Neysben to był pierwszy punkt na naszej mapie wybranych miejsc, które chcieliśmy odwiedzić. Było to niewielkie miasteczko, w którym zatrzymaliśmy się nad jeziorem. Niestety z racji zacinającego deszczu zaparkowawszy kampera w niedalekiej odległości od niego, nie widzieliśmy kompletnie nic. Czas oczekiwania przeznaczyliśmy na rozmowy, książkę oraz kawkę z ciasteczkiem. Na początku oczywiście włączyło nam się kalkulowanie, a w konsekwencji złość, że pogoda nam krzyżuje plany oraz, że może się okazać, że przez cały wyjazd będziemy mieć taka pogodę, która nam uniemożliwi eksplorowanie Norwegii. Dopiero kolejnego dnia po godzinie 16:00 zaczęło się przejaśniać i mogliśmy się do niego zbliżyć i podziwiać zarówno jezioro, jak i niesamowity spektakl chmur, jaki się przy nim wytworzył.

    Jak przestało padać, poszliśmy się przejść po okolicy. Dotarliśmy do „Hallingal Museum, przy którym weszliśmy w niedługi szlak pnący się w górę wzdłuż wodospadu, który u samej góry miał taką siłę, że nawet stojąc w odległości byliśmy mokrzy od unoszącej się wody. Byliśmy zachwyceni tym niesamowitym doświadczeniem. Potem już przywykliśmy do dużej ilości potężnych wodospadów w Norwegii, ale tego dnia nasz podziw był ogromny. Z góry podziwialiśmy też przepiękne widoki na Dolinę Hallingal.

    HALLING SPRANGET

    Następnie udaliśmy się kamperem na jedną z kuszących miejscówek na nocleg, którą obraliśmy jako jedną z opcji. Na zdjęciach wyglądała przepięknie, ale podejrzewaliśmy, że droga tam może być nie lada wyzwaniem ze względu na krętość i stromość. I się nie pomyliliśmy. Poziom adrenaliny był duży, jadąc pod górę wiedzieliśmy, że jeśli coś będzie jechać z góry i będzie trzeba się zatrzymać, nie pojedziemy dalej. A o wykręcaniu się tam i drodze z powrotem nawet nie chcieliśmy myśleć. Na szczęście się udało i wjechaliśmy bezpiecznie na sam szczyt. Na początku niestety było bardzo dużo mgły i mało co było widać. Byliśmy na małym spacerze w okolicy, ale byliśmy tylko my i mleko. Natomiast wieczorem widoki zrobiły się obłędne.

    Po deszczu chmury zademonstrowały nam zapierający dech w piersiach spektakl chmur, a kolejnego dnia widoczność była już całkowicie wyraźna, zero chmur. Oczywiście wykorzystując pogodę wybraliśmy się połazić po pobliskich górach, na których nie znaleźliśmy żadnych szlaków. Szło się po prostu za ledwo widoczną ścieżką, która była najprawdopodobniej wyżłobieniem po ruchu zwierząt. Tutaj było to dla nas zaskoczeniem, później już przywykliśmy, że szlaki w Norwegii właśnie tak wyglądają.

    OWCE W NORWEGII

    Nie wiem, czy to tylko my mieliśmy takie szczęście, czy tak po prostu w Norwegii jest, ale owieczki podczas naszego wyjazdu towarzyszyły nam wszędzie. Czasem było to na szlaku, czasem na drodze, albo pod mostem. Niekiedy trzeba było je przeganiać, żeby móc przejechać.

    Wydaje się to słodkie i zabawne, ale nam naprawdę nie było do śmiechu, kiedy na naszej drodze wylegiwały się zadowolone owce, które w żaden sposób nie odczuwały, że powinny się usunąć z drogi lub kiedy idąc centralnie przed nami nieśpiesznie wypróżniały się zostawiając nam śmierdzące niespodzianki.

    RJUKANDEFOSS

    Następnie pojechaliśmy nad wodospad Rjukandefoss znajdujący się na drodze do naszego następnego cel – szlaku Trolltunga, który był naszym jednym z największych norweskich marzeń. Z racji tego, że nie zastaliśmy tam dużo ludzi, było naprawdę przyjemnie. Moc jego była ogromna, patrzyliśmy na niego zarówno z dołu, jak i z góry, a opadająca woda delikatnie muskała nasze ciała i twarze.

    Nad rzeką, do której wpadała z dużym prądem woda z wodospadu, znajdował się mostek trzymający się (o zgrozo) tylko na linkach. Widniała tam informacja, że na mostku powinna znajdować się tylko jedna osoba. Natomiast niektórzy turyści w ogóle nie zwracali na to uwagi. Dwaj chłopcy wręcz ganiali się tam. Na początku myśleliśmy, że nie zauważyli informacji i zwróciliśmy im uwagę, ale zbytnio się nie przejęli.

    W każdym razie chwilę tam posiedzieliśmy, by odpocząć i pomyśleć, co robimy dalej. Rozważaliśmy, czy zostajemy w tej okolicy na nocleg w jakimś ładnym miejscu i odpoczywamy, a kolejnego dnia ruszamy dalej, czy jedziemy od razu. Mam wrażenie, że patrząc na piękne scenerie, lepiej się myśli. Umysł staje się jaśniejszy, a perspektywa bardziej klarowna. Też tak macie ?

    Do Trolltunga mieliśmy jeszcze spory kawałek, więc mieliśmy świadomość, że nie zrobimy tego „na raz”. Po intensywnych naradach przy buzującym wodospadzie podjęliśmy decyzję, że ruszamy do przodu z nastawieniem „ile zajedziemy, tyle zajedziemy”, ponieważ w tym momencie nie byliśmy jeszcze tak zmęczeni, a w okolicy na aplikacji park4night nie znaleźliśmy niczego spektakularnego na nocleg, co by nas zatrzymało. Droga nas wiodła przez największy płaskowyż Europy – Hardangervidda.

    Nie mieliśmy o nim pojęcia, dopiero przejeżdżając zachwyceni zapierającymi dech w piersiach widokami, zaczęliśmy zastanawiać się co to za miejsce, a ja „googlowałam” w Internecie. Byliśmy tak oczarowani, że nie było opcji, zostaliśmy tam na noc. Praktycznie co kawałek były miejscówki z pięknymi widokami, różniące się jedynie odległością od drogi. Myślę, że wybraliśmy jedną z lepszych.

    Tak nam się spodobało, że zebraliśmy się stamtąd dopiero kolejnego dnia popołudniu, a i tak nie było łatwo. Widoki z okna, sceneria i ta cisza, której tak potrzebowaliśmy, sprawiała, że nie chciało się wyjeżdżać.

    Gdy wreszcie ruszyliśmy do przodu, jadąc dalej po terenie Hardangervidda i podziwiając z za szyby coraz to bardziej różnorakie i zachwycające krajobrazy, zaczęliśmy dzielić się ze sobą pragnieniem spaceru po tym terenie, która pojawiła się w tym samym momencie w naszych sercach I znowu zaczęły się nasze rozważania, co robić. Ostatecznie postanowiliśmy, że zostajemy. Tego dnia akurat obchodziliśmy naszą rocznicę zaręczyn i moje imieniny, a więc poszliśmy uczcić nasze święta do pobliskiej restauracji z widokiem na Płaskowyż Hardangervidda, a potem znaleźliśmy genialną miejscówkę w okolicy i tam już chillowaliśmy świętując w kamperze do końca dnia.

    Natomiast kolejnego dnia wybraliśmy się na trekking po Płaskowyżu Hardangervidda. Doświadczyliśmy tam czegoś niesamowitego. Niewyobrażalnie ogromna przestrzeń, surowość oraz dzikość terenu oraz przeszywająca, a zarazem kojąca cisza przeszły nasze wszystkie najśmielsze oczekiwania. Coś pięknego!

    Natomiast nie była to łatwa wędrówka, ponieważ nie znaleźliśmy tam żadnych oznaczeń szlaków. Szliśmy po wydeptanej, nierzadko nieoczywistej i niemal niezauważalnej ścieżce. Podczas około 8 godzinnej wędrówki spotkaliśmy dosłownie parę osób w tym terenie. Oczywiście udało się nam też zgubić, a odnalezienie drogi, którą szliśmy, żeby wrócić, trochę nam zajęło. Niestety wszystko wyglądało dla nas tak samo. Na szczęście mój zdolny Mąż przy użyciu telefonu, określił mniej więcej położenie i doszedł do tego, w którą stronę powinniśmy się kierować.

    Udało nam się to w sama porę, bo dosłownie za chwilę po przekroczeniu progu kampera, zaczęło okropnie wiać i co jakiś czas padać. My przez większą część wędrówki mieliśmy piękne i palące słońce, dopiero w drodze powrotnej zaczęło się chmurzyć. Pewnie zastanawiacie się, czy w końcu pojechaliśmy dalej? Nie wiem czy Was zaskoczę, ale nie, zostaliśmy tu na kolejną noc, a zebraliśmy się dopiero kolejnego dnia popołudniu.

    VORINGSFOSSEN

    Na naszej drodze do Oddy, miejsca, skąd wyruszał szlak na Trolltungę, była jedna z największych atrakcji Norwegii, wodospad Voringsfossen. Jego wyjątkowość polega na tym, że można tam podziwiać, jak łączą się dwa wodospady, co jest rzadko spotykane. Na nas jednak nie zrobił on dużego wrażenia. Być może przez to, że jako, że było to stricte turystyczne miejsce, spotkaliśmy tam naprawdę tłumy, co było dla nas niemałym zaskoczeniem w Norwegii, gdzie od tygodnia raczej stroniliśmy od takich miejsc wybierając odludne i dzikie. Poza tym nie zobaczyliśmy pełnej odsłony wodospadu, gdyż nie byliśmy tam w okresie wysokiego stanu wód, a wtedy ponoć robi największe wrażenie. Mój Mąż określił, że to, co my zobaczyliśmy, to po prostu „sik” 🙂

    Bylibyśmy już całkiem rozczarowani, ale na szczęście przeczytaliśmy w Internecie, że w okolicy wychodzi mało uczęszczany i przyjemny szlak, którym można podejść do podnóża wodospadu. A więc zrobiliśmy sobie ten spacer, który rzeczywiście nam wynagrodził widoki.

    Wodospad z dołu wyglądał lepiej, a też udało się odpocząć od głośnych turystów. A do naszego domku na kółkach zebrałam parę kwiatów rosnącego w mnogości w Norwegii Łubinu.

    SORFJORDEN

    Jadąc do Oddy, jechaliśmy wzdłuż pierwszego Fjordu, który zobaczyliśmy w Norwegii, czyli Sorfjorden. Mimo przeplatającego się wraz ze słońcem, zacinającego deszczu, podziwialiśmy zza szyb samochodu wyłaniające się przepiękne widoki.

    Byliśmy naprawdę pod wrażeniem. Tego dnia na miejsce zajechaliśmy bardzo późno wieczorem, można powiedzieć w nocy. Natomiast zupełnie nam to nie przeszkadzało, gdyż w Norwegii całkiem ciemno robiło się około północy, a zaczynało się robić jasno już koło 3 nad ranem. Dnie były tam bardzo długie, więc to wykorzystywaliśmy. Lecz późne zajeżdżanie do celu i szukanie miejsca na nocleg ma też swoje konsekwencje. Często te upatrzone przez nas są już o tej porze zajęte i trzeba szukać alternatywy, a najczęściej jesteśmy już wówczas porządnie zmęczeni. Czasem trzeba po prostu przyjąć, że nie zawsze da się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. A my niestety często byśmy tak chcieli i łapiemy się na tym przysłowiu. Mamy pokusę, by jak najwięcej czasu wykorzystać na zwiedzanie, drogę lub inne aktywności, a szukanie noclegu zostawiamy na koniec, nierzadko robimy to już po zmroku. I tak też było tym razem. Ostatecznie spaliśmy tego dnia w zatoczce przy drodze. Na szczęście z jednej strony mogliśmy cieszyć się widocznym zza drzew widokiem na Sorfjorden.

    Natomiast na upatrzoną miejscówkę pojechaliśmy nazajutrz koło południa. Okazało się, że było na tyle dość miejsca, że ustawiliśmy się idealnie tak, by mieć widok z salonu i sypialni na Fjord.

    W tym miejscu ku naszemu zdziwieniu stały głównie samochody z polskimi rejestracjami, co w Norwegii było rzadkością. Odda – miasto, w którym byliśmy, znajdowała się stosunkowo niedaleko do rozpoczęcia popularnego szlaku Trolltunga, na który zresztą my również się wybieraliśmy. Właściwie po to głównie w tę okolicę przyjechaliśmy. Okazało się, że właśnie z tego miejsca, gdzie staliśmy jest wejście do lasu, a tuż przy nim zaczyna się malowniczy szlak na lodowiec. Rozmawialiśmy z jednym mężczyzną, który właśnie z niego wracał i bardzo nam polecał tę wędrówkę. Mówił, że ostatni fragment, czyli samo wejście na lodowiec jest dosyć wymagające. Natomiast zachęcał nas, by dojść przynajmniej do tego miejsca rozwidlenia szlaku, ponieważ widoki są tego warte, a droga tam jest dosyć prosta. Nie zastanawiając się długo, stwierdziliśmy, że trzeba się przejść. Wyszliśmy popołudniu koło godziny 16. Nie mogliśmy wyjść zachwytu tymi długimi dniami w Norwegii. Normalnie, by zdążyć wrócić przed zmrokiem, byśmy sobie na tak późne wyjście nie mogli pozwolić. Tutaj było zupełnie inaczej i bardzo nam się to podobało. Szlak okazał się rzeczywiście przepiękny, widoki były różnorodne, zmieniały się, ciągle wchodziliśmy w nowe przestrzenie gór i skał, z rozpościerającymi się, zmieniającymi ujęciami Sorfjorden.

    Natomiast mimo rekompensujących nasz wysiłek krajobrazów, szło się bardzo ciężko. Przede wszystkim dlatego, że trzeba było iść cały czas pod górę, bez żadnej ulgi. Ponadto szlak był dość słabo oznaczony i co chwile trzeba było się zastanawiać, którą drogę wybrać. Teraz już wiemy, że trasy trekkingowe w Norwegii w większości tak właśnie wyglądają. Wzięliśmy sobie zdecydowanie za mało wody i jedzenia. Na szczęście w jednym miejscu była możliwość napełnienia wody ze źródła, co nas uratowało.

    Czy żałujemy ? Oczywiście, że nie! Było warto! Niby zwykły, mało popularny szlak, a tyle pięknych przeżyć i doświadczeń.

    Po powrocie oczywiście zjedliśmy zasłużoną kolację.

    TROLLTUNGA

    Udało się! W końcu nadszedł tak wyczekiwany przez nas dzień wejścia na Trolltunga! By to nastąpiło, po drodze musieliśmy zmierzyć się z różnymi przeciwnościami losu, ale nie poddaliśmy się. Dzień wcześniej wyładował nam się akumulator pokładowy w kamperze i nie chciał się ponownie ładować, mimo pełnego słońca, toczyliśmy też próby napełnienia na stacjach benzynowych butli gazowej (w Norwegii jest bardzo ciężko o dostępność gazu), odbijaliśmy się od kempingu do kempingu z powodu ich przepełnienia i braku wolnych miejsc, a także przemierzyliśmy łącznie około 7 godzin w dwie strony w poszukiwaniu Mszy Świętej, gdyż zastała nas niedziela. Ponadto w moim organizmie zaczęła rozwijać się infekcja, co przysporzyło nam kolejnych wątpliwości, czy iść na szlak, czy odpuścić i zająć się akumulatorem, butlą gazową oraz właśnie moim leczeniem. Nie była to łatwa decyzja. Rozum podpowiadał co innego, serce co innego. Jak myślicie co wybraliśmy ?
    Otóż wbrew logice, postanowiliśmy zostawić wszystkie nasze zmartwienia, pojechać na kemping, by podłączyć się do prądu, by móc korzystać z piecyka, lodówki oraz ciepłej wody, a kolejnego dnia ruszyć na szlak. Była to nasza szansa, gdyż na kolejne okno pogodowe musielibyśmy czekać następne parę dni. Czy nam się to opłaciło ? Oczywiście! Gdy odpuściliśmy wszystko i odłożyliśmy temat naszych trosk, wiele rzeczy bez racjonalnego wytłumaczenia rozwiązało się samych. Infekcja zaczęła mi odpuszczać, akumulator po naładowaniu z prądu na kempingu zaczął się normalnie ładować od słońca, a stacja z butlą gazową znalazła się w mgnieniu oka. Przypadek ? Nie sądzę. Czasem tak jest, że jak cos odpuszczamy, przychodzi rozwiązanie. Też macie takie doświadczenie ?

    Zainspirowani prężnie działającymi w mediach społecznościowych podróżnikami Spanie w Vanie, którzy chwilę przed nami wyruszyli w podróż do Norwegii, na bieżąco ją relacjonując, postanowilismy podobnie jak oni zrealizować szlak na Trolltunga, ze spaniem w nocy w namiocie. A więc spakowaliśmy plecaki, zapasy jedzenia, picia, dodatkowych ubrań oraz karimaty, a także mój namiot z czasów jeszcze panieńskich, kiedy podróżowałam głównie autostopem.

    W końcu czekał nas szlak 10 km. w jedną stronę, a więc pomyśleliśmy, że przyjemnie będzie rozłożyć go sobie na 2 dni z odpoczynkiem na szczycie z pięknym widokiem. Nie zniechęciła nas relacja Alicji i Proziego, którzy wchodząc na Trolltungę mieli pogodę idealną, w nocy walczyli z wiatrem, by ich nie porwał, a podczas drogi powrotnej mocowali się z deszczem i płynącymi po skałach w związku z nim strumykami wody. Mieliśmy ogromną nadzieję, że nas to nie spotka. I do momentu położenia się spać, ta nadzieja nas nie opuszczała. Był piękny zachód słońca, akceptowalny wiatr oraz niska, ale znośna temperatura.

    Jedynym naszym zmartwieniem tego wieczora było to, że po rozłożeniu namiotu okazało się, że ma on na tropiku ślady pleśni i zawilgocenia. Musieliśmy przy poprzednim jego używaniu (długi czas wcześniej) dobrze go nie wysuszyć po zmoknięciu deszczem. Nie mieliśmy wyjścia, tej nocy, musieliśmy już w nim spać. Było mi bardzo przykro, bo mam duży sentyment do tego namiotu z racji ilości podróży, jakie ze mną przebył, a też po prostu była to bardzo porządna rzecz. Ale trzeba było to już zostawić. Zresztą noc szybko sprawiła, że przestaliśmy się martwić sprawą pleśni na namiocie. Około północy zrobiło się przeraźliwie zimno i zaczął wiać nieregularny silny wiatr. Mimo ubrania we wszystkie ciepłe rzeczy, które ze sobą wzięliśmy, były momenty, że trzęśliśmy się z zimna. Ja mogę uczciwie powiedzieć, że nie przespałam ani chwili tej nocy. Rano, kiedy się zebraliśmy i ruszyliśmy dalej, pogoda była zupełnie inna niż poprzedniego dnia. Było zimno, niebo było zachmurzone i wiał nieprzyjemny wiatr. A więc niewyspani, ubrani w kilka warstw, szliśmy do przodu. Ja czułam się fatalnie. Głowa mi pękała, a każdy krok z ciężkim plecakiem i walka z wiatrem zdawał się być nie do pokonania. Szliśmy bardzo powoli, często robiąc przerwy. Dobrze, że mieliśmy zapas jedzenia, bo energię traciliśmy w zawrotnym tempie. Doszliśmy do miejsca zostawienia naszego kampera popołudniu. Jesteśmy z siebie dumni! Wchodząc do środka naszego domu na kółkach, przyszła nam myśl , że zaraz będziemy musieli ogarniać kemping, by podładować kampera z prądu i móc się umyć. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że akumulator jest dalej w pełni naładowany i wszystko, co do niego podłączone działa! Niesamowite, chwała Panu! Byliśmy tacy szczęśliwi! Po drodze zrobiliśmy zakupy, po czym pojechaliśmy na naszą poprzednia miejscówkę, przy szlaku na lodowiec, na który wchodziliśmy parę dni wcześniej. Radości do końca dnia u nas nie było końca. W aptece kupiliśmy dla mnie witaminy w związku z moją infekcją, która w dalszych dniach już nie dawała o sobie znać. Szlak na Trolltunga oceniamy jako łatwy technicznie, ale wymagający pod względem długości. Natomiast jest poprowadzony bardzo malowniczymi ścieżkami, które wiodą raz w górę, raz w dół.

    Według nas jest osiągalny dla wszystkich, ale trzeba się nastawić na dość długie podejście. Nie da się tam nic przyspieszyć. Natomiast widoki rekompensują i zdecydowanie sprzyjają kontemplacji i przemierzaniu tej wędrówki w zadumie.

    Poza tym sam Język Trolla, czyli formacja skalna o charakterystycznym kształcie naprawdę robi wrażenie.

    Baliśmy się, że jest to przereklamowane, natomiast naprawdę wejście tam było ekscytujące. Jak to w Norwegii nie było żadnych barierek , zakazów, wszystko robi się tam na własna odpowiedzialność. Zrobisz krok za dużo, polecisz – prosta matematyka.

    Jeśli chodzi o logistykę całego przedsięwzięcia, to spanie w namiocie na szczycie było ciekawym doświadczeniem i nie żałujemy, że tak to zorganizowaliśmy. Natomiast jeśli wchodzilibyśmy tam drugi raz, to zdecydowalibyśmy przejść go w ten sposób, by tego samego dnia wrócić i nie nosić tyle bagażu, który był konieczny ze względu na nocleg na górze. Naszym zdaniem zdecydowanie lepiej byłoby iść „na lekko”. Jednak wymagałoby to trochę gimnastyki, z uwagi na logistykę dojazdu na parking, gdzie można zostawić samochód, skorzystania autobusów wahadłowych, które wożą turystów z dołu na szlak i jeżdżą w konkretnych godzinach. Oczywiście można też z nich nie korzystać, ale naszym zdaniem przy takim długim szlaku na szczyt, dokładanie sobie kolejnych kilometrów ładowania asfaltem pod górę, nie jest praktyczne. Jeśli chcecie uzyskać więcej informacji, jak to wygląda właśnie pod względem logistyki, napiszcie, chętnie opowiemy o możliwościach zorganizowania tej wyprawy.

    BERGEN

    Kolejnym punktem, do którego się wybraliśmy podczas tej podróży do Norwegii było miasto Bergen, a tak naprawdę samoobsługowa pralnia. Potrzebowaliśmy zrobić pranie, więc postanowiliśmy pojechać do większej aglomeracji, by tam to załatwić, a w czasie trwania tego procesu, przejść się po centrum, coś zjeść lub wypić kawę. A więc po znalezieniu miejsca parkingowego, wzięliśmy worki i zaczęliśmy podążać do pralni.

    Napotkaliśmy tam zupełnie niespodziewane i niebywałe trudności z działaniem aplikacji, która była konieczna do zapłaty i tym samym uruchomienia maszyny. Na nasze nieszczęście straciliśmy na samo włączenie pralki blisko godzinę. Kiedy w końcu to się udało, my straciliśmy już wszelaką ochotę na jakiekolwiek zwiedzanie. Były plany też na upatrzoną wcześniej restaurację i słynną norweską „Fiskesuppe”, a ostatecznie zjedliśmy również popularnego w tym miejscu norweskiego hot doga z kiełbaską z mięsa z renifera.

    I musimy przyznać, że wszedł jak marzenie! Do tego jeszcze żurawina, mmm..palce lizać! Po skończeniu prania, ustawiliśmy (na szczęście już z większym sukcesem) suszarkę, idąc w tym czasie na mały spacer, by obmyślić, co robimy dalej. Postanowiliśmy tam, że chcemy jak najszybciej uciekać z miasta. Aglomeracje miejskie nigdy nie były czymś, co podczas naszych podróży stanowi dla nas większy priorytet. Byliśmy ciekawi norweskiego miasteczka owszem, ale spacer, który tam zrobiliśmy był dla nas zupełnie wystarczający. Dlatego jeszcze tego wieczoru ruszyliśmy z Bergen dalej ku zachodniej części Norwegii, w stronę kolejnych fjordów. Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości, czy nawet wiosce znajdującej się na wzgórzu z pięknym widokiem na jezioro.

    Byliśmy ta sami, wokół tylko opuszczony kościół ewangelicki oraz parę domostw, z których nie było kompletnie nic słychać. Bardzo nam to odpowiadało. Zanim udaliśmy się na nocny odpoczynek, posiedzieliśmy jeszcze z herbatką patrząc przez okno i delektując się widokiem oraz błogą ciszą. Kolejnego dnia ruszyliśmy na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, dalej.

    Zatrzymując się po drodze na kawkę oraz obiad w ładnych miejscach, o które nie trzeba było się specjalnie starać, gdyż były na wyciagnięcie ręki, nad Nærøyfjord zajechaliśmy wieczorem. Przez to najlepszą miejscówkę zastaliśmy już zajętą, ale na szczęście udało się zmieścić i tam zostać.

    BAKKANOSI

    Kolejnego dnia udaliśmy się na szczyt Bakkanosi, z którego miał być najpiękniejszy widok na Nærøyfjord. Wędrówkę rozpoczęliśmy w przepięknej Dolinie Jordalen. Natomiast sam szlak nie zapowiadał zupełnie tego, co zobaczyliśmy na samym szczycie. Na początku ładowaliśmy ostro i długo pod górę lasem, nie doświadczając najmniejszych widoków na górski krajobraz. Ponadto od samego początku towarzyszyła nam niepewność, czy na pewno dobrze idziemy, ponieważ szlak był bardzo słabo oznaczony. By być bardziej uczciwą, muszę powiedzieć, że nie był on praktycznie wcale oznaczony. Poza tablicą znajdującą się na samym dole, która pokazywała mniej więcej przebieg trasy, nie spotkaliśmy żadnej innej wskazówki. Poza tym parę razy trzeba było otwierać bramę i przechodzić na druga stronę, co wyglądało, jakbyśmy wdzierali się na teren prywatny. Gdy wyszliśmy z lasu i zaczęły wyłaniać się górskie krajobrazy, zaczął się również dość długi i mozolny błotnisty fragment, gdzie zwyczajnie zapadaliśmy się w mokrą ziemię.

    Bardzo ciężko się po tym szło, a tereny były naokoło podmokłe, więc ominięcie wydeptanej ścieżki niewiele pomagało. Podczas wędrówki Sebastianowi rozkleił się jeden but. Natomiast jak się domyślacie, nie poddaliśmy się. Mąż za pomocą sznurówki przymocował ją do buta, posilił się kanapką i ruszył „z buta” do przodu 🙂

    Dalej droga prowadziła w górę po kamieniach, gdzie już do końca po prostu ładowało się do przodu, nie widząc żadnej ścieżki. Tam, gdzie pasowało, tak się szło. Nietrudno było podczas tej wędrówki o rezygnację i wątpliwości, po co my idziemy dalej i czy w ogóle gdzieś dojdziemy. Gdzieniegdzie spotykaliśmy innych turystów, którzy tak jak my eksplorowali, dokładnie nie wiedząc jak szlak prowadzi. Na szczęście na szczycie widoki rzeczywiście nam zrekompensowały nasze wysiłki. Z ręka na sercu mogę powiedzieć, że widoki, które tam zobaczyliśmy były najładniejszymi, jakie do tej pory widziałam. Sebastian podszedł bliżej, więc ma lepsze zdjęcia. Natomiast ja i tak cieszę się, że przy moim lęku po wypadku w górach, który miałam kilka lat temu, mogę uprawiać trekking wysokogórski.

    NÆRØYFJORD

    Nærøyfjord tak ogromnie mnie zachwycił, więc postanowiłam namówić mojego Męża na rejs statkiem po nim, w szczególności, że nasza miejscówka na której staliśmy kamperem, była tuż przy miejscu jego odpływania.

    I to była bardzo dobra decyzja. Zobaczenie Fjordu od dołu, wysokości skał, pomiędzy którymi płynął, było niesamowitym doświadczeniem. Sam rejs z dużą ilością turystów był bardzo komercyjny, co nie było rzecz jasna dla nas atrakcją. Natomiast i tak było warto. Dobrze, że ubraliśmy się ciepło, bo na wodzie było naprawdę zimno, a płynęliśmy blisko 2 godziny. Cumowaliśmy w miasteczku Flam, skąd można było wrócić autobusem wahadłowym do miejsca, skąd wypływaliśmy. Oczywiście była też możliwość rejsu po Fjordzie z powrotem, ale zdecydowaliśmy się na pierwszą opcję. W miasteczku udało się zjeść słynną norweską cynamonkę, wypić kawę oraz kupić parę pamiątek dla bliskich. Sebastianowi również podobał się rejs statkiem po Nærøyfjord. Oboje uważamy, że był to dobrze wykorzystany czas.

    LUSTRAFJORDEN

    Opuszczając Nærøyfjord obraliśmy kierunek niedużej wioski Loen, położonej na skraju Fjordu Nordfjord, przy ujściu rzeki Loelva w gminie Stryn. Pewnie zastanawiacie się, czemu akurat przyciągnęła nas ta mała, nikomu nieznana miejscowość? Otóż zbliżała się niedziela i znaleźliśmy w Internecie, że właśnie tam najbliżej od nas znajduje się Kościół Katolicki, w którym jest odprawiana Msza Święta. Jadąc tam dzień wcześniej, zatrzymaliśmy się w połowie drogi nad Lustrafjordem, który jest najdalszą odnogą najdłuższego norweskiego fiordu – Sognefjordu.

    Chcieliśmy z samego rana wejść na szczyt Molden, natomiast pogoda trochę pokrzyżowała nam plany. Rano, kiedy zadzwonił budzik, a my wstaliśmy z zamiarem przygotowania się i ładowania pod górę, zaczęło dość mocno padać. Zaczęliśmy więc rozprawiać nad tym, czy warto iść w takim deszczu, czy może lepiej zrezygnować. Zastanawialiśmy się, bo poznawszy już warunki pogodowe w Norwegii, wiedzieliśmy, że zarówno może padać tak cały czas bez przerwy, może za chwilę przestać i się wypogodzić, a także może co chwilę się zmieniać. Na prognozy pogody godzinowe nie było sensu patrzeć, gdyż one się tam w ogóle nie sprawdzały. Norweski klimat żył swoim życiem i trzeba było to po prostu przyjąć. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że odpuszczamy. Sebastian stwierdził, że do tej pory tyle nam się udało zrealizować, że może to ten pierwszy raz, kiedy mamy znak, że trzeba zrezygnować. Zrozumiałe było też to, że bał się o swoje buty, które były w kiepskim stanie po ostatniej wędrówce. Podeszwa trzymała się już tylko po przywiązaniu sznurówką i coraz bardziej „klapciała”. Idąc po błocie i w deszczu mogłoby mieć to różny skutek. Wobec tego postanowiliśmy wrócić dalej do spania, a konkretnie Sebastian. Natomiast ja już się umyłam, ubrałam, po czym kontemplowałam widoki zza okna na Lustrafjorden, który wydawał mi się najspokojniejszy ze wszystkich Fjordów, które tutaj widziałam. Ciężko to wytłumaczyć, ale siedzenie przy nim i patrzenie na niego dawało mi pewien rodzaj spokoju, którego bardzo w swoim sercu potrzebowałam.

    Sebastian długo też już nie pospał. W pewnym momencie przestało padać, więc postanowiliśmy znaleźć jeszcze jakieś miejsce lub kilka w okolicy, by podjechać i odpocząć. Okazało się, że całkiem niedaleko jest piekarnia, gdzie pieką cynamonki, które są hitem w Norwegii. Już po drodze tam, upatrzyliśmy sobie miejsce z pięknym widokiem na Lustrafjorden, gdzie przyjedziemy po zakupie drożdżówek, by zrobić naszą kawę z kawiarki i usiąść na ławce i dalej cieszyć się naturą. A jak to po deszczu, gdy chmury zeszły, ukazał nam się spektakl chmur. Było, co oglądać! A cynamonki ? Zjedliśmy po dwie, a co! Jak szaleć, to szaleć i dzień święty święcić! 🙂

    LUSTERKO

    W drodze na Mszę Święta do Loen, dokładnie pół godziny przed dotarciem do celu, przydarzył nam się wypadek. Droga była bardzo wymagająca oraz pełna zakrętów. Raz jechało się z górki, raz pod górkę, a i zwężeń nie brakowało, ku naszemu zdziwieniu zupełnie nieoznakowanych. Widziałam, że Sebastian się trochę stresował, gdyż czuł zmęczenie samochodu, przede wszystkim hamulców i sprzęgła. Niestety na takich drogach obydwa mocno dostawały w kostkę. Gdy jechaliśmy w dół, słychać było dziwny odgłos, który ja określałam, jako piszczenie lub skomlenie małego pieska. Sebastian mi wytłumaczył, że były to ścierające się hamulce. W pewnym momencie przy mijaniu się z innym kamperem na zwężeniu drogi, dotknęliśmy się niestety swoimi lusterkami. Nasze się złożyło, ale część wewnętrzna wypadła na drogę. Z racji, że za nami jechał sznur samochodów, nie zatrzymaliśmy się od razu, jadąc dalej do najbliższej zatoczki. Stamtąd wróciliśmy się w miejsce zdarzenia, natomiast nic prócz pękniętego w drobne kawałeczki na drodze, po którym przejechało już parę samochodów, nie znaleźliśmy. Kamper, z którym się stuknęliśmy, nie zatrzymał się. Widocznie jego lusterko tylko złożyło się, więc prawdopodobnie odwinął je i pojechał dalej. Wróciliśmy się więc do auta i zastanawialiśmy się, co teraz możemy zrobić.

    Oczywiście Sebastian w emocjach chciał od razu działać. Na szczęście udało mi się go przekonać, byśmy pojechali na Mszę Świętą, na którą się wybieraliśmy, oddali tę sytuację Bogu i wtedy pomyśleli nad rozwiązaniem problemu. Pomyślałam też, że skoro to będzie polska Msza Święta dla Polonii mieszkającej w Norwegii, będzie można zapytać miejscowych, może skierują nas do kogoś, kto mógłby nam pomóc. Tak też zrobiliśmy. Wcisnęliśmy lusterko do zewnętrznej części, przymocowaliśmy po bokach szarą taśmą klejącą i ruszyliśmy przed siebie. Zostało nam 15 minut drogi i 15 minut do Mszy. Dobrze, że mieliśmy ten zapas czasu, dokładnie na tę akcję. Wiadomo, z takim połamanym lusterkiem nie była to bezpieczna jazda, ale musieliśmy i tak się gdzieś przemieścić i coś zrobić. Sebastian jechał powoli i bardzo ostrożnie, na szczęście nic się nie stało. Po Mszy Świętej udało się porozmawiać z mieszkającymi od 15 lat w Norwegii Polakami. Niestety nie mieli żadnych kontaktów do znajomych mechaników, którzy mogliby nam pomóc. Nie zarazili nas też optymizmem, gdyż raczej mówili, że w Norwegii nie jest to wszystko takie proste jak w Polsce, ponieważ tutaj nic nie jest dostępne od ręki, wszystko trzeba zamawiać i czekać dwa, trzy tygodnie. W Polsce wymianę tej części lusterka załatwiłoby się od ręki. Natomiast polecili nam kilka sklepów i warsztatów, do których możemy się wybrać w nadziei, że tam coś dostaniemy. Dzwoniliśmy też do naszej ubezpieczalni, ale to co nam proponowali, czyli odholowanie do najbliższego warsztatu, nas nie urządzało, gdyż nie gwarantowali tego, że tam nam załatwią sprawę i to jeszcze w ciągu kilku dni. A więc tej nocy pozostaliśmy bez rozwiązania. Zacumowaliśmy na parkingu pod Kościołem, by rano ruszyć do wspominanych przez Polonię sklepów i warsztatów.

    Słowa naszych Rodaków potwierdziły się. W żadnym warsztacie nie chcieli się tego podjąć, bo nie mieli takiego lusterka, a zamawianie zajęłoby im dużo czasu, a mają poważniejszą (czytaj, bardziej opłacalną) robotę. A więc, gdzie nie pojechaliśmy, odbijaliśmy się i byliśmy odsyłani z kwitkiem. W jednym z warsztatów, pracownik zasugerował, by pojechać do salonu Forda, który był oddalony o około pół godziny od naszej lokalizacji. Postanowiliśmy więc kupić w pobliskim sklepie samochodowym folie imitującą lusterko, założyć ją na naszą zepsutą część i wtedy tam pojechać. Natomiast była to bardzo mozolna praca, gdyż pozostałości po stłuczonym nie było tak łatwo usunąć, a przyklejenie folii, było bardzo uciążliwą procedurą ze względu na nierównomierne odrywanie jej się i przyklejanie.

    Zajęło nam to kilka godzin. Ale udało się, na pewno było to bezpieczniejsze rozwiązanie niż jazda ze stłuczonym lusterkiem. W salonie Forda powiedzieli, że mogą nam zamówić lusterko, ale przyjdzie najwcześniej na czwartek. To i tak lepiej niż za dwa tygodnie! Próbowaliśmy dzwonić jeszcze do innych warsztatów, ale wszędzie ta sama informacja. W związku z tym podjęliśmy decyzję, że tak, zamawiamy i do czwartku gdzieś tu w okolicy zacumujemy, a w czwartek po zamontowaniu nowego lusterka będziemy już zmierzać do Szwecji, bo na sobotę rano mamy wykupiony rejs powrotny do Polski. I kiedy tak zasmuceni i zrezygnowani rozmawialiśmy i obmyślaliśmy, gdzie moglibyśmy się zatrzymać, niespodziewanie przyszedł do nas pracownik salonu z radosnym okrzykiem „Mamy to lusterko na stanie”. Powiedział, że nie wie jak to się stało i sam nie może w to uwierzyć, ale jakimś cudem, mają to lusterko w magazynie. Zaraz je przyniósł, zamontował i mogliśmy dalej realizować nasze podróżnicze plany. Trzeba dodać, że do modelu naszego samochodu, lusterko występuje w kilku konfiguracjach, w zależności od wyposażenia. W magazynie było dokładnie jedno lusterko, dokładnie takie, które pasowało do naszego Forda.

    A stało się to dokładnie w Godzinie Miłosierdzia. To kolejny dowód na to, że Opatrzność jest z nami, a Różaniec, który codziennie odmawiamy przez ręce Maryi nas chroni!

    JEZIORO LOVATNET

    Ogromnie zadowoleni z naprawienia lusterka, postanowiliśmy, że poszukamy miejscówki, gdzie moglibyśmy zrobić grilla, gdyż taki obrót sprawy domagał się uczczenia. Kolejnym zaznaczonym punktem na naszej mapce w całkiem niedalekiej okolicy było Jezioro Lovatnet. Leży ono w Sogn og Fjordane, tuż obok małej miejscowości Loen. Chcieliśmy tam pojechać, ponieważ przeglądając jego zdjęcia oraz czytając dotyczące jego różne artykuły w Internecie, zachwycił nas w nim zielony kolor wody oraz jego sielskość i malowniczość, bowiem otaczały go ogromne skały, a wokół panowała wielka cisza.

    Znaleźliśmy kemping bezpośrednio tuż nad tym jeziorem i pojechaliśmy na niego, wcześniej dzwoniąc i rezerwując ostatnie miejsce dla kampera. Przypadek, nie sądzę 🙂 Chwała Panu! Opatrznościowo okazało się, że miejsce, które nam przypadło, było najdalej ze wszystkich oddalone od ludzi, a widok na jezioro i otaczające go góry był obłędny. By wykorzystać mocne słońce, które nas tego dnia uraczyło, zaraz po zajechaniu na kemping, po odpowiednim ustawieniu się oraz po rozłożeniu markizy, usiedliśmy z kawką i delektowaliśmy się witaminą D3.

    Jako, że pogoda w Norwegii jest jak kobieta, jest zmienna, niespodziewanie w pewnym momencie zaszło słońce, nadciągnęły chmury i zrobiło się dużo chłodniej. Natomiast nam tak dobrze się siedziało, że tylko zarzuciliśmy cos na siebie i dalej kontemplowaliśmy otaczającą nas naturę. Natomiast przyszedł też moment, kiedy dość mocno upomniał się nasz żołądek o obiecanego grilla. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy się zająć wtedy tym tematem, gdyż chmury zapowiadały rychły deszcz, a więc trzeba się było pospieszyć, jeśli chcieliśmy robić grilla, a co do tego nie mieliśmy żadnych wątpliwości.

    Niestety rozpadało się, gdy Sebastian smażył nasze kiełbaski. Jednak nie przeszkodziło nam to w niczym. W pelerynach przeciwdeszczowych, osłaniając od góry grilla, udało się doprowadzić kiełbaski do stanu perfekcyjnego do spożycia, a przygoda jedzenia ich w takich warunkach tylko dodawała nam radości. Prawdziwy norweski grill 🙂 A smakowało wybornie!

    Kolejnego dnia, już po wyjeździe z kempingu wybraliśmy się na przejażdżkę dalej wzdłuż jeziora Lovatnet. Droga była piękna, ale też kręta i wąska. W wielu momentach trzeba było stawać, by się wyminąć, a nawet czasem cofać, do zatoczki. Sebastian prowadząc musiał być cały czas na 100 procentowej czujności. Co kawałek widzieliśmy również znaki ostrzegające o spadających kamieniach. Potwierdzeniem, że nie był to tylko straszak, były wyboiste dziury wyryte w drodze właśnie przez spadające odłamki skalne. To wszystko mroziło krew w żyłach. Podziwiam mojego Męża, jak świetnie oraz z jakim stoickim spokojem radził sobie z jazdą po takich terenach. Drogą wzdłuż jeziora dojechaliśmy do samego końca, czyli do parkingu w Lodalen. Stamtąd zrobiliśmy sobie mały spacer pod Lodowiec Kjenndalsbreen, który z roku na rok topnieje coraz bardziej.

    W drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy po drodze, by popatrzeć jeszcze z bliska na jezioro i otaczające ją góry. W szczególności ze względu na Sebastiana, który prowadząc, nie mógł w pełni skupić się na podziwianiu widoków.

    Dolina Lodalen ma w swojej historii dwie tragiczne historie osunięcia się skał i spowodowanie fali tsunami. Wokól Jeziora Lovatnet można zobaczyć wiele tablic upamiętniających te wydarzenia. Zrobiliśmy sobie spacer w to miejsce. Po drodze tam widzieliśmy pozostałości po tej tragedii, między innymi wrak statku.

    Szlak, którym szliśmy prowadzi pod Krzyż upamiętniający to tragiczne wydarzenie. Okolica tego miejsca nazywana jest przeklętą, a podczas drogi nią można wyczuwać specyficzną ciszę oraz nietypową atmosferę, które są związane z tragediami, które tu miały miejsce.

    Natomiast po drodze spotykamy tablice z opisami różnych dzieł Boskiej natury, na których są odniesienia do Pisma świętego. Skłania to do jeszcze większej refleksji i zadumy nad tym miejscem i tym, co się tu przed laty wydarzyło.

    Obecnie również w Dolinie Lodalen istnieje ryzyko ponownego osunięcia się skał i wywołania, być może jeszcze większej fali tsunami, a co za tym idzie spowodowania jeszcze straszniejszej tragedii.

    GEIRANGERFJORDEN

    Z miejsca obarczonego katastrofalną historią udaliśmy się w rejon naznaczony równie budzącymi grozę dziejami. Kolejnym punktem było Geirangerfjorden.

    Miejsce to znajduje się w okolicy niestabilnej góry Åkerneset, gdzie istnieje duże zagrożenie runięcia jej zbocza centralnie do fjordu. Jeśli nastąpi taki rozwój wydarzeń, spowoduje on z kolei zawalenie się potężnej ilości skał, które wywoła falę tsunami niszczącą doszczętnie kilka pobliskich miejscowości. Jest udowodnione naukowo, że kiedyś to na pewno nastąpi, nie jest powiedziane tylko jaki to będzie czas. W skale góry Åkerneset jest pęknięcie, które powiększa się o około 15 cm. na rok. W tym obszarze znajduje się stacja meteorologiczna, a radary, czujniki oraz urządzenia sejsmiczne pracują cały czas. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej strzeżonych gór na całym świecie. Badacze oraz naukowcy twierdzą jednogłośnie, że zawalenie się skał nie nastąpi nagle oraz, że stacje będą mogły odebrać odpowiednio wcześniej wiele sygnałów, by móc ewakuować ludzi z obszarów, które są zagrożone. Natomiast jak to z naturą, nigdy nic nie wiadomo. Będąc w tamtym rejonie oglądaliśmy film „Fala”, w oryginale „Bolgen”. Jest to film katastroficzny z normalną fabułą, oparty o spekulację osunięcia się Geirangerfjordu, jak to może wyglądać wówczas, kiedy to rzeczywiście będzie miało miejsce. Po obejrzeniu tego filmu oraz po sięgnięciu do szerszych informacji w internecie na temat zagrożenia w tym rejonie, mieliśmy dużo przemyśleń w związku z tym co się tam dzieje. Ciężko nam zrozumieć, czemu ludzie mimo takiego realnego i ogromnego zagrożenia dalej tam mieszkają oraz prowadzą życie, a czemu nie chcą się wyprowadzić, by nie żyć w takim ryzyku i ciągłym poczuciu zagrożenia ze strony nieprzewidywalnej natury. 15 cm. rocznie powiększanie się pęknięcia wydaje nam się dużą liczbą. Geirangerfjorden jest miejscem o dużym zagrożeniu, a mimo to wciąż nadciągają tam tłumy turystów, nierzadko podsycanych właśnie tymi faktami o niebezpieczeństwie w tym regionie, które wzbudzają w nich jeszcze większe podniecenie i chęć odwiedzenia tego miejsca. Czy to jest właściwe ? Ciężki to dla nas temat. Może łatwo jest nam ocenić z naszego miejsca, nie mając perspektywy osób, którzy się tam wychowali oraz dla których ów teren jest ojcowizną, która ma dla nich duże znaczenie. Domyślam się też, że dla wielu osób zarobek z turystyki prowadzonej na tym terenie jest jedynym źródłem utrzymania, który umożliwia im warunki do życia oraz jest czymś, czym zajmowali się „od dziada pradziada” i nie umieliby w żaden inny sposób zarabiać. A przynajmniej nie potrafią sobie tego wyobrazić w głowie, żeby w ogóle o tym pomyśleć. Pewnie niejednokrotnie tutejsi ludzie wolą umrzeć na tej, swojej ziemi robiąc to, co kochają niż uciekać za może i dłuższym życiem, ale dla nich o wiele gorszym, w którym prawdopodobnie nie daliby rady normalnie funkcjonować. Ciężki temat, trudne pytania, a jeszcze bardziej złożone odpowiedzi. Niedawno mierzyliśmy się z powodzią w części naszego kraju. Tutaj tak samo można by zadać pytanie, dlaczego ludzie się budują i prowadzą życie w miejscach, które są zagrożone powodzią ? Czy jest to rozsądne ? Czy państwo powinno im pomagać, skoro były zalecenia, by się tam nie budować z racji istniejącego tam niebezpieczeństwa ? Gdyby podejść do tematu zero jedynkowo, oczywiście można by wysnuć wiele mądrych wniosków i powiedzieć „trzeba było myśleć wcześniej”. Tylko czy my mamy prawo to oceniać ? Czy też znamy perspektywę oraz motywację tych osób ? Czy w ogóle jest coś na tym świecie biało czarne ? Ja coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie. Wiele spraw jest dla mnie niezrozumiałych, ogromu rzeczy nie wiem, a w ilu kwestiach dopadają mnie wątpliwości. Mam wrażenie, że z biegiem czasu coraz częściej mówię „nie wiem”. A Wy co myślicie ?

    ALESUND

    Alesund to było kolejne miasto na naszej liście, które chcieliśmy podczas podróży po Norwegii odwiedzić. Jak wiecie nie jesteśmy największymi fanami aglomeracji miejskich, ale też niezupełnymi ignorantami. Niestety pogoda, jaką tam zastaliśmy, bardzo nas rozczarowała. Po wjechaniu na pierwszy punkt widokowy w tym mieście, niebo potwornie się zachmurzyło, a momentami padało.

    W pewnym momencie aura zmieniła się na tak ponurą i deszczową, że mało, było co widać. Postanowiliśmy więc, że odpuszczamy spacer po mieście, tylko gotujemy obiad w kamperze i jedziemy na poszukiwania miejscówki na nocleg. A na sam koniec tak się rozlało, że musieliśmy nawet odczekać spory kawałek czasu w samochodzie, gdyż nie dało się jechać.

    Andalsnes było kolejnym punktem na naszej liście, a głównie z uwagi na słynną Drogę Troli, w oryginale Trollstigen, która jest znana na całym świecie. Jej popularność jest spowodowana przede wszystkim ze względu na jej krętość, malowniczość oraz to, że znajduje się przy najbardziej pionowej ścianie w Europie – Trollvegen ( Ściana Troli). Ponoć ze szczytU rozpościera się przepiękny widok na niezwykle malowniczą Dolinę Romsdalen. Droga Troli jest zamknięta w sezonie zimowym. Pech chciał, że właśnie w tym roku dosłownie kilka dni po jej otworzeniu, padła decyzja o ponownym jej zamknięciu do końca roku ze względu na zbyt duże ryzyko kamiennych osuwisk. Przeczytaliśmy, że w ciągu 10 dni, było aż 6 wypadków spowodowanych właśnie tym zjawiskiem. Cóż, nie zdążyliśmy! Może jeszcze otworzą, a my wrócimy 🙂 Natomiast podjechaliśmy pod Ścianę Trolli, do miejsca, dokąd można, a od którego dalszy przejazd jest już zablokowany.

    ŚCIANA TROLI

    Wiem, że zdjęcia tego w żaden sposób nie oddają, ale uwierzcie, że naprawdę Ściana Trolli robi ogromne wrażenie. Wejście na szczyt szlakiem pieszym nie było zablokowane, natomiast my ze względu na zagrożenie osuwisk kamieni, nawet o tym nie myśleliśmy. Aczkolwiek znaleźli się śmiałkowie, którzy próbowali.

    RAMPESTREKEN

    Wykorzystując to, że byliśmy w Andalsnes, postanowiliśmy wykorzystać czas i mimo wszystko wejść jeszcze na jakiś szczyt lub punkt widokowy, by może nie ze spektakularnej Ściany Trolli, a z czegoś mniejszego, ale zobaczyć widok na Dolinę Romsdalen. Wybraliśmy Rampestreken. Nie była to długa trasa, ale przez to dosyć wymagająca, ponieważ przewyższenie było spore. Praktycznie cały czas ładowaliśmy mocno pod górę. Momentami miałam ciarki na plecach, gdyż na trasie nie brakowało stromych odcinków. W zasadzie to już przyzwyczailiśmy się do szlaków w Norwegii, że po prostu muszą dać w kość, ale pewnikiem jest, że na koniec nas nakarmią do syta. I tak też było tym razem. Na samej górze, krajobraz nam wszystko wynagrodził.

    Na samym szczycie był dość mocno wysunięty do przodu punkt widokowy, na który wchodząc, pod nogami widać było tylko przepaść. Ja odważyłam się wejść tylko do połowy, Sebastian wszedł do końca.

    Natomiast po zejściu poszliśmy do cukierni z domowymi wypiekami, by kupić sobie zasłużone cynamonki. Zaraz potem pojechaliśmy na miejscówkę z widokiem na Romsdalsfjord. Zrobiliśmy w kamperze kawę w kawiarce, rozlaliśmy ją do filiżanek. wzięliśmy drożdżówki i poszliśmy nad brzeg jeziora, by rozkoszować się majestatycznym widokiem. Tak naprawdę żegnaliśmy się już z Norwegią, gdyż od tego momentu kierowaliśmy się już w stronę Szwecji, a tym samym na prom do Polski.

    DOLINA ROMSDALEN

    Obierając kierunek powrotny z Andalsnes, mieliśmy do przejechania około 1000 km. Wyjechaliśmy w czwartek popołudniu, a wykupiony prom mieliśmy na sobotę rano. Z jednej strony można powiedzieć, że mieliśmy taki zapas czasu, że mogliśmy spokojnie jechać, robić sobie przerwy bez presji, a z drugiej strony wiedzieliśmy, że w przypadku nieprzewidzianych sytuacji, które mogłyby nas zatrzymać gdzieś na dłużej niż 2 godziny, czas odczuwalnie by się kurczył. Także niby luz, a jednak nie tak do końca. W każdym razie droga z Andalsnes do Malmo prowadziła nas jeszcze długo przez przepiękną Dolinę Romsdalen.

    Gdy poczuliśmy pierwsze oznaki głodu, zaczęłam szukać w aplikacji Park4night jakiegoś sensownego miejsca na obiad. Uwielbiamy to w drodze, że sam przejazd „od…do” nie jest tylko transportem w konkretne miejsce, tylko też staramy się też jak najwięcej doświadczyć terenów przez które przejeżdżamy. Zatrzymaliśmy się w miejscu, które totalnie nas zaskoczyło. Miał być to lasek, nad rzeczką, a okazało się to tak urokliwym miejscem, że ciężko było nam się stamtąd ruszyć.

    Gdyby nie racjonalna głowa mojego Męża, to pewnie byśmy tam zostali, a kolejnego dnia martwili, jak teleportować się do Malmo na prom. Do końca sami nie wiemy, czy to była jeszcze Dolina Romsdalen, czy nie.

    LILLEHAMMER

    Na nocleg na trasie powrotnej do Malmo na prom, wybraliśmy sobie miasto Lillehammer. Nie planowaliśmy tego tak ściśle, gdyż zależało nam, by jechać sobie spokojnie, nie spiesząc się, ale poruszać się do przodu, gdyż czas w jakimś stopniu nas jednak ograniczał. Taka wolność, ale trochę ograniczona 🙂 Na miejsce, czyli ogromny parking w lesie wykorzystywany w sezonie zimowym do parkowania przez gości wydarzeń odbywających się w Lillehammer, zajechaliśmy już o zmroku. Ta miejscówka nam się naprawdę udała. Co prawda, widoków żadnych nie mieliśmy, gdyż ani pogoda, która była pochmurna, ani pora nocna na to nie pozwalała. Natomiast panowała tam błoga cisza. Mimo tego, że stało tam parę kamperów, ze względu na ogromny rozmiar tego placu, można było zaparkować z dala od pozostałych. Zresztą każdy, kto tam nocował, chyba skorzystał z tak idealnych warunków do spania i po prostu oddał się temu zadaniu w 100 procentach. Spało się tam wyśmienicie, okropnie nie chciało nam się wstawać, co też przyczyniło się do tego, że mieliśmy dość duże opóźnienie. Mieliśmy plan, że zwiedzimy słynną stację narciarską, na której odbywają się Igrzyska Olimpijskie. Natomiast potężny deszcz oraz późna pora, która nas tam zastała, spowodowały, że nasz plan musieliśmy nieco okroić. A więc na teren stacji podjechaliśmy kamperem, podeszliśmy do niej, by zobaczyć ją z dołu, ale nie wchodziliśmy na górę.

    Było tak potwornie zimno, że tak naprawdę po zrobieniu zdjęcia, praktycznie od razu wróciliśmy do auta i pojechaliśmy dalej w kierunku Malmo. A fotkę zrobiliśmy głównie dla mojej Babci, która interesuje się sportem i śledzi wszystkie igrzyska oraz zawody, wiernie kibicując naszym Rodakom. Wiedzieliśmy, że bardzo się ucieszy, jak jej opowiemy i pokażemy nasze zdjęcie przy stacji narciarskiej, na której odbywają się wydarzenia, które śledzi w telewizji. Babcia zawsze nam mówi, że gdy jej pokazujemy zdjęcia z naszych podróży oraz relacjonujemy, gdzie i co robiliśmy, to czuje się, tak jakby tam była. Twierdzi, że w jej wieku już nie może pozwolić sobie na zwiedzanie świata, ale jak była młoda to jeździła wszędzie, gdzie tylko mogła, bo od zawsze kocha naturę, piękno przyrody oraz szeroko rozumianą kulturę. Babcia jest bardzo wrażliwa na sztukę oraz piękno. W każdym razie przesłaliśmy zdjęcie od razu do mojego Taty, by od razu pokazał Babci. Oczywiście nasze przypuszczenia się sprawdziły, Babcia była przeszczęśliwa oraz bardzo wzruszona.

    Kiedy wyruszyliśmy z Lillehammer, już nigdzie na dłużej się nie zatrzymywaliśmy. Pogoda była bardzo niekorzystna, jeśli chodzi o warunki na drodze. Cały czas lało, a gdy zbliżyliśmy się do wybrzeża jadąc wzdłuż niego, zaczął wiać bardzo silny i porywisty wiatr. W związku z tym jechaliśmy bardzo powoli, co jakiś czas się zatrzymując, by Sebastian mógł odpocząć. W takich trudnych warunkach skupienie musi być bardzo duże, a jest to też ogromnie wyczerpujące. Poza ostatnimi zakupami w Norwegii przy stacji benzynowej, już do samego Malmo, nie wychodziliśmy z samochodu. Czuliśmy po kościach, że Skandynawia nas już wygania i to już naprawdę dobry czas, by wracać. Przez całe trzy tygodnie naszego pobytu w niej, nie doświadczyliśmy tak siarczystego deszczu i tak mocno dmuchającego wiatru. Wszystko ma swój czas, tak jak w piosence…

    Perfect – Wszystko ma swój czas

    Na koniec udało się jeszcze kupić i zjeść ostatnie nasze norweskie cynamonki 🙂 Oszalałam tam na ich punkcie, były obłędne. Chyba już zawsze smak cynamonu będzie mi się kojarzył z Norwegią. Obiecałam sobie wtedy, że jak przyjedziemy do Krakowa, to zrobię taki specjał.

    Na szczęście do Malmo na prom dojechaliśmy szczęśliwie i punktualnie. Jako, że podczas rejsu wypoczęliśmy, najedliśmy się, a też porządnie wyspaliśmy, po dopłynięciu do Świnoujścia już w Polsce, postanowiliśmy, że skoro mamy jeszcze siłę i energię, jedziemy dalej. Dojeżdżając do okolic Wrocławia, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Oczywiście w aplikacji Park4night znalazłam coś, co wydawało nam się być idealnym dla nas. Łono natury, mała wioska i blisko kościół, a kolejnego dnia akurat była niedziela. Ponadto niedaleko znalazłam zapowiadającą się bardzo dobrze restaurację z wysokimi ocenami i bardzo dobrymi opiniami. Niestety nie wszystko wyglądało tak pięknie jak się spodziewaliśmy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, była 2 w nocy. Jechaliśmy na pewniaka, mając w głowie, że tylko zajeżdżamy i nawet bez mycia kładziemy się spać, bo różaniec odmówiony już w drodze. Plan wydawał się genialny, natomiast życie w kamperze takie nie jest. Upatrzona miejscówka okazała się parkingiem przy głównej drodze oraz pod wejściem do parku linowego, głównej atrakcji regionu. Domyśliliśmy się, że w niedzielę w okresie wakacyjnym, z rana otoczą nas tłumy rodzin z dziećmi i parkujących samochodów. Zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy szukać czegoś innego. Niedaleko była jeszcze jedna wydawałoby się sensowna miejscówka, a więc ruszyliśmy w jej kierunku. Niestety i w tym przypadku okazało się, że nie możemy tam zostać. Okazało się, ze informacje w aplikacji o tym miejscu, były przestarzałe. Obecnie dokładnie na tym terenie znajdował się hotel. Byliśmy już dość mocno zrezygnowani i dawno już zapomnieliśmy o naszym wypoczęciu i byciu wyspanym oraz pełnym energii po rejsie z Malmo do Świnoujścia. Kolejne zaznaczone miejscówki w Park4night były już oddalone o kilkanaście minut drogi z miejsca, gdzie się znajdowaliśmy. Cóż, nie mieliśmy wyjścia, potrzebowaliśmy gdzieś zacumować i odpocząć choć parę godzin. Jadąc drogami okolicznych wsi, wielokrotnie w myślach przyzywaliśmy wójta i nie mogliśmy mu się nadziwić, czemu w nie nie zainwestują, gdy tereny te zamieszkują ludzie. Dziurawe oraz wyboiste drogi nie były czymś przyjemnym ani dla nas ani dla naszego kampera. Myślę, że Sebastian jako kierowca odczuwał te nieudogodnienia jeszcze bardziej i niejedno przekleństwo w jego myślach się pojawiło. Generalnie noc nie jest też najlepszą porą na szukanie miejsca, gdyż mało widać i jest to niebezpieczne pod względem zakopania się lub wjechania w miejsce, skąd ciężko się wycofać czy wykręcić. My coś o tym wiemy, niestety nie zawsze się do tego stosujemy. Po jeszcze paru próbach, my – niezłomni podróżnicy, wreszcie odnaleźliśmy miejsce do spania. Obok nas stały jeszcze dwa kampery, ale nie przeszkadzało nam to. Bardziej oni byli poszkodowani, gdyż zapewne ich obudziliśmy, ustawiając się. Trudno, jak to często powtarzamy, życie w kamperze nie jest zawsze kolorowe, tak jak na filmach. W miarę wyspani, rano pojechaliśmy na Mszę Świętą, a potem do upatrzonej restauracji, w której cudem udało nam się zarezerwować stoli, taka była oblegana. W końcu po 3 tygodniach w drogiej Norwegii, mogliśmy się najeść za polskie ceny! Jak to człowiek zaczyna doceniać swoje, jak doświadczy cudzego 🙂

    Jedzenie było pyszne, choć niestety trzeba było na nie bardzo długo czekać, co spowodowało, że straciliśmy dużo czasu. No cóż, trudno. Coś za coś. W konsekwencji nasz plan, by wrócić z podróży nieco wcześniej niż w środku nocy, nie powiódł się. Specjalnie wzięliśmy rejs w sobotę, by tego samego dnia wieczorem jeszcze trochę ujechać do Krakowa, a na niedzielę zostawić sobie resztę. Idea była dobra, tylko nawaliła u nas logistyka, a tak naprawdę priorytety. Dobre jedzenie to jedna z największych naszych słabości. I tu musi wejść piosenka, notabene bardzo ważna dla Sebastiana:

    Paktofonika – Priorytety

    JEDZENIE W NORWEGII

    Jak już jesteśmy przy jedzeniu, to ewidentny znak, że pora na rozdział o sferze kulinarnej, której doświadczyliśmy podczas podróży do tego kraju. Tym razem na wstępie musimy powiedzieć, że nie zrobiła ona na nas dużego wrażenia. Być może dlatego, że głównie stołowaliśmy się w kamperze, w dużej mierze bazując zapasach jedzenia, które przywieźliśmy ze sobą z Polski. Z relacji z podróży po Norwegii, które śledziliśmy przed naszym wyjazdem, dowiedzieliśmy się, że dobrze jest się zaopatrzyć w słoiki oraz nasze artykuły spożywcze. Przede wszystkim ze względu na dużo wyższe skandynawskie ceny oraz duże odległości do sklepów poza większymi miastami. Najbardziej zachwyciły nas norweskie słodycze. Poniżej zdjęcia i opisy naszych faworytów.

    SMASH

    SMASH zdecydowanie jest u nas na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o smaki Norwegii. Są to słone chrupki kukurydziane oblane mleczną czekoladą Nidar. To połączenie smakowe jest genialne! Oprócz tego, że zajadaliśmy się nimi na miejscu, przywieźliśmy je również do Polski.

    CZEKOLADY FIRMY FREIA

    Bardzo nam smakowały norweskie również czekolady Freia. To u nich tradycyjna marka, podobnie jak u nas Wedel 🙂

    BATONY KVIKK LUNSJ

    Z racji, że często chodziliśmy w Norwegii po górach, kupowaliśmy i braliśmy w drogę ichniejsze batony. Najbardziej nam smakował Kvikk Lunsj. Jest to ich kultowy wafelek, który bardzo nam przypominał nasze WW 🙂

    BATONY W GÓRY

    Natomiast w trekkingu najbardziej sprawdzały nam się batony bez czekolady, albo z małą jej ilością, ponieważ nie rozpuszczały się tak szybko w plecaku. Choć ja twierdzę, że jedzenie słodyczy z płynną czekoladą również ma swój urok. Jak byłam mała, często z moją mamą w okresie zimowym kładłyśmy czekoladę na ciepłym grzejniku, by się rozpuściła, a następnie łyżeczką albo nawet palcami zjadałyśmy wspólnie tabliczkę. Ahh…jakie to było dobre! Natomiast na szlaku rozpuszczona czekolada jest trochę problematyczna 🙂 Jednym z naszych odkryć był Lefsebit, czyli baton z ciasta podobnego do naleśnikowego przekładany nadzieniem cynamonowym. Trzeba przyznać, że Norwedzy uwielbiają cynamon, bo…..CYNAMONKI, no właśnie!

    CYNAMONKI

    Może to nie słodycz, ale na ich punkcie totalnie zwariowaliśmy w Norwegii! Sprawcą są cynamonki, czyli cynamonowe drożdżówki, które można spotkać z różnorakimi nadzieniami, albo same. Nie wiem ile ich zjedliśmy tam łącznie, ale dużo. Kiedy tylko na naszej drodze pojawiła się piekarnia, bez zastanowienia kupowaliśmy. Było warto!

    NORWESKIE CHIPSY SORLANDS

    Chyba nikt nie ma wątpliwości, co do próbowania przeze mnie norweskich chipsów! Bardzo mi smakowały, miały tylko jedną wadę. Były dosyć twarde i trzeba było uważać na dziąsła! Ale były grube, dobrze przyprawione oraz miały bardzo ciekawe smaki 🙂

    MLEKO W NORWEGII

    Jeśli chodzi o produkty spożywcze, to naszym dużym zaskoczeniem było mleko. Okazało się, że bardzo trudno u nich dostać mleko UHT, czyli poddane obróbce, dzięki której długo się nie zsiada i długo zachowuje świeżość. Dla nas jest jednak najistotniejsze, że dzięki temu nie musimy trzymać mleka w lodówce, którą w kamperze mamy dość małą. Niestety nasze zapasy tego produktu przywiezione z Polski skończyły się po tygodniu i musieliśmy zaopatrzyć się w Norwegii. Na początku pomyśleliśmy, że spróbujemy przechowywać świeże mleko w bagażniku pod łóżkiem, w nadziei, że dzięki panującej tam chłodniejszej temperaturze, nie zepsuje się. Niestety nie wytrzymało, skisło. W związku z tym byliśmy zmuszeni kupować mleko na bieżąco. Nie udało się też dostać małych kartoników, co było problematyczne, gdyż mleko piję głównie ja do kawy. W takich sytuacjach, mleko lubi się zepsuć, zanim się skończy. Takie mlekowe sprawy 🙂

    NORWESKIE PARÓWKI

    Kiedy przeczytałam w Internecie, że Norwedzy kochają parówki, postanowiłam, że muszę ich spróbować. W końcu to jedno z moich ulubionych zestawów śniadaniowych lub kolacyjnych 🙂 Sebastian cały czas się zastanawia, czemu koncern Berlinki jeszcze mi nie płaci za lokowanie produktu i reklamę 🙂 Niestety okazało się, że Norwedzy jedzą parówki najgorszej jakości, u nas tak zwane serdelki. No cóż, ale było spróbowane? Było! Z Ketchupem weszły jak marzenie 🙂

    NORWESKIE PIECZYWO

    Bardzo nam smakował norweski chleb, który świeży i jeszcze pachnący można było dostać praktycznie w każdym supermarkecie. Na każdym z nich była zaznaczona jego klasa oraz poziom ilości pełnego ziarna. Oczywiście od tego zależała jego cena, a chleby były rzeczywiście dla nas drogie. W przeliczeniu była to kwota około 20 złotych. Natomiast były naprawdę dobrej jakości.

    VAFFEL, CZYLI NORWESKIE GOFRY

    Przy okazji naszej kolacji w restauracji, którą sobie zafundowaliśmy będąc na terenie Płaskowyżu Hardangervidda, na deser zjedliśmy typowe ichniejsze gofry. Nam przypominały one bardziej naleśniki ze względu na ich strukturę. Serwowane były z kwaśną śmietaną oraz słodkimi powidłami. Były dobre, ale zdecydowanie wolimy nasze, polskie gofry, które są ciepłe oraz chrupkie i podawane z bitą śmietaną oraz owocami.

    CO NAS ZASKOCZYŁO W NORWEGII ?

    W Norwegii zaskoczyło nas wiele rzeczy. Myślę, że nie skłamiemy, kiedy powiemy, że był to wyjazd, który zrobił na nas największe wrażenie.

    WIDOKI

    Scenerie, które tam zastaliśmy, przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Od samego początku do końca, nie mogliśmy wyjść z zachwytu nad nimi. Najbardziej zaskakujące dla nas było to, że były one dostępne na wyciągnięcie ręki. Praktycznie nie musieliśmy się specjalnie o nie starać, wręcz wyskakiwały zza zakrętu. Pokonując drogę z punktu A do punktu B, zawsze musieliśmy doliczać konkretny czas, gdyż co chwilę zatrzymywaliśmy się robić zdjęcia lub po prostu kontemplować piękno przyrody, które właśnie zobaczyliśmy.

    WOLNOŚĆ

    Na żadnej z naszych podróży nie doświadczyliśmy tak dużej swobody, jak w Norwegii. Dotyczyła ona zarówno biwakowania na dziko, jak i wchodzenia w potencjalnie niebezpieczne miejsca, a także podejścia do pieniędzy. Znaki zakazów dla kamperów były rzadkością, a jeśli już się pojawiały to głównie w sytuacjach rzeczywiście uzasadnionych, czyli przy w miejscach zabudowanych oraz w centrach miast. Zaskoczeniem było dla nas również to, że na stromych formacjach skalnych nie stały barierki oraz znaki zakazu podchodzenia. Każdy wchodził na własną odpowiedzialność. Zauważyliśmy też zupełnie inną mentalność Norwegów od Polaków, jeśli chodzi o pieniądze i ich egzekwowanie. Na drodze widzieliśmy mnóstwo budek, w których można było wziąć sobie różne produkty, typu miód, owoce, przy których nie było sprzedawcy. Była tylko skrzynka, do której trzeba było wrzucić odliczoną kwotę. U nas by to nie przeszło. Nikt by na tyle nie zaufał, a też i nie bez powodu. Mieliśmy też ciekawą sytuację w restauracji, gdy po zapłaceniu za obiad, postanowiliśmy wziąć jeszcze deser i zapłacić za niego kartą, a niestety zepsuł się terminal. Właściciel powiedział nam wtedy, że nie musimy płacić. Czad!

    BUDOWNICTWO

    W Norwegii, a w zasadzie już w Szwecji widzieliśmy bardzo charakterystyczne rzeczy w budownictwie, których nie spotkaliśmy w żadnym z innych miejsc, do których podróżowaliśmy. Największe wrażenie zrobiły na nas domki z dachami pokrytymi trawą. Sprawiało to, że krajobraz wydawał się jak z bajki.

    Zielony dach przypomina bowiem trawnik albo kwiecistą łąkę, w zależności od pory roku. Byliśmy bardzo ciekawi, jaki jest zamysł takiego rozwiązania, więc zaczęliśmy o tym czytać. Okazało się, że jest to świetna termoizolacja, która sprawia, że latem jest chłodniej, a zimą cieplej. Dla nas przede wszystkim wyglądało to przepięknie. Pierwszy raz spotkaliśmy się z czymś takim. Takie rozwiązania widzieliśmy najczęściej w „hytte”, czyli w małych, norweskich drewnianych domkach letniskowych położonych najczęściej poza miastem, w których Norwegowie bardzom często spędzają wakacje, dłuższe weekendy, a także święta. Często są też wynajmowane i w ten sposób kręci się wiele biznesów.

    Naszą uwagę przykuły również tradycyjne norweskie domki z podłużnych desek, pokryte charakterystycznymi dachami, które najczęściej miały czerwony, niebieski, żółty lub biały kolor. Co ciekawe, okazało się, że barwa tutaj ma nieprzypadkowe znaczenie, bowiem świadczyła o sytuacji finansowej właściciela oraz jego pozycji w społeczeństwie. Czerwony kolor był przeznaczony dla najbiedniejszej grupy społecznej. Było to wynikiem głównie tego, że w skład farby wchodziła głównie krew i tłuszcz ryb oraz innych zwierząt. Natomiast żółtą farbę pozyskiwało się z ochry oraz oleju, a więc była ona droższa. Za to biała farba była najdroższa, więc na ten kolor malowali swoje domy najbogatsi 🙂

    Niemałym zaskoczeniem był dla nas również sposób otwierania okien w całej Norwegii. Niemal wszystkie, które widzieliśmy otwierały się jak nasze dawne lufciki.

    Tutaj nie znaleźliśmy wytłumaczenia w Internecie. Podejrzewamy, że może to być związane z częstymi opadami, które występują w Norwegii. Może ten mechanizm sprawia, że jest mniejsze ryzyko, że przy otwartym oknie, deszcz przedostanie się do środka.

    AUTA W NORWEGII

    Z perspektywy polskich dróg, w Norwegii widzieliśmy głównie samochody wyższej klasy. To co u nas rzadkością, u nich jest standardem. Bardzo dużo pojazdów elektrycznych, głównie Tesli. Poza tym, co łatwe do przewidzenia, ogromna ilość modeli Volvo. BMW, Audi i Mercedesy z wyższej półki również były często widziane.

    BRAK GAZU

    Mieliśmy duży problem z napełnieniem naszej butli gazowej w kamperze. Spotkanie na trasie stacji benzynowej z dystrybucją gazu graniczyło z cudem. Często sprzedawcy nawet nie byli w stanie pomóc i nas pokierować, gdzie możemy dostać. Mało tego, nierzadko nawet nie wiedzieli o co chodzi, gdy Sebastian pytał. Z racji, że poziom życia Norwegów utrzymuje się na wysokim poziomie, samochody z instalacją gazową są tam rzadkością, więc pewnie stąd to wynika. Nie ma popytu, to nie ma podaży 🙂

    DŁUGIE DNI

    Nieustannie zachwycaliśmy się długością dni w Norwegii. Było niesamowite, że zachód słońca zaczynał się koło 22 i trwał kilka godzin, a koło 3 robiło się znów jasno. Pewnie, gdybyśmy byli dalej na północy oraz na przełomie czerwca/lipca ( my byliśmy w podróży od 20 lipca do 11 sierpnia), doświadczylibyśmy dnia polarnego, czyli utrzymującego się 24 godziny słońca nad horyzontem. Niektóre ekipy, które wyruszyły do Norwegii wcześniej oraz dotarły wyżej, relacjonowały w mediach społecznościowych doświadczenie białych nocy.

    SERWIS DLA KAMPERÓW

    Jeśli chodzi o robienie serwisu kampera, czyli miejsca, gdzie możemy wylać szarą wodę ( woda z mycia się w łazience oraz ze zlewu w kuchni), opróżnić kasetkę (nasza przenośna chemiczna toaleta) oraz uzupełnić czystą wodę do naszego zbiornika, były dla nas dostępne w Norwegii na wyciągnięcie ręki, a co najlepsze bardzo często za darmo lub za niewielką opłatą. Było to dla nas ogromne zaskoczenie, gdyż w innych miejscach w Europie, które do tej pory odwiedziliśmy, nierzadko znalezienie takiego miejsca stanowiło dla nas problem. Takie rzeczy do tej pory najczęściej musieliśmy załatwiać na kempingach, na których ze względu na brak opcji zrobienia tylko serwisu, by go zrobić musieliśmy płacić cenę noclegu zawierającą wszystkie udogodnienia, z których my nie potrzebujemy korzystać. A ceny oscylowały w granicach 60 Euro. W Norwegii mieliśmy pod tym względem raj. Takie miejsca najczęściej były zlokalizowane przy drodze, a więc nie musieliśmy zjeżdżać z trasy albo przy stacjach benzynowych.

    CENY

    Ceny rzeczywiście były bardzo drogie, natomiast byliśmy na to przygotowani robiąc duże zakupy jedzeniowe w Polsce oraz zapasy przygotowanych wcześniej przeze mnie obiadów. Zaskoczyły nas natomiast ceny paliw, które niewiele różniły się od naszych polskich.

    BRAK ZNAKÓW DROGOWYCH

    W Norwegii spotkaliśmy mnóstwo krętych oraz wąskich dróg, na których w Polsce mielibyśmy przy każdej możliwej okazji znak drogowy z informacją, kto ma ustąpić pierwszeństwa. Natomiast tu ciężko było go doświadczyć, istniała zasada, że ktoś zawsze ustąpi. Musimy przyznać, ze generalnie w większości to się sprawdzało, ale też adrenaliny nam nie brakowało.

    BRAK MSZY ŚWIĘTYCH

    Musimy przyznać, że takiego problemu z uczestniczeniem w Eucharystii, jak w Norwegii, nigdzie nie mieliśmy będąc w podróży. Czytaliśmy, że Norwedzy w dużej mierze należą do Kościoła Protestanckiego, natomiast coraz więcej ludzi odchodzi od tego wyznania, stając się ateistami. Jeśli chodzi o Kościoły Katolickie, to stanowią one dużą mniejszość. Ich obecność zawdzięczamy głownie Polonii, czyli Polakom będącym tam na emigracji za chlebem. Będąc tam w podróży, by uczestniczyć w niedzielnej Mszy Świętej musieliśmy przemieszczać się w promieniu około 300 km. w jedną stronę. Jako, że dla nas wiara stanowi ważną część naszego życia, mimo napotkanych trudności, nie odpuszczaliśmy, choć było wiele dylematów. Musieliśmy zmierzyć się z tym, że na rzecz bycia na Eucharystii, trzeba było „stracić” 1 dzień, zrezygnować z planów eksplorowania danego terenu lub pojechać w dane miejsce i wrócić, robiąc łącznie ponad 600 km.

    POGODA

    Pogoda w Norwegii nas zaskoczyła, gdyż spodziewaliśmy się o wiele niższych temperatur oraz więcej deszczowych dni. Przestraszona relacjami innych podróżników, którzy wyruszyli na podbijanie tego kraju wcześniej, spakowałam mnóstwo ciepłych ubrań, a trochę za mało lżejszych. Prawda jest taka, że najlepiej było ubierać się na cebulkę, gdyż pogoda zmieniała się kilka razy w ciągu dnia. Ostatecznie nie przeszkodziła nam w zwiedzaniu, chodzeniu po górach oraz delektowaniu się naturą, czego się obawialiśmy. Trzeba było być po prostu przygotowanym każdego dnia na wszystko 🙂

    WRÓCIMY!

    Norwegia okazała się dla nas najlepszym kierunkiem, jaki kiedykolwiek obraliśmy podróżniczo. Oczywiście nie licząc Toskanii, która z racji tego, że przeżyliśmy tam nasz miesiąc miodowy i pierwszy czas w kamperze, sentymentalnie będzie dla nas zawsze numerem jeden! Ze względu na liczne zatrzymywania się w nieplanowanych miejscach, które urzekały nas po drodze od punktu do punktu, nie udało się dojechać tak daleko, jak zamierzaliśmy. Ale zupełnie nie żałujemy. W naszych podróżach zdecydowanie preferujemy „slow life” i bycie TU I TERAZ. Do Norwegii na pewno jeszcze wrócimy, a na eksplorowanie północy i Lofotów, zaplanujemy osobny wyjazd.

    Na koniec jeszcze piękna piosenka o zachwycie nad życiem..

    Anna Maria Jopek – Ale Jestem

    „…Jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze,

    Zabłąkaną łódeczką wśród raf,

    Kroplą deszczu,

    Trzciną myślącą wśród traw

    …ale jestem!

    Jestem iskrą i wiatru powiewem

    smugą światła , co biegnie do gwiazd,

    jestem chwilą , która prześcignąć chce czas

    …ale jestem!

    Ucha nadstawiam : słucham jak gra,

    Muzyka we mnie, w muzyce – ja!

    Nim wielka cisza pochłonie mnie,

    Pragnę wyśpiewać , wyśpiewać ,że:

    Trzeba żyć naprawdę ,

    żeby oszukać pędzący czas.

    Pięknie żyć w zachwycie ,

    życie zdarza się raz…”

    A.M. Jopek

  • OBCAS WŁOSKIEGO BUTA – APULIA

    OBCAS WŁOSKIEGO BUTA – APULIA
    1. RIMINI
    2. BARI
    3. PARK4NIGHT – DZIKIE MIEJSCÓWKI
    4. POLIGNANO A MARE
    5. MONOPOLI
    6. ALBEROBELLO
    7. MATERA
    8. PÓŁWYSEP GARGANO
    9. Vieste
    10. Vignanotica- Plaża
    11. PESCHICI
    12. JEDZENIE WE WŁOSZECH

    Gwoli wyjaśnienia dla stałych czytelników naszego bloga, do Apulii pojechaliśmy po pobycie w Austrii, który opisywaliśmy we wpisie Ale to już było To był ten sam wyjazd, tylko podzielony na dwie części. Taka przykrywka, że jedziemy do Austrii, a do Włoch przy okazji, żeby nikt nie powiedział, że ciągle tylko ta Italia i Italia 🙂 Ale trzeba przyznać, że coś w tym jest, że ciągle tam wracamy 🙂 W każdym razie zazwyczaj zwiedzamy nowe regiony tego południowego kraju.

    Drogę z Austrii do Apulii podzieliliśmy na 2 etapy. Uwielbiamy to w podróży kamperem, że nie musimy nigdzie się spieszyć, sami decydujemy gdzie kiedy zajedziemy oraz co po drodze zobaczymy.

    Tutaj wtrącę pełną refleksji piosenkę:

    Pod Strzechą – Nie spiesz się

    Padło na Rimini. Zatrzymaliśmy się przy plaży i spędziliśmy tam jeden dzień. Akurat tak się złożyło, że Sebastian miał tego dnia urodziny, także mieliśmy czas na celebrację tego dnia.


    Świętowanie urodzin, imienin oraz różnych ważnych dla nas rocznic jest dla nas bardzo istotne. Zawsze pamiętamy, by wtedy mieć dla siebie jakiś prezent bądź niespodziankę i ten dzień spędzić wyjątkowo. Uważamy, że to bardzo spaja naszą relację. Oczywiście musieliśmy to razem wypracować w naszym związku, gdyż wywodzimy się z różnych domów, w których były zupełnie inne zwyczaje. Akurat jeśli chodzi o te tradycję, to w dużej mierze było to mocno zakorzenione we mnie. U nas prezenty były i nadal są na każdą możliwą okazję. Nawet teraz, kiedy mieszkamy od siebie daleko, to zawsze dzwonimy do siebie z życzeniami, a prezent jest zawsze tego dnia przygotowany i czeka na najbliższą okazję spotkania, byśmy mogli go sobie przekazać. Dlatego postanowiliśmy przejąć ten zwyczaj i pielęgnować w naszym Małżeństwie. Natomiast jest wiele rzeczy z mojego rodzinnego domu, z których zrezygnowaliśmy, a które akurat przejęliśmy od rodziny Sebastiana. A są i takie, które zbudowaliśmy i wymyśliliśmy wspólnie sami i są po prostu nasze. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy. Człowiek dorasta, wyprowadza się z domu, może z dystansem spojrzeć na swoje wcześniejsze życie, na to czego nauczyli go rodzice, konstruktywnie je ocenić i wybrać, co bierze ze sobą, co jest mu bliskie, a czego chciałby unikać. A później, kiedy łączy się ze swoją żoną/mężem stworzyć z tego wszystkiego, co zbudował i co zbudowała druga strona, jeszcze nowe i wspólne 🙂

    RIMINI

    Rimini (we Włoszech) to typowe nadmorskie, w sezonie nastawione na turystów miasteczko, a poza nim, niczym wymarłe. Nie brakowało w nim wystawnych oraz zachęcających do wejścia restauracji, ale widzieliśmy tam też całkiem sporo starych oraz opuszczonych budynków bez okien, w których przypuszczamy tętniło kiedyś życie beztroskich wczasowiczów. Niby nic szczególnego, ale ucieszył nas ten przystanek w owym miejscu. Ustawiliśmy się kamperem tuż przy wejściu na plażę, także z okna mieliśmy widok na morze.

    W ciągu dnia miejsce to nie cieszyło się zbytnio popularnością. Był to wrzesień, a więc okres, gdy sezon niedawno się skończył, a ponadto trafiliśmy akurat na środek tygodnia. W okolicach południa zdarzyło się, że pojawiało się tam parę osób. Wydawało nam się, że to miejscowi, a tacy najmniej nam przeszkadzają, wręcz tworzą klimat tego miejsca. Najczęściej to turyści bywają dla nas problematyczni z uwagi na ich podniecenie wolnością od pracy i obowiązków, od których uciekli z dala od domu oraz często towarzyszące temu stanowi rozwydrzenie. I oczywiście wraz z nimi zaraz pojawiające się niezliczone stragany z pamiątkami, z których spragnieni zarobku handlarze wołają jeden przez drugiego: „kup Pan, kup Pan”. Ale i tak najgorsi są spacerujący sprzedawcy lodów i kukurydzy, a nierzadko też innych specjałów. Kto z Was pamięta, kiedy będąc nad Bałtykiem wylegiwaliście się wygodnie na piasku próbując usłyszeć szum morza pośród harmidru, jaki panuje na plaży, jak z oddali wyłaniał się coraz to głośniejszy okrzyk: ”lody, lody dla ochłody”. Były jeszcze lepsze teksty, natomiast tak dawno nie byłam w sezonie nad morzem, że ciężko mi je sobie przypomnieć i odtworzyć. Dlatego zwróciłam się do „wujka google” i w czeluściach Internetu znalazłam tę stronę internetową, gdzie jest wypisanych bardzo dużo przykładów, których część na pewno dobrze znacie. Zobaczcie sami, ja się nieźle uśmiałam wracając do nich pamięcią. Natomiast widziani tam przez nas tak zwani „lokalsi” to krótka piłka. Najczęściej przychodzą, wejdą do wody, porozmawiają i wracają, skąd przyjechali, nie robiąc wokół siebie większego zamieszania. Mimo tego, że jak pewnie wiecie, temperament południowy jest porównywalny z żywiołem ognia.

    Rimini jako miejsce przystankowe w połowie drogi do głównego celu – Apulii – okazało się bardzo dobrym pomysłem. Naprawdę tam wypoczęliśmy. Błogie wylegiwanie się na plaży, pławienie się w morzu oraz doładowywanie się dużą ilością witaminy D w postaci promieni słonecznych, bardzo dobrze na nas podziałało.

    Dzięki temu z wielkim zapałem i motywacją ruszyliśmy na podbój obcasa włoskiego buta, co okazało się bardzo pomocne przy mierzeniu się z różnymi przeciwnościami, które nas tam zastały.

    BARI

    W pierwszej kolejności udaliśmy się do stolicy Apulii – Bari. Zatrzymaliśmy się na praktycznie pustym parkingu miejskim z widokiem na morze.

    Szczęśliwi, że słońce ładuje nasze solary, zaczęliśmy od drzemki, gdyż byliśmy bardzo śpiący. Było południe, także prażyło konkretnie. Mieliśmy wrażenie, że jest jeszcze bardziej gorąco niż w Rimini, z którego przyjechaliśmy. Natomiast gdy słońce zaczynało trochę mniej palić, wybraliśmy się na spacer po mieście.

    Byliśmy naprawdę zachwyceni. Przede wszystkim zauroczyły nas ciasne, pięknie udekorowane kwiatami stylowe, ciasne uliczki, na których mieszkańcy mieli wyciągnięte zwyczajne, domowe krzesełka i nierzadko na nich siedzieli rozmawiając, grając w karty lub po prostu obserwując ruch uliczny. To było niesamowite. I to praktycznie przy każdym wejściu do kamienicy coś takiego 🙂

    Tak właśnie upłynął nam czas do wieczora tego dnia, którego przyjechaliśmy do Bari. Spacerując i przyglądając się włoskiej architekturze, stylowi oraz ichniejszym zwyczajom nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiło się ciemno. Czuliśmy się jak byśmy byli widzami fascynującego spektaklu, który kreują miejscowi, zwyczajni ludzie przeplatający się z udającymi turystów wyrafinowanymi aktorami. Belissimo! Ten niepowtarzalny wieczór zakończyliśmy obłędnymi lodami w kawiarni „Martinucci Laboratory„.

    Zresztą wróciliśmy w to miejsce kolejnego dnia, by zamówić jeszcze lepsze, ogromne desery lodowe.

    Istnieje przekonanie, że we Włoszech ciężko trafić na niedobre lody. Włosi są po prostu w tej dziedzinie mistrzami. Gdy wróciliśmy wieczorem na parking, gdzie stał nasz kamper, by oddać się nocnemu wypoczynkowi, byliśmy zszokowani tym, co tam zastaliśmy. Tak jak wcześniej opisywałam, gdy przyjechaliśmy, było na nim zupełnie pusto. Gdy udawaliśmy się na spacer po mieście popołudniu, również. A teraz cały, ogromny parking był zapełniony do granic możliwości. W niektórych miejscach trzeba było się przeciskać, by przejść. Poza tym roiło się od nad wyraz krzykliwych Włochów, którzy szli albo wracali z miasta. I co najciekawsze, były to całe rodziny wielopokoleniowe. Niektórzy z nich zajmowali ławkę, dokładali swoje krzesełka i sączyli wspólnie wino i jedli przyniesione przez siebie włoskie przekąski. Inni z kolei pędzili do centrum, by celebrować kolację z rodziną lub znajomymi w jednej z wielu lokalnych knajp. Byliśmy mocno zaskoczeni, ponieważ zupełnie innego widoku się spodziewaliśmy, zważając na to co widzieliśmy opuszczając parking. Nie kryliśmy też naszego niezadowolenia oraz niepokoju związanego z tym, czy uda nam się zasnąć i rzeczywiście odpocząć w takich warunkach. Natomiast za chwilę wydarzyło się znów coś bardzo nieoczekiwanego. Około godziny 23:00 zaczęło wszystko się uspokajać, a o północy znów było cicho jak makiem zasiał, a na parkingu zostaliśmy tylko my. Wszyscy zniknęli bez śladu, jakby ich wcale tutaj nie było. Coś niesamowitego! Widocznie tłumy nadciągają wieczorem, by razem zjeść kolację, napić się wina, a potem wracają do swoich domów spać. Piękny zwyczaj 🙂 Zastanawiające było dla nas to, że Włosi na tę okoliczność przyjeżdżali samochodami. Patrząc na to, że praktycznie każda napotkana przez nas osoba miała w dłoni kieliszek wina. Natomiast trzeba mieć świadomość, że w obowiązujących na terenie włoskiego kraju przepisach jest dopuszczalna większa tolerancja na alkohol we krwi. U nich jest to aż 0,5 promila. U nas dla porównania jest to 0,2 promila. W każdym razie noc upłynęła nam bardzo spokojnie. Poza tym, że było potwornie gorąco. Musimy przyznać, że tak wysokich temperatur w nocy, jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy.

    Kolejnego dnia, po wspomnianych przeze mnie wcześniej deserach lodowych „Martinucci Laboratory”, postanowiliśmy przejść się uliczkami Bari w czasie, kiedy we Włoszech wszystko na parę godzin się zatrzymuje.

    Jest to sjesta, czyli tradycyjny moment relaksu w ciągu słonecznego dnia w godzinach wczesnopopołudniowych, który w południowych krajach jest bardzo popularny. I tutaj naprawdę doświadczyliśmy, jak duże ma to uzasadnienie. Nasz pomysł na przechadzkę po mieście w tym czasie okazał się nienajlepszy. Doskwierający żar z nieba i wysoka temperatura, która odbijając się od zabudowań, sprawiała, że każdy krok to była mordęga. Czuliśmy się, jakby ktoś nas podpiekał z każdej strony, a my coraz bardziej słabi i wyczerpani, mieliśmy coraz mniej sił, by się przed tym bronić. Cóż, w innych rejonach Włoch czy południowych krajów, które do tej pory odwiedziliśmy, sjestę traktowaliśmy raczej jako naszego wroga. Nie do końca rozumiejąc tę ideę, często denerwowaliśmy się na to, że w czasie, kiedy my chcielibyśmy zjeść obiad, wszystkie lokale są zamknięte. Tym razem byliśmy wkurzeni na siebie, że nie uwzględniliśmy sjesty w planie naszego dnia. Było naprawdę makabrycznie gorąco, że ciężko było wytrzymać. I mówię to ja, która uwielbiam, kiedy jest bardzo ciepło.

    Jako, że znaleźliśmy się w Bari, które jest bardzo wysoko rozwiniętym miasteczkiem, postanowiliśmy zrobić pranie. Spakowanych rzeczy mamy ze sobą zawsze mnóstwo, więc można by przypuszczać, że nie musimy nic prać, gdyż wszystkiego nam na pewno powinno wystarczyć. Jednak nie, zdarza się, że potrzebujemy zrobić pranie w podróży. Życie 🙂 Jeśli chodzi tylko o parę rzeczy i akurat jesteśmy na łonie natury oraz jest ładna pogoda, to pierzemy ręcznie i zawieszamy na zewnątrz na krzesełkach, ewentualnie sznurku, czy ogrodzeniu, w zależności co mamy pod ręką. Czasem też przy okazji odwiedzin większych miast, czy też miasteczek, jak na przykład Bari, zanosimy worek z brudnymi rzeczami do najbliższej automatycznej pralni, idziemy na kawę i mniej więcej po półtorej godzinie mamy czyste rzeczy. Często w takich miejscach są również automatyczne suszarnie, dzięki którym mamy od razu rzeczy gotowe do włożenia do szafy. Natomiast trzeba uważać na jedną rzecz. Ważne jest, żeby nie włączać suszarki na zbyt wysoką temperaturę, gdyż niestety ubrania wtedy się niszczą i płowieją. Lepiej włączyć na dłuższy program i wypić dwie kawy zamiast jednej, niż potem ubolewać nad zmianą wyglądu swojej ulubionej sukienki, czy też koszuli. My już wiemy jak to boli, a tę lekcję zapamiętamy na długo.

    PARK4NIGHT – DZIKIE MIEJSCÓWKI

    Po paru dniach spędzonych w pięknym, ale jakże zatłoczonym oraz głośnym Bari, bardzo potrzebowaliśmy odpocząć w jakimś ustronnym, malowniczym miejscu i poczuć tę ciszę, którą tak kochamy. Dlatego też zaczęliśmy usilnie wertować aplikację park4night, by znaleźć w okolicy coś, co by nas interesowało. Jest to program komputerowy, gdzie oprócz zdjęcia, opisu oraz współrzędnych miejsc, gdzie można zaparkować lub zostać na noc kamperem, jest również miejsce na komentarze osób, które tam były. Dla nas często okazuje się to bardzo pomocne, gdyż można zobaczyć z kiedy są te informacje oraz czy dane są aktualne. I tym razem dzięki tej aplikacji udało się bardzo szybko znaleźć miejsce, które wydawało się być dla nas idealne. Klif, morze, piękny widok i ukryta, tajemnicza dzika miejscówka! Czego chcieć więcej ? Bezpieczeństwa! 🙂 Otóż wszystko było pięknie, zaniepokoiła nas tylko jedna mała rzecz, którą odkryliśmy dzięki komentarzom. W adnotacjach podróżujących pod znalezionym przez nas miejscem, powtarzały się wpisy z informacją o pojawianiu się wieczorem budzącego niepokój kręcącego się w okolicy mężczyzny, który próbuje wyłudzić pieniądze za nocleg na niby rzekomo jego terenie. Przeczytaliśmy również parę relacji, że osoby, które nie zapłaciły mu, rano miały przebite opony. Dość często przewijał się tam również temat grasującej w w tej okolicy mafii włoskiej. Nie wiemy czy, to co było tam napisane było prawdą. Być może ludzie tak pisali w celu zniechęceni innych do przyjazdu na tę miejscówkę, by mieć ją tylko dla siebie. Natomiast my nie chcieliśmy ryzykować i zrezygnowaliśmy z niej. Uważamy, że czasem lepiej obejść się smakiem i poszukać czegoś innego, nawet mniej atrakcyjnego, ale bezpiecznego. Po co narażać się na niepotrzebny lęk, który budzi w nas napięcie ? Lubimy adrenalinę, która nas napędza do działania, ale w takich sytuacjach, cenimy sobie nade wszystko spokój.

    Udało się znaleźć inną miejscówkę na klifie, oczywiście na dziko. Minus był taki, że można było do niej dojechać tylko drogą, którą można było poruszać się tylko do godziny 17:00. W momencie, kiedy my byliśmy gotowi do drogi, była godzina 16:00. Na urlopie preferujemy zdecydowanie „slow life” i nie zrywamy się wcześnie z łóżka ani też nie pędzimy. Wiedzieliśmy, że jak tam pojedziemy, chcemy zacząć od kawki i z pięknym widokiem oraz, że nie ma najmniejszych szans, by do 17 zebrać się stamtąd. Gdzieś w czeluściach internetu przeczytaliśmy, że drogi mają monitoring i mandat może przyjść na nasz adres zamieszkania po kilku miesiącach. Po krótkiej naradzie, podjęliśmy decyzję, że jedziemy tam, by zobaczyć jak to wygląda i czy w ogóle jest się nad czym zastanawiać. Na miejscu okazało się, że jest to grzechu warte 🙂 Sebastian rozłożył stolik, krzesełka, a ja zrobiłam kawkę oraz przygotowałam słodkości. W sercu obydwoje czuliśmy, że ani myślimy o tym, by się stąd zbierać.

    Musieliśmy jeszcze odbyć ważną rozmowę na temat naszych obaw związanych z noclegiem w tym miejscu. Jest to dla nas bardzo ważny element dbania o nasze bezpieczeństwo w podróży. Z nas dwojga to ja jestem tą lękliwą osobą, która boi się wielu rzeczy. Wtedy bardzo pomaga mi rozmowa z moim Mężem. Kiedy Sebastian potrafi mi racjonalnie wytłumaczyć, że jesteśmy bezpieczni oraz nic nam nie grozi, wtedy i ja jestem spokojna. Natomiast gdy widzę, że Sebastian ma wątpliwości co do danego miejsca, oboje wiemy, że lepiej szukać czegoś innego, bo będę wtedy niepokoić się 2 razy bardziej.

    Z naszej perspektywy zawsze warto poświęcić chwile czasu, by ocenić, czy jeśli stoimy na klifie, to czy nie grozi nam jego osunięcie oraz sprawdzić prognozę pogody, czy na przykład nie zagraża nam sztorm na morzu. To są takie podstawowe sprawy, które nic nie kosztują, zajmują chwilę, a mogą pomóc w osiągnięciu głębszego poziomu odprężenia i relaksu. Jedni z naszych znajomych podróżników mają zasadę, że parkując, ustawiają się zawsze w ten sposób, by w razie niebezpieczeństwa być gotowym do drogi. Opowiadali, że raz rzeczywiście mieli taką sytuacje, że z tego skorzystali. Pewnego razu usłyszeli strzały i wtedy bez żadnego zastanowienia odpalili auto i odjechali. Nie wiedzą, co to było, ale woleli już tam nie wracać, by nie kusić losu. Widzimy dużą zasadność tej reguły, natomiast przyznajemy szczerze, że ciężko nam się do niej stosować. Kiedy parkujemy, szczególnie na dziko, lubimy ustawić się tak, żeby mieć piękny widok, być zasłoniętym od cywilizacji oraz rozłożyć markizę, nasze meble ogrodowe i niczym się nie przejmować. O ile nie zapowiadają potężnej burzy i deszczu, nie chowamy sprzętu na noc, tylko zostawiamy na rano, by po wstaniu zjeść pod kamperem śniadanie, nierzadko jeszcze w piżamach.

    A więc na tej miejscówce oprócz tego, że wypiliśmy kawkę, zostaliśmy na noc, to jeszcze spędziliśmy tam cały kolejny dzień 🙂 Sebastian nawet się skusił i wszedł do wody, by trochę popływać. Jednak okazało się, że nie było to takie przyjemne, jak sobie wyobrażał. Fale były dość silne i ściągały go do brzegu klifu, który był bardzo skalisty i trzeba było bardzo uważać. Na szczęście nic się nie stało. Natomiast w tym czasie mój chill z herbatką był naznaczony niepokojem o mojego Męża, więc w pewnym momencie zeszłam na skały, by obserwować, czy nic mu się nie dzieje.

    POLIGNANO A MARE

    Kolejne miasteczko, do którego się wybraliśmy to Polignano a Mare. Jest to niezwykle urocze oraz malownicze miasteczko położone na stromym klifie oraz charakteryzujące się białymi, bajkowymi domami. Znajduje się tam również piękna i spektakularna plaża wciśnięta pomiędzy dwa klify. Na nas zrobiło ogromne wrażenie to, że praktycznie z samego centrum miasteczka wchodzi się centralnie na nią.

    Jak widzicie, ruch turystyczny na tej plaży był ogromny, dlatego tez postanowiliśmy dość szybko z niej się ulotnić, a wrócić na nią wieczorem. Mieliśmy nadzieję, że wtedy będzie na niej zdecydowanie mniej osób. A więc ubraliśmy pod ubranie kostiumy kąpielowe w nadziei, że zaznamy wieczornej kąpieli w morzu. Niestety ruch tam wcale nie był mniejszy, a woda niestety była za chłodna, by to uczynić. Posiedzieliśmy chwilę i wróciliśmy robiąc sobie romantyczny spacer przez centrum Polignano a Mare do naszego kampera.

    To było wieczorem. Natomiast kiedy opuściliśmy w południe tą spektakularną plażę, w zamian za to przeszliśmy się wzdłuż wybrzeża podziwiając inne, choć mniej efektowne, ale dalej fascynujące klify. A co najważniejsze dla nas, zdecydowanie mniej oblegane przez turystów.

    MONOPOLI

    Monopoli to miasteczko, które jest nazywane sercem Apulii. Jest tam bardzo dużo wąskich uliczek, które tworzą labirynt. Miasteczko jest ładne, ale nie zrobiło na nas piorunującego wrażenia. Jest tam kilka zabytków wartych zobaczenia, między innymi historycznych kościołów, katedr, zamków oraz placów. Nam najbardziej spodobała się katedra Madonna Maria Santissima della Madia.

    Naszą uwagę przykuł również Port Vecchio. Poczuliśmy tam prawdziwy rybacki klimat, dosłownie. Jest to stary port, z którego wypływają niebieskie łodzie, tak zwane gozzi, w celu połowu ryb oraz ośmiornic w przybrzeżnej okolicy. Co tu dużo mówić, czuć rybkę 🙂

    Monopoli posiada na kilkunastometrowym odcinku lini brzegowej, szereg plaż, jedna po drugiej. Mimo potężnego upału, udało nam się zrobić spacer i zobaczyć parę z nich. Charakteryzowały się pięknymi klifami oraz krystalicznie czystą wodą.

    Nie pomyślcie, że jesteśmy ignorantami, ale z tego miasteczka najbardziej zapamiętaliśmy kawę, którą udało nam się wypić w lokalnej kawiarni. W poprzednich wpisach już pewnie nieraz wspominaliśmy, że przy naszej całej wielkiej miłości do Włoch, niestety ichniejsza kawa pozostawia nam wiele do życzenia. Zazwyczaj dostajemy albo mleko z dodatkiem kawy albo nie mogąc się dogadać, Sebastian zadowala się espresso, a ja dodatkowo mlekiem w osobnym kubeczku do popicia. Cóż, Włochy nie mogą nam dać wszystkiego 🙂 Ale właśnie tutaj w Monopoli dostaliśmy pyszną, mocną, w miarę dużą kawę 🙂 I Pani zrozumiała, że kawa z mlekiem to kawa z dodatkiem mleka, a nie odwrotnie.

    Było warto! I do tego włoskie Pasticciotto wypełnione kremem i czekoladą. Obłędne! Co ciekawe obsługiwała nas dziewczyna, która pochodziła z Ukrainy. Mówiła dość dobrze po angielsku, więc Sebastian mógł z nią chwile porozmawiać.

    ALBEROBELLO

    Kolejnym punktem, do którego się udaliśmy było przeurocze miasteczko Alberobello, które zbudowane jest z prawie półtora tysiąca zabudowań w formie małych domków ze stożkowymi dachami (trulli). Wyglądało to naprawdę jak z bajki. Jest to naprawdę miejsce, które warto odwiedzić. Odstraszał nas stąd niestety tylko tłum turystów. Mimo, że nie byliśmy w środku sezonu, od ludzi aż się roiło. Nie chcę myśleć nawet jak tam jest w środku sezonu, ciężko to sobie wyobrazić.

    Z Alberobello związane są dwie nasze przygody, które zapamiętamy na długo. Pierwsza to, że właśnie tam zmierzyliśmy się z awarią naszej instalacji elektrycznej. Jadąc tam myśleliśmy, że jesteśmy wystarczająco naładowani i że nie będziemy korzystać na kempingu z podłączenia do prądu. Niestety okazało się, że mamy usterkę. Oddam tutaj głos Sebastianowi, on się bardziej na tym zna i najlepiej opisze, co się stało.

    A stało się to, co się dzieje kiedy człowiek chce przyoszczędzić 😀 W tym czasie, wciąż korzystaliśmy z lodówki absorpcyjnej. To dość popularny wybór jeśli chodzi o kampery, ponieważ taką lodówkę można zasilać zarówno prądem 230 V lub 12 V jak i gazem. Nie byliśmy zadowoleni z jej działania i wydajności i wiedzieliśmy, że czeka nas wymiana na lodówkę kompresorową, która działa tak, jak domowe lodówki. Natomiast byliśmy świeżo po modernizacji elektryki w kamperze, co też wiązało się ze sporymi kosztami, więc zdecydowaliśmy, że lodówką zajmiemy się już po sezonie. Z lodówki absorpcyjnej zwykle korzystaliśmy w ten sposób, że podczas jazdy ustawialiśmy tryb 12 V, jak byliśmy na kempingu to 230 V, a jak na dziko to gaz. I już to było dla nas podejrzane, że w drodze do Alberobello, nie naładował się akumulator wykorzystywany w części mieszkalnej. Cóż, nie ma co dyskutować, mamy jedzenie w lodówce, trzeba dokupić podłączenie do prądu. Zwykle to bardzo przyjemny moment, bo co prawda trzeba wypuścić z portfela kolejne euraski, ale za to w kamperze można poczuć energetyczny luz 😀 Nie patrzysz na poziom naładowania akumulatora, zachwycasz się wszystkimi światełkami, które masz w aucie, a gąszcz kabli ładuje do syta wszystkie telefony, komputery, powerbanki, głośniki itd. Dla mnie to jednak była stresująca chwila, czułem kłopoty, więc z namaszczeniem zacząłem wkładać końcówkę przyłącza do prądu po czym zapytałem Kingę czy mam prąd. Nie mamy, rzekła. Ok, to może wywaliło bezpieczniki. Nie. Ok, to może nasze przyłącze jest wadliwe, może kabel. Pożyczam od sąsiedniego kampera, sprawdzam, nie działa. No dobra, wraz z modernizacją elektryki, wymieniliśmy kilka urządzeń odpowiedzialnych za ładowanie akumulatora, więc dzwonię do niezawodnej ekipy Lukamp w Krakowie, krótka konsultacja i już wiem co sprawdzać. Ale nie było nawet co drążyć. Kluczowe urządzenia nie miały zasilania czyli wydarzyło się coś grubszego i już wiedziałem, że nie da się tego załatwić na prędkości. Musieliśmy dotrwać tak do końca wyjazdu a na miejscu w Krakowie okazało się, że awaria lodówki uszkodziła część instalacji elektrycznej i jedno z urządzeń, którego „nówkę” zamontowaliśmy przed wyjazdem. Podsumowując, po powrocie lodówkę i tak musieliśmy wymienić, a dodatkowo naprawić uszkodzenia. W kamperze jak w domu, jak przecieka dach, to nie pytaj czy bardzo przecieka i czy prognozują w tym roku deszcz 🙂

    Kolejna ciekawa rzecz, która nam się przydarzyła to anegdotka o drzewku oliwkowym, którą także najlepiej przedstawi Wam mój Mąż. Także kolejny fragment, będzie również jego autorstwa.

    To był jeden z tych momentów. Spokojna noc, zasłużony odpoczynek, modlitwa, przytulas i spanko. I czar pryska kiedy w środku nocy Żona budzi mnie szturchnięciem i przerażona pyta: słyszysz? W tym momencie roztropny mąż okazuje żonie atencję, ona, wysłuchana, uspokaja się i na ogół można kontynuować sen. Ale roztropny mąż obudzony w środku nocy może stracić cierpliwość, chwilowo zapomnieć o rozsądku i burknąć: nic nie słyszę, śpij kobieto! Tej nocy tak właśnie zrobiłem, co spowodowało, że za sekundę zostałem ponownie wybudzony, a mina mojej Żony skutecznie zniechęcała do dyskusji. Nasłuchujemy razem. I rzeczywiście, dokładnie w tę ścianę gdzie znajduje się nasza sypialnia, słychać uderzanie i drapanie. Zdziwiła mnie regularność i powtarzalność tych dźwięków. Gdyby to był jakiś zbój to już chyba dawno by się do nas dobrał. W końcu z radością wykrzykuję: Kinia! wiem! Przecież jesteśmy w pobliżu drzewek oliwkowych i pewnie wiatr powoduje, że one uderzają o nasz pojazd! Żona niestety nie doceniła tego przebłysku geniuszu i nadal myślami była bliższa rychłej śmierci. Szybka analiza doprowadziła mnie do wniosku, że szybciej położę się spać kiedy to sprawdzę niż kiedy uda mi się przekonać Kingę do mojego pomysłu. Na taką akcję trzeba dobrze się przygotować. A zatem zakładam okulary, szlafrok, a mój telefon już oświetla drogę gęstym strumieniem światła latarki. Jeszcze kilka kroków. Idę na paluszkach. Wyskakuję zza kampera i już go mam! W zasadzie ją mam. Biedną, małą gałązkę drzewa oliwkowego, która w rytm falującego wiatru uderza o naszą sypialnię. Zwykle tego nie robię, ale tym razem bez zawahania złapałem gałąź i wyrwałem ją zdecydowanym pociągnięciem. Cenię sobie domowy mir. A zachwyt Żony?! Panowie, chyba nie muszę tłumaczyć 🙂

    W każdym razie, z obydwu sytuacji wyszliśmy zwycięsko, bo w jakiś sposób sobie poradziliśmy. Z nami nigdy nie ma nudy! 🙂

    MATERA

    Matera to niewątpliwie nasza perełka w podróży po obcasie włoskiego buta. To miasto wykute w kamieniu spowodowało u nas ogromny zachwyt. W tym mieście były kręcone sceny „Pasji” Mela Gibsona. Przechadzając się uliczkami obserwowaliśmy niesamowite zjawisko wykutych grot w skałach, w których mieszkali kiedyś ludzie. Do niektórych można było wejść i zobaczyć, w jakich okropnych warunkach mieszkano, ponoć jeszcze w 50 latach XX wieku.

    Później doczytaliśmy, że rząd włoski dopiero w 1954 roku zarządził wysiedlenie 20 000 ludzi i wybudowanie dla nich nowoczesnych bloków. Do tego czasu nikt nie miał pojęcia, że jest takie miejsce we Włoszech, gdzie ludzie żyją bez kanalizacji oraz dostępu do bieżącej wody i umierają z powodu brudu oraz plagi chorób. Ciężko sobie to wyobrazić, a jednak to wszystko miało miejsce. Bardzo smutna jest historia tego miasta.

    W Materze zaciekawił nas bardzo Wąwóz Gravina, który znajdował się po jednej stronie grot wykutych w skale. Schodziło się do niego bardzo stromą ścieżką.

    Wydawał on się nam tak tajemniczy, że postanowiliśmy wrócić się do naszego kampera i przebrać w trekkingowy „outfit”. Musieliśmy być bardzo zmotywowani, bo naszą Kruszynkę zostawiliśmy naprawdę daleko od centrum miasta. Natomiast oboje wiedzieliśmy, że jeśli tego nie zrobimy, długo jeszcze będziemy żałować. Na szczęście przekonaliśmy się na własnej skórze, że było warto. Droga nie była łatwa z uwagi na szalenie wysoką temperaturę. Przy wejściu na szlak wąwozu było nawet napisane, żeby nie udawać się tam w godzinach, kiedy świeci słońce z uwagi na niebezpieczeństwo poparzenia się. 2 razy prosiliśmy przechodniów, by nam przetłumaczyli z włoskiego na angielski napis, czy na pewno chodzi tylko o to zagrożenie. Kiedy już byliśmy pewni, bez zastanowienia zeszliśmy. Doświadczenie było nie do opisania. Było stromo, kręto i czasem nie wiadomo było którędy iść. Na szczęście nie poddaliśmy się. Przechodziliśmy obok prymitywnych grot, w których jak domniemamy, mieszkali kiedyś ludzie. Były momenty, że droga prowadziła tak, że stąpaliśmy po ich dachach. Na samej górze postanowiliśmy złapać trochę oddechu i odpocząć napawając się niesamowitymi widokami i przyjemnym wiatrem, który tam zastaliśmy, a którego nie było można doświadczyć na dole.

    Tak nam się spodobało na górze, że mimo zabrania tylko paczki Croissantów i 2 butelek wody, postanowiliśmy zostać tam do zachodu słońca. I to był bardzo dobry wybór. Okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł, by oglądać stamtąd to jak się okazało spektakularne zjawisko. Dość sporo osób, a szczególnie profesjonalnych fotografów (domniemywam po sprzęcie i jego obsługiwaniu) zjawiło się tam w momencie, kiedy słońce zaczęło znikać za miastem wykutym w skale i zaczął się spektakl tysiąca kolorów. Wyglądało to majestatycznie. Zaraz, gdy wszystko się zaczęło, Matera zaczęła stopniowo włączać oświetlenie. Najpierw lampy przy grotach, potem kościoły, a na końcu okiennice.

    Zostaliśmy tam do zmroku, zupełnie nie zważając, że robi się coraz chłodniej, ciemniej, a nasze żołądki wołają o jedzenie. Gdy szliśmy stromymi ścieżkami, którymi przyszliśmy, byliśmy już tam całkiem sami i nie było już nic prawie widać. Utrudniało to szybkie i sprawne przejście, na jakie liczyliśmy, gdyż nawet kiedy było widno, nie było łatwo o znalezienie właściwej drogi. No cóż, trzeba było trochę się nagimnastykować, czasem zawrócić, ale ostatecznie dotarliśmy do miasta. Jak się domyślacie, ja byłam bardzo spanikowana, a Sebastian znacznie mniej. Po drodze był mały konflikt potrzeb, bo ja będąc bardzo głodna, chciałam zjeść po drodze w jakiejś ładnej restauracji, natomiast Sebastian po tak intensywnej wędrówce, ze spoconą paszką i w stroju trekkingowym, najbardziej marzył o powrocie do kampera, prysznicu i kolacji w środku 🙂 Wygrała jego opcja. W podróżowaniu razem we dwójkę często pojawia się ta kwestia, że któreś musi zrezygnować ze swojej potrzeby. Uważam, że nie zawsze da się pójść na kompromis. Istotne jest, by mieć czujność, by nie ustępowała zawsze ta sama strona. Myślę, że my się ciągle tego uczymy, choć na pewno jest lepiej pod tym względem niż na początku. Bycie ze sobą na tak małej przestrzeni wymaga od nas zwracania uwagi na potrzeby drugiego. Widzę, że im dłużej ze sobą podróżujemy, staje się to coraz bardziej naturalne oraz coraz więcej rzeczy, rytuałów oraz potrzeb staje się naszymi wspólnymi, przez co łatwiej jest się dogadać.

    PÓŁWYSEP GARGANO

    Ciężko nam było wyjechać z Matery, ale z racji tego, że bardzo chcieliśmy zobaczyć Półwysep Gargano, kolejnego dnia ruszyliśmy do przodu. Byliśmy nią tak zachwyceni, że jadąc jeszcze wspominaliśmy i zachwycaliśmy się tym, co tam zobaczyliśmy. Natomiast w momencie, kiedy zaczęliśmy wjeżdżać na Półwysep Gargano, nasze „achy i ochy” zaczęliśmy automatycznie przekierowywać na widoki, które tam zastaliśmy. Razem z coraz bardziej krętymi, wijącymi się do góry drogami, zaczęły się pojawiać raz po jednej, raz po drugiej stronie strome, ale jakże majestatyczne klify. Ja o mało co nie umarłam z zachwytu. Sebastian niestety dużo nie skorzystał, bo prowadził i musiał skupić się na drodze, bo naprawdę było to wyzwanie. Do tej pory, kiedy wspominam, słyszę w uszach dudniący szum i mrożącą krew w żyłach ciszę. Co jakiś czas były zatoczki, ale kiedy dawałam znać Mężowi, by się zatrzymał, zazwyczaj było już za późno na reakcję. Także niestety nie mamy z tej drogi żadnych zdjęć. Gdy droga zaczęła się nieco wypłaszczać, a z góry zobaczyliśmy słynną plażę Arco di San Felice, postanowiliśmy zatrzymać się w najbliższym możliwym miejscu i znaleźć zejście do niej. Zapragnęliśmy zaznać kąpieli w błękitnym Adriatyku z widokiem na ten zjawiskowy naturalny łuk skalny.

    Nie było to łatwe. Zostawić auto tak stricte przy drodze było dość niebezpieczne, więc początkowo odrzuciliśmy ten pomysł. Znaleźliśmy parking przy tej plaży, nawet na niego wjechaliśmy i rozważaliśmy zapłacenie 20 euro za cały dzień, spędzając tam tylko parę godzin. Natomiast z tego rozwiązania również zrezygnowaliśmy z tego względu, że wszystkie miejsca były w cieniu, a my potrzebowaliśmy słońca, żeby mieć prąd. Ostatecznie zaparkowaliśmy w jednej z zatoczek, w pełnym słońcu, pod wysoką formacją skalną, mając nadzieję, że nic na nas przez te parę godzin nie spadnie. O policję się nie martwiliśmy, bo nasze doświadczenie jest takie, że we Włoszech, o ile stając na poboczu nie blokuje się przejazdu, to raczej się nie interesują. Niekomfortowe było dla nas to, że żeby z tego miejsca dojść do plaży musieliśmy przejść kawałek poboczem po tej krętej drodze, a potem przez teren opuszczonego, ogromnego hotelu, w którym mieliśmy wrażenie, jakby coś straszyło. Natomiast oboje jesteśmy zgodni co do tego, że było warto. Plaża może nie była najprzyjemniejsza, ale była dzika, co też miało swój specyficzny klimat. Widok był niesamowity. Ja byłam wniebowzięta, bo woda prawie do samego oczka skalnego sięgała najdalej do szyi. Ja nie umiem pływać, więc mój kontakt z wodą, gdziekolwiek jestem polega tylko na przechadzaniu się, pluskaniu, ewentualnie wskakiwaniu na fale, ale rzecz jasna tylko do miejsca, gdzie mnie nie zakrywa. Tutaj miałam istny raj. Nie wiem ile czasu spędziłam wtedy w tym morzu, ale bardzo długo. Woda była przyjemnie ciepła i naprawdę przejrzysta. Kiedy to piszę, zanurzam się we wspomnieniach, a na mojej twarzy zarysowuje się rozmarzony uśmiech. To był cudowny czas.

    Vieste

    Po sielskim plażowaniu i chillowaniu na plaży Arco di San Felice, pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się na plaży w Vieste. Dzięki temu, że był już wrzesień i sezon się już skończył, nie mieliśmy problemu z zaparkowaniem przy plaży, obok dorodnej palmy. Był to parking miejski przy drodze, ale z widokiem na morze. Być może nie był on przeznaczony dla kamperów, próbowaliśmy dojść do informacji na ten temat, ale nic nie znaleźliśmy. Natomiast jak już wcześniej pisałam, we Włoszech zauważyliśmy powszechną zasadę, że jak nikomu nie przeszkadzamy, to i nas się nie czepiają. Poza tym prawda jest tez taka, że po sezonie znacznie mniej pilnują.

    Korzystając z pięknej pogody oraz całej plaży tylko dla siebie, postanowiliśmy w pełni oddać się plażowaniu. Praktycznie zaraz po zaparkowaniu wskoczyliśmy w nasze kostiumy kąpielowe i poszliśmy do wody. Tego dnia było dosyć wietrznie, więc nie czuć było mocnego słońca. Sebastian pływał na zmianę z leżeniem plackiem na plaży, odpoczywając chyba jeszcze po wyczerpującej drodze z Matery na Półwysep Gargano. Ja natomiast zajęłam się swoim ulubionym zajęciem nad morzem, czyli łapaniem morskich fal 🙂

    Wieczorem postanowiliśmy wybrać się na spacer po centrum Vieste oraz na kolację. Byliśmy bardzo głodni, woda potrafi zabrać skutecznie energię 🙂

    Miasteczko okazało się niezwykle urocze oraz bardzo przyjazne parom zakochanych. Znajdują się tam słynne schody miłości, którym przypisuje się przesłanie, że kiedy wejdzie się nimi trzymając za rękę ze swoim ukochanym/ukochaną, to to spowoduje pozostanie ze sobą na zawsze. Jest to opisane na tabliczce obok tych schodów, oczywiście po włosku. Natomiast prosiliśmy miejscowych przechodniów o przetłumaczenie na angielski 🙂

    W każdym razie my weszliśmy na nie razem na wszelki wypadek dwa razy! Myślicie, że zadziała ? 🙂

    Tak nam się spodobało w Vieste, że postanowiliśmy zostać tu jeszcze kolejny dzień. Widzieliśmy uroki tego miasteczka w blasku księżyca i zapragnęliśmy zobaczyć też o blasku słońca.

    Vignanotica- Plaża

    Z Vieste pojechaliśmy na plażę Vignanotica, która charakteryzowała się ustronnością, białymi, dosyć sporymi kamieniami zamiast piasku oraz położeniem u samych stóp stromych klifów.

    Była też tam chyba najbardziej krystaliczna woda, jaka kiedykolwiek widzieliśmy w morzu. Ciekawym doświadczeniem było wchodzenie do niego, ponieważ kamieniste podłoże znajdowało się również pod wodą. Niestety nie zastała nas tam słoneczna pogoda. Niebo w większości było zaniesione, a co jakiś czas kropiło. Dobrze, że przy wejściu na plażę znajdował się bar, z którego mogliśmy skorzystać, żeby się schronić przed deszczem, który w końcu rozpadał się na dobre, a i też coś przekąsić. Natomiast dopóki nam warunki atmosferyczne pozwoliły, korzystaliśmy z delektowania się tą urokliwa plażą.

    W pobliżu był kemping, na którym zdecydowaliśmy się zostać kolejną noc. Nie było w nim tłumów, można było swobodnie rozłożyć oraz cieszyć przyrodą. W nocy szalała burza, więc rano nie powitało nas słońce. Mimo to, nie zrezygnowaliśmy ze śniadania na zewnątrz.

    Jak widzicie moją minę, możecie zauważyć w niej niemałe niezadowolenie. Tak, tutaj podczas tej podróży zmierzyliśmy się z konfliktem potrzeb. Pewna bliska nam osoba podsunęła nam pomysł, żeby przy okazji urlopu we Włoszech odwiedzić Brata Elia w Calvii w kontekście naszej intencji, którą nosimy w sercu. Jest to stygmatyk, za którego pośrednictwem przez Boga, zostało uzdrowionych wiele osób. Dla mnie to był oczywiście znak od Boga, że to właśnie jeszcze powinniśmy zrobić. Natomiast Sebastian zupełnie tego nie czuł. Poza tym musiałby wtedy wziąć dodatkowy urlop w pracy, ponieważ, czas wakacji już dobiegał końca. Raz, że nie chciałby tracić kolejnego tygodnia w pracy, a dwa, że on lubi jak takie rzeczy czy zmiany są z odpowiednim zapasem czasu wcześniej zaplanowane i przegadane. Dużo o tym rozmawialiśmy, ostatecznie zdecydowaliśmy, że odpuszczamy. Było to dla mnie trudne. Przede wszystkim z powodu, że naprawdę to czułam i moja natura jest bardzo skłonna do puszczania wszystkiego i biegnięcia za głosem serca. Natomiast też myślę z tego względu, że jest jeszcze we mnie mocny duch rozpieszczanego dziecka jedynaka, którym byłam przez 7 pierwszych lat swojego życia, a co za tym idzie odmowa oraz rezygnacja z czegoś, czego chcę i potrzebują zawsze mnie boli. Więc niestety najpierw muszę się trochę dąsać i fochać, a potem dopiero zaczynam racjonalnie myśleć i dopuszczać głos rozsądku. Na szczęście coraz bardziej udaje mi się nad tym skutecznie pracować. A więc ostatecznie doszliśmy do zgody i porozumienia i się dogadaliśmy. Ja często też denerwuję się o to, że mój Mąż w takich sytuacjach nie chce nawet rozważyć, tylko od razu „nie, bo nie”. Na szczęście i on w pewnym momencie puszcza blokadę i da się z nim porozmawiać. W podróży często różne rzeczy, które są głęboko w nas zakorzenione wychodzą na wierzch. Natomiast mamy takie doświadczenie, że takie sytuacje będąc sami we w dwoje w niezależnej podróży, na małej przestrzeni, też nas w dużym stopniu uczą siebie nawzajem, pokazują prawdę o nas samych, od której ciężko uciec oraz wymagają jeszcze większej pracy nad sobą niż będąc w domu, w rutynie codziennych obowiązków. Wierzymy, że dzięki temu stajemy się bardziej dojrzalsi, a nasza Miłość, którą budujemy, pełniejsza, choć często nie jest łatwo.

    PESCHICI

    Ostatnim punktem tej podróży do Włoch było miasteczko Peschici, które okazało się być istną wisienką na torcie, choć na początku wcale się tak nie zapowiadało. Gdy według Google Maps znaleźliśmy się we właściwym „centro”, byliśmy deczko zawiedzeni, tym co tam zastaliśmy. Było tam bardzo zwyczajnie. Zrobiliśmy jeszcze parę kroków w okolicy i zaczęliśmy szukać kawiarni, by pocieszyć się dobrą kawą. Tak, będąc we Włoszech ciągle się jeszcze łudzimy, że zrobią nam kawę taką, jak chcemy. Niestety, tu znowu musieliśmy zadowolić się dwoma, a łącznie czterema espresso i dzbanuszkiem chłodnego mleka. Po kawce postanowiliśmy nie dać jeszcze tak łatwo za wygraną, skoro obraliśmy to miejsce na ostatni punkt naszego tripa po Włoszech i udaliśmy się w stronę tej części Peschici, która leżała bezpośrednio przy morzu. I tam doznaliśmy olśnienia. Ukazały nam się piękne, białoniebieskie kamienice na wąskich, włoskich uliczkach, które zaprowadziły nas prosto do sporego mola, które wchodziło głęboko w morze. Spędziliśmy na nim bardzo dobry czas rozkładając się wygodnie, patrząc w morze i słuchając szumu fal, które uderzając o kamienie, delikatnie muskały nas po ciele.

    Oprócz tego udało nam się znaleźć kościół i pójść na Eucharystię.

    AKCJA Z PSAMI

    W Peschici spaliśmy na parkingu oddalonym od centrum miasta. Gdy szliśmy tam na spacer, dość mocno słyszeliśmy po jednej stronie ulicy szczekanie psa. Nie było tam żadnego domostwa, natomiast za ogrodzeniem na pewno był tam jakiś czworonóg. Nie zwróciłam uwagi, czy był przywiązany. Gdy wróciliśmy po całym dniu chodzenia po Peschici zmęczeni oraz pełni nadziei na zasłużony odpoczynek przed drogą powrotną, którą mieliśmy zaplanowaną na kolejny dzień, słyszeliśmy z oddali dalej ujadanie tego samego psa. Umyliśmy się oraz uszykowaliśmy do spania, a odgłos nawet na chwilę nie uciekał. Ja stwierdziłam, że nie zasnę w takich warunkach. Dręczyło mnie, że temu psu może dziać się krzywda. Bałam się, że na przykład jest przywiązany łańcuchem albo nie ma wody już długi czas. Nalegałam, żebyśmy coś zrobili, by mu pomóc, na przykład zgłosić na policję. Z racji tego, że ja nie znam angielskiego, prosiłam, by Sebastian to zrobił. On jednak nie chciał. W nim to szczekanie psa nie budziło żadnych niepokojów. Ostatecznie udało mi się go do tego nakłonić. Natomiast okazało się, że operator 112, który odebrał nie mówił po angielsku, tylko po włosku i francusku i w pewnym momencie po prostu się rozłączył. Byliśmy w szoku. A co gdybyśmy walczyli o życie i chcieli wezwać pomoc ? Powinni mieć możliwość przełączenia do tłumacza czy pod numer, gdzie można zgłosić wypadek przynajmniej po angielsku. Sytuacja ta nie wzbudziła w nas poczucie bezpieczeństwa w tym kraju. W każdym razie próbowaliśmy coś zrobić, nie udało się nie z naszej winy. Ciężko było, ale jakoś udało się zasnąć. Rano pies dalej szczekał. Chciałam też zaznaczyć, że nie jestem jakąś gorliwą obrończynią zwierząt. Natomiast w sytuacji, kiedy rzeczywiście jestem świadkiem sytuacji, gdzie ewidentnie dzieje się cos niedobrego w stosunku do zwierząt, czuję się w obowiązku coś zrobić w tym kierunku. Tyle.

    JEDZENIE WE WŁOSZECH

    Tradycji musi stać się za dość, a więc nie mogłoby zabraknąć osobnego rozdziału o jedzeniu w Apulii. Musimy przyznać, że nie jesteśmy największymi fanami włoskiego jedzenia, zdecydowanie bardziej preferujemy kuchnię polską oraz słowiańską. Natomiast jako miłośnicy wszelakiego dobrego jedzenia lubimy kosztować oraz doświadczać nowych smaków miejsc, które odwiedzamy. A więc co my tutaj odkryliśmy ?

    LEMONSODA

    Ten napój całkowicie skradł nasze serca. Tak naprawdę poznaliśmy go jeszcze w Austrii, kiedy trafiliśmy na restaurację prowadzoną przez Włochów i to jeszcze pochodzących dokładnie z Apulii. Było to dokładnie dzień przed wyjazdem stamtąd, a kierowaniem się w stronę obcasa włoskiego buta. Po poznaniu Lemonsody, pytaliśmy o nią w każdym sklepie oraz restauracji, którą odwiedzaliśmy. A kiedy po powrocie do Polski okazało się, że możemy ją też dostać w niektórych włoskich restauracjach, które sprowadzają oryginalne produkty w z Włoch, naszej radości nie było końca. Napój ten jest mocno orzeźwiający, a w dodatku pływają w nim drobniutkie kawałki prawdziwej sycylijskiej cytryny. Pozostaje tylko żałowac, że tak późno go odkryliśmy.

    Pasticiotto

    Ten słodki przysmak to włoskie babeczki z pół kruchego ciasta, wypełnione masą budyniową, o różnych smakach. Najlepsze były o smaku czekolady! Idealne do kawki! 🙂

    Burrata

    Burrata to włoski ser z mleka krowiego, a czasem z mleka bawolego. Charakteryzuje się kremową konsystencją oraz delikatnym smakiem. Jest podobny do mozarelli, ale wyróżnia go od niej jego płynne wnętrze. Najczęściej podają go jako przekąskę z zielonymi warzywami oraz oliwą, jako dodatek do sałatek lub makaronów, a także pizzy. Jest to typowy produkt dla Apulii. Pychotka 🙂

    Caciovacallo Silano DOP

    Caciovacallo to jeden z najbardziej znanych serów południowych Włoch. Udało nam się go odkryć na jednym z kempingów, już w sumie na końcu naszej podróży, na Półwyspie Gargano. Ma bardzo oryginalny kształt przypominający łzę lub worek i posiada żółty, złocisty kolor. Wytwarza się go z mleka owczego lub krowiego. Ciekawe jest to, że jest chroniony od 1996 roku przez konsorcjum oznaczeniem DOP, co oznacza, że musi być produkowany na ściśle określonych obszarach i według niezmiennych zasad. Bardzo nam smakował. Z jednej strony był bardzo delikatny, a z drugiej strony wyczuwalna była nutka słodyczy.

    Orecchiette

    Orecchiette to typowy makaron dla tego regionu Włoch, kształtem przypominający małe uszy. Posiada grubsze krawędzie, cieńsze wnętrze. Najczęściej podawany jest tam z rzepą brokułową lub z sosem pomidorowym i serem parmezanem. Zdecydowanie wolimy drugą wersję, na pierwszą się nie odważyliśmy 🙂 Jest bardzo dobry, naprawdę sam makaron, sosik pomidorowy i oprószony parmezan stanowiły dla nas lekki, ale pyszny posiłek, który zdecydowanie zadowolił nasze brzuszki.

    Parmigiana di melanzane

    Parmigiana di melanzane to zapiekanka ze smażonego na oliwie bakłażana, sosu pomidorowego oraz sera. Wersja, którą jadłam, była podana na chlebie. Nawet nie miałam świadomości, że tak może mi zasmakować danie bez mięsa, a jednak!

    Parmigiana di patate

    Parmigiana di patate to kolejne wegetariańskie danie, które mnie urzekło. Tu była sprawa jasna, ziemniaki, które uwielbiam, a których staramy się na co dzień unikać. Takie proste, a tak dobre!

    Foccacia

    Foccacia to rodzaj włoskiego, puszystego pieczywa. W smaku podobne jest co ciasta pizzy. Najczęściej można dostać z dodatkami takimi jak rozmaryn, oliwki lub pomidory. My czasem ratowaliśmy się tym przysmakiem, jako przekąskę między śniadaniem, a obiadem, którego pora w podróży często nam się przesuwała dosyć mocno do przodu 🙂

    To była nasza kolejna, trzecia wspólna podróż do Włoch i mam skromna nadzieję, że nie ostatnia. Nie wiem czemu, ale mam do nich duży sentyment. Być może przez to, że spędziliśmy na włoskiej ziemii pierwszy miesiąc naszego małżeństwa ? A może płynie we mnie jakaś część włoskiej krwi ? Nie wiem 🙂 Na pewno uwielbiam je za tę radość, słońce i gorący temperament. Na zakończenie nasuwa mi się tylko jedno pytanie. Czy uda się mi się przekonać Męża kolejny raz, by wyruszyć w podróż znów do Włoch ? 🙂 Życie pokaże 🙂

  • SLAJDOWISKO – KAMPER – NASZ SPOSÓB NA WOLNOŚĆ W PODRÓŻY!

    SLAJDOWISKO – KAMPER – NASZ SPOSÓB NA WOLNOŚĆ W PODRÓŻY!

    W mediach społecznościowych obiecywaliśmy, że będzie niespodzianka po świętach i oto jest! Kliknijcie w poniższy link, by zobaczyć filmik, który wszystko Wam powie. Nagranie zostało zrealizowane przez Michała Michalskiego  Polecamy współpracę z nim!

    Organizujemy dla Was 3 slajdowiska w trzech różnych miejscach w Krakowie  pt.: “Kamper – nasz sposób na wolność w podróży”.


    Najpierw będzie prezentacja oraz nasze opowieści, po których będzie można zadawać nam pytania, na które od razu odpowiemy. Będzie również konkurs z drobnymi nagrodami. A na sam koniec przejdziemy do naszego kampera i będzie można go zobaczyć, a także do niego wejść i zobaczyć jak to wszystko wygląda w praktyce. Czas podczas slajdowiska umili nam kawka, herbatka i coś słodkiego 🙂

    Pierwsze wydarzenie odbędzie się już za tydzień 23 kwietnia 2024 roku (we wtorek) o godzinie 19:00 w Katolickim Domu Kultury im. ks. kard. A.S. Sapiehy . Adres to: ul. Bobrowskiego 6.  Termin drugiego spotkania to  25 maj 2024 r.  sobota, godzina 17:00. Spotkamy się w Klubie Wersalik Ośrodka Kultury Kraków – Nowa Huta przy ul. Osiedle Ogrodowe 15. Natomiast trzeci event będzie miał miejsce 15 czerwca w sobotę o godzinie 16:00 w Filii Centrum Kultury Podgórze w Dworze Czeczów. Dokładny adres to ul. ks. Jerzego Popiełuszki 36.

    Czekamy na Was!

    Kinga i Sebastian

  • Tydzień w Hiszpanii

    Tydzień w Hiszpanii
    1. Małe jest piękne, a co duże to… cieszy 🙂
    2. Mój drugi raz samolotem
    3. FUENGIROLA
    4. MALAGA
    5. RONDA
    6. ANTEQUERA
    7. ARDALES
    8. NERJA
    9. CAMINITO DEL REY
    10. EL TORCAL DE ANTEQUERA
    11. Jezioro
    12. NIEBIESKIE JEZIORA W ANDALUZJI – NAŁÓG COŚRÓBSTWA
    13. WSCHÓD SŁOŃCA W HISZPANII
    14. MIESZKANIA W HISZPANII
    15. JEDZENIE W HISZPANII

    Jak w tytule na nasz tak zwany poświąteczny lub ponoworoczny urlop wybraliśmy się tym razem do Hiszpanii. Wybór był podyktowany korzystną ofertą lotów oraz dogodnego miejsca noclegowego, które udało nam się znaleźć. Zazwyczaj na „zimowy” urlop wyjeżdżamy zaraz po świętach Bożego Narodzenia, a wracamy na Święto Trzech Króli. Natomiast z racji tego, że nasz kamper jest dalej w serwisie oraz ciągle nie wiadomo co z nim będzie, a ofert z Biur Podróży staramy sią unikać, postanowiliśmy poszukać i zabukować coś na własną rękę. Z pomocą portali społecznościowych, działających tam grup oraz wyszukiwarek internetowych, udało nam się znaleźć coś, co zapaliło w naszych sercach płomień. Padło na Andaluzję, czyli samo południe Hiszpanii. Niedługo przed nami to miejsce odwiedzili nasi znajomi i byli bardzo zadowoleni z wyjazdu, także byliśmy bardzo ciekawi. W tym okresie czuliśmy ogromną potrzebę zmiany otoczenia oraz oderwania się od spraw, które zajmowały nasze głowy. Końcówka roku była dla nas ciężka pod względem chorób, cierpienia, a także śmierci bliskich nam osób, które mocno przeżywaliśmy. Natomiast na szczęście byliśmy w tym we dwoje, więc emocje i uczucia dzieliły się na pół i dzięki temu przetrwaliśmy wszystko najlepiej jak potrafiliśmy. Aczkolwiek czuliśmy się wyczerpani i podróż była przez nas mocno wyczekiwana. Jawiła nam się ona jako niemal antidotum na ostatnie trudne wydarzenia, których doświadczyliśmy.


    No to co ? Jak nic musi być teraz piosenka 🙂

    Kasia Kowalczyk – Antidotum

    Małe jest piękne, a co duże to… cieszy 🙂

    Nie wiem czy uwierzycie, ale polecieliśmy na tydzień do Hiszpanii z bagażem podręcznym. Zmieściliśmy się naprawdę, daję słowo, choć samej ciężko mi jest w to uwierzyć. Ale niewątpliwie była to przygoda. Natomiast trzeba powiedzieć co nas do tego skłoniło. Otóż okazało się, że znaleziony przez nas okazyjny lot, nie ma żadnych dodatków.A więcmiędzy innymi bagaż rejestrowany, ubezpieczenie lotu czy też opcja gwarancji miejsc obok siebie była dodatkowo płatna. Także po dodaniu wariantów, które nas interesowały, cena nie wydawała się nam już tak atrakcyjna jak wcześniej. Postanowiliśmy więc zastanowić się i wybrać tylko te opcje, które według nas dla naszego poczucia komfortu są konieczne, a zrezygnować z tych, bez których naszym zdaniem damy radę wytrzymać. Czyli dokupiliśmy ubezpieczenie, ponieważ wydawało nam się to rozsądne oraz gwarancję miejsc obok siebie z racji tego, że jak już wiecie boję się latać, więc trzymanie bliskiej osoby za rękę było bardzo przeze mnie pożądane. Natomiast stwierdziliśmy, że polecimy tylko z bagażem podręcznym (!). Pomyśleliśmy, że spróbujemy, a czemu by nie ? Najwyżej dowiemy się, że kolejnym razem tak zrobić nie możemy. Sebastian trochę wątpił, czy uda się ten plan ze mną zrealizować. Mój Mąż twierdzi , że zazwyczaj jest tak, że niezależnie czy jedziemy na weekend czy dwa tygodnie, zawsze samochód wypełniony jest bagażami po brzegi. Oczywiście za moją przyczyną. Nie mogę temu zaprzeczyć, jeśli mam możliwość rzeczywiście nie ograniczam się w zabieraniu rzeczy. Uważam, że lepiej coś wziąć niż nie wziąć. A nuż się przyda 🙂 Natomiast ja pamiętam czasy, kiedy podróżowałam autostopem i potrafiłam zapakować się do jednego plecaka. Zatem byłam ciekawa, czy teraz też dam radę, czy okaże się, że za bardzo się rozpieściłam i przyzwyczaiłam do dobrego. Udało się! Muszę przyznać, że było to wyzwanie, ale zostało podjęte z pełnym sukcesem! Uratowało nas to, że znaleźliśmy apartament z pralką.Dzięki temu wzięliśmy dwa zestawy ubrań, by naprzemiennie zakładać i prać. Wykazując się nie małym sprytem, na siebie założyliśmy ubrania trekkingowe, ponieważ były najgrubsze i zajmowały najwięcej miejsca. Kosmetyków do mycia się nie potrzebowaliśmy brać, gdyż wyczytaliśmy, że były w wyposażeniu apartamentu, co również nam dużo odjęło. Jeden cienki, bawełniany szlafrok na spółkę zamiast oddzielnych dla każdego dwóch grubych frotte także zrobił robotę. Rezygnacja z książek, laptopa do oglądania filmów oraz jedzenia „na początek” i związanych z nim naszych akcesoriów, które zawsze u nas tuż po ubraniach zajmują drugie miejsce w wielkości bagażu, była sprawą oczywistą. Aczkolwiek udało się na sam koniec wcisnąć po kanapce dla nas na kolację i śniadanie. Wafelki już nie weszły 🙂 W każdym razie, operacja została zakończona sukcesem! Chyba należą mi się pochwały! 🙂

    Mój drugi raz samolotem

    Sebastian był przekonany, że skoro już mam za sobą pierwszy lot, podczas którego nic niebezpiecznego się nie wydarzyło, mój lęk zostanie odczarowany.Nic bardziej mylnego. We wpisie o podróży na Gozo są opisane moje odczucia po moim pierwszym locie samolotem. Jeśli czytaliście, to wiecie, że nie czułam się podczas niego dobrze. Natomiast nie chciałam uciekać, nie był to lęk paniczny. Po prostu chyba nigdy nie zostanę fanką latania. Uczucie dyskomfortu podczas zmiany ciśnienia jest dla mnie po prostu nieprzyjemne. Jestem w stanie to wytrzymać i kiedy będzie taka potrzeba to mogę się na to zgadzać, ale raczej nie ma szans, by stało się to dla mnie atrakcją, jak dla niektórych osób. Mam znajomych którzy uwielbiają latać i sprawia im to ogromną radość. To też piękne, jak jesteśmy wszyscy różni.


    Natomiast muszę przyznać, że ten lot pod względem odczuwania zmiany ciśnienia był dla mnie jeszcze bardziej odczuwalny niż poprzednim razem, kiedy lecieliśmy na Gozo. Możliwe, że było to spowodowane warunkami pogodowymi oraz większymi turbulencjami. Wcześniej lecieliśmy liniami Ryanair, a teraz Wizz Air. Porównując oba loty, dużym plusem był dla mnie u tego przewoźnika brak komunikatów o możliwości zakupu różnorakich produktów, miedzy innymi perfum oraz różnorakich kosmetyków. Mam wrażenie, że podczas lotów linią Ryanair, stewardessy ogłaszały je co chwilę. Natomiast tutaj, słyszałam tylko jeden raz. Nie lubię tego, ponieważ przed tymi komunikatami zawsze pojawia się ten sam dźwięk co przed wszelkimi innymi, a mi się wydaje wtedy, że wystąpiła jakaś awaria 🙂 Natomiast linia Ryanair ma z kolei korzystniej rozwiązaną kwestię bagażu podręcznego dla podróżujących. Tam można mieć bagaż podręczny i dodatkowo w ręku torebkę. A linia Wizz Air zakłada tylko jedną sztukę bagażu podręcznego. Musiałam więc pokornie wcisnąć ją do walizki, by liczba się zgadzała. Na szczęście miałam taką, którą się dało. Wyobrażacie sobie ? Poleciałam bez torebki na ramieniu! 🙂

    Trudy moich wyrzeczeń i zniesienie dyskomfortu lotu samolotem zacnie zostały mi wynagrodzone jeszcze przed wylotem. Z racji tego, że na lotnisku trzeba było być odpowiednio wcześniej, a zakrawało to o porę obiadową, należało zatroszczyć się o nasze wołające jeść żołądki.Co prawda nie było dużego wyboru, ale udało nam się znaleźć coś innego niż McDonald’s czy bar z kanapkami na ciepło. Wiadomo, najzdrowszy obiad to może nie był, ale zjedliśmy coś ciepłego, pożywnego oraz kalorycznego. Wciągnęliśmy nuggetsy z frytkami i surówką. Nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości co do tego, że ta energia była nam potrzebna. A dobra fryteczka nigdy nie jest zła. Jak to mówi Sebastian „weszło jak marzenie”.

    Człowiek najedzony, to człowiek szczęśliwy. Gdzieś to już słyszałam… 🙂

    No to piosenka! Niech śpiewa i buja się z nami ten, co jak my kocha jeść 🙂

    Simonu – Człowiek najedzony to człowiek szczęśliwy (Bellyfull Riddim)

    FUENGIROLA

    Lot mieliśmy do Malagi, ale nocowaliśmy w uroczym miasteczku Fuengirola. Było tam naprawdę przepięknie. Był tam ruch turystyczny, ale w ogóle nie odczuwaliśmy tłoku. Do morza mieliśmy dosłownie parę metrów, oddzielało nas zaledwie parę metrów.
    Bardzo przyjemnie się tam spacerowało, szczególnie do południa. Hiszpanie nie należą do rannych ptaszków, więc do godziny 10 na ulicach panowały pustki. Dopiero w okolicach samego południa, zaczynał się ruch samochodów naprzemiennie z pieszymi.

    Podobało nam się to, że część lokalnych mieszkańców przychodziła ze swoimi rodzinami na plażę z prowiantem na śniadanie. Ponadto naszą uwagę zwróciły aranżacje balkonów w blokach mieszkalnych. W większości zamontowane było urządzenie zewnętrzne klimatyzatora oraz charakterystyczna osłona przed słońcem.

    Często z tych mieszkań wybrzmiewała klasyczna hiszpańska muzyka. Naprawdę dobrze się tam czuliśmy.

    MALAGA

    Właściciel apartamentu, który wynajmowaliśmy bardzo zachęcał nas do zwiedzenia w pierwszej kolejności Malagi, w której byliśmy tylko chwilę zaraz po przylocie. Oczywiście mieliśmy ją w planach, ale nie była ona priorytetem. Generalnie duże miasta nie należą do kręgu naszych zainteresowań. Natomiast uważamy, że niektóre rzeczywiście warto zobaczyć, więc całkiem się nie zamykamy. Po rekomendacji Xawiera sprawdziliśmy zatem połączenia do Malagi i jeszcze tego samego dnia tam ruszyliśmy.

    Tutaj ruch turystyczny był odczuwalny zdecydowanie bardziej niż w miasteczku, gdzie stacjonowaliśmy. Zresztą spodziewaliśmy się, w końcu to znane i całkiem spore miasto w Andaluzji.

    Szczerze powiedziawszy miasto nas nie zachwyciło. Nie było dla nas brzydkie, owszem kamienice, uliczki prezentowały się ładnie, ale niczym się dla nas szczególnie Malaga nie wyróżniała. Zawsze staramy się odnaleźć w danym miejscu „to coś”, natomiast tutaj w żadnym momencie nie pojawiło się znane „wow”. Przechadzaliśmy się uliczkami niekiedy przeciskając się pośród dzikiego tłumu turystów.

    Najlepsze wrażenie na nas w Maladze zrobiła twierdza Alcazaba de Malaga, a raczej widok z niej na całe miasto z góry. Jest to ufortyfikowany pałac, który leży na zboczu góry Gibralfaro.

    Podobało nam się, że dojście z centrum miasta i wejście na twierdzę zajęło nam dosłownie parę minut, a widok z niej naprawdę nas ujął. Udało się też urwać całkiem fajną fotkę małżeńską. Chyba pora na piosenkę 🙂


    LOVERBOY – Zróbmy sobie fotę

    Trzeba przyznać, że całkiem przyjemnie spacerowało nam się po ogrodzie botanicznym, gdzie można było poczuć się trochę jak w dżungli z racji występowania tam roślinności subtropikalnej. Z racji ograniczonego czasu przeszliśmy się nim tylko kawałek, ale jego obszar stanowi około 23 hektary. Można tam naprawdę doznać wytchnienia od zgiełku miasta.

    Zwiedzanie Malagi zakończyliśmy spacerem po promenadzie Muelle Dos w porcie, który jest najstarszym nieprzerwanie działającym w Hiszpanii, a także jednym z najstarszych na Morzu Śródziemnym.

    Doszliśmy nią do całkiem uroczej plaży Plaży Malagueta. Zdjęcie kolorystycznie przerobione przez mój telefon, ale nadaje się na pocztówkę, petarda 🙂

    Tak jak wspominałam na początku, Malaga nas niczym szczególnym nie zaskoczyła, jest po prostu ładnym hiszpańskim miastem turystycznym. Nie żałujemy, że ją zobaczyliśmy, natomiast nie da się porównać jej z innymi małymi lokalnymi miasteczkami, które widzieliśmy. Po prostu one mają swój niepowtarzalny klimat.

    RONDA

    Kolejnym miejscem, do którego się udaliśmy było niezwykle urokliwe miasteczko Ronda. Aby tam dojechać musieliśmy przejechać przez góry.

    W pewnym momencie na kokpicie samochodu była wyświetlona informacja o temperaturze blisko 0 stopni. Przeraziliśmy się, gdyż nie przewidzieliśmy takiej pogody w naszym ubiorze tego dnia. Na szczęście dalej droga do Rondy prowadziła nas poprzez zjeżdżanie w dół, więc temperatura zrobiła się wyższa, choć szaleństwa nie było.

    Zastało nas 8 stopni, w porywach do 10. Poważnie zastanawiałam się czy w swoim wiosennym czerwonym płaszczyku wyjdę z auta. Chwała Panu, że zawsze braliśmy ze sobą w drogę czapki, szaliki i rękawiczki.

    Można powiedzieć, że Ronda miała dla nas trzy oblicza. Pierwsze było troszkę mroczne i przerażające. Przede wszystkim dlatego, że był to dla nas duży szok temperaturowy. Naprawdę było nam zimno. Do takiego stopnia, że gdy zobaczyliśmy pierwszy otwarty lokal, bez wahania tam weszliśmy, by napełnić swoje ciało od wewnątrz czymś ciepłym. A nie było to takie głupie, gdyż trafiliśmy do prawdziwego lokalnego baru z ichniejszym jedzeniem. Jako, że nie byliśmy głodni, a był to też piątek(ze względu na upamiętnienie Męki Pańskiej nie jemy tego dnia mięsa), mieliśmy niemały kłopot z zamówieniem. A jako, że był to naprawdę lokalny bar, z paniami ciężko było dogadać się po angielsku. Na szczęście udało nam się zamówić ciepłą herbatę z cytryną i cukrem oraz ziemniaczane omlety, które są ich tradycyjnym daniem. Mimo, że nie byliśmy jeszcze głodni, to na pewno na takich wyglądaliśmy. Jedzenie było dla nas wybawieniem, bardzo potrzebowaliśmy się rozgrzać. Mroczność pierwszego oblicza Rondy była spowodowana również pierwszym wrażeniem, wchodzenia w jej przestrzeń. Idąc od samego dołu, gdzie zaparkowaliśmy nasze auto, mijaliśmy stare oraz zniszczone domy, nieodnowione drogi oraz krążące i szczekające na każdego przechodnia psy. To w połączeniu z zimnem, które ogarniało nasze ciało oraz z dźwięczącą w uszach ciszą mroziło krew w naszych żyłach. Myślę, że gdyby było ciemno, byłaby to scena niczym z horroru.
    Natomiast, gdy tylko zaczęliśmy zbliżać się do centrum Rondy, zaczęła się przed nami rozpościerać zupełnie inna sceneria. Zaczęły się pojawiać pierwsze ozdoby świąteczne na ulicach, przybywało coraz więcej przechodniów oraz co rusz pojawiały się sklepy i lokale coraz bardziej przypominające restauracje, aniżeli tylko lokalne bary. Zaczęliśmy czuć miasto i jego tętniące życie.

    Ale najpiękniejsze swoje oblicze pokazała nam Ronda na samym końcu, kiedy zostawiliśmy centrum i ogrom turystów. Punktem kulminacyjnym był most Ponte Nuevo oraz oddzielający stare miasto od nowego wąwóz El Tajo, a także niesamowite widoki, którymi tam można było się zachwycać.

    Większość turystów w tym punkcie zakończyła swoje zwiedzanie Rondy. Ale my, pełni wnikliwości podróżnicy, poszliśmy dalej. I dzięki temu ukazało nam się trzecie oblicze Rondy.

    Były to urokliwe uliczki, kamienice, a także zapierające dech w piersiach widoki. Wychodzi na to, że warto być dociekliwym 🙂

    Ten widok nam bardzo przypomina malownicze tereny Toskanii. Kto pamięta z postu o naszym miesiącu miodowym z jakiego to było miasteczka ? 🙂

    Ronda nam się bardzo spodobała. Wszystkie trzy oblicza, które nam objawiła, złożyły się na jedną piękną całość. Każde z nich było potrzebne do pełnego obrazu tego miasta. Nie można było niczego pominąć. Chodziliśmy, chłonęliśmy i doświadczaliśmy intrygującego miasteczka na wzgórzu. Mimo, że z każdą chwilą nasze ciała coraz bardziej przenikały chłodem, nie poddawaliśmy się i eksplorowaliśmy okolicę. Czasem jest tak, że jak musimy się o coś postarać lub coś poświęcić, to jeszcze lepiej smakuje. I to prawda. Wiadomo, nie wszystko i nie za wszelką cenę, ale.. czasem warto 🙂 Ja najbardziej uczyłam się tego podróżując autostopem, a obecnie doświadczam tego wojażując kamperem. Wtedy często jest tak, że aby coś zobaczyć, trzeba zgodzić się na różnorakie niedogodności. I okazuje się, że człowiek wcale nie traktuje w takich sytuacjach braku komfortu jako czegoś negatywnego, a wręcz przeciwnie, potrafi go znieść z uśmiechem na ustach. Zawsze wtedy pojawia mi się refleksja, czemu tak się nie dzieje w normalnych warunkach ? 🙂

    ANTEQUERA

    Antequera to kolejne nasze odkrycie małego miasteczka, które nie jest bardzo znane i turystyczne, a ma niepowtarzalny klimat.

    Przyjechaliśmy do niej popołudniu, w godzinach hiszpańskiej sjesty i spotkaliśmy tam tylko pojedyncze osoby.

    Wszystkie restauracje, bary, kawiarnie były pozamykane. Z jednej strony nie byliśmy zadowoleni, ponieważ bardzo potrzebowaliśmy kawy, ale z drugiej podobało nam się to, że zachowana zostaje hiszpańska kultura. Myślimy, że ważne jest, by w danym kraju zachowywać swoją kulturę oraz by to odwiedzający musiał się do niej dostosować, a nie lokalny człowiek do niego. Niestety w tych dużych turystycznych miastach, wszystko ustawia się pod turystę, który zapłaci. Sjesta sjestą, ale istnieje dużo komercyjnych restauracji, gdzie, aby zadowolić klienta, czas i sposób pracy ustala się tak, by szczególnie dogodzić przybyłym z innych kultur. Na szczęście istnieją takie miejsca, jak właśnie Antequera, gdzie duch lokalny żyje nadal i można go naprawdę poczuć.

    Do oglądania zdjęć i lepszego poczucie hiszpańskiego klimatu, wklejam piosenkę, którą na pewno wszyscy znacie 🙂 Co prawda Natalia Oreiro pochodzi z Urugwaju, ale śpiewa w języku hiszpańskim 🙂 To moja ulubiona piosenkarka z dzieciństwa. Słuchałam jej piosenek na okrągło, a ściany mojego pokoju oblepione były jej plakatami. Też tak mieliście ?

    Natalia Oreiro – Cambio Dolor

    ARDALES

    Naprawdę uwielbiamy małe, urokliwe, nieturystyczne miasteczka, w których najbardziej czuć klimat lokalnych ludzi, produktów oraz ich kultury. Do takich właśnie należy mało znane Ardales, znajdujące się w okolicy słynnego szlaku Caminito del Rey ( będę o nim pisać w dalszej części wpisu) w Andaluzji. Zwiedzeni naszą intuicją, tam właśnie się wybraliśmy. I nie myliliśmy się. Już po samym wjeździe miasteczko przywitało nas swojskim klimatem wsi. Zobaczcie sami:

    Odgłos piejącego koguta, szczekających psów oraz ulatniającej się z okna hiszpańskiej muzyki szeptał nam do ucha, by podążać w głąb wyglądającego na opustoszałe miasteczka. Zaraz, gdy zaparkowaliśmy samochód i zaczęliśmy spacerować, wyłoniły się wąskie uliczki otoczone białymi kamienicami, znad których rozpościerał się widok na pobliskie brązowo zielone połoniny.

    Naprawdę nie spotkaliśmy tam praktycznie nikogo, oprócz paru pracujących lub pałętających się po okolicy lokalsów. Tak, taki klimat właśnie lubimy, kiedy czuć oddech i zapach tego miejsca, a nie gwar oraz zapach drogich perfum bawiących się turystów. Spacerując, szybko natknęliśmy się na bardzo ciekawego, dojrzałego mężczyznę. Wychodził z „garażu” przy wieży, która stała na samej górze miasteczka. Spytaliśmy się, czy można tam wejść, a on wytłumaczył nam, że to tylko ruina i nie ma obecnie wejścia. Natomiast chwilę z nami porozmawiał i okazało się, że mężczyzna ma niezwykle ciekawą historię swojego życia. Pochodzi z USA i jest podróżnikiem, a wiekszą część swojego życia spędził na oceanie, pływając. Niestety jego łódź zatonęła, a więc musiał wrócić na ląd. Obecnie remontuje tutaj dom swojego przyjaciela, który mu powierzył to zadanie. Docelowo ta posiadłość ma być na sprzedaż. Prowadzi też własny biznes wynajmu w miejscu, skąd pochodzi i stąd też ma pieniądze. W następnym roku planuje wrócić na ocean i żyć tak jak wcześniej. Pokazał nam też jeden z budynków obok domu, który odrestaurował i odnowił. Jest w nim specjalistyczne ciśnienie, które sprawia, że stojąc naprzeciw siebie w różnych miejscach, zmienia nam się głos. Jest to spowodowane ciśnieniem. Dokładnie nie zrozumiałam, na jakiej zasadzie to działa, w każdym razie ciekawe było dla nas to zjawisko. Pan co prawda tylko odtworzył to, co było zbudowane już kiedyś, ale opowiadał o tym z wielką pasją, także słuchanie go było dla nas bardzo przyjemne. Pokazał nam również garaż, w którym był sprzęt muzyczny do grania, ponieważ organizuje w jednym z klubów w miasteczku lokalne koncerty. Nawet nas zaprosił na tę imprezę, bo akurat tego dnia wieczorem miał się odbywać jeden z takich eventów. Niestety musieliśmy odmówić ze względu na niedawna bliską śmierć naszych Dziadków. Nie czuliśmy jeszcze gotowości na takie wydarzenie. Natomiast cudownie było rozmawiać z tym panem. Uwielbiam takich ludzi, którzy mają bakcyla podróży i nie boją się żyć inaczej niż wszyscy. Tacy ludzie mają głębsze spojrzenie na świat oraz czują więcej. Ja często używam na takie osoby określenia, że mają wiatr w oczach. Dom tego mężczyzny jest wbudowany w skałę, a ma ona takie ukształtowanie, że można ją bez problemu obejść. Dzięki temu można cieszyć się zapierającymi dech w piersiach widokami. Przynależy ona do domu, więc można powiedzieć, że jest to taki prywatny widok. A dom będzie w następnym roku do sprzedania…No cóż, to mamy jeszcze jakieś 12 miesięcy, żeby wygrać ten milion 🙂

    Ardales ma również przepiękną okolicę. Wystarczy zrobić parę kroków w przeciwną stronę od miasteczka, a znajdziemy się w przepięknych, zielonych oraz pagórkowatych terenach, z których pięknie widać całą panoramę miasta. Znajduje się tam również urocza, malutka kapliczka.

    Jako, że jesteśmy urodzonymi górołazami, bez żadnego zastanowienia zrobiliśmy sobie spacer w te tereny. I tu również nie spotkaliśmy praktycznie nikogo, z czego bardzo się cieszyliśmy.

    Posłuchajmy przy tym razem:

    Wawele & Jan Wojdak – Biały latawiec

    Naprawdę z całego serca polecamy malutkie, nieturystyczne miasteczka 🙂

    NERJA

    Nie chcielibyśmy, żebyście pomyśleli, że jesteśmy totalnymi ignorantami, a więc podzielimy się, że podczas naszych podróży odwiedzamy sporadycznie też turystyczne miasta, takie jak wcześniej wspominana Malaga czy właśnie Nerja. Jej zwiedzanie zaczęliśmy od jaskini Cueva de Nerja, która znajduje się niedaleko od miasta. W jej wnętrzu można było zobaczyć niesamowite stalaktyty, stalagmity, oraz stalagnaty sięgające czasów prehistorii. Największy stalagnat ma wysokość 32 metrów wysokości, a sama jego podstawa to ponad 90 metrów. Jest on wpisany do Księgi Rekordów Guinessa jako największa kolumna skalna na świecie. To, co tam zobaczyliśmy naprawdę zrobiło na nas duże wrażenie. Nigdy nie widzieliśmy takiego czegoś. Jaskinia jest ogromna, natomiast do zwiedzania udostępniona jest tylko część. W środku był zakaz robienia zdjęć, więc grzecznie stosowaliśmy się. Byłam przekonana, że chodzi o to, by nie niszczyć naturalnych ekspozycji. Natomiast po wyjściu okazało się zupełnie co innego. Zaraz po wejściu do jaskini przy białej ścianie robili wszystkim zdjęcia, a po wyjściu były one wydrukowane na tle formacji skalnych z tego miejsca jako pamiątka do kupienia. Z racji tego, że nie robiliśmy zdjęć, rzecz jasna chcieliśmy mieć pamiątkę, zresztą jak większość turystów. A więc zmotywowało nas to do zakupu zdjęcia za (!) 7 euro. No cóż, wszędzie muszą na czymś zarabiać, na zdrowie! 🙂

    Nerja słynie głównie ze majestatycznych plaż ze spektakularnymi fromacjami skalnymi na wybrzeżu Costa del Sol. Z racji tego, że zwiedzanie podczas tego wyjazdu było bardzo intensywne i byliśmy już dość mocno naładowani bodźcami, postanowiliśmy zobaczyć jedną z plaż i po prostu na niej zostać, by dać sobie trochę wytchnienia. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo mocno poczuliśmy, jak tego potrzebowaliśmy i jaki sobie sprawiliśmy wspaniały prezent. Nie był to sezon, więc nie było takiego tłumu ludzi, choć wiadomo bez porównania z tym, co widzieliśmy w Ardales. Natomiast było tam bardzo przyjemnie. Wypiliśmy tam pyszną kawkę, zjedliśmy ciasteczko, a później także ciepłą zupę na balkonie w kawiarni z widokiem na plażę.

    Następnie napawaliśmy się widokami na Costa del Sol oraz siedzieliśmy na formacji skalnej wpatrując się lśniącą taflę wody i uderzające o kamienie fale, nigdzie się nie spiesząc, o niczym nie myśląc. Tylko my i natura, czy można sobie wymarzyć lepszą randkę ? 🙂

    Ucieszmy oko i również ucho, odpocznijmy 🙂

    PAPRODZIAD feat. Lovehouse – PAPROKWIAT

    CAMINITO DEL REY

    Podczas tego krótkiego pobytu w Hiszpanii, udało nam się przejść szlak Caminito Del Rey, który jest uznawany za obowiązkowy punkt wizyty w Andaluzji.

    Można było iść z przewodnikiem i bez. Z tym, że biletów na samodzielne pokonanie tej trasy było sprzedawanych tylko kilka i nie można było kupić przez internet. A zatem stanęło przed nami wyzwanie, by wstać (bardzo!) wcześnie, by być na miejscu jeszcze przed otwarciem kas i zająć kolejkę. Było to trudne, ale udało nam się. Nie chcieliśmy iść z przewodnikiem. Dowiedzieliśmy się, że nie ma to żadnego znaczenia pod względem bezpieczeństwa. Kwestia tylko droższego biletu, opowieści o parku po angielsku i możliwości zadawania pytań. No i w wersji z przewodnikiem szło się z całą grupą, a więc trzeba było się dostosowywać do tempa i cały czas się było z innymi. Pomyśleliśmy – zero swobody, chcemy sami! Widoki były naprawdę majestatyczne. Natomiast widać było, że szlak został przebudowany, a gdzieniegdzie widoczne było jak, prowadziła stara droga. Sebastian narzekał, że nowa trasa została stworzona zbyt bezpiecznie oraz, że pozbawili ją całkowicie dzikości, czego wnioskując po pozostałościach poprzedniej, nie można o niej powiedzieć. Ja do końca się z tym zgodzić nie mogę, gdyż były momenty, w których rzeczywiście się bałam. Ale rzeczywiście przyznaję system zabezpieczeń był naprawdę solidny.

    W każdym razie naprawdę warto było tu przyjechać. Nasze zmysły nie mogły wyjść z podziwu, a głowa pękała z wrażeń.

    Niestety zdjęcia w żaden sposób nie oddają tego, co tam widzieliśmy. Na początku bardzo się o to denerwowaliśmy. Wielkość i piękno tej natury naprawdę przekracza najśmielsze wyobrażenia. Jednym słowem, trzeba to zobaczyć na żywo 🙂

    EL TORCAL DE ANTEQUERA

    To niesamowite, że podczas zaledwie tygodnia spędzonego w Hiszpanii, udało nam się wybrać dwa razy w trekking w góry. El Torcal de Antequera  to rezerwat przyrody z obłędnymi oraz nieregularnymi formacjami skalnymi.

    Szlak prowadzi pośród nich niczym labirynt.

    Można tam spotkać dużo dzikości, której nam brakowało na poprzednim szlaku Caminito Del Rey, którym szliśmy poprzedniego dnia. Park jest na tyle obszerny, że mimo obecności innych ludzi, rzadko na kogoś trafialiśmy. Natomiast często widzieliśmy zwierzątka, na przykład kozice. Ponoć obszar ten posiada bardzo bogatą faunę. Udało nam się nawet uchwycić je na filmiku.

    Uwielbiamy w naszych podróżach to, że gdziekolwiek jesteśmy, zawsze walczymy o to, by część czasu poświęcić na góry. To coś, co bardzo nas łączy. Obydwoje kochamy naturę, a szczególnie bliskie są nam górskie tereny. Tak samo ważne jest dla nas, by podczas naszych wyjazdów priorytetowe miejsce miał aktywny wypoczynek. Nie musi to być zawsze profesjonalny trekking oraz niekoniecznie musimy zdobywać zawsze najbardziej znane i wymagające parotysięczniki. Czasem do szczęścia wystarczy nam dłuższa trasa spacerowa i sielankowa sceneria. Zdecydowanie potrafimy dostosować się do warunków i możliwości, jakie aktualnie posiadamy. Natomiast w każdej wyprawie towarzyszy nam przygotowany przeze mnie wcześniej prowiant, bez którego nie ruszamy się w drogę. Kanapki, warzywka, coś do picia, a także coś słodkiego – to dla nas uczta niebiańska. Traktujemy to jako jeden z elementów samej wyprawy. Taka wałówka na świeżym powietrzu to istna rozkosz dla naszych podniebień. Niby zwykłe jedzenie, a przy pięknych widokach, które z kolei rozpieszczają nasze oczy, smakuje to wszystko naprawdę wybornie.

    Miłość do jedzenia w drodze, a może i nawet ogólnie wycieczki w naturę zdecydowanie przejęłam po moim Dziadku Jurku, który niestety niedawno zmarł. Odkąd pamiętam zabierał mnie na różnorakie wspólne wypady do lasu czy nad jezioro w pobliskiej okolicy. Zawsze wtedy pakowaliśmy prowiant na drogę, czyli kanapki zrobione przez Babcię, coś słodkiego i herbatkę w termosie, która przechodziła tak jego zapachem, że nie dało się jej z niczym pomylić. Ta charakterystyczna woń nadawała jej specyficznego aromatu, który otulał i dawał poczucie bezpieczeństwa. Zawsze wszystko, co zabraliśmy i jedliśmy wspólnie na łonie natury smakowało wyśmienicie. Ja robiłam się głodna już po pięciu minutach drogi i ciężko było mi o czymś innym myśleć. Pamiętam też, że Dziadek zawsze miał przy sobie jakieś „zaskórniaki”, czyli nieduże potajemnie zaoszczędzone pieniądze, które wydawaliśmy zazwyczaj na lody podczas wycieczki. Te wycieczki były ogromną frajdą nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla mojego Dziadka. On też to uwielbiał. Do niemal ostatnich chwil swojego życia szukał okazji, by gdzieś pojechać. Na przykład bardzo lubił jeździć nad pobliskie jezioro i pływać pontonem. Z racji chorób oraz coraz mniejszej wydolności organizmu, Babcia mocno protestowała przeciw takim inicjatywom, a on nie mógł tego zrozumieć. Gdy tylko nadarzyła się okazja pojechania z kimś na wycieczkę, natychmiast był gotowy. A radość jego wtedy była tak wielka, że nawet my z Sebastianem, którzy nie przepadamy za atrakcjami wodnymi, z chęcią z nim jechaliśmy. To go tak ożywiało, że nie sposób tego opisać. To mi pokazuje, jak bardzo ważne jest, by mieć w życiu takie pasje i rzeczy, które sprawiają, że nasze serce się wyrywa i płonie. Dopóki w sobie to pielęgnujemy i sobie to podarowujemy, czujemy, że żyjemy. No to zrobiło się refleksyjnie! A więc piosenka:

    Jonathan Roy – Beautiful Day (Stripped Version)

    Jezioro

    Pewnego dnia, na sam koniec trafiliśmy na bardzo ciekawe i tajemnicze miejsce. Było to jezioro, gdzie znajdowało się naturalne obserwatorium flamingów. Mieliśmy też szczęście, bo spotkaliśmy tam pewnego lokalnego pasjonata, który przyjechał ze swoim specjalistycznym sprzętem , ponieważ zawodowo nagrywa filmiki o zjawisku zimowania tutaj różnych ptaków. Opowiedział nam o smutnym losie, który je spotyka, ze względu na małą ilość opadów i suszy, jaka doskwiera Hiszpanię. Z tego powodu poziom wody jest bardzo płytki, a patrząc na jezioro, zamiast niebieskiej tafli wody, widzimy pomarańczową powierzchnię. Po prostu zamiast widać piasek, bo woda jest wyschnięta. A zwierzęta takie jak flamingi, a także podobno nasze polskie bociany przylatują tu w celu przezimowania. W normalnych warunkach w ciągu dnia polują, a wieczorem wracają tutaj i chowając się pod wodę, śpią chroniąc się przed drapieżnikami. Niestety przy obecnym niskim poziomie wody, muszą sobie radzić w inny sposób. Dlatego Pan, którego spotkaliśmy, przyjeżdża tu każdego wieczoru i obserwuje przez lornetkę, by zobaczyć co te ptaki w związku z tym wymyślą i jak sobie poradzą w sytuacji, która ich zastała. Oprócz tego, że wysłuchaliśmy ciekawej historii o przyrodzie, odkryliśmy kolejną miejscówkę dla naszego kampera. Czyż nie byłoby cudownie spać pośród przyrody i obserwując flamingi ?

    NIEBIESKIE JEZIORA W ANDALUZJI NAŁÓG COŚRÓBSTWA

    Czy czasem warto nic nie robić ? Zadaliście sobie kiedyś to pytanie ? Obecnie żyjemy w czasach, gdzie ciągle musimy działać, nieustannie się spieszymy, a i tak z niczym się nie wyrabiamy i jesteśmy wiecznie spóźnieni. Gdzieś kiedyś usłyszałam takie określenie, które bardzo mi się spodobało, że żyjemy w nałogu cośróbstwa. Coś w tym jest. Mam wrażenie, że świat coraz głośniej nam krzyczy, że musimy COŚ robić pożytecznego, zarabiać pieniądze, inwestować, mnożyć je, by mieć więcej, więcej i jeszcze więcej. Nieraz nawet gdy jesteśmy chorzy, nie idziemy na zwolnienie, bo przecież „robota sama się nie zrobi”. Natomiast kiedy mamy wolny weekend lub urlop, chcemy go wykorzystać maksymalnie, żeby tylko nie powiedzieć sobie, że zmarnowałem/am czas na nic nierobienie. A ja jestem zdania, że to tracenie czasu jest niezwykle potrzebne dla naszego rozwoju. Wiem z doświadczenia, że gdy dzień mój jest wypełniony różnymi działaniami po brzegi, ciągle przed czymś uciekam i nie daję sobie przestrzeni na spotkanie ze sobą. A kiedy nie ma na to przestrzeni w moim życiu, od razu widzę, jakiej dysharmonnii doświadczam. Wówczas o wiele gorzej radzę sobie ze swoimi emocjami oraz dużo trudniej mi być w relacji z innymi. To jest szalenie ważne. Oczywiście nie było u mnie tak zawsze. By dojść do tych wniosków musiałam przejść też pewną drogę, która mnie tego nauczyła. Podczas naszych urlopów również zawsze dbam, by było miejsce na nic nierobienie. Mimo, że ten wyjazd był dosyć intensywny pod względem ilości miejsc do zobaczenia z racji tego, że rozeznaliśmy naszą potrzebę na ten czas zajęcia czymś naszych głów po głębokich przeżyciach związanych ze stratą i pożegnaniem moich Dziadków, zawalczyliśmy też o bycie w ciszy. Idealnym miejscem na danie sobie takiej przestrzeni okazały się nie tylko wyjścia w góry, ale także siedzenie nad niebieskimi jeziorami w Andaluzji i wpatrywanie się w ich niesamowity kolor, który z dwóch perspektyw prezentował się zupełnie inaczej.

    Jak wiecie, oboje z Sebastianem jesteśmy bardzo aktywni, więc o ten czas, by się zatrzymać musimy naprawdę zawalczyć. Sebastianowi jest trudniej, bo ma to wpisane jako mężczyzna, który jest nastawiony na działanie, pracę oraz walkę. Zatem na co dzień ja pełnię tę rolę, by nad tym czuwać. Natomiast łatwiej mu to przychodzi zdecydowanie, kiedy jesteśmy na wyjeździe, wyłączeni ze świata, z dala od miejsca pracy, domu i wszystkich spraw, które nas na co dzień frapują. Natomiast obojgu nam nie przychodzi to naturalnie, ale dzięki świadomości oraz naszym wspólnym rozmowom, rzeczywiście dbamy o ten pasywny wypoczynek.

    Wracając do niebieskich jezior, które odwiedziliśmy, zrobiły one na nas ogromne wrażenie. Ponadto zajechaliśmy w kilka dzikich, niemal idealnych miejscówek, gdzie moglibyśmy stanąć naszym kamperem. Było nam przykro, że go z nami nie ma. Pojawiło się ogromne pragnienie w sercu, by tutaj nim wrócić i rozkoszować się przebywaniem w tak wspaniałej naturze.

    No to jak nic, teraz piosenka!

    Agnieszka Chrzanowska-Nie bój się nic nie robić

    WSCHÓD SŁOŃCA W HISZPANII

    Ciężko w to uwierzyć, ale udało nam się jeden raz wstać wcześniej i zobaczyć wschód słońca. Miało to miejsce pierwszego dnia po przylocie. Trzeba przyznać, że sytuacja nas trochę do tego zmusiła, gdyż poprzedniego dnia zaparkowaliśmy wypożyczone przez nas auto na miejscu, na którym można było parkować tylko do godziny 8 rano. A było już bardzo późno, byliśmy bardzo zmęczeni i też w okolicy był duży problem z miejscami, postanowiliśmy wstać rano i wtedy szukać dogodnego miejsca. Poza tym kiepsko tej nocy spaliśmy i też obudziliśmy się przed budzikiem, więc zebraliśmy się tak naprawdę dużo wcześniej, co pozwoliło nam przeparkować auto oraz wykorzystać to, że jesteśmy już na nogach i dotrzeć na wschód słońca na plażę. A trzeba przyznać, że naprawdę było warto. Także przeciwności, które napotykamy czasami naprawdę nam służą. Popatrzcie sami, jakie kolory i efekty zobaczyliśmy:

    Mówi się, że kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje 🙂 Zgadzacie się z tym ? Ja nie do końca. Wychodziłoby na to, że mi daje rzadko, a wcale tak nie jest. Jak wiecie jestem ogromnym śpiochem i strasznie ciężko mi zwlec się rano z łóżka. A czuję się przez Boga mocno obdarowana. Codziennie dostaję tyle powodów do radości oraz za tyle rzeczy jestem bardzo wdzięczna, że czuję się bardzo obdarowywana. Ale może gdybym wstawała wcześniej, dostawałabym od Boga jeszcze więcej ? 🙂 Kto wie.. 🙂

    MIESZKANIA W HISZPANII

    Apartament, który wynajęliśmy okazał się nie należeć do najatrakcyjniejszych, aczkolwiek miał wszystko, czego potrzebowaliśmy, więc nie narzekaliśmy. W dniu naszego przyjazdu okazało się, że w mieszkaniu, które rezerwowaliśmy pierwotnie miała miejsce awaria na sieci wodociągowej, a w związku z tym wystąpiła czasowa przerwa w dostawie wody. Dlatego też zostaliśmy przeniesieni do innego apartamentu, według właściciela – lepszego. W naszej ocenie tamten był ładniejszy, przynajmniej na zdjęciach. W każdym razie była pralka, wyposażona w podstawowe rzeczy kuchnia, sypialnia oraz szafa, także dało się przeżyć. Jedyne co od początku budziło naszą wątpliwość, to ogrzewanie, a raczej jego brak. Lecz dla Xawiera, który nam wynajmował mieszkanie, ono tam było. Tak, do ogrzewania temperatury w pomieszczeniu służyła klimatyzacja, która podczas ciepłych miesięcy w roku pełniła rolę ochładzania. Czytaliśmy o tym, nie jest to wyjątek, gdyż w Hiszpanii po prostu jest taka praktyka. Mieszkania są dostosowywane do ciepłej pory roku, która stanowi tam znaczną część czasu. A w zimnych miesiącach jest powszechne, że ustawia się nawiewy na wyższą temperaturę i jakoś da się przeżyć. Praktycznie każde mieszkanie, nawet bardzo stare, jest wyposażone w klimatyzację. No cóż.. Hiszpanie inna kultura 🙂
    Ale poradziliśmy sobie. Klimatyzacja znajdowała się w salonie, więc ustawialiśmy ją wieczorem na 30 stopni i otwieraliśmy drzwi do sypialni oraz łazienki na oścież, żeby ciepłe powietrze rozeszło się dalej. Trzeba było mocno przyłożyć ciepłem, by starczyło do rana, bo przy włączonej nie dałoby się spać. Była bardzo głośna. O ile do sypialni ładnie dochodziło ciepłe powietrze, to optymalnej temperatury w łazience nie udało nam się niestety uzyskać. Mimo tego, że drzwi do niej były cały czas otwarte, Sebastian kąpał się pierwszy, było zimno. Potwierdza to również mój Mąż, któremu zwykle jest zawsze gorąco. Najwyraźniej nie płynie w nas hiszpańska krew. Ciekawym spostrzeżeniem była dla nas również grubość ścian w budownictwie. W budynku, gdzie wynajmowaliśmy apartament, znajdowały się normalne mieszkania lokalnych ludzi. I bez przesadzania, odgłosy, które słyszeliśmy sprawiały wrażenie, jakby dobiegały z drugiego pokoju. Gdy w sąsiednim lokalu była włączona pralka, mieliśmy wrażenie, że ściany ruszają się razem z nią. A telewizor, który jedna z sąsiadek miała całe noce włączony, mógł służyć nam jako radio. Cienkie ściany również są cechą charakterystyczną dla tego regionu. W takich mieszkaniach utrzymuje się również duża wilgotność, co wpływa w dużym stopniu na schnięcie upranych ubrań. A dla nas z uwagi na ograniczona ilość rzeczy, jakie wzięliśmy, codzienne pranie i suszenie było czymś nieuniknionym. Niestety trwało to bardzo długo. Ale i z tym sobie poradziliśmy.Wpadliśmy na genialny pomysł, by stojącą suszarkę z praniem podstawić prosto pod klimatyzator, by ciepłe powietrze wiało bezpośrednio na nie. Nie było to takie proste, gdyż urządzenie to było zamontowane centralnie nad potężną kanapą, której nie daliśmy rady przesunąć. Ale i tu się nie poddaliśmy. Podłożyliśmy szmatki pod nóżki i postawiliśmy suszarkę na kanapie, odpowiednio zabezpieczając, by się nie zsunęła. Na rano były suchutkie!Zrobiliśmy zdjęcie na dowód genialności naszych mózgów!

    Na fotografii tego nie widać, ale klimatyzator wisiał tuż nad obrazem

    Jeśli chodzi o wyposażenie mieszkania, to jak jak wcześniej wspominałam, wszystko było. Natomiast dało się zauważyć hiszpański klimat. Z racji tego, że „południowcy” nie piją herbaty, najczęściej nie posiadają czajnika. Na szczęście w naszym mieszkaniu był, ale pachniał nowością i wyglądał jakby nie był nigdy używany. Nie znaleźliśmy również szklanek z uszami do herbaty. Piliśmy ją zatem w małych szklankach, trochę większych niż nasza literatka. By ilość się zgadzała, parzyliśmy od razu kilka na raz do posiłku. Poza tym w kuchni był durszlak do odcedzania makaronu, garnek, mała patelnia, sztućce i kieliszki do wina. Bardzo skromnie, ale wszystko to co Hiszpanie potrzebuje do szczęścia. Pasta y vino!

    JEDZENIE W HISZPANII

    Wisienka na torcie! Na końcu dochodzimy do najważniejszego, czyli jedzonka 🙂 A na tym, jako miłośnicy dobrego jedzenia bardzo dobrze się znamy 🙂 Teraz więc opowiem Wam trochę o kulinarnych przeżyciach, jakich doświadczyliśmy będąc tydzień w Hiszpanii.

    Na szczególne wyróżnienie zasługuje hiszpańska kawa. Naprawdę smakowała nam najlepiej ze wszystkich miejsc, które do tej pory odwiedziliśmy. Kiedy jechaliśmy do Włoch, wszyscy nam mówili „koniecznie wypijcie włoską kawę, jest najlepsza!”. Jako smakosze tego napoju nie mogliśmy się doczekać. W końcu Włochy są nazywane kolebką kawowej kultury. Natomiast musimy przyznać, że byliśmy trochę rozczarowani. Owszem, espresso podają wybitne, to trzeba powiedzieć. Sebastian czasem lubi sobie je wypić, szczególnie zakończyć nim obfity posiłek. Natomiast ja nie przepadam. W Polsce Sebastian najczęściej pije po prostu czarną, a ja tak zwaną „flat white” Generalnie oboje uwielbiamy mocną kawę z dodatkiem mleka. Natomiast we Włoszech kawę z mlekiem można zamówić jedynie w formie Cappuccino, gdzie u nich jest to bardziej mleko z dodatkiem kawy, a nie odwrotnie. To zupełnie nam nie odpowiada. Po pewnym czasie nauczeni doświadczeniem najczęściej prosiliśmy „2 razy espresso plus mleko”. A więc dostawaliśmy osobno 2 kubeczki espresso i w trzecim mleko 🙂 Można i tak. Czarna kawa w opinii Sebastiana na włoskiej ziemii niczym szczególnym się nie wyróżniała. Oczywiście staraliśmy się nie narzekać i piliśmy to, co dawali. Natomiast w kamperku zawsze z wielką radością wracaliśmy do naszej tradycyjnej kawki 🙂
    Natomiast w Hiszpanii zachwyciliśmy się kawą Cortado. Było to espresso z mlekiem, mniej więcej w pół na pół proporcjach. Było to dla nas idealne połączenie. Kawa była intensywna, a przez przełamanie słodkim mlekiem traciła kwasowość. A dzięki temu, że nie było go zbyt dużo, czuć było smak pysznej kawy. Oj kawki w Hiszpanii wypiliśmy dużo na mieście! Było to też dla nas bardzo korzystne, ponieważ w apartamencie nie mieliśmy ani kawiarki ani aeropressu. Byliśmy skazani tylko na to, co serwowali nam Hiszpanie. Na szczęście byliśmy bardzo zadowoleni 🙂

    Na zdjęciu obok przepysznej i wspominianej kawki Cortado widać niemniej smakowite Napolitana de Chocolate. Co prawda nazwa sugeruje Włochy, a w rzeczywistości przepis pochodzi z Francji, to w Hiszpanii te ciastka królują w każdej cukierni. Idealne do kawki! To po prostu podłużne ciastko francuskie z dużą ilością czekolady. Palce lizać. Oczywiście wszędzie można spotkać również croissanty z przeróżnymi nadzieniami 🙂

    Próbowaliśmy też bardzo ciekawego w smaku tradycyjnego w Hiszpanii Churros. Jest to tradycyjny hiszpański smakołyk w postaci smażonych w tłuszczu „pręcików” z parzonego ciasta, które wyciska się za pomocą szprycy lub rękawa cukierniczego. Po usmażeniu posypywany jest cukrem pudrem i podaje się go z gorącą czekoladą. Smakuje rzeczywiście bardzo dobrze, natomiast bez tej czekolady nie byłoby już to samo. Wszystko zostało bardzo dokładnie przemyślane. Ponoć Hiszpanie jedzą to na śniadanie do kawy. Natomiast są one sprzedawane też na ulicach w foodtruckach. Rzecz jasna nie jest to przekąska należąca do fit, ale uważamy, że będąc tutaj warto spróbować. Natomiast codziennie na śniadanie bym tego nie jadła 🙂

    Ja natomiast zachwycałam się dojrzewającą, hiszpańską szynką jamon. Trzeba przyznać, że nie należały one do najtańszych, a mój Mąż, który zdecydowanie nie jest ich fanem, patrzył na to niezbyt przychylnie 🙂 Dla mnie po prostu bomba. Tajemnica jej unikatowego smaku tkwi w popularnym mięsie w Hiszpanii, z którego jest produkowana. Pochodzi ono z świni białej rasy, które jest poddawane dalszej obróbce. Nazwa „jamón serrano” dotyczy tradycyjnego sposobu, w jaki wytwarza się tę wędlinę. Bowiem jest suszona w niskich temperaturach, przez okres co najmniej 9 miesięcy w górskim klimacie i otoczeniu, które składa się głównie z dębowych lasów. To wszystko sprawia to, że nabiera ona wyjątkowego aromatu. Bardzo ważną rolę pełni także receptura suszenia. Proces ten nie może napotkać żadnych przeszkód, aby szynka hiszpańska dojrzewająca była odpowiednio aromatyczna i chrupiąca. Niektórzy lubią ją spożywać samą, od czasu do czasu zagryzając pieczywem. Ja uwielbiam ją jeść z grubą pajdą chleba. Pyyycha 🙂 Zajadaliśmy się również serami, które uwielbiamy. Gdziekolwiek jesteśmy, zawsze próbujemy i przywozimy do Polski. Wszędzie smakują inaczej. Tutaj odkryciem dla nas był ser mieszany, czyli z mleka krowiego, koziego oraz owczego. Bardzo ciekawy smak. W Hiszpanii szczególnie zajadaliśmy się oliwkami, były naprawdę przepyszne. Tak właśnie raczyliśmy się robionymi przez siebie obfitymi śniadaniami, które zawsze przed wyjściem zjadaliśmy, by mieć energię na cały dzień.

    Jak widzicie na zdjęciach, mamy do śniadania zrobione po dwie herbaty. W Hiszpanii mieliśmy duży problem, by ją zakupić w sklepie, a także by zamówić w restauracji. Hiszpanie podobnie jak Włosi do posiłku piją wino lub soki. Oczywiście staraliśmy się chłonąć ich kulturę, natomiast nasze żołądki bardzo nas prosiły o ciepłą, czarną herbatę, szczególnie, kiedy posiłek był obfity. Długo musieliśmy szukać, ale w końcu się udało. Głodni teiny, parzyliśmy dwie naraz 🙂

    Mówią, że nie ma nic bardziej tradycyjnego dla regionu Malagi niż sardynki z grilla. A więc na jaki genialny pomysł wpadłam ? Na taki, że koniecznie muszę ich skosztować. Co z tego, że nie przepadam, że mam traumę z dzieciństwa po pobycie w szpitalu spowodowanym stanięciem mi ości w gardle. Jesteśmy w Andaluzji, więc muszę spróbować! I tak zrobiłam. Wybrałam najbardziej lokalny z możliwych bar, który oferował tylko tradycyjne dla tego regionu ryby oraz owoce morza. Właścicielami i klientami była tylko ludność lokalna. A więc pomyślałam: „nie mogliśmy lepiej trafić”. Sebastian od samego początku był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu z uwagi na to, że oboje nie jesteśmy wielbicielami takiego jedzenia, ale ja byłam uparta. Kiedy dostałam swoje sardynki i zaczęłam je jeść, mina moja była nietęga. Bowiem były one pieczone na grillu w całości, razem z ośćmi. Na początku zaczęłam je wydłubywać, ale szybko zorientowałam się, że nie ma to najmniejszego sensu. Mięso było tak delikatne, że było to niemal niemożliwe. Już nie mówiąc o tym, że robiąc to wyglądało to wszystko bardzo nieapetycznie. Mimo mojego dużego wysiłku oddzielania mięsa od ości, już po paru minutach, czułam te wszystkie ości w moim gardle. Zdecydowanie nie był to dobry wybór. Zjadłam zapiekane ziemniaczki i surówkę. By nie zrobić przykrości właścicielowi, sardynki przykryłam chusteczką, niczym zwłoki. Niestety, gdy przyszedł osobiście odebrać od nas talerze po skończonym posiłku, nie omieszkał zapytać o tajemnicze rozłożenie chusteczki. Gdy zobaczył moje zmieszanie, ściągnął ją, by zobaczyć co się dzieje. Wówczas na jego twarzy pojawił się wielki smutek i przykrość. Był to właściciel lokalu, w który wkładał swoje serce i robił to od pokoleń. Było mi bardzo przykro z powodu zaistniałej sytuacji i chciałam zapaść się pod ziemię. Reakcja tego pana to jedno, a drugie to to, że ja po prostu też nie lubię wyrzucać i marnować jedzenia. Jestem na tym punkcie bardzo wrażliwa, wyniosłam to z domu. No nic, zapamiętam sardynki do końca życia. I mimo, że ich nie zjadłam, odbijają mi się do tej pory. W każdym razie idę do przodu i wyciągam wnioski, by kolejnym razem nie robić takich eksperymentów.

    Po moim nieofrtunnym wyborze restauracji, kolejnym razem decyzję o wyborze miejsca zostawiłam już całkowicie Sebastianowi. Wybraliśmy się do argentyńskiej knajpy. Był to naprawdę dobry wybór. Wzięliśmy dwa różne dania, jedno na bazie wołowiny, drugie kurczaka. Obydwa były orientalnie przyprawione, także smaki były dla nas miłym zaskoczeniem. W naszych zmysłach smakowych tyle się działo, że nawet zrezygnowaliśmy z deseru.

    Z hiszpańskich produktów chcę bardzo jeszcze wyróżnić białą czekoladę „Fusion” firmy Hacendado z sieci sklepów Mercadona z nadzieniem o smaku Rafaello. Były jeszcze mleczne z nadzieniem Ferrerro Roche i wiele innych. Natomiast ta biała doprowadzała moje zmysły smaku do szaleństwa. Nie mogłam się totalnie jej oprzeć. Brałam ją wszędzie 🙂 Oczywiście przywiozłam do Krakowa tyle, ile nasz podręczny bagaż pomieścił. Obdarowałam nimi bliskie osoby w myśl zasady, że szczęście najlepiej smakuje, kiedy się nim dzielisz.

    Jak przystało na miłośników tradycyjnego polskiego jedzenia, uczciliśmy zakończenie naszego urlopu zgodnie z naszą tradycją, czyli pójściem na jedzenie do lokalnej restauracji. Jednak co polskie, to polskie, według nas nasze jedzenie nie ma sobie równych 🙂 Tym razem przyciągnęła nas nasza osiedlowa knajpkaWół w Fanaberii”. Zjedliśmy tam robione na świeżo, przepyszne burgery. Że co?! Że niby burgery nie są polską tradycją?! 🙂 No może i nie, ale Feduniaczkom polskie burgery smakują najbardziej! 😀 I mają same dobre kalorie! A tego dnia bardzo ich potrzebowaliśmy, bowiem Kraków przywitał nas kilkunastoma stopniami na minusie. Był to niezły przeskok wracając z choć niegorącej o tej porze roku, ale słonecznej i ciepłej Hiszpanii.

    Taki mieliśmy wyjazd noworoczny! Było troszkę inaczej niż zwykle, ale to nie znaczy, że gorzej. Na ten czas była to najlepsza dla nas opcja. Myślę, że wykorzystaliśmy ten krótki czas do maximum możliwości. Zobaczyliśmy mnóstwo przepięknych miejsc, poczuliśmy hiszpański klimat, skosztowaliśmy ichniejszego jedzenia, a przede wszystkim wspólnie odpoczęliśmy odrywając się od naszych codziennych spraw. A co najważniejsze, po raz kolejny utwierdziliśmy się w tym, że podróżowanie naszym kamperem dla nas będzie zawsze na pierwszym miejscu. Praktycznie każdego dnia wspominaliśmy nasz dom na kółkach, snując w głowach plany, w które miejsca przyjedziemy nim z powrotem i co razem zrealizujemy. Tak, na pewno tutaj wrócimy kamperem 🙂 Czujemy dużą wdzięczność za ten wyjazd, ale i również za nasze pragnienia takiego sposobu podróżowania oraz za to, że możemy naszą radość przeżywać razem. To, że mamy wspólną pasję i ją realizujemy stanowi dla nas ogromna wartość. Nic tak nie smakuje, jak szczęście, które można dzielić z bliską i ukochaną osobą. Poza tym ogromną radość sprawia nam również to, że możemy dzielić się naszymi doświadczeniami z podróży z innymi, z Wami. To, co podczas nich razem przeżywamy traktujemy jako nasz wielki skarb, o który chcemy dbać, który chcemy wspominać oraz nie chcemy trzymać go tylko dla siebie. Wierzymy, że być może dla kogoś coś z tego okaże się przydatne, motywujące, rozwiewające wątpliwości, które powstrzymują go od jakiegoś działania albo po prostu okaże się dla niego ciekawe. Ponadto opisywanie naszych podróży, wybieranie zdjęć oraz podejmowanie refleksji po powrocie jest dla nas bardzo przyjemne. Dzięki temu, że tworzymy coś dla innych, dostajemy dla nas wielką pamiątkę na lata. Ja sama często wracam do poprzednich wpisów z naszych podróży i je czytam, by przeżyć je jeszcze raz 🙂

    Na koniec piosenka, z dedykacją dla wszystkich czytelników:

    Igor Herbut – wdzięczność

  • Bałtyk jesienią – nasza tradycja

    Bałtyk jesienią – nasza tradycja

    Jak już wiecie wyjazdy nad polskie morze jesienią to nasza tradycja. I tym razem nie odpuściliśmy! Śmiejemy się, że mamy linię brzegową całą już przechodzoną, ponieważ każdego roku staramy się pojechać w inne miejsce. Byliśmy już w Gdańsku, spacerując od plaży w Brzeźnie przez Sopot do Gdyni, w Międzyzdrojach robiąc sobie wycieczki plażą do Międzywodzia, a także na Helu idąc z kolei stamtąd do Jastarni. A w tym roku postanowiliśmy pojechać do Gdyni, by stamtąd przejść brzegiem morza na sam cypelek w Rewie. No, patrząc na mapę, muszę sprostować, trochę przesadziliśmy 🙂 Do tego, żeby schodzić całą linię brzegową nam jeszcze dużo brakuje. Ale jesteśmy na dobrej drodze. W szczególności, że mamy zamiar podtrzymywać tradycję tyle czasu, ile tylko będziemy w stanie 🙂

    W tym roku wyjazd nad morze był połączony z wyjazdem na warsztaty muzyki liturgicznej Sebastiana w Kielcach, z moimi w tym czasie odwiedzinami w rodzinnych stronach oraz ze wspólnym uczestniczeniu w targach kamperowych w Poznaniu. O tym tylko wspominam, nie będę się rozpisywać, ponieważ będzie o tym osobny wpis 🙂

    A więc przejdźmy do sedna 🙂

    Gdynia

    W tym roku naszą podróż nad Bałtyk zorganizowaliśmy w ten sposób, by Sebastian część czasu mógł poświęcić na pracę, a ja na pisanie. Tak, to była nasza wspólna decyzja 🙂 A więc zamiast kampera i hotelu, postawiliśmy na wynajęcie na parę dni mieszkania z dwoma pomieszczeniami, gdzie moglibyśmy osobno działać, każde w swoim temacie nie przeszkadzając sobie nawzajem. Natomiast drugą część naszego pobytu nad polskim morzem mieliśmy w planach przeznaczyć na nadmorskie spacery, czyli coś, po co przemierzamy co roku te kilkaset kilometrów na północ. Niestety zarówno jedna, jak i druga rzecz nam się do końca nie udała tak, jak byśmy chcieli. Otóż Sebastian wrócił z warsztatów przeziębiony, a konkretnie miał zatkany nos i co jakiś czas mu z niego coś siąpiło. Mimo to, pierwszego dnia pobytu, zdecydowaliśmy się spróbować zrealizować zaplanowaną przez nas nadmorską trasę brzegiem Bałtyku. Prognozy pogody na kolejne dni zapowiadały coraz gorsze warunki, więc tak naprawdę nie było co się zastanawiać, tylko iść do przodu. I tak też uczyniliśmy. Zapakowaliśmy prowiant do plecaka, który zarzucił na plecy Sebastian i udaliśmy się podążając za ustawionym GPS-em na plażę na Oksywiu, gdyż tam znajdowało się najbliższe zejście do morza z dzielnicy, w której wynajmowaliśmy na te parę dni mieszkanie. Droga prowadziła nas przez rodzinne ogrody działkowe, więc szło się bardzo przyjemnie wśród małych uroczych altanek z niewielkimi parcelami. Niektóre były tak dobrze zagospodarowane, że można było przypuszczać, że ludzie w nich przynajmniej okresowo mieszkają. Ale nie brakowało również bardzo zaniedbanych działek. Muszę przyznać, że pogoda nam naprawdę dopisała. Słońce oraz czyste niebo towarzyszyło nam przez cały dzień. Szliśmy w kierunku cypelka Rewy, a pośrednim naszym celem był klif w Mechelinkach. Na początku maszerowało nam się bardzo przyjemnie, gdyż brzeg był bardzo ciekawy, a sceneria bardzo malownicza.

    Plaże były piaszczyste, ale nie były bardzo szerokie, jak to zazwyczaj. Po lewej stronie mijaliśmy wydmy o bardzo różnorodnym ukształtowaniu. Raz były niższe, raz wyższe, a czasem, żeby przejść dalej trzeba było przeprawić się przez powalone drzewo, a innym razem z kolei stąpać po dużych stromych kamieniach.

    Niestety w okolicach plaży Babie Doły w Gdyni, natrafiliśmy na przeszkodę, której nie daliśmy rady pokonać. Leżało mnóstwo konarów drzew, które opadły i zwisały z wysokich wydm, w których zostały ich korzenie. Brzeg był w tym miejscu bardzo wąski i morze na nie zachodziło. Dodatkowo konary były wąskie i śliskie. Było to dosyć niebezpieczne, a widać było w oddali, że wyglądający odcinek w ten sposób jeszcze długo się ciągnął, a też nie wiedzieliśmy co będzie jeszcze dalej. Zrobiliśmy odwrót i szukaliśmy optymalnego wejścia na wydmy, by przejść górą. Natomiast wszędzie było bardzo stromo, a i tereny w górze jawiły nam się jako gęsto zalesione. Wchodzenie na nie wydawało się bardzo ryzykowne. Nie tylko dlatego, że było bardzo spadziście, ale też z tego względu, że skoro tyle drzew pospadało, to dodatkowo pod naszym ciężarem i poruszaniem, groziło po prostu zawaleniem. Zbocze klifu, które mieliśmy przed sobą nie wzbudzało naszego zaufania. Nie chcąc się jednak poddać postanowiliśmy obejść miastem pewien odcinek i wrócić którymś kolejnym zejściem do morza na brzeg w nadziei, że będzie już można bezpiecznie przejść. Nie było to jednak takie proste z uwagi na to, że musielibyśmy nadrobić bardzo duże odległości, gdyż teren wokoło plaży w dużym wymiarze należał do Gdańskiej Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej im. kmdr. por. pil. K. Trzaski-Durskiego. Była to baza wojskowa, więc wejście na ich teren było zabronione. W związku z tym postanowiliśmy zamówić Ubera, co też w praktyce okazało się nie takie proste. Była wówczas godzina szczytu, gdyż ludzie właśnie wracali z pracy i panowały w mieście okropne korki. W związku z tym większość taksówek była zajęta lub kierowcy z powodu braku opłacalności dla nich, odmawiali przyjechania po nas na obrzeża miasta, gdzie się znajdowaliśmy . Na oczekiwanie straciliśmy blisko godzinę. Na szczęście, gdy już Uber przyjechał, udało się sprawnie dotrzeć do Mechelinek. Kierowca był na tyle miły, że polecił nam wejście na słynny punkt widokowy w tej miejscowości, zanim dotrzemy na plażę i wskazał drogę.

    Było warto! Widok na morze i klify dookoła z takiej wysokości był naprawdę majestatyczny. I byliśmy tam zupełnie sami. Romantico 100 %!

    Następnie zeszliśmy pobliskim zejściem do morza na plażę i ruszyliśmy w kierunku Rewy. Kolejny odcinek miał z kolei zupełnie inną scenerię. Tutaj zamiast wydm z boku podziwialiśmy Rezerwat przyrody Mechelińskie Łąki. Również było to coś zupełnie innego, czego byśmy się spodziewali. Zazwyczaj nad morzem z jednej strony jesteśmy po prostu odgrodzeni mniejszymi lub większymi wydmami, które czasem bywają zalesione, a czasem piaszczyste. W każdym razie najczęściej jesteśmy oddzieleni. A tu po prostu mijaliśmy wielkie połacie zielonej, płaskiej ziemi. Mając z jednej strony otwarte morze, z drugiej mieliśmy otwartą przestrzeń. Niesamowite uczucie. Już pod koniec było nam bardzo trudno iść, ponieważ słońce już zaszło i było po prostu nieprzyjemnie zimno. Natomiast nie poddaliśmy się i doszliśmy do końca. Cypel w Rewie wynagrodził nam nasze wysiłki i bardzo nas zachwycił widokiem.

    Byliśmy tam również sami. No, nie licząc ptaków 🙂 Po zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia udaliśmy się czym prędzej ku cywilizacji w poszukiwaniu jedzenia.

    To również nie było proste, gdyż z racji tego, że po sezonie praktycznie całe miasto wyglądało jak wymarłe, praktycznie wszystko było pozamykane. Więc gdy zobaczyliśmy pierwsza otwartą knajpę, z której pachniało jedzeniem i wiało ciepłą, przyjemną temperaturą, długo się nie zastanawialiśmy, tylko tam weszliśmy. Ojj i pojedliśmy. Muszę przyznać, że porcje nas pokonały. Ogromny talerz pomidorowej z makaronem oraz wielki schabowy z frytkami i surówką…ahhhh. Tak, jak lubimy 🙂 Czuć było, że wszystko było przygotowywane na świeżo. Co tu dużo mówić…grzechu warte! Do dziś wspominamy jedzonko z uśmiechem. A to, czego nie udało nam się zjeść, zapakowaliśmy i odgrzaliśmy następnego dnia do obiadu. U nas nic się nie marnuje! To była naprawdę dobra wędrówka. Zrobiliśmy łącznie kilkanaście kilometrów. Także jedzonko nam się należało, nie mieliśmy żadnych wyrzutów sumienia co do spożytej ilości kalorii oraz ilości tłuszczu, jakie wchłonęliśmy . Plan dalej był taki, że kolejne dwa dni poświęcamy na pracę i pisanie, a ostatni dzień na wędrówkę w druga stronę, tym razem do Gdańska, gdzie obiecaliśmy uwieńczyć spacer gorącym pączusiem przy plaży w Brzeźnie, który powoli wchodzi już też do naszej tradycji wyjazdów jesienią nad Bałtyk. Niestety jak już wspominałam, nasze plany musiały ulec lekkiej modyfikacji. Kolejnego dnia Sebastiana zatkany nos z siąkającym katarem przybrał na sile, a ja również już nie czułam się dobrze, gdyż bardzo bolała mnie głowa i mięśnie. Sebastian w ciągu dnia rzeczywiście pracował, natomiast ja praktycznie przeleżałam większość czasu. Mąż po pracy do mnie dołączył pod ciepły kocyk, więc razem było już trochę raźniej. Kolejnego dnia już oboje braliśmy Gripex i wygrzewaliśmy się cały czas, by jak najbardziej wydobrzeć do kolejnego dnia, którego mieliśmy zaplanowany nadmorski spacer do Gdańska. Niestety nie udało się zwalczyć infekcji tak szybko. Mnie bardzo bolało gardło, w nocy nie mogłam też przez to spać. W związku z tym odpuściliśmy spacer brzegiem morza. Pogoda zresztą też nie zachęcała, gdyż przez większość czasu po prostu lało, niebo było bardzo zachmurzone i panował duży ziąb. W związku z tym, ubraliśmy się ciepło, jak tylko się dało i pojechaliśmy do Gdańska samochodem, by nie przerwać tradycji i zjeść gorącego pączusia.

    Ojjj tak, wszystko nam się przypomniało! Smakowały zupełnie tak samo, jak poprzednim razem. Były przepyszne. Niestety musieliśmy zjeść je w samochodzie, gdyż tak zacinało deszczem. Poczekaliśmy jeszcze trochę i kiedy na moment przestało padać, udaliśmy się na plażę, by przez chwilę spojrzeć ostatni raz na morze, po czym ruszyliśmy z powrotem do mieszkania grzać się i leczyć Gripexem.

    Jako, że większość czasu podczas tego pobytu nad morzem przesiedzieliśmy w mieszkaniu, mało korzystaliśmy z lokalnych restauracji. Głównie przygotowywaliśmy jedzenie sami. Nawet przywieźliśmy z Krakowa sokowirówkę! Tak się złożyło, że na naszym osiedlu był supermarket, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Muszę szczerze przyznać, że chyba lepiej prosperującego sklepu nie widziałam. Naprawdę ilość produktów i ich rodzajów robiła niemałe wrażenie. Ponadto znajdowały się tam ogromne stoiska z świeżą wędliną, mięsem, wyrobami garmażeryjnymi, piekarniczymi oraz cukierniczymi. Było naprawdę w czym wybierać. Jako, że jestem ogromnym łasuchem, możecie domyślać się, że wszystko się do mnie uśmiechało. Na największą pochwałę zasługują pierogi z mięsem oraz z kaczką, które stamtąd jedliśmy. Były po brzegi naładowane farszem, a ciasto było bardzo mięciutkie. Genialne! Do tego jedliśmy bardzo smaczną oraz niezwykle chrupką surówkę Colesław. Wszystko kupowaliśmy stamtąd świeże, na wagę oraz można było samemu dzięki specjalnej, bardzo prostej w obsłudze maszynie hermetycznie zapakować. Moją uwagę zwróciły również owoce i warzywa, ponieważ ich świeżość, wygląd, a także unoszący się zapach mocno działał na zmysły. Może zachwycam się tym tak bardzo dlatego, że w naszych najbliższych osiedlowych sklepach niestety często są one częściowo nadpsute i mocno przebrane. Nierzadko idąc z konkretną listą zakupową, trzeba spontanicznie zmieniać plany obiadowe. Istnym rajem dla mnie były również serki. Oszalałam na punkcie absolutnie mistrzowskiego serka Philadelphia Milka. Rzecz jasna, kupiłam na zaś i przywiozłam do Krakowa. Poznałam tam również serki z firmy Tartare, na które wcześniej nigdzie się nie natknęłam. Szczególnie zasmakował mi smak orzechowa aleja oraz borowikowy las. O mojej ekscytacji smakami i rodzajami chipsów nie będę się rozpisywać, ponieważ staramy się takich rzeczy nie jeść, więc niech tak pozostanie. Czasem robię sobie małe wyjątki do oglądania filmu, ale ciiii….. 🙂

    A propos filmów!
    Podczas pobytu w Gdyni oglądaliśmy dwa niesamowicie ciekawe, dobrze zrobione, a przede wszystkim wartościowe filmy. Trochę o nich opowiem, by Was zachęcić do ich obejrzenia, ale będę uważać, żeby za bardzo nie spojlerować.

    ZNACHOR 2023

    Sebastian wiele razy opowiadał mi o filmie „Znachor” z 1981 roku. Mówił, że jest to jeden z jego ulubionych filmów, który koniecznie muszę obejrzeć. Natomiast mimo wielu jego zachęt, przyznaję się, że do tej pory jeszcze tego nie zrobiłam. Aż w końcu zrobili nową wersję 🙂 A więc postanowiliśmy wspólnie ją obejrzeć. I muszę przyznać, że nie dziwię się, że mój Mąż tak go zachwalał. Aczkolwiek film jest całkiem inną interpretacją i ma wiele wątków, których podobno we wcześniejszej wersji nie ma. Dlatego też nie powinno się porównywać, choć Sebastian nie mógł się od tego uwolnić i co jakiś czas mówił, że coś było zupełnie inaczej, a to z kolei było podobnie. Natomiast historia, na której są oparte obydwa filmy jest taka sama. I jest naprawdę genialna. Zarówno jedna, jak i druga wersja pokazuje dawne czasy oraz obyczaje, częste przywary ludzi pochodzących z różnych środowisk, a także ponadczasowe wartości takie jak miłość, wierność, uczciwość, służba i poświęcenie. Film mnie tak poruszył, że nie pamiętam, czy w ogóle kiedykolwiek przeżywałam tak coś oglądając. Uważam, że od strony kinematografii, a także obsady aktorskiej, również zasługuje na wysoką ocenę. Bardzo polecam! A ja obiecuję obejrzeć w najbliższym czasie wersję z 1981 roku, która na pewno jest pięknym arcydziełem na miarę ówczesnych czasów.

    HISTORIA MAŁŻEŃSKA 2019

    Na ten film, trafiliśmy przypadkiem. Po prostu szukaliśmy czegoś, co by nas zainteresowało do obejrzenia na jednej z platform internetowych, na której by obejrzeć „Znachora” musieliśmy wykupić abonament na miesiąc. Ten komediodramat przedstawia historię 10 letniego małżeństwa, które dąży do jego rozpadu. Scenariusz jest bardzo realistyczny, a praktycznie każdy długoletni związek kobiety i mężczyzny mógłby się odnaleźć w niejednej scenie z tego filmu. Poziom emocji podczas kłótni małżonków wprowadza widza w osłupienie, a może nawet zawstydzenie. Ten, kto jest bardziej świadomy, szybko zobaczy w nich swoje odbicie. Chciałoby się powiedzieć „dobrze, że my się tak nie kłócimy”. Jednak relacje są pokazane w taki sposób, że naprawdę ciężko uciec w takie myślenie. Uważam, że każde małżeństwo niezależnie z jakim stażem powinno obejrzeć ten niezwykle wartościowy film. A może i nawet narzeczeństwa.. Jest to z jednej strony przestroga, w co możemy wpędzić naszą relację oraz niczemu winne dzieci, a z drugiej strony zobaczenie pewnych rzeczy w lustrze u siebie, co być może bez tego nie wydaje nam się aż takie upokarzające. Według mnie ów film nadaje się idealnie na rekolekcje dla małżonków, kurs komunikacji dla par czy też po prostu spotkanie różnych małżeństw i wspólną dyskusję. A już na pewno jest to świetny pomysł na randkę małżeńską 🙂 W każdym razie….polecamy! 🙂 Jesteśmy też ciekawi Waszych wrażeń odnośnie zarówno jednego, jak i drugiego filmu.

    Mimo, że nie mogliśmy przeżyć tego pobytu, tak jak go zaplanowaliśmy, ani trochę nie żałujemy przejechanych kilometrów. Warto było dla tych „paru chwil” nad morzem, tam pojechać. Przyszła mi do głowy piosenka, więc mały przerywnik:

    Ira – Parę chwil

    Wierzę, że morska bryza zostanie nie tylko w naszych płucach, ale i sercach na długo. Czasem nie ilość się liczy, a jakość. A było naprawdę cudownie i jesteśmy bardzo wdzięczni za ten przepiękny czas razem w tym miejscu. Na koniec wklejam krótki filmik z naszego nadmorskiego spaceru. Zawsze celebruję te chwile, kiedy jest taka cisza, morze i fale…Uwielbiam się na nie patrzeć i je chłonąć. To bardzo uspokaja oraz napawa pozytywną energią, którą potem można dzielić się po powrocie z innymi.

    A na koniec jeszcze przyszła mi do głowy piosenka:

    Kamil Bednarek – Cisza

  • Zbliżając się do marzeń..

    Zbliżając się do marzeń..

    Pamiętacie wpis o marzeniach ? Jeśli nie, to warto wrócić do niego, bo będę się do niego odnosić. Była tam mowa o tym, że warto marzyć, a więc my z Sebastianem marzymy, rozmawiamy o tych marzeniach i staramy się je realizować. A przede wszystkim wspieramy się w tym oraz pomagamy sobie nawzajem. Często u nas dzieje się tak, że Mąż motywuje mnie, by urzeczywistnić któreś z moich marzeń, a ja jego. I to bardzo doceniamy w naszej relacji.

    Motor

    Otóż okazuje się, że Sebastiana marzeniem motoryzacyjnym od czasów dzieciństwa nie był tylko Jeep, a także motocykl. Ponoć już jako dzieciak z kolegami, kiedy nikt nie widział, odpalali dwukołowy pojazd któregoś z rodziców i jeździli po wsi. Jakież to było zuchwałe i nieodpowiedzialne! Ile razy słyszałam tę historię, tyle razy przechodziły mnie ciarki na myśl, o tym, do czego to mogło doprowadzić. Ale cóż, jak to mówią „młodość ma swoje prawa”. W każdym razie temat motocyklu, co jakiś czas do nas wraca. Sebastian bardzo by chciał nim jeździć, nie tylko ze względu na swoje zamiłowanie do motoryzacji, ale także z powodów praktycznych. Jazda motocyklem w dużym mieście, jakim jest Kraków, w którym mieszkamy, znacznie ułatwia poruszanie się podczas, gdy samochody osobowe nierzadko stoją w ogromnych korkach. Jest to zmora dużych aglomeracji i niestety nie da się nic z tym zrobić. Natomiast jadąc motocyklem jesteśmy w stanie prześlizgnąć się niemalże wszędzie, zostawiając przedłużające się korki za sobą. Ponadto kuszące jest też to, że zabierając ten dwukołowy pojazd ze sobą w podróż kamperem, mielibyśmy łatwiejszy dostęp do różnych miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Moglibyśmy wówczas zaparkować nasz dom na kółkach w bezpiecznym miejscu lub na dzikiej miejscówce, a przesiąść się w motocykl i eksplorować okolice, nie musząc mieć w głowie tego, że musimy na koniec dnia szukać miejscówki na nocleg. O zmroku jest to bardzo trudne z uwagi na słabą widoczność, ale także na nasze zmęczenie i mniejszą czujność. Zaoszczędziłoby nam to również stresu, czy możemy w daną ulicę wjechać kamperem czy nie. Bowiem wiele razy podróżując kamperem zderzyliśmy się ze ścianą, kiedy nie mogliśmy w wielu miejscach wjechać ze względu na coraz częściej pojawiające się w Europie znaki zakazu wjazdu dla pojazdów kempingowych. A więc temat motocyklu w naszym małżeństwie wraca. Jednak póki co bez rezultatu, ponieważ mimo wielu zalet posiadania go, jestem jego wielką przeciwniczką. Przede wszystkim dlatego, że się boję, gdyż w moich oczach jest to bardzo niebezpieczny środek transportu. W drodze jest się całkowicie odsłoniętym. Nie chroni nas gruba zabudowa auta, nie ma poduszek powietrznych, pasów ani fotela, który trzyma nas w ryzach. Także łatwo zahaczyć o inne auta oraz jest duża pokusa, by osiągać podczas jazdy większą prędkość. Ponadto nawet jadąc poprawnie, wystarczy jeden błąd innego kierowcy na drodze, żeby stracić życie. Mnie ten wiatr we włosach zupełnie nie pociąga. Nie jest też to wymysł mojej wyobraźni, ponieważ miałam okazję parę razy jeździć motocyklem jako pasażer i nie wspominam tego czasu dobrze. Zapamiętałam to tak, że przez większość czasu miałam zamknięte oczy i zaciśnięte ze stresu zęby. Bardzo niekomfortowe były dla mnie zakręty, gdyż musieliśmy pochylać się do ulicy, wykonując manewr. Mimo tego, że byłam ciepło ubrana oraz osłonięta, było mi zimno, a podczas szybszej jazdy wręcz szczypały mnie kończyny. Ponadto żywe jest we mnie ciągle przeświadczenie, że motocykliści to „dawcy nerek”. Słyszałam też takie powiedzenie, że są oni „za szybcy by żyć, za młodzi by umierać”. To wszystko daje mi taki obraz, że wypadki wśród motocyklistów są bardzo częste i każda ich droga może być ostatnią. Czy tak jest naprawdę ? Nie wiem. Być może to wszystko jest mocno przesadzone. Natomiast nie jest na pewno odrealnione. Wiadomo, wszystko zależy od dojrzałości kierowcy, oraz innych uczestników ruchu drogowego. Natomiast trzeba przyznać, że jadąc motocyklem, często pojawia się taka pokusa, by poszarżować, co niestety często różnie się kończy. W związku z tym nie mam przekonania , co do jeżdżenia przez mojego Męża motorem. Nie chciałabym się ciągle stresować, czy wróci, czy nie. Natomiast z racji tego, że dostrzegam jego pragnienia i one są dla mnie także bardzo ważne, przykro mi czasem, że w pewien sposób je blokuję. Ale wiem też, że nie dam rady się zgodzić na takie ryzyko, a co w mojej opinii jest uzasadnione. A więc można powiedzieć sytuacja jest bez wyjścia. Aż do momentu, kiedy przyszedł mi do głowy genialny pomysł. Ponieważ zbliżała się jedna z naszych rocznic oraz okazji do świętowania, postanowiłam kupić Sebastianowi na prezent voucher na weekendowe wypożyczenie motocyklu. Pomyślałam sobie, że dla niego to będzie wielka radość, a ja będę stresować się tylko przez dwa dni. Może jakoś to wytrzymam 🙂 A jak obieca mi, że będzie jechał bardzo ostrożnie, to może nic złego się nie wydarzy. Długo trwało, jak biłam się z myślami i układałam sobie to wszystko w głowie, aż w końcu uzyskałam w tym pokój w sercu i zakupiłam Voucher. I poszło! Chyba nie musze pisać, że prezent okazał się bardzo trafiony. Radość naprawdę była wielka. Sebastian też bardzo docenił moją chęć sprawienia mu przyjemności, gdyż doskonale wiedział ile musiało mnie to kosztować, żeby się na to zdobyć. A więc pozostało tylko wybrać weekend, zarezerwować motor i ruszyć w trasę. Sebastian był tak zdeterminowany, że nawet nie zrezygnował, kiedy się okazało, że właśnie w wybrany przez niego weekend, odwiedzają nas nasi znajomi. A więc zapakowawszy przygotowany przeze mnie prowiant, mój dumny i pewny siebie Mąż ruszył w kierunku wypożyczalni, która znajdowała się na obrzeżach Krakowa, by odebrać motocykl. Ogromne było moje zdziwienie, kiedy po godzinie zadzwonił, że wraca. Okazało się, że zbyt wysoko ocenił swoje możliwości. Co prawda, prawo jazdy kategorii B wystarcza, by móc jeździć motocyklem o pojemności silnika 125 cm3 i maksymalnej mocy silnika 15 KM, ale właściciel wypożyczalni zasugerował mu wcześniejsze wykupienie kilku godzin jazd doszkalających, by zrozumieć o co chodzi w tej jeździe. A z racji, że była to już jesień, zaproponował też przedłużenie ważności vouchera na następny rok, by mógł na spokojnie wziąć sobie jazdy i przy ładnej pogodzie go wykorzystać. Oczywiście Sebastian skorzystał z rad eksperta. Przyznał mi, że trochę za bardzo chojrakował oraz, że myślał, iż skoro jako dzieci sobie radzili, to nie może to być nic trudnego. Natomiast nie jest to taka prosta sprawa, jak się może wydawać. Żeby zachować bezpieczeństwo na drodze, trzeba najpierw pewne rzeczy przyswoić i czegoś o tej jeździe się dowiedzieć. Także trzeba było poczekać jeszcze rok na spełnienie tego marzenia.

    Natomiast rok później się już udało! Podczas odbytych doszkalających jazd, Sebastian rzeczywiście otrzymał dużo przydatnych informacji. Bardzo ciekawą rzeczą był mechanizm w motorze, by przy prędkości powyżej 30 km./h kręcić kierownicą w przeciwna stronę niż zamierza się rzeczywiście skręcać. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale mój Mąż mówił, że to naprawdę tak działa. W każdym razie po skończonym szkoleniu czuł się naprawdę przygotowany do jazdy, a i ja byłam dzięki temu spokojniejsza. Niestety tak czasowo się ułożyło, że motocykl wypożyczył, kiedy już lato było na ukończeniu i nie miał zbyt ciepłej temperatury na zewnątrz, co wiadomo przy jeździe tym pojazdem na odkrytej przestrzeni, gdzie przy większej prędkości wiatr uderza bezpośrednio w człowieka, ma znaczenie. Natomiast frajda i tak była pierwszorzędna.

    A tymczasem pora na śmieszny, tytułowy przerywnik:

    MŁODE WILKI – Skóra, Fura i Komóra

    Sebastian wybrał sobie spokojne, malownicze trasy z dala od miasta, by rzeczywiście poczuć tę jazdę oraz nacieszyć oczy pięknymi widokami. Pierwszego dnia pojechał do Brzeska, a drugiego nad Jezioro Dobczyckie. Był bardzo zadowolony. Natomiast kolejny raz przyznał, że za bardzo się przeliczył, jeśli chodzi o wyobrażenia o tej jeździe. Wydawało mu się to o wiele prostsze. Natomiast po swoim doświadczeniu jeżdżenia motocyklem przez weekend stwierdził, że wymaga to jednak umiejętności oraz obycia z tym pojazdem, żeby rzeczywiście móc jeździć swobodnie. Bardzo mu się podobało, ale jeździł powoli i ostrożnie, bo właśnie nie czuł się tak pewnie, jak przy prowadzeniu samochodu. Ponadto jednego dnia Sebastian miał mnie wziąć na krótką przejażdżkę, ale ostatecznie nie chciał ryzykować. Mówił, że z dodatkowym obciążeniem, a także po prostu z drugą osobą za sobą to może być zupełnie inna jazda. A więc wolał odpuścić, z czego oczywiście jestem bardzo dumna. Ogromnie doceniam w moim Mężu to, jaki jest mądry i rozsądny. Ma swoje szalone pragnienia i wariacje, ale jak przychodzi co do czego, to potrafi wykazać się rozwagą. I całe szczęście wie, że ma do kogo wracać 🙂

    Muszę też przyznać, że Sebastian w tej skórze i z tym motorkiem u boku prezentuje się bardzo dostojnie 🙂 Mój przystojniak :*


    Jeśli jesteście zainteresowani i chętni , by przesłać Wam praktyczne informacje, gdzie i z czego Sebastian korzystał, lub jak zabrać się do tematu jazdy na motorze, to piszcie do nas, chętnie pomożemy.

  • Ale to już było… 🙂

    Ale to już było… :)

    Urlop 2022

    Tak, wpis będzie o urlopie w 2022 roku, nie pomyliłam się 🙂 A więc zapraszam Was do moich wspomnień z ubiegłorocznych wakacji 🙂 Byliśmy wtedy tydzień w Austrii w regionie Tyrolu, a potem 2 tygodnie we Włoszech, tym razem w Apulii. Oczywiście podróż była kamperem. Póki co skupię się na pierwszej części naszego urlopu.

    Dlaczego Tyrol ?


    Skąd w ogóle wziął się pomysł ?

    Jak to ze mną, będzie długo. Wstęp, rozwinięcie, zakończenie – Mężu mój, pewnie już się śmiejesz 🙂
    Otóż parę lat temu byłam na paromiesięcznym stażu w Austrii. Odbywało się to w bardzo ciekawym miejscu – Lebenswelt Wallsee – Barmherzige Brüder.
    Mieszkałam tam i pracowałam z głuchymi osobami cierpiącymi na zaburzenia psychiczne. Cudowny czas! W czasie wolnym dużo podróżowałam po Austrii i zwiedzałam odkrywałam jej różne regiony.

    To był mój ówczesny image 🙂 Trochę się zmieniło nie ? 🙂

    Couchsurfing

    Korzystałam wtedy z okazyjnych cen biletów wakacyjnych dla młodych osób, z autostopu, hosteli, a także Couchsurfingu ( serwisu internetowego, gdzie ludzie oferują bezpłatnie osobom podróżującym nocleg w swoim własnym mieszkaniu, a czasem też lub tylko oprowadzanie po danym regionie, gdzie mieszkają, a turyści mogą z tego korzystać) Podczas czasu spędzonego w Austrii właśnie w ten sposób poznałam tam świetnego człowieka – Patricka, z którym znajomość została na długo. W zasadzie trwa do dzisiaj 🙂 Jest to ciekawe, ponieważ wcale na początku się nie zapowiadało, że tak się stanie. Bowiem zaczęło się od pewnego napięcia. Zanim umówiłam się z Patrickiem na ugoszczenie mnie przez niego u siebie i pokazanie jego rodzinnego regionu – Tyrolu, byłam w górach z inną osobą. Był to chłopak, który zaoferował mi swoją pomoc właśnie przez Couchsurfing. Byliśmy razem na jednodniowym trekkingu, tego samego dnia wracałam z powrotem do miejsca, gdzie mieszkałam. Podczas wycieczki było wszystko w porządku, rozmawialiśmy, podziwialiśmy piękne widoki i cieszyliśmy się pięknym otoczeniem i naturą. Natomiast, kiedy się rozstaliśmy, jeszcze przez pewien czas ze sobą pisząc, zaczęłam dostawać od niego dziwne wiadomości, które brzmiały niejednoznacznie, a wręcz erotycznie. Byłam w szoku, ponieważ wcześniej, kiedy pisaliśmy, a także podczas wędrówki nic tego nie zapowiadało. Ja byłam też bardzo ostrożna, więc często przy kontakcie z płcią męską przy korzystaniu z autostopu czy Couchsurfingu, mówiłam, że jestem w związku z mężczyzną. I tak też było w tym przypadku. Kiedy zaczęłam dostawać niepokojące sygnały w wiadomościach SMS, od razu poprosiłam moją bliską znajomą, która jest lingwistką, by spojrzała na nasze konwersacje (były po niemiecku), czy może ja nie dałam mu czegoś nieumyślnie do zrozumienia, że mógł to inaczej zinterpretować. Koleżanka po przejrzeniu naszych rozmów stwierdziła, że nic z mojej strony nie było tam niejasnego ani dwuznacznego. Oczywiście już więcej razy z nim nigdzie się nie wybrałam. Po prostu jasno napisałam mu, że nie interesuje mnie taka znajomość i urwałam z nim kontakt. Jeszcze przed poznaniem Patricka miałam jedną dziwną sytuację z chłopakiem z tego serwisu. Tym razem wybrałam się na nocne zwiedzanie Wiednia i dyskoteki. Najpierw zostałam uraczona kolacją, potem przyszedł jeszcze jeden jego znajomy i udaliśmy się gdzieś wspólnie potańczyć. Było bardzo miło, chłopak pytał się o moje preferencje, więc bawiliśmy się w klubie z rockową muzyką. Bardzo to doceniłam, bo z wcześniejszej rozmowy wiedziałam, że to nie są klimaty tego chłopaka. Potem za moją propozycją poszliśmy do klubu z muzyką klubową, którą on z kolei bardziej preferował. Następnie wróciliśmy do jego mieszkania, gdzie tak jak się wcześniej umawialiśmy, były przygotowane osobne posłania. Kiedy zmywałam makijaż, mój host zapytał się mnie, czy chcę się teraz całować. Byłam bardzo zaskoczona, przede wszystkim sposobem, w jaki zadał mi to pytanie. Tak, jakby pytał mnie bez żadnych emocji, czy chcę kanapkę. Kiedy odpowiedziałam, że nie, zupełnie tak samo obojętnie odparł „ok”. Następnie wskazał mi miejsce do spania na materacu na podłodze. Wcześniej zrozumiałam, że ja miałam spać na łóżku, on na podłodze. Oczywiście nic się nie odezwałam, naprawdę było mi wszystko jedno. Natomiast to w połączeniu z kolejnymi jego późniejszymi zachowaniami, dało mi do myślenia. Rano obudził mnie zapach kawy i owsianki. Kiedy weszłam do kuchni, ten chłopak powiedział z taką samą apatycznością jak wczoraj, że jak chcę kawy to mogę sobie zrobić i że za niedługo musimy wyjść z mieszkania. Rzeczywiście mówił poprzedniego dnia, że będziemy musieli wcześnie się zebrać, ponieważ wylatuje z rodzicami na wakacje. Mimo wszystko była to dla mnie bardzo krępująca sytuacja przez wiszące w powietrzu gęste powietrze. Choć nic niebezpiecznego dla mnie się nie wydarzyło, to był we mnie dziwny niepokój. Ale mając w głowie to, ile dobra dostałam od wielu innych osób, na szczęście te dwie opisane przeze mnie sytuacje nie zraziły mnie do dalszego korzystania z tego serwisu. Natomiast w głowie mi coś zostało i byłam po tych doświadczeniach bardziej ostrożna przy umawianiu się z osobami. I tak jak pisałam, kolejną osobą, od której korzystałam z gościnności w ramach Couchsurfingu, był Patrick. Jak tylko zaczynaliśmy dogadywać szczegóły mojego przyjazdu, od razu wyjechałam z bardzo konkretną i stanowczą wiadomością , że jeśli myśli, że jestem dziewczyną, która wejdzie mu podczas tego pobytu do łóżka to jest w błędzie oraz, że nie chciałabym niepotrzebnych, niezręcznych sytuacji. Patrick wtedy był bardzo zaskoczony, zmieszał się, ale oczywiście zapewnił mnie o swoich czystych intencjach w stosunku do mnie. Po przyjeździe szybko zrozumiałam, że moja bezpośrednia wiadomość mogła go naprawdę zaboleć, gdyż okazał się człowiekiem z sercem na dłoni o bardzo dużej wrażliwości. Na szczęście udało mi się szybko mu wyjaśnić czym była podyktowana moja reakcja i spędziliśmy razem naprawdę przepiękny czas.

    Przychodzi mi na myśl jedna piosenka:

    Gaba Kulka – niejasności

    Patrick pokazał mi przez weekend spędzony u niego naprawdę bardzo dużo pięknych, też bliskich mu miejsc. Wszystko zaplanował, zorganizował tak, że ja nie musiałam się o nic martwić. Podczas stażu w Austrii przyjechałam do Tyrolu raz jeszcze, a w kolejnym roku spędziłam tam urlop. Patrick natomiast odwiedził mnie już trzy razy w Krakowie. Tyrol tak bardzo mi się spodobał, że już od dawna marzyłam, żeby pokazać go Sebastianowi. Mój Mąż podobnie jak ja kocha góry, więc byłam pewna, że ten klimat bardzo mu się spodoba. A Patricka też bardzo polubił. Poznał go podczas jego odwiedzin Krakowie, ponieważ już wtedy się spotykaliśmy i spędziliśmy razem część czasu podczas jego wizyty w Krakowie. Ponadto byliśmy bardzo poruszeni tym, że Patrick przyjechał na nasz ślub, mimo, że nie mogliśmy zorganizować wesela. Na domiar wszystkiego z racji tego, że odbywało się to w pandemii Covid podczas obowiązujących na całym świecie najbardziej restrykcyjnych obostrzeń, granice były poblokowane, a hotele zamknięte. Patrick zatem musiał bardzo kombinować, żeby to całe przedsięwzięcie się udało. A więc mieliśmy kolejny powód ku temu, by odwiedzić Tyrol oraz Patricka i jeszcze raz mu podziękować. A więc stąd pomysł na Tyrol, oto cała historia.

    Droga do Austrii

    A więc ruszyliśmy w drogę. A Akurat – droga długa jest 🙂

    Natomiast naszym kamperem urlop zaczyna się tuż po usadowieniu się w nim z bagażami, a nie dopiero po dojechaniu do miejsca docelowego. Wtedy to zostawiamy Kraków, obwiązki oraz sprawy, które nas frapują. Uwielbiamy jeździć. Sebastian bardzo lubi prowadzić samochód, a ja uwielbiam być pasażerem. Zawsze jedziemy sobie spokojnie, bez pośpiechu. Kiedy stajemy się głodni, zatrzymujemy się w najbliższym możliwym miejscu i gotujemy w naszej kamperowej kuchni. Gdy natomiast dopada nas zmęczenie oraz senność, robimy sobie przerwę na drzemkę. Cudownie jest wozić wszystko ze sobą – kuchnię, sypialnię i łazienkę. Pełna niezależność! Nie potrzebujemy nic więcej, by przetrwać. Tylko Bóg, my i nasz domek na kółkach. Piękna idea, a jak wiecie z pierwszego wpisu, ja uwielbiam idee 🙂
    W drodze do Wörgl zatrzymaliśmy się na nocleg na jednej ze stacji benzynowych. Może nie było to super urokliwe miejsce, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Przynajmniej wiedzieliśmy, że mamy blisko do drogi, nie musimy tracić czasu na zjeżdżanie z niej i później dojeżdżanie. Niestety pogoda wpędzała nas w lekki strach. Im bliżej byliśmy Tyrolu, tym chmury były ciemniejsze, a deszcz coraz bardziej zacinał. Mieliśmy nadzieję, że nie jest to zapowiedź kolejnego tygodnia, a raczej znak, że jak teraz będzie padać, to podczas naszego pobytu w Austrii będzie towarzyszyło nam cały czas piękne słońce. Z taką ufnością jechaliśmy. I tak też było. Wspaniale się złożyło, że w dni, kiedy eksplorowaliśmy Tyrol pogoda nas rozpieszczała promienistym słońcem, a kiedy potrzebowaliśmy odpoczywać – wówczas padało. Idealnie 🙂

    Nasza droga przebiegła bezpiecznie i było nam podczas niej bardzo przyjemnie 🙂
    Lady Punk – Znowu pada deszcz

    U Patricka byliśmy później niż się deklarowaliśmy, ale tak jak wspominałam, zupełnie nie czuliśmy pośpiechu. Drogą też trzeba się delektować. Patrick przywitał nas ciepłym obiadem. Cudownie było zjeść ciepłą i przepyszną zupę – krem serowy z typowego dla regionu Tyrolu -Tiroler Graukäsesuppe . Przepyszny i niezwykle rozgrzewający posiłek. Ser ten ma bardzo wyrazisty i intensywny smak. Myślę, że nie każdemu może smakować. Ale na pewno warto spróbować. Nasze kubki smakowe były bardzo zadowolone. Generalnie przed wyjazdem kupiliśmy ten ser i zabraliśmy w dalszą podróż. Przyjechał z nami do Polski, gdzie niedługo po powrocie, zrobiłam z niego zupę serową 🙂 Mistrzostwo! Od tego czasu jest ona w naszym stałym menu 🙂 Bardzo fajnie się złożyło, ponieważ Patrick w czasie, kiedy przyjechaliśmy wykorzystał swój zaległy urlop w pracy. I dzięki temu mógł zaplanować z nami wspólny czas. Cudownie było wrócić do miejsc, w których byłam wcześniej na innym etapie swojego życia. Wówczas byłam panną, u której kształtowały się wartości oraz ugruntowywał się światopogląd. Było też we mnie żywe oczekiwanie i nadzieja na Miłość, a jednocześnie chęć realizacji swoich pragnień, urzeczywistniania marzeń oraz dbania o swój rozwój, a także o dobry wybór ścieżki zawodowej. Bardzo dobry i płodny czas. Natomiast teraz, kiedy odwiedziłam Tyrol po latach, okres w moim życiu był zupełnie inny. Bowiem nie byłam już panną, lecz sakramentalną żoną. Wartości i światopogląd już się ugruntowały, choć wiadomo człowiek musi o nie dbać i pielęgnować nieustannie, taka już przewrotna nasza natura. Wcześniej, szukająca wrażeń, ucząca się wyznaczania granic, co jest dla mnie dobre, a co złe. Obecnie, już bogatsza w tą wiedzę, ale starająca się wykorzystywać ją w praktyce 🙂 A z tym różnie bywa. W każdym razie było to bardzo ciekawe doświadczenie odwiedzić pewne miejsca, w których od kiedy się było, upłynęło dość sporo czasu, a także dużo się w moim życiu zmieniło. Człowiek patrzy na tę samą górę i niby wie, że nie mogła się przesunąć, a jednak widzi dokładnie, że nie wygląda ona tak samo. Inne barwy, kszałty, kolory.. Choć przez innych niedostrzegalne. Ale co najistotniejsze – ta góra co innego do nas mówi. Ja mocno wierzę, że Opatrzność działa zarówno przez osoby, sytuacje, jak i miejsca. I jeśli tylko otworzymy nasze serce i zanurzymy się w jego głębi, możemy się właśnie tam z Nią spotkać. Ale trzeba zostawić nasze myśli, zmartwienia, plany, a być tu i teraz w danym momencie. Natomiast by tak się stało, należy o to zawalczyć. Przypomniał mi się fragment dialogu bohaterów jednego z moich ulubionych filmów „Siła spokoju”:
    – Bo nie uważałeś. Tak jak i teraz. Umysł znów ci się wypełnia, przeoczasz wszystko co dzieje się wokół.
    – Nic się nie dzieje.
    Sokrates ścisnął Dana za ramiona i Dan doświadczać zaczął przez jakiś czas w pełni rzeczywistości, był w pełni w tu i teraz.
    – Zawsze coś się dzieje… Wyrzuć śmieci. To one zagradzają ci drogę do tego, co naprawdę się liczy – do chwili obecnej. Tutaj. Teraz. Gdy będziesz tu i teraz, zdumiejesz się, co potrafisz i jak łatwo ci to przychodzi.


    Fragment filmu „Siła Spokoju”

    A więc pora coś powiedzieć na temat, co my w tym Tyrolu zobaczyliśmy oraz czego doświadczyliśmy.

    Ordnung muss sein!

    Kiedy dojechaliśmy do Wörgl, Patrick pokierował nas na dość duży, niedrogi parking blisko jego mieszkania. Jakże się on nam spodobał! Mało aut, cisza i spokój, niedrogi i jeszcze z widokiem! No i do tego były kosze na śmieci! Popatrzcie sami:


    A więc uradowani jednogłośnie wydaliśmy z siebie okrzyk radości: „Austria nam sprzyja”. Natomiast już od kolejnego dnia doświadczaliśmy, jak bardzo się pomyliliśmy. Z samego rana obudził nas ogromny hałas wjeżdżających i wyjeżdżających z parkingu aut. Szybko uzmysłowiliśmy sobie, że poprzedniego dnia, kiedy przyjechaliśmy była niedziela, a więc tego dnia był poniedziałek – dzień pracy. Widocznie stanęliśmy na parkingu przeznaczonym dla osób zatrudnionych w niedalekiej odległości. Naprawdę nie było nam wesoło, gdyż ruch był naprawdę duży. A my z racji zastanego pustego parkingu, ustawiliśmy się tak, żeby nam było dobrze głównie pod względem widokowym. A niestety należało uczciwie przyznać, że przy takim ustawieniu nasza kruszyna mogła innym trochę w przemieszczaniu się przeszkadzać. A jeszcze, jakby było mało, w pewnym momencie spod naszego kampera zaczęła wypływać kałuża szarej wody. Nasz zbiornik prawdopodobnie się napełnił do maximum i zaczął wypuszczać nadmiar. Także byliśmy w bardzo nieciekawej sytuacji. Wydawało się, że już gorzej być nie może. A jednak! W pewnym momencie podeszła do nas starsza Pani i zaczęła wypytywać nas co my tu robimy i jak długo tutaj jeszcze zostaniemy. Niedługo później okazało się, że ta kobieta nadzorowała automat, gdzie wrzucało się pieniądze za parking i tym samym uważała się za dozorczynię tego miejsca. Uświadomiła nas, że przy wjeździe znajduje się znak „zakaz kempingowania” oraz, że jest to parking, na którym można parkować samochód tylko jeden dzień, ponieważ jego przeznaczeniem to możliwość zostawienia samochodu dla osób dojeżdżających rano do pracy w Wörgl oraz wyjeżdżających wieczorem. Ciężko nam było się z nią dogadać po austriacku, ale z pomocą Patricka daliśmy radę to wszystko zrozumieć. Ale nie zmieniało to faktu, że byliśmy w nie lada kłopocie. Ostatecznie w pewnym momencie wynieśliśmy się stamtąd i przenieśliśmy na kemping poza miastem. Z kobietą mającą pieczę nad parkingiem, Sebastian miał jeszcze przygodę „śmieciową”. Kiedy poszedł z naszymi workami ze śmieciami , by je wyrzucić do stojących przy parkingu koszy, ta kobieta zjawiła się zaraz obok niego niczym bumerang. Następnie zaczęła mu te worki otwierać i kazała razem z nią sprawdzać wszystko po kolei wyjmując, czy na pewno wykonaliśmy dobrze segregację. A więc w bardzo wyraźny sposób przekonaliśmy się, co to znaczy słynne i prześmiewcze niemieckie „Ordnung muss sein”.

    Tyrol to góry!

    Tyrol to niezwykle górzysty oraz niesamowicie malowniczy region Austrii. Wcześniej ja sama, a teraz wspólnie z Mężem zobaczyliśmy naprawdę najpiękniejsze jego zakątki. Mieliśmy to szczęście, że stacjonowaliśmy w miejscowości, gdzie mieszka wspominany wcześniej kolega Patrick. On tutaj się urodził oraz wychował, a więc znał te rejony jak własną kieszeń. Z wielką dumą i ochotą zabierał nas do wszystkich punktów, które uważał za najbardziej warte uwagi. Miał ogromną radość z planowania naszych wycieczek, organizacji oraz logistyki. A my jeszcze większą z pozwolenia mu na to wszystko. Żadną z wymienionych kwestii nie musieliśmy się przejmować. Była to duża ulga, gdyż ogarnianie tych rzeczy w obcym mieście, w innym języku oraz w odmiennej kulturze nie należy do najłatwiejszych.
    Posłuchajcie nut, które bardzo dobrze oddają klimat niesamowicie urokliwego Tyrolu.

    Słynne tyrolskie jodłowanie

    Trekking w Zillertal

    W pierwszy dzień dobrej pogody, spakowawszy się w plecaki, zabierając ekwipunek na co najmniej 2 dni, wybraliśmy się do Mayerhofen, centrum bajecznej Doliny Zillertal. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w uroczym miasteczku Rattenberg, które słynie z ręcznej produkcji wspaniałych wyrobów ze szkła. Z miłą chęcią odwiedziłam to miejsce po raz drugi.
    Jeśli chodzi o miasteczko Mayerhofen, które było naszą bazą wypadową, by wejść na szlak, przypominało nam ono nasze polskie Zakopane. Natomiast witryny sklepowe i uliczki, przy których kręciły się różne biznesy, były niczym znane wszystkim Krupówki. Dla niektórych wypoczynek w górach zaczynał się i kończył w tym właśnie miejscu. „Po co wchodzić wyżej, przecież z dołu też widać góry” Na dole jest jedzenie, picie i widoki, czyli dla pewnej grupy turystów, wszystko to, czego potrzebują. My natomiast zrobiliśmy tam tylko szybkie zakupy, by mieć prowiant na wędrówkę i wjechaliśmy kolejką gondolową w górę, by znaleźć się prosto na szlaku. Tego dnia było już popołudnie, a więc naszym celem na ten dzień było niezwykle klimatyczne schronisko Karl von Edelhütte. Mieściło się ono na 2 238 m.n.p.m.

    To było coś! Gdyby nie niskie temperatury, siedzielibyśmy na zewnątrz do samego pójścia spać. I to było prawdziwe schronisko, a nie to co robią z większością schronisk w Polsce, czyli przekształcają na hotele. Tutaj było naprawdę górsko. W kranach leciała wyłącznie zimna woda, a wręcz lodowata. Prysznic był na zewnątrz za drewnianą przegrodą. Nie wiem czy znalazł się jakiś szaleniec, by z niego skorzystać. Na pewno nikt z nas. Nie dość, że na takiej wysokości nawet latem temperatury oscylowały wokół zera, to jeszcze ta lodowata woda.. Uczucie polewania się nią można by porównać z łamaniem kości. Jedzonko, które zamawialiśmy było przygotowywane na bieżąco. Oczywiście wyboru można było dokonać z paru dań w menu, co było podyktowane utrudnieniami w transporcie produktów na taką wysokość. Na szczęście był mój ukochany Tiroler Gröstl – iście tyrolski klasyk! Są to pokrojone w kosteczkę  ziemniaki podsmażone razem z cebulą i boczkiem, czosnkiem i ziołami, oraz wołowym mięsem, również drobno posiekanym. Dopełnieniem jest jajko sadzone, umieszczane na samej górze. Oczywiście idealnie lekko ścięte. Ten niebiański przysmak podaje się w specjalnym blaszanym rondelku, choć w niektórych restauracjach podawane jest także na talerzach. Było przepyszne! Ja już poprzednim razem się rozsmakowałam w tym daniu, że po powrocie do Polski usilnie próbowałam odtworzyć. Jednakże nigdy nie wyszło mi tak dobre, jak tam jadłam. Co kultura, to kultura. W każdym razie już idąc szlakiem pod górę, wyobrażałam sobie, co zamówię po dojściu do schroniska. Na deser kosztowaliśmy kolejnego przysmaku austriackiego, a mianowicie Kaiserchmarrn, czyli inaczej omletu cesarskiego. Jest to deser w postaci puszystego omletu smażonego w kawałkach oraz podawanego tradycyjnie z powidłami śliwkowymi lub z musem jabłkowym. Pychotka! Ale dosyć o jedzeniu, gdyż o tym będzie osobny rozdział!
    W schronisku Karl von Edelhütte spaliśmy w wieloosobowym pokoju na piętrowych łóżkach. Było tak zimno, że z Sebastianem postanowiliśmy spać razem na małej jedynce, by co nieco więcej się ogrzewać od siebie. No wiadomo, głównie ja od Męża 🙂
    Zatem wczesnym rankiem, po śniadaniu w schronisku, które poprzedniego dnia należało wcześniej zamówić, wyruszyliśmy ku przygodzie. Ahornspitze, przybywamy!

    Trzeba przyznać, że nie była to prosta droga. Wymagała siły, ale także odwagi, gdyż momentami było dosyć stromo. A przy moim lęku, który pozostał mi po incydencie, jaki miałam parę lat temu w Tatrach, był to naprawdę wyczyn. Ale dałam radę! Z Mężem u boku oraz powolutku krok za kroczkiem wszystko wydaje się prostsze. Dziękuję Kochanie, że jesteś w takich chwilach przy mnie, wspierasz mnie i nie denerwujesz się, że Cię spowalniam. Ta pełna akceptacja i zrozumienie doprowadzą Cię kiedyś do Nieba, zobaczysz 🙂 A więc szczyt zdobyty! 2973 m.n.p.m. to nie bagatela! A jakież były widoki!

    Dużą satysfakcje miał też Patrick, który podejmował drogę na ten szczyt już parę razy i nigdy nie wszedł do końca. Zawsze coś przeszkadzało. Raz zmrok zastał jego i znajomych na szlaku i w konsekwencji musieli zawrócić. Innym razem ktoś z ekipy się źle poczuł i również był odwrót. Chyba była jeszcze jedna nieudana próba, ale już dokładnie nie pamiętam. W każdym razie nam tego dnia się udało. Podczas moich ostatnich odwiedzin w Tyrolu, byłam z Patrickiem w schronisku Karl von Edelhütte, ale stąd wyruszaliśmy na równie ciężki trekking do kolejnego schroniska, bez wchodzenia na szczyt. Mieliśmy wtedy zaplanowaną wycieczkę na parę dni od schroniska do schroniska. To taki słynny w tym regionie szlak „Berliner Höhenweg”. Natomiast Patrick był wtedy bardzo umęczony drogą, dużymi kamieniami oraz problemami ze wzrokiem. Rozsądek kazał mu zrezygnować i rozdzieliliśmy się. On zszedł na dół, a ja miałam dołączyć do innych turystów i podążać dalej. Natomiast moja wędrówka trwała jeszcze tylko 2 dni ze względu na zmieniającą się pogodę. Z mojego punktu widzenia Austriacy mają dużą pokorę do gór i nie szarżują tam, gdzie nie trzeba. Kiedy zmienia się pogoda i robi się niebezpiecznie, pokornie schodzą w dół, niezależnie od planów, jakie mieli. To bardzo ważne. Wiadomo, nie można generalizować, ponieważ są pewnie i osoby, które niepotrzebnie podejmują ryzyko i idą dalej mimo trudnych warunków. Natomiast mam wrażenie, że w Polsce śmiałków jest dużo więcej. Po tej wędrówce obydwoje z Mężem stwierdziliśmy, że widzimy dużą różnicę pomiędzy Austriackimi Alpami, a Tatrami, które mamy w Polsce. Tutejsze góry są zdecydowanie bardziej przestrzenne. Wędrując podziwialiśmy częściowo skaliste, częściowo zalesione góry oraz ośnieżone szczyty lodowców. Niestety ulegają one coraz to większemu topnieniu. Tempo tego zjawiska ciągle wzrasta.


    Schodząc ze szczytu przechodziliśmy przez schronisko Karl von Edelhütte, w którym nocowaliśmy. Postanowiliśmy się tam zatrzymać na jedzenie. Oczywiście co ? Wienerschnitzel! Jedna porcja to dwa niczego sobie kotlety. Do tego podsmażone ziemniaczki, surówka i lemoniada! Oj tak należało nam się po takim trekkingu! Po kawałku kotleta zapakowaliśmy i wzięliśmy na wynos i zjedliśmy ze smakiem na kolację. Ja bym dopchała, ale Mąż odpuścił, więc z przyzwoitości też się poddałam.

    Szczyt Ebner Joch

    Kolejną naszą zdobyczą w austriackich Alpach był szczyt Ebner Joch. On również ma dla mnie wartość sentymentalną, gdyż także wchodziłam na niego z Patrickiem przy okazji wcześniejszego pobytu w Tyrolu. I tak jak parę lat temu skradł moje serce, tak teraz uczynił z nim to samo. Jak zwykle dość dużo czasu poświęciliśmy na szukanie miejsca, by zaparkować naszego kampera. Mieliśmy w głowie, że w zależności, o której godzinie zejdziemy, ale możemy tutaj zostać na nocleg. Dlatego walory miejscówki były tym bardziej przez nas pożądane. Jak to zwykle musieliśmy trochę nerwów stracić i się nagimnastykować. Wiedzieliśmy już, że w Austrii mają zdecydowanie mniej luźny stosunek do stosowania się do zakazów i nakazów niż we Włoszech, więc i nasza uwaga była bardziej wyczulona. Ale w końcu się udało. Miejscówka co prawda płatna, ale jakże urokliwa i ustronna!

    Na początku szliśmy przez las. Patrick jako częsty bywalec znał wiele skrótowców. Ale gdy tylko się z niego wyłoniliśmy widoki nie przestawały ani na chwilę nas zachwycać. I te kolory!

    Muszę przyznać, że tego dnia zaczęła mi się nasza kobieca przypadłość, więc byłam trochę marudna. Mój Mąż pewnie powiedziałby, że bardzo 🙂

    Kiedy doszliśmy do schroniska Patrick powiedział nam, że źle się czuje i chciałby tutaj zostać i na nas poczekać, aż zdobędziemy szczyt i zejdziemy po niego z powrotem. Stanęliśmy przed trudną decyzją. Baliśmy się go zostawić, gdyż mało wiedzieliśmy o jego stanie zdrowia i nie mieliśmy pojęcia, czego możemy się spodziewać. Mówił nam, że nie wziął jakiegoś leku, który na co dzień zażywa i ma to związek z wysiłkiem oraz jego sercem. Natomiast szkoda nam było też odpuścić drogę na szczyt, gdyż pogoda była przepiękna, a także byliśmy świadomi faktu, że nie wiadomo czy kiedykolwiek jeszcze w tym miejscu będziemy. Cóż, parę spojrzeń w Górę, chwila rozmowy i zaczęliśmy piąć się wzwyż. Była totalna lampa, szczyt był całkowicie odsłonięty, a więc słońce prażyło w nas konkretnie. Pod samym szczytem był dość wymagający technicznie fragment, gdzie rzeczywiście odczuwałam lęk. Na szczęście jak zwykle pod okiem Męża, udało mi się go bezpiecznie pokonać. W moim sercu pojawił się chwilowo smutek, gdyż przypomniałam sobie czas, kiedy parę lat temu wchodziłam tutaj z Patrickiem i byłam całkowicie wolna od strachu, wbiegając na górę niczym kozica. Ale cóż, jest jak jest i trzeba to przyjąć. Wszystko jest po coś. Może dzięki temu mam więcej pokory i bardziej potrafię zachwycić się tym, co widzę, a przede wszystkim więcej dostrzec. Kiedyś cały czas biegłam, nie potrafiąc się zatrzymać. Wydaje się, że momentami nie wiedziałam za czym tak biegnę i w jakim celu. Obecnie zdecydowanie więcej chodzę, podążam i robię więcej przerw, by się zatrzymać.
    Szczyt zachwycił nas bez reszty. Krajobraz, który rozpościerał się dookoła był jak z obrazka. Kiedy zrobiliśmy sobie zdjęcie i wysyłaliśmy je znajomym z pozdrowieniami, część z nich nie chciała wierzyć w jego wiarygodność. Posądzali nas, że dokleiliśmy siebie do obrazka 🙂 Popatrzcie sami!

    Uczciwie możemy powiedzieć, że to była najpiękniejsza panorama, którą widzieliśmy kiedykolwiek w życiu w górach.

    Widać na niej przepiękne jezioro Achensee, największe w regionie Tyrolu. Bardzo chciałam udać się tam też podczas tego wyjazdu. Niestety z przyczyn od nas niezależnych nie udało się. Ja byłam tam z Patrickiem podczas pierwszego wyjazdu. Stacjonuje tam jego łódka, którą lubi pływać. Wtedy nie wypływaliśmy nigdzie daleko, ale samo bycie tam i poczucie tego klimatu przebywania na wodzie w otoczeniu okazałych gór, było ekscytujące. Nawet mam stamtąd zdjęcie w czapce kapitana 🙂
    Po zejściu do schroniska, zastaliśmy Patricka zdecydowanie w lepszej formie. Był po obiedzie, odpoczynku, a nawet udało mu się trochę przespać znajdując skrawek cienia w pięknej scenerii. Ucieszyliśmy się bardzo, gdyż naprawdę się o niego martwiliśmy. A więc posililiśmy się w schronisku i zeszliśmy na dół. Nie było jeszcze tak bardzo późno, więc postanowiliśmy, że jeszcze tego dnia wyruszymy w stronę Inssbrucka, żeby kolejnego dnia już od rana móc go zwiedzać, gdyż taki był kolejny cel naszej podróży. Z nieocenioną pomocą Patricka udało nam się jeszcze znaleźć Mszę Świętą w okolicy i przed wyjazdem jeszcze w niej uczestniczyć. Tu już się z nim pożegnaliśmy, dziękując mu ogromnie za wszystko, co dla nas zrobił. Patrick, czekamy na Twoje odwiedziny w Polsce. W Krakowie zawsze będzie czekać na Ciebie u nas miejsce. Serdecznie zapraszamy!

    Innsbruck

    Innsbruck to kolejna perełka Tyrolu! Miasto, w którym niezależnie, w którym kierunku się spojrzy, widać góry. A z samego centrum można wjechać kolejką na Nordkette, czyli najbardziej wysunięty na południe łańcuch górski Karwendel.

    Jak zwykle nam się wszystko przedłużyło i do Innsbruck zajechaliśmy bardzo późno wieczorem, a nawet można rzec, iż była to już noc. W pewnym momencie jeżdżenie i sprawdzanie zaznaczonych w aplikacji park4night miejscówek po to, żeby zaraz okazało się, że są nielegalne, albo nie istnieją, zaczęło wydawać nam się daremne. A więc stanąwszy na parkingu przy cmentarzu oraz schowawszy się za dostawczym samochodem, by być trochę dalej od ulicy i nie rzucać się w oczy, zaczęliśmy nasze przygotowania do spania i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. To, że spaliśmy niemalże ramię w ramię ze zmarłymi zupełnie nam nie przeszkadzało. A nawet tak nam się spodobało, że zostaliśmy tam jeszcze na kolejną noc. Odmówiliśmy „wieczny odpoczynek..” i czuliśmy się przez dusze zmarłych pilnowani, a w związku z tym bezpieczni. Tak wyglądała nasza okolica, gdzie stacjonowaliśmy kamperem:


    Zwiedzanie Innsbrucka rozpoczęliśmy od wjazdu kolejką na Nordkette. Ponieważ byliśmy nastawieni na zwiedzanie miasta, to nasze stylizacje były eleganckie. W związku z tym byliśmy jedynymi tak ubranymi turystami na takich wysokościach w górach. Nie mamy pewności, czy nie jesteśmy na okładkach gazet austriackich, gdyż takowych nie czytamy.

    Trzeba przyznać, że było tam też po prostu zimno. Ludzie byli poubierani raczej w puchowe kurtki, spodnie trekkingowe, a niektórzy mieli nawet czapki i rękawiczki. No cóż, chce się być pięknym, trzeba cierpieć! Z tego między innymi powodu nie byliśmy długo na górze. Podelektowaliśmy się wspaniałymi widokami i zjechaliśmy na dół, by zwiedzać Inssbruck dalej. Ale nawet dla tych paru chwil, było warto!

    Głodni i zmarznięci po zjeździe na dół, natychmiast udaliśmy się na kawę i austriacki przysmak – Strudel, do słynnej tam Strudel Cafe Kröll. Strudel to wielowarstwowe ciasto przekładane najczęściej nadzieniem jabłkowym. Natomiast w tej kawiarni było tam ich mnóstwo rodzajów. Ja byłam zachwycona. Oczywiście nie mogąc się zdecydować, spędziliśmy tam mnóstwo czasu. A kiedy kelnerka przyniosła wybrane przez nas ciastka, spróbowawszy swojego, postanowiłam zamienić się z Sebastianem. Aj tak mi było szkoda, że nie dam rady zjeść każdego rodzaju. Był to dla mnie istny raj! Po energetycznym doładowaniu się, pojechaliśmy zobaczyć Patscherkofel, który jest jednym z ośrodków narciarskich, który wchodzi w skład regionu Olympia SkiWorld Innsbruck. To tutaj właśnie bywają organizowane Igrzyska Olimpijskie. To była bardziej atrakcja dla Sebastiana, ale miło było mi towarzyszyć w jego zachwycie infrastrukturą skoczni. Cóż, on ze mną też był podczas, gdy ja oddawałam się rozkoszy jedząc niebiańsko dobry Strudel 🙂

    A i zgubiłam tam parasol! To już chyba tradycja! Czy Wy też tak macie ? Ja jeszcze okulary przeciwsłoneczne tak ciągle gdzieś zostawiam. Na szczęście nauczona doświadczeniem kupuje te najtańsze, żeby mi nie było aż tak szkoda!

    Kiedy wróciliśmy z powrotem do miasta, poszliśmy na Mszę świętą, oraz oddaliśmy się spokojnemu spacerowi po mieście, próbując wciągać jak najwięcej jego klimatu.

    Aż w końcu dopadł nas wieczorny głód i nastała pora na wybranie miejsca, gdzie zjemy naszą obiadokolację. I kiedy tak romantycznie spacerowaliśmy sobie malowniczymi uliczkami miasta trzymając się za ręce, zapytałam Sebastiana:
    -Kochanie, tyle rzeczy już próbowaliśmy w Austrii, na co masz największą ochotę? Mi tu wszystko smakuje, więc ja się dostosuję 🙂
    Na co Mąż mi odpowiedział, że chętnie zjadłby pizzę, gdyż kolejnym naszym celem były Włochy i jego kubki smakowe miały pragnienie zaznaczyć taki italiański akcent.
    Na co ja zareagowałam z wielkim uśmiechem, gdyż jakiś czas wcześniej spacerując, zapamiętałam jedną z knajp, z którą mijaliśmy. Zapadł mi w pamięci głównie zapach włoskich przypraw i zielonej scenerii. Więc od razu zaproponowałam, byśmy się tam wrócili, bo przecież na pewno tam podają pizzę. Pizzy co prawda nie podawali, ale było włosko, ojj było! Ledwo zajrzeliśmy do środka, zaraz szef restauracji zaczął nas ciepło witać oraz serdecznie zapraszać głośno krzycząc „Ciao”, „Buonasera”! Spojrzawszy się na siebie porozumiewawczo, weszliśmy do środka. Zaraz został nam przydzielony mały, wysoki stolik i barowe krzesełka. Miejsce nie wyglądało na restaurację. Wydawałoby się jakby to był sklep z włoskimi produktami. Ale na nic absolutnie nie narzekaliśmy, byliśmy bardzo szczęśliwi, że trafiliśmy właśnie w takie miejsce! Za chwilę zostaliśmy zaopiekowani. Oczywiście porozumiewaliśmy się po włosku, nie w żadnym innym języku. Przecież nie w niemieckim, nie w angielskim. Włosi mówią tylko po włosku, co z tego, że jesteśmy w Austrii ? 🙂 W każdym razie nie wiem jak, bo my włoskiego ni dudu, ale dogadaliśmy się. Zaraz przynieśli nam najlepszą lemoniadę na świecie jaką piłam – Lemonsoda. Teraz, kiedy jestem u nas w Polsce we włoskich restauracjach, zawsze pytam o ten napój. Niektórzy rzeczywiście go sprowadzają. Pychota! Z kawałkami cytryny na spodzie! Chwilę potem na naszym stoliku wylądował talerz włoskich przystawek, czyli Antipasti!

    Wyczyściliśmy talerz do zera, wszystko było przepyszne. Tego smaku nie da się zapomnieć! A za chwile wjechała lazania…..ajjj to dopiero była uczta. Ja lasanię uwielbiam i jadłam to danie wiele razy w różnych miejscach, ale tamta…była wyborna! Smak tego sera, oliwy….mmmm…rozpływam się na samo wspomnienie!

    Miał być jeszcze deser, ale nie daliśmy rady. Znaczy standardowo ja bym dopchała, ale Mąż się poddał i przeprosił szefa kuchni, więc już nie protestowałam. Ale jeszcze przez parę dni mi się przypominał i było mi szkoda, że go nie pochłonęłam. Na dodatek okazało się, że szef kuchni pochodzi z Apulii, do której my zmierzaliśmy w dalszej części urlopu. Jakaż była nasza radość! Nie obyło się bez wyściskania. Sebastian zostawił im taki napiwek, że nie tylko ja byłam w szoku, ale i oni sami. Tak się ucieszyli, że spakowali jeszcze kawał pizzy i nam go ofiarowali. Grazie! To był naprawdę wspaniały wieczór, jakiego potrzebowaliśmy. Włoski wieczór w Austrii na dzień przed wyjazdem do słonecznej Italii. To musiał być jakiś znak. Apulia już na nas czeka! Pełni nadziei oraz entuzjazmu na dalszą część urlopu zrobiliśmy sobie romantyczny spacer na naszą miejscówkę – parking pod cmentarzem, pod nosem nucąc: „Ciao, ciao, ciao siciliano!

    Tonny Tabbi – Ciao Siciliano

    ZIRBENWEG – SZLAK ALPEJSKIEJ LIMBY

    Ostatniego dzień w Inssbruck, a także w ogóle w Austrii spędziliśmy na łonie natury, której naszemu sercu najbliżej, czyli w górach. Z samego rana pojechaliśmy autobusem do urokliwego, pobliskiego kurortu u stóp góry Patscherkofel. Znajdowało się tam mnóstwo wyciągów narciarskich oraz pieszych szlaków, z których można było podziwiać malownicze widoki na Alpy. Wycieczkę zaczęliśmy od wjechania gondolową kolejką na wysokość około 2000 m.n.p.m. Następnie wyszliśmy na szczyt Patscherkofel, na którym widoki naprawdę zapierały dech w piersiach.

    Dalej szliśmy granią około 7 km. podziwiając widoki na pasmo górskie Nordkette.

    Sebastian podczas tej wędrówki zadał mi pytanie, czy wolałabym mieć domek z widokiem na góry czy też na morze. Po chwili zastanowienia odpowiedziałam, że na morze. Gór nie muszę widzieć, je wolałabym mieć zasięgu ręki, by móc po nich chodzić i ich doświadczać. Jeszcze jakiś czas wędrując o tym rozmawialiśmy i oddawaliśmy się rożnym refleksjom. W tej kwestii mamy bardzo podobnie.
    To był naprawdę świetnie spędzony czas. Niewątpliwie przekonaliśmy się, że góry są przestrzenią, w którą ciągnie nas najbardziej.
    Pora na kwintesencję, a więc piosenkę:

    Kordian – Góry Moje Góry

    JEDZENIE W AUSTRII

    To chyba już będzie nasz standard, że gdy opisujemy kraj, który odwiedziliśmy, musi być osobny rozdział o tutejszym jedzeniu. Uczciwie przyznajemy, że kuchnia austriacka podeszła nam niemalże w stu procentach. Nie było takiej rzeczy, którą tam jedliśmy, a która by nam nie smakowała. A co tam jedliśmy ? 🙂 O niektórych z wymienionych niżej rzeczy już wspominałam w tym wpisie.

    Tiroler Gröstl – danie z podsmażanych ziemniaków, cebuli, boczku, wołowiny podawane z sadzonym jajkiem. Jedliśmy je tam parę razy. Pierwszy raz w schronisku, drugi w restauracji. Wydaje nam się, że w tym schroniskowym nie było wołowiny. Tiroler Gröstl zajadałam się również podczas poprzednich moich pobytów w Austrii. Wówczas robił mi je Patrick, a także kosztowałam przy okazji noclegu podczas wędrówki w schronisku. Każde z nich było przepyszne i każde było zupełnie innym doświadczeniem dla mojego podniebienia.

    Kaiserschmarrn – tak zwany omlet cesarski. Jest to gruby naleśnik porwany na kawałki i posypany cukrem pudrem. Najczęściej podają go z musem jabłkowym lub powidłami. Jedliśmy wersję z musem jabłkowym, dwa razy w dwóch różnych schroniskach. Obydwa smakowały obłędnie.

    Graukäsesuppe – zupa w formie kremu serowego. Robi sią ją z tyrolskiego szarego sera podpuszczkowego, który jest mocno aromatyzowany oraz kwaśny. Robi się go z mleka krowiego, a jest wytwarzany właśnie w dolinach tyrolskich Alp w Austrii. Nazwa jego pochodzi od szarej pleśni, która zwykle rośnie na jej skórce. Charakteryzuje się wyjątkowo niską zawartością tłuszczu oraz silnym, przenikliwym zapachem. Patrick zrobił ją dla nas na nasz przyjazd, na przywitanie. Była genialna, obydwoje z Sebastianem jesteśmy miłośnikami serów, szczególnie tych długo dojrzewających. Z podróży zawsze przywozimy regionalne sery. W tym przypadku również tak zrobiliśmy.

    Strudel – deser z półkruchego, warstwowego ciasta tradycyjnie z nadzieniem jabłkowym. Natomiast można spotkać przeróżne farsze zarówno słodkie jak i wytrawne. Popularny jest bardzo Topfenstrudel – z słodkim twarogiem i sosem waniliowym. Ten przysmak jedliśmy w słynnej kawiarni w Inssbruck Strudel Cafe Kroll. Istny raj dla podniebienia, oczu oraz nosa 🙂 O mało nie oszalałam z radości!

    Käsespätzle – gotowane kluski z mąki, jajka, kaszy manny, sody podawane z dużą ilością tyrolskiego sera i zasmażaną cebulką, a niekiedy również ze skwarkami. To chyba takie nasze kluski lane czy też kładzione 🙂 Patrick przyrządzał nam to danie podczas jednego z wieczorów, które razem spędziliśmy podczas naszej wizyty w Tyrolu. Zarówno on, jak i my uwielbiamy gotować. Dlatego urządzaliśmy sobie wspólne gotowanie. Jednego dnia on gotował coś regionalnego dla nas, drugiego my dla niego. My przyrządziliśmy mu wtedy naleśniki ze szpinakiem, serem fetą i czosnkiem zapiekane z serem cheddar. Mówiąc nieskromnie to jedno z naszych kulinarnych numerów popisowych 🙂

    Kaspressknödel są to smażone placki z czerstwego chleba, cebuli, wspominanego wcześniej szarego sera, jajka oraz mleka. Często podawane są z kapustą. Jedliśmy je w schronisku i w restauracji. Oj, lubią tłuszczyk, lubią 🙂 Mniam, mniam 🙂

    Wienerschnitzel – cielęcy, kotlet w falującej panierce smażony na smalcu. Tradycyjnie podawany jest zawsze z kawałkiem cytryny do pokropienia, ziemniakami oraz sałatą. Można się najeść.

    Trzeba przyznać, że kuchnia austriacka jest bardzo kaloryczna, ciężkostrawna i tłusta. Gdyby przyszło nam tak odżywiać się codziennie, pewnie nie tylko byśmy nabrali dodatkowych kilogramów, ale nasz cholesterol osiągnął by zatrważające wyniki, a żołądek nie miałby chwili odpoczynku. Natomiast nasze kubki smakowe na pewno byłyby zachwycone. Jedzenie w Austrii jest dla nas po prostu przepyszne, choć niestety do najzdrowszych nie należy. Ale niestety bardzo często występuje zjawisko, że to, co jest dobre, tuczy i nie wpływa dobrze na nasz organizm. Natomiast to, co jest zdrowe i niskokaloryczne, już tak dobrze nie smakuje. Tak to już jakoś jest, że zakazany owoc smakuje najlepiej. No to piosenka:

    Krzysztof Antkowiak – Zakazany Owoc

    Natomiast ja mam na to swoją teorię, że we wszystkim potrzebny jest umiar. Tak jak nie jest dobrze objadać się niezdrowymi rzeczami, tak samo równie źle jest całkowicie sobie ich odmawiać i na nie sobie nie pozwalać. Ja zdecydowanie preferuję staranie się o wprowadzanie zdrowych rzeczy czy nawyków w naszej codziennej diecie, a eliminowanie złych, co nie znaczy, że w sposób całkowity. Uważam, że jedzenie w umiarkowanych ilościach nawet niezdrowych rzeczy lub raz na jakiś czas, nie jest aż tak szkodliwe, jak się wielu osobom wydaje. Znając swój organizm wiem, że gdybym zrezygnowała całkowicie z pewnych rzeczy, które lubię i bym sobie ich ciągle odmawiała, w końcu przyszedłby taki moment, że bym nie wytrzymała i się na nie rzuciła. Więc wolę jeść mniej czegoś lub rzadziej, ale nie robić sobie takich drastycznych diet czy też restrykcyjnych ograniczeń. Takie jest moje podejście. Natomiast każdy musi wypracować sobie swoje.

    I tak o to wyglądała pierwsza część naszego ubiegłorocznego urlopu. Było jak widzicie intensywnie, ale to już wiecie, że u nas nie może być inaczej. Zawsze się coś dzieje! Muszę też powiedzieć, że opisując te wszystkie nasze perypetie z tej części wyjazdu, mocniej zabiło mi serce. Kiedy oglądałam zdjęcia z wyjazdu i przypominałam sobie wszystkie obecne podczas niego emocje, naprawdę się wzruszyłam. Był to powrót do miejsc, w których będąc, przeżyłam mnóstwo wartościowych rzeczy. Teraz miałam okazję przeżyć to jeszcze raz, ale inaczej. Można powiedzieć na nowo. Już nie sama, jak to wtedy było, a we dwoje z moim Mężem, którego w tamtym czasie tak oczekiwałam. Ponadto te wyjazd były to też odwiedziny Patricka, którego bardzo cenię i lubię. To człowiek o niezwykłym sercu i bezinteresowności, którego wielkoduszność w wielu momentach mnie zawstydza. A przede wszystkim był to wyjazd w moje ukochane góry. Jeszcze bardziej przekonałam się, a może bardziej przypomniałam sobie, jaką one maja dla mnie ogromną wartość. Nie zamieniłabym ich na żadne morze, jezioro czy ocean. To jest moja największa pasja. Od czasu wypadku, jaki miałam parę lat temu w Tatrach ( kiedyś może opowiem), bardzo je zaniedbałam. Lęk, który mi pozostał bardzo mnie ogranicza. Natomiast miłość do gór w moim sercu dalej płonie i nie gaśnie. Nawet, kiedy jestem daleko od nich. Ale ciągle mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni i wrócę na granie skalne. Cóż…zatem zakończmy razem niezwykle refleksyjną piosenką:

    Rozmyślania na grani – Byle do góry

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑