Start

  • O nas

    O nas

    Zdjęcie tytułowe zostało wykonane przez Karol Sękowski

    Kim jesteśmy?

    Szczęśliwym Małżeństwem od kwietnia 2021 roku. Bardzo cenny dla nas św. Jan Paweł II powiedział, że „Miłość zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza“. A więc my do tego dążymy i jesteśmy ciągle w drodze.

    Bardzo bliska naszej relacji jest piosenka, którą wykorzystaliśmy do naszego pierwszego tańca na naszym ślubie. Lubimy do niej wracać 🙂 Oto ona:

    Piotr Rubik – Most Dwojga Serc

    Zatem jesteśmy podróżnikami 😊Uwielbiamy podróże, zarówno długie, jak i te weekendowe. A najbardziej te naszym kamperem, kiedy możemy poczuć wolność. Tylko my, nasz dom na kółkach i natura…i to codziennie inna😊 Jesteśmy również świetnym dopełnieniem siebie nawzajem. Różnimy się ogromnie, ale może o to właśnie w małżeństwie chodzi 😜

    I nasza piosenka:

    Dom o Zielonych Progach – Łemata

    W naszej relacji możemy od siebie nawzajem się uczyć, czerpać oraz chłonąć. Czasem bierzemy od siebie dobre rzeczy, ale niestety czasem i też złe. Raz się na siebie złościmy, a za chwilę śmiejemy się razem do rozpuku. Ale ostatecznie mocno wierzę, że poruszamy się w dobrym kierunku.. ku Górze!

    I oczywiście tu też jest piosenka:

    Grubson – Na szczycie


    Kim jestem ja, Kinga ?

    Jestem bardzo wrażliwą kobietą, która często ma głowę w chmurach. 😊Uwielbiam marzyć, dążyć do pięknych idei i pomagać innym. Bardzo lubię mówić, rozmawiać, opowiadać…zresztą przekonacie się sami 😊 W moim życiu bardzo ważną rolę odgrywa muzyka.  Natomiast nie mam ulubionego rodzaju muzyki, którego słucham. U mnie wszystko zależy od nastroju, a także przeżywanych emocji. Czasem są to pozytywne wibracje płynące z muzyki reggae, innym razem ciężki rock, poezja śpiewana lub jazz. A muszę się i przyznać, że czasem dla tak zwanego „odmóżdżenia” puszczam disco polo. Ale to taka tajemnica 😊
    Na blogu będzie dużo muzyki. Moim zdaniem to, czego słuchamy dużo mówi o człowieku, o tym co się dzieje w jego wnętrzu..

    Obecnie nie pracuję zawodowo, jak to mój Mąż się śmieje – jestem „home office manager”. No i niedawno zostałam blogerką 😊

    Moim największym podróżniczym marzeniem jest pojechanie do Afryki, poznanie kultury tych ludzi, ich duchowości oraz uczestniczenie tam w Mszy Świętej, która ponoć jest pełna entuzjazmu oraz przeniknięta emocjonalnością.

    Kim jest Sebastian ?

    Sebastian jest odpowiedzialnym i mądrym mężczyzną. W wielu sytuacjach, kiedy trzeba zdrowego rozsądku, by ocenić daną sytuację, potrafi wyłączyć emocje i to zrobić. Jest też bardzo konkretnym człowiekiem, kiedy na czymś mu zależy, to po prostu zaczyna działać i też jasno to wyraża. To właśnie spodobało mi się w nim najbardziej, kiedy się poznaliśmy. Bywa też uparty, ale no wiadomo musi mieć jakieś wady hihi 😉

    Sebastian pracuje  jako programista, ale absolutnie nie należy do mężczyzn pasujących do rozpowszechnionego stereotypu osób wykonujących ten zawód. Jest bardzo otwarty, uwielbia spotkania z innymi ludźmi i uśmiech prawie nigdy bez ważnych powodów nie schodzi mu z twarzy.


    Poza tym uwielbia sport, kiedyś bardzo dużo ćwiczył, teraz niestety czasu na takie aktywności jest dużo mniej. Natomiast kocha chodzić po górach oraz śpiewać i przy każdej sposobności stara się robić jedno i drugie. Cechuje go też duże poczucie humoru, które ludzie uwielbiają. Marzy mu się przejechanie amerykańską ciężarówką po amerykańskich drogach. Póki co ogląda opublikowane filmiki na youtube 😊

    A naszym wspólnym marzeniem jest zdobycie razem jakiegoś 5 tysięcznika, ponieważ oboje uwielbiamy chodzić po górach. W sumie można powiedzieć, że ten temat w jakiś sposób nas połączył, ponieważ nasze pierwsze rozmowy kręciły się wokół niego. Każde z nas weszło w związek z dojrzałą miłością do gór, dlatego też w naszym związku, jak i teraz w naszym wspólnym życiu, co jakiś czas wybieramy się w góry.

    A tutaj taka piosenka:

    Lady Pank – Wspinaczka

    Oczywiście mamy też inne wspólne marzenia, ale je zostawimy dla siebie 😊

  • Trochę refleksji z islamskiego świata

    Trochę refleksji z islamskiego świata

    Będąc w tym roku na Bałkanach wszędzie otaczały nas kobiety muzułmanki z przeróżnymi nakryciami twarzy. Nie jest to nic dziwnego, gdyż zdecydowanie islam jest religią wiodącą prym w tamtych rejonach. Temat ich odmiennego ubioru oraz wydającego się jako bardzo uciążliwy, ogromnie mnie frapował. Przede wszystkim budził ogromne współczucie. W szczególności dlatego, że obserwując te opatulone jak tylko się da kobiety podczas niebotycznych upałów, które tam wtedy występowały, zaraz obok nich widziałam lekko ubranych, zadowolonych oraz pewnych siebie mężczyzn. Kulminacją mojego emocjonalnego oburzenia na tę sytuację był widok kobiety muzułmanki jedzącej loda. Mając zasłoniętą twarz, wkładała go pod chustę od dołu, by w żaden sposób nie odsłonić nawet kawałka twarzy. Bardzo mocno odczułam na sobie, jakie to dla niej musiało być niewygodne. Sebastian natomiast nie mógł znieść widoku kąpiących się na plaży w ubraniu i zakrytej twarzy kobiet. Oczywiście obok jednych i drugich byli jedzący w normalny sposób lody oraz korzystający z kąpieli w stroju do tego przeznaczonym mężczyźni. To wszystko budziło w nas ogrom emocji. Nasz obraz kobiety wyznającej islam to było uciemiężenie, całkowita zależność od mężczyzny oraz przymus zakrywania się przed światem. Będąc tam postanowiliśmy poszerzyć nasza wiedzę na ten temat, by bardziej to wszystko postarać się zrozumieć.

    Dlaczego muzułmanki noszą hidżab?

    Przemieszczając się pomiędzy naszymi celami podróży oraz wykorzystując bycie u steru kierownicy przez mojego Męża, ja zagłębiałam się w czeluściach internetu. Przeglądałam różne artykuły, blogi oraz fora internetowe. Wpisując hasło „dlaczego muzułmanki noszą hidżab” i inne podobne, w dużej mierze wszystko krzyczało do mnie z każdej strony: wolność, prawa kobiet oraz feministki. Nie zachęcało. Natomiast byłam nieugięta i penetrowałam media, póki nie trafiłam na coś sensownego do przeczytania. I udało się, mój niestrudzony zapał zaprowadził mnie do celu. Trafiłam na bardzo ciekawą stronę internetową, gdzie pewna blogerka zamieściła ogrom wypowiedzi, gdzie kobiety, które pewien czas temu przeszły na islam, opisywały o swoich motywacjach i odczuciach z tym związanych oraz o tym, czym jest dla nich zakrywanie twarzy, czy też swojego ciała. Na końcu mojego wpisu umieszczę link do jej bloga, żebyście mogli dotrzeć do źródła, a jeśli będziecie chcieli, przeczytać go w całości. Materiał jest naprawdę obszerny, a wypowiadające się kobiety pochodzą z różnych zakątków świata. Bardzo dobrze mi się to czytało, wyczuwałam duży autentyzm. Z każdego opisu na pierwszy plan wybrzmiewała ogromna świadomość podjętej decyzji podyktowana doświadczeniem relacji z Bogiem oraz mocne postanowienie i niezwykła chęć zbliżania się do Niego oraz pracy nad sobą, by stawać się lepszym człowiekiem. W wypowiedziach kobiet często przejawiał się motyw tego, że decyzja o zakrywaniu swojego ciała oraz twarzy była podjęta przez nie samodzielnie, bez wywierania wpływu przez nikogo ani przymusu. Niektóre z nich podkreślały nawet, że ich mężowie oraz rodzina niektórych z nich odradzali im to z uwagi na niebezpieczeństwo ataków ze strony otaczającego świata, w którym mało jest tolerancji. Niestety niemalże wszystkie kobiety opisane w tym artykule dzieliły się przykrymi doświadczeniami ze strony innych. Były często ofiarami agresji, adresatkami wyzwisk, obraźliwych gestów, oraz negatywnych spojrzeń o ładunku emocjonalnym. Jednak te wszystkie niedogodności, które znosiły, nie spowodowały, że zrezygnowały z zakrywania twarzy oraz ciała, a wręcz przeciwnie. Wiele z nich traktuje to jako ofiarę, jaką muszą ponieść dla relacji z Bogiem, która jest dla nich najważniejsza. Czytając ten wpis na blogu, wiele razy przewijały mi się tam stwierdzenia, że „hidżab” nie jest dla nich tylko kwestią wyglądu, a stylem życia oraz czymś, co zachodzi między nimi, a Bogiem.

    Ciało kobiety

    W jednej z wypowiedzi kobieta wyraziła, że zakrywanie twarzy i ciała jest dla niej czymś, w rodzaju jej ochrony oraz gwarancji, że ludzie nie będą jej oceniać po wyglądzie, tylko po tym, jaką osobą jest. Przytoczę jeden fragment tekstu, który mocno wpłynął na moją zmianę myślenia o sposobie ubierania muzułmanek.
    Na początku mojego bycia muzułmanką byłam przeciwna hijabowi. Miałam w głowie typowe opinie niemuzułmanów, że kobiety muszą się zakrywać, żeby nie podniecać mężczyzn i że odbiera im to kawałek wolności, a mężczyźni mogą nosić, co chcą. A czy to moja wina – myślałam sobie – że niektórzy faceci myślą główką, a nie głową? Dlaczego ja miałabym się zakrywać, a nie oni nauczyć się hamować popęd zamiast, rzucać się na wszystko, co się rusza – jak zwierzęta?

    Wraz z dalszym pogłębianiem wiedzy zrozumiałam jednak, że hijab nie jest po to, aby nas ukryć, a po to, aby nas chronić, tak jak muszla chroni perłę. W tych czasach, kiedy kobiece ciało jest traktowane przedmiotowo, jako sposób na sprzedanie produktu (reklamy i teledyski z rozebranymi kobietami) oraz w tej bezsensownej pogoni do ideału piękna (który jest w większości oparty na tym, co MĘŻCZYZNOM się podoba) hijab jest jak lekarstwo. Wiemy, że jesteśmy piękne, bo zostałyśmy tak stworzone przez Boga, a On wie najlepiej. Tyle kobiet cierpi przez kompleksy zupełnie niepotrzebnie, ale co mają myśleć, widząc w telewizji i na okładkach magazynów wyidealizowane (często poprawione chirurgicznie lub wyfotoszopowane) ciała?

    Mocno czuję to, o czym ta kobieta pisze. To, jak obecnie kobiety eksponują swoje ciało, jest w moim odczuciu dużym nadużyciem. Co jest umieszczane na reklamach samochodu ? Oczywiście skąpo ubrana kobieta! A co jej ciało ma wspólnego z motoryzacją ? Kolejny przykład to współczesna filmografia. Czy można pokazać w filmie wątek miłosny bez nagich aktów oraz wyreżyserowanych uniesień ? Dzisiejsze kino pokazuje, że nie. Oczywiście pokazywane tam ciała kobiet są idealnie zgrabne, szczupłe i bez cellulitu. Niezależnie, czy są w wieku nastoletnim, średnim, czy przed urodzeniem dzieci, czy po. Zawsze perfekcyjne! Niestety jak wiemy, małe to ma przełożenie na rzeczywistość. A będąc tym bombardowani, wiele z nas kobiet się porównuje, usilnie chce dojść do pokazywanego na ekranie ideału. A mało ich wie, że najczęściej obrazy te są wykreowane lub wyretuszowane. A i na mężczyzn działają takie rzeczy, a jakże! Po pierwsze takie widoki sprawiają, że automatycznie przechodzą oni w „stan gotowości. A po drugie, że w ich głowach buduje się wyidealizowany obraz nagiej kobiety oraz współżycia z nią. A kiedy nie znajdują takiego odzwierciedlenia w swojej sypialni z własną żoną, czują wielką frustrację. Dlatego bardzo przemawia do mnie idea nastawiania na piękno wewnętrzne, właśnie to czyste, stworzone przez Boga. Oczywiście nie jestem za tym, żeby od teraz wszystkie kobiety zakrywały twarz i ciało. Ale poznanie perspektywy muzułmańskich kobiet sprawiło, że jeszcze bardziej uświadomiłam sobie, jak bardzo jako społeczeństwo się pogubiliśmy. Ciało stało się dla nas przedmiotem, czymś co nam służy do zarabiania pieniędzy, robienia kariery oraz do zaspokajania swoich potrzeb. A przecież Pismo święte mówi:

    „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za [wielką] bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele!” 1 KOR 6, 19-20

    Na pewne rzeczy w świecie nie mamy wpływu, ale zmianę możemy zacząć od siebie. Może warto się zastanowić, jak ja podchodzę do kwestii swojego ciała. Czy mam do niego szacunek ? Czy w pełni je akceptuję ? Czy nie eksponują go zbyt mocno ? Czy nie próbuję nim oddziaływać na innych ?

    Wolność


    Kolejną rzeczą, nad którą się pochyliłam po przeczytaniu tego artykułu jest niezwykle ważna wartość, jaką jest wolność. Jak już wcześniej wspominałam, kobiety wyznania muzułmańskiego zakrywające twarz i ciało, często podkreślały, że były z tego powodu piętnowane. I to w różnych miejscach na świecie, szczególnie w Europie, gdzie nie jest to powszechne zjawisko, z racji panującej innej religii. Ja sama do tej pory również patrzyłam na te kobiety z politowaniem oraz postrzegałam jako coś negatywnego, co sobie robią. Nigdy nikogo nie obraziłam, ani nie zaatakowałam, ale być może nieraz zraniłam spojrzeniem, które czasem znaczy więcej niż tysiąc słów. Generalnie zgadzam się z postulatami tych, kobiet, że każdy powinien mieć prawo do decydowania o tym, jak się ubiera. Oczywiście do momentu, póki nie ogranicza to wolności drugiej osoby. To niestety jest bardzo śliska granica. Na przykład nie potrafię się utożsamić z przytoczonym przez autorkę bloga zdaniem, w którym mówi o tym, że nie przeszkadza jej to, czy ktoś chodzi w krótkich spódniczkach, obcisłych dżinsach czy też z biustem na wierzchu. To jest tylko pewne uogólnienie, pod te wymienione rzeczy można równie dobrze podpiąć chodzenie na nago lub prawie nago. A to już sprawia, że nie jest to dla mnie do końca obojętne, ponieważ uderza to w moje poczucie dobrego smaku oraz przyzwoitości. Czyli poniekąd w moją wolność. Ja również mam potrzebę czuć się swobodnie oraz, by moje granice nie zostały naruszone. Pewnie jest to też w dużej mierze kwestia kultury, w jakiej zostałam wychowana, gdzie ciało jest bardzo intymna rzeczą, którą pokazuje się nielicznym. Jednakże wiem, że są kraje, gdzie jest to normalnością i nie ma w tym nic złego. Ostatnio dowiedziałam się od mojej koleżanki, która interesuje się historią oraz modą, że w dawnych czasach ludzie chodzili o wiele bardziej skąpo ubrani niż teraz. Natomiast nie wzbudzało to u nikogo poczucia wstydu, ani w żaden sposób nie miało to podłoża seksualnego. No więc nie jest to wszystko takie proste i oczywiste. Natomiast odnosząc się stricte do tematu zakrywania swojego ciała oraz twarzy przez kobiety wyznające islam, myślę, że nie powinno to naruszać czyjejś intymności. Moim zdaniem jak najbardziej powinniśmy jako społeczność europejska, w której tyle mówi się o tolerancji, a w moim osobistym odczuciu często w złym tego słowa znaczeniu, uszanować czyjeś wybory odnośnie ubioru zakrywającego ciało oraz twarz. I tak samo w drugą stronę. My, którzy tego nie robimy, też powinniśmy czuć się swobodnie w kwestii doboru ubrań, oczywiście mając na uwadze, by zbyt skąpym ubiorem nie gorszyć kogoś innego czy też na niego niepotrzebnie nie działać pobudzająco, gdyż żyjemy w takiej kulturze, gdzie nagość jest czymś bardzo intymnym. Domyślam się, że nie wszyscy się ze mną zgodzicie. Temat jest trudny i w moim odczuciu nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi. Wszakże na pewno jest to bardzo ważne zagadnienie, nad którym warto się pochylić, by lepiej odnaleźć się pośród rzeczywistości, w której żyjemy oraz by nasze decyzje oraz reakcje były bardziej przemyślane i świadomie. Bowiem nie zdajemy sobie sprawy, jak nasze poczynania, czasem nawet może nieświadome, wpływają na innych. I to nie zawsze pozytywnie.

    Wierność


    Chcę również wspomnieć o czymś, co mocno w tym poście dotknęło mojego serca, a mianowicie kwestii relacji z Bogiem tych kobiet. Moje ciało przechodziły dreszcze emocji, a w oczach pojawiały się łzy, kiedy czytałam o tym, jak kobiety muzułmanki opisywały zakrywanie ciała i twarzy jako ważny element wyrażania swojej wierności Bogu, ich miłości do Niego oraz ich zbliżania się do zbawienia. Ilekroć to czytałam, pojawiało się u mnie zawstydzenie i spojrzenie w głąb siebie, jak jest u mnie z moją wiarą, czym dla mnie są moje praktyki religijne oraz jaki mam do nich stosunek.
    Poniżej fragmenty, które są dla mnie bardzo wymowne:

    Kiedy spoglądam na siebie w lustrze, działa to jako przypomnienie. Kiedy moje ciało jest potwierdzeniem skromności, czy przystoi mi używanie wulgaryzmów? To przypomnienie dla mojego języka. Czy przystoi mi uczestniczyć w niestosownych zgromadzeniach? To przypomnienie dla moich kończyn. Czy przystoi mi patrzeć na nieprzyzwoite rzeczy? To przypomnienie dla moich oczu. Hidżab staje się stróżem mojego ciała I duszy. Nie jest dla nikogo innego.

    Nigdy nie będę w stanie wystarczająco podziękować mojej mamie za zmuszenie mnie do robienia tego, o czym wiedziała, że jest dla mnie właściwe, nawet jeżeli wtedy było to dla mnie bolesne. I nigdy nie będę w stanie wystarczająco podziękować Bogu za zmuszenie mnie do robienia tego, o czym On wie, że jest to lepsze dla mnie, nawet jeżeli nigdy nie jest to dla mnie łatwe.

    To właśnie to zaufanie i walka, o które modlę się, że zostaną zaakceptowane przez Boga, pomimo milionów moich błędów. I że w zamian, w Swoim nieskończonym Miłosierdziu pozwoli mi wejść do Raju.

    Dzięki temu prostemu okryciu czuję się wyzwolona. To moja ochrona, moja duma. Moja religia nie jest niczym zawstydzającym ani czymś, co chciałabym ukryć. Nie było żadnego przymusu ani przekonywania. To był mój wybór, coś, co czułam, że powinnam zrobić. To moje oddanie Bogu, moja wiara. W momencie, kiedy byłam gotowa, zwyczajnie to wiedziałam. Wiedziałam też, że będzie ciężko, wiedziałam, że ludzie będą pytać. Jestem jednak silna, zarówno na ciele, jak i na duchu, więc było to wyzwanie, z którym gotowa byłam się zmierzyć. Wiedziałam, że będę musiała nieustannie coś udowadniać, że ludzie będą kierowali się założeniami. Że noszę hidżab, żeby się ukryć, że moi rodzice znaleźli mi męża.

    Zostając muzułmanką, stałam się poddaną woli Boga i bezwarunkowo przyjmuję wszystko, co jest związane z moją religią. Nie oznacza to ślepego podążania za każdym słowem, ponieważ jako osoba chcąca rozumieć wszystko, próbuję poznać islam i wiem, że pogłębianie wiedzy daje większe zrozumienie. W moim przypadku poznanie imion Boga dało mi poczucie, że jestem tylko zwykłym człowiekiem i nie jestem w stanie pojąć wszystkiego, co mnie otacza.

    Bóg jest Stwórcą i wie, co jest najlepsze dla człowieka, dlatego ja poddaję się woli Boga i zakrywam swoje ozdoby tak, jak zostało nakazane. Nie muszę wiedzieć, dlaczego i po co mam to robić, nie szukam powodów i wytłumaczeń. Wystarczy mi zaufanie i poddanie się Bogu, przez co osiągam pokój w głowie i sercu.”

    Noszę hijab przede wszystkim dla Boga, a dopiero w następnej kolejności dla samej siebie. W hijabie czuję się szczęśliwa, czuję, że jestem muzułmanką i tak też jestem postrzegana.

    Muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem wierności tych kobiet nakazom, jakie daje Koran. Wiadomo, jest to jakiś wycinek, ale daje pewien obraz. Niestety w naszej religii obserwuję coraz większy spadek stosowania się do nakazów, jakie daje Biblia. Natomiast praktyki religijne często podyktowane są podtrzymywaniem tradycji niż rzeczywiście dbaniem o stan swojego ducha. Choć wiadomo jest to trudne przez nas do oceny oraz zweryfikowania. Natomiast liczba niedzielnych katolików, którzy oficjalnie mówią o swoim luźnym stosunku do przestrzegania przykazań lub wybierania sobie tych, które im pasują, nieustannie wzrasta. Sama bijąc się w pierś przyznaję, że czasem w obliczu niezrozumienia oraz braku aprobaty ze strony towarzystwa, w którym jestem, nie zawsze daję świadectwo wiary, takie jakie bym chciała. A więc nasuwają mi się kolejne pytania odnośnie mojej wiary oraz wierności nakazom Bożym. Co jest moją motywacją do ich przestrzegania ? Jak często buntuję się przeciw nim, jeśli czegoś nie rozumiem ? Czy ufam, że bycie im wiernym przybliża mnie do zbawienia ?

    Temat jest bardzo szeroki, zatem mogłabym się rozpisywać i rozpisywać bez końca. Natomiast nie chciałabym go przegadać, gdyż w moim odczuciu jest bardzo ważny. Te wszystkie refleksje, które przywiozłam z Bałkanów są we mnie wciąż żywe i dalej się nad nimi pochylam. Moje postrzeganie kobiet muzułmanek zaczyna na nowo się kreować. Nie znam odpowiedzi na wiele pytań, na część wydaje mi się, że znam. Jestem bardzo ciekawa Waszych refleksji na ten niebagatelny temat. Dlatego zachęcam Was bardzo do komentowania lub bezpośredniego pisania do mnie z odniesieniem do tego, co napisałam lub podzieleniem się swoimi przemyśleniami. Będzie to dla mnie bardzo cenne, gdyż sama jestem osobą poszukującą i bardzo chętnie zapoznam się z Waszymi refleksjami, a być może własnymi doświadczeniami. Możliwe, że ktoś z Was poznał osobiście kobiety będące muzułmankami, albo sam jest lub był nią kiedyś i ma informacje z pierwszej ręki ? Czekam na Wasze komentarze, wiadomości!

    Oto link do wspominanego przeze mnie wpisu na blogu:

    https://polkanapustyni.pl/dlaczego-muzulmanki-nosza-hidzab/












  • Z terenówki do kampera!

    Z terenówki do kampera!

    Na wakacje zazwyczaj jeździmy na 3 tygodnie. Naszym zdaniem to taki optymalny czas, żeby zostawić wszystkie sprawy w Krakowie i naprawdę o nich nie myśleć, tylko się zresetować. W tym roku tak się nam ułożyło czasowo, że po 2 tygodniach musieliśmy wrócić na ślub i wesele mojego brata. Było to za sprawą tego, że byliśmy na tym zorganizowanym wyjeździe, do którego terminu musieliśmy się dopasować. Kiedy jeździmy kamperem, wszystko zależy od nas. Wiadomo, prawie wszystko, są rzeczy wyższe, na które nie mamy wpływu. Poprawiam się od razu, gdyż brak pokory nieraz już utarł mi nosa, co było dosyć bolesne. Więc nauczona doświadczaniem, nie szarżuję w moich wypowiedziach.
    Do Krakowa wróciliśmy dokładnie po 2 tygodniach od wyjazdu, w piątek popołudniu. Nazajutrz przed południem mieliśmy przepakować się do kampera i jechać na ceremonię zaślubin w moje rodzinne strony. Po wszystkim chcieliśmy zostać na kolejny tydzień w okolicy nad jeziorem i odpocząć po naszym intensywnym urlopie. Jak się okazało i tutaj nie mieliśmy spokojnego czasu.
    Po przekroczeniu progu mieszkania i wniesieniu na górę bagaży, Sebastian udał się na drzemkę. Ja natomiast uruchomiwszy pralkę, napuściłam sobie wody do wanny. Tak, hydromasaż i ciepła kąpiel z dogadzającą moim zmysłom aromatyczną kulą Organique Orange & Chilli totalnie mnie rozpieściła. Tak, tego mi było trzeba po tych dwóch tygodniach na Bałkanach. Nawet telefon od pochłoniętej organizacją jutrzejszej uroczystości swojego jedynego syna oraz podenerwowanej złą passą wydarzeń ostatniego tygodnia przygotowań rodzicielki, nie przerwał mojego błogiego nastroju.
    Po moim skończonym relaksowaniu się w wannie oraz po mężowej drzemce i pełnoprawnym prysznicu, udaliśmy się do pobliskiej włoskiej restauracji. Byliśmy okropnie zmęczeni, więc ani nam w głowie było gotowanie czegokolwiek poza wodą na herbatę. Poza tym chcieliśmy tez uczcić nasz szczęśliwy powrót z głową pełną pięknych wspomnień. Mamy taką tradycję, że po powrocie z innego kraju, jedziemy do restauracji na polskie jedzenie, które kochamy najbardziej. Tym razem postawiliśmy na włoskie. I nie tylko dlatego, że knajpa ta była najbliżej. Gdzieś w środku serca, było nam szkoda, że nie odwiedziliśmy Włoch. No dobra, mi! Mówię za siebie, żeby Mąż się nie denerwował 🙂


    Pizza była jak zwykle wyborna! Ale mój żołądek się chyba skurczył po tym wyjeździe, bo dałam radę zjeść tylko połowę swojego 32 centymetrowego włoskiego placka! Drugą wzięłam ze sobą na wynos, nic się u nas nie marnuje 🙂
    Następnie Sebastian poszedł ogarnąć kampera, czyli odpalić, podłączyć akumulator do ładowania, zrobić serwis oraz delikatnie odświeżyć, a ja zaczęłam nas przepakowywać. I tu zaczęły się schody. Nasz rozkoszny wieczór się skończył i zszargał nam nasze nerwy.
    Niecałe pól godziny po tym, jak się rozdzieliliśmy i zabraliśmy za powierzone sobie zajęcia, zadzwonił Sebastian z niewesołą wiadomością. Okazało się, że mamy przebitą oponę w kamperze. Kuuuuuurrr….czę! Cisnęły się mocniejsze słowa na usta. Była godzina 21:30. Jutro z rana miałam zaplanowaną kosmetyczkę, fryzjera, po którym Sebastian zaraz miał mnie odebrać przygotowanym już autem do drogi i mieliśmy jechać w paro godzinną podróż w okolice Piotrkowa Trybunalskiego, żeby zdążyć na styk do kościoła. Jakby ktoś chciał nas wypróbować i sprawdzić, ile mamy jeszcze pokładów cierpliwości. A może sobie dopowiadam i po prostu sami pakujemy się w kłopoty, a potem zastanawiamy się co się dzieje.
    Cóż, trzeba było działać! A więc uruchomiliśmy swoje myślenie, kontakty oraz internet. Natomiast tego dnia jeszcze nic nie udało nam się załatwić, poza przygotowaniem planu B. A więc kładąc się spać jeszcze nie wiedzieliśmy, co czeka nas kolejnego dnia. Na szczęście po raz kolejny spadliśmy jak kot, na cztery łapy. Znaleźliśmy wulkanizację, która za normalne pieniądze zgodziła się przyjechać w ciągu 2 godzin i nam pomóc. Nie było to takie oczywiste, ponieważ poprzedniego dnia wieczorem Sebastian próbował dodzwonić się do różnych miejsc i nie było odzewu lub podawali kuriozalnie wysokie kwoty. I naprawili! Okazało się też, że powodem przebitej opony był sparciały wentyl. Początkowo myśleliśmy, że ktoś nam przebił oponę i już zaczęliśmy spekulować, że ktoś nas nie lubi lub coś od nas chce. Połączyliśmy to z podstawianiem nam puszek po piwie pod auto oraz z napchaniem śmieci do zamka od strony kierowcy, które miały miejsce w ciągu ostatnich paru miesięcy. Możecie sobie wyobrazić, jaki już zdążyłam zbudować w swojej głowie scenariusz. Sceny jak z najlepszego horroru! Natomiast panowie z mobilnej wulkanizacji rozwiali moje obawy. Okazało się, że jesteśmy bezpieczni i nikt nie chce nas zabić! A więc pierwsza przeszkoda pokonana, wyjechaliśmy z Krakowa o czasie i na wszystko zdążyliśmy. Bez zrobionego serwisu, ale stwierdziliśmy, że tym wszystkim będziemy martwić się później. To już chyba u nas standard, że nawet jak sobie wszystko zaplanujemy, to wychodzi na wariata. Ale najważniejsze wtedy dla nas było, by być z młodymi w najważniejszej chwili w ich życiu, a potem się weselić, gdyż okazja nie byle jaka. Jak zawsze będąc świadkami zawierania małżeństwa w Kościele, podczas składania przez narzeczonych przysięgi małżeńskiej, trzymając się za ręce, ze wzruszeniem i radością wspominamy naszą obietnicę złożoną sobie przed Bogiem i ludźmi, a w myślach wypowiadamy ponownie jej słowa. Cieszymy się bardzo, że kolejne bliskie nam osoby dołączyły do drużyny pierścienia! Edyta i Bartek – jeszcze raz wielkie gratulacje!
    Na weselu wyszaleliśmy się za wszystkie czasy. Zawsze dajemy czadu, ale tym razem naprawdę w tańcu byliśmy nieustraszeni. Dopóki tylko grała muzyka, my nie schodziliśmy z parkietu. Nawet, kiedy już pod koniec imprezy nad ranem, leciały już same kawałki mocnej muzyki klubowej, nasze ciała same wirowały w rytm dudniących basów. Moją refleksję wzbudziły poczynania „pijanych wujków”. Użyte w cudzysłowie hasło jest tylko określeniem, nie ma nic wspólnego z moimi wujkami 🙂 Piszę ogólnie o osobach pijanych na weselu, mając w intencji tylko podkreślić komizm różnych sytuacji. Oprócz tego, że są one zabawne, są również niezwykle urocze. Obserwując różne sytuacje, a także uczestnicząc w nich na takich imprezach, z perspektywy osoby, która świadomie nie pije alkoholu od paru lat oraz promuje zabawę na trzeźwo, skłoniły mnie one do pewnych refleksji. Zastanowiło mnie, czy osoby te mają poczucie , że taniec z nimi wzbudza wachlarz ciekawych emocji 🙂 Od razu przypomina mi się jeden z moich ulubionych kawałków kabaretów „Hrabi”.

    Kabaret Hrabi – Typy tancerzy

    Poprawiny jak to poprawiny! Większość dogorywa i leczy się „klin klinem” i próbuje bawić się dalej. Teraz uwaga, będzie pól żartem, pół serio 🙂 Natomiast wyziewy z ust wydają się być jeszcze bardziej intensywne niż poprzedniego dnia, a błędny wzrok wiruje nie dając jednoznacznego znaku, na czym lub na kim się zaraz zatrzyma. I ten szelmowski uśmiech, który wzbudza poczucie niepewności, czy w naszą stronę nie zostanie skierowany rubaszny żart. W związku z tym moją najlepszą opracowaną taktyką jest nie rzucać się w oczy oraz zachowywać bezpieczny dystans. Działa! Na poprawinach zawsze są też tacy, którzy tego dnia muszą prowadzić samochód, więc usilnie próbują wytrzeźwieć. W związku z tym przybierają nad wyraz prostą postawę ciała, budzący respekt wzrok oraz delikatny uśmiech. To wszystko z punktu widzenia trzeźwego obserwatora jest bardzo zabawne i urocze. O ile oczywiście uda się przyjąć bezpieczną pozycję 🙂
    W każdym razie my nie przepadamy za poprawinami. Po całej nocy zabawy na weselu mamy o wiele bardziej ochotę na porządne wyspanie się i odpoczynek niż na powtórkę z rozrywki. Ale jak kto lubi 🙂


    W każdym razie nie narzekam. Generalnie nie było źle. Drugiego dnia spróbowałam każdego ciasta, na co nie miałam miejsca w żołądku ani czasu z uwagi na ciągłe hulanie na parkiecie podczas dnia wesela. A wypieki było naprawdę wyborne! Trochę jeszcze potańczyliśmy, porozmawialiśmy z rodziną, po czym zebraliśmy się by zdążyć na ostatnią Mszę świętą w okolicy, a potem prosto na kemping. Pierwszą noc postanowiliśmy spędzić tak, żeby nie musieć martwić się o serwis czy o przepędzenie z dzikiego, być może nielegalnego miejsca. Potrzebowaliśmy się po prostu wyspać. Poprzedniej nocy mieliśmy na sen parę godzin, a trzeba było jeszcze dogadywać się z obsługą restauracji, gdzie było wesele, by użyczyli nam wody do kampera, byśmy mogli się normalnie umyć. A jako, że byliśmy ustawieni na parkingu pośród ogromu aut, nie sposób było podjechać pod pobór wody. Natomiast nasz wąż okazał się zbyt krótki, by dostał do kranika. W związku z tym Sebastian nosił wodę z kuchni restauracji w baniakach i przelewał ją chałupniczo stworzonym na potrzeby sytuacji lejkiem. Wszystko się da, tylko potrzeba trochę chęci, kreatywności oraz cierpliwości. A żadnej z tych rzeczy mojemu wspaniałemu Mężowi nie brakuje. Bardzo mi się to w nim podoba!
    No więc pierwszy dzień mieliśmy bardzo spokojny. Wyspaliśmy się i zjedliśmy na spokojnie śniadanie w idealnej ciszy. Mimo, że był to kemping koło południa prawie nikogo na nim nie było. Wszyscy poszli nad wodę. Na terenie ośrodka, był basen, z którego nie omieszkaliśmy skorzystać. Natomiast im bliżej wieczoru, tym nachodziła nas coraz większa ochota, by się stąd wynieść i ruszyć w kierunku wymarzonej, dzikiej miejscówki. A mieliśmy jedną na oku. Znaleźliśmy ją w aplikacji „park4night” i zapowiadała się naprawdę obiecująco. A więc zrobiliśmy pełny serwis kampera i ruszyliśmy przed siebie, kierując się do naszego celu. Niestety okazało się, że ktoś był od nas pierwszy i zajął miejscówkę. Żałowaliśmy strasznie, bo wyglądała jeszcze lepiej niż było pokazane w aplikacji. Sytuacja natomiast nie była za wesoła, ponieważ już się ściemniało, a my byliśmy w środku lasu. Z jednej strony nie chcieliśmy wracać na kemping, tylko szukać innego miejsca na dziko, a z drugiej strony rozsądek podpowiadał nam, żeby z uwagi na późną porę dziś już nic nie szukać i nie kombinować. Co zrobiliśmy ? Pojechaliśmy dalej w las szukać…przygód. Chyba tak to trzeba nazwać. Niedługo trzeba było czekać, aż znaleźliśmy się w miejscu, gdzie pod kołami kampera mieliśmy głęboki piasek i porządnie się zakopaliśmy. Przez to, że było ciemno, jadąc nie zauważyliśmy w co się pakujemy. Nie było na to szans, tak naprawdę dopiero następnego dnia, gdy zrobiło się widno zobaczyliśmy jak to wyglądało w rzeczywistości. Na nic były nasze wieczorne próby odkopywania auta, podstawiania podjazdów, maty, by auto złapało przyczepność. Nic z tych rzeczy nie pomogło, a sprawiało, że zakopywaliśmy się jeszcze bardziej. Tego wieczoru było nam bardzo nie do śmiechu. Z jednej strony byliśmy źli na siebie, że nie zawróciliśmy, kiedy się zastanawialiśmy co robić dalej po znalezieniu zajętej przez innych miejscówki. A z drugiej strony było nam zwyczajnie przykro, że podczas tego wyjazdu tak mamy ze wszystkim pod górkę. W każdym razie nie był to czas na płakanie nad rozlanym mlekiem. Trzeba było coś postanowić. A więc położyliśmy się spać z planem, że z samego rana wstaniemy i pójdziemy do najbliższego Kościoła – około godziny drogi na Mszę święta i tam będziemy prosić miejscowych o pomoc. Nie było to takie proste zasnąć w takich okolicznościach. W takich sytuacjach to Sebastian jest bardziej niespokojny i ciężko mu funkcjonować, dopóki sprawa się nie rozwiąże. Mi jest łatwiej odpuścić i zdać się na łaskę Pana Boga. Jakoś zawsze mam taki spokój, że jeśli jestem z Mężem, a Pan Bóg jest z nami, to choćbyśmy władowali się w nie wiadomo jakie tarapaty, On nas zawsze wyratuje. Być może to jest zbyt zuchwałe z mojej strony, ale po prostu tak mam. W każdym razie przynajmniej jedna osoba w aucie jest spokojniejsza. W żadnym wypadku nie są nam potrzebne jeszcze moje silne emocje w takiej chwili.
    Było to 15 sierpnia – wielkie święto Maryjne. My znajdywaliśmy się na terenie Sulejowa, a dokładnie Podklasztorza, a więc na Mszę święta udaliśmy się do Opactwa Cystersów. Odbywało się tam wielkie święto, dużo ludzi oraz odprawiona została piękna Eucharystia. Po Mszy zostaliśmy nakierowani przez miejscowych chłopów na domostwa, które potencjalnie mogłyby nam pomóc. Odbijając się od drzwi do drzwi, w końcu dotarliśmy do mężczyzny, który obiecał, że nam pomoże. Okazało się, że kojarzymy się jeszcze z odległych czasów licealnych, z imprez u wspólnej koleżanki. Prowadzi firmę ze swoim bratem, gdzie naprawiają samochody. Korzystając z firmowego sprzętu – wyciągarki przymocowanej do auta, pojechał z nami w miejsce naszej porażki i wyciągnął naszego kampera. Całość łącznie z dojazdem zajęła mu niecałą godzinę. Mistrzostwo! Ewidentnie zesłał nam go Pan Bóg. Mężczyzna był jeszcze tak w porządku, że nie chciał wziąć od nas żadnych pieniędzy w zamian, ponieważ miał zasadę, że nie zarabia w niedzielę. Pomodliliśmy się za niego i obiecaliśmy sobie, że znajdziemy adres firmy i wyślemy mu coś w podziękowaniu. Zresztą znałam jego imię i nazwisko. Niech mu Pan Bóg hojnie wynagrodzi za jego uczynność i życzliwość. Teraz się śmiejemy, że jesteśmy coraz większymi Vanlifersami, bo od teraz mamy na koncie pierwsze zakopanie się kamperem i wyciąganie przez pomoc miejscowych. Ostatnio na You Tube było to dosyć popularne 🙂 Ale mieliśmy porządnego stracha. Na pewno wyciągniemy jakieś wnioski. Już teraz wiemy, że musimy trzymać się zasady, że nie szukamy w takich terenach miejsca na nocleg po zmroku. To zbyt ryzykowne i trzeba sobie powiedzieć – nieodpowiedzialne.

    Kiedy już byliśmy wolni, pojechaliśmy jeszcze raz zobaczyć, czy może wymarzona zajęta miejscówka z poprzedniego wieczoru się zwolniła. Niestety nie, była dalej zajęta przez te same osoby. Wobec tego mając już dosyć wrażeń, pojechaliśmy na sprawdzoną pół dziką miejscówkę przy plaży z zejściem dla motorówek i łódek, na której byliśmy kiedyś z moim, a w zasadzie teraz już naszym dziadkiem. Może nie byliśmy tam całkiem sami, woda nie była najczystsza, a piasek najprzyjemniejszy, ale mogliśmy się bezpiecznie rozłożyć i nie martwić innymi rzeczami.

    Natomiast nasz błogi stan nie trwał zbyt długo. Jak tylko się rozłożyliśmy i zaczęliśmy się relaksować, zauważyłam przeciek w kamperze. Przy korzystaniu ze zlewu w kuchni, woda zaczęła wypływać dołem. Ponadto poduszka z kanapy nie wiadomo dlaczego ciągle, nawet po wysuszeniu z jakiegoś powodu naciągała wilgocią. Kolejne usterki oraz kolejne wydatki. Mamy jeszcze kilka innych do zrobienia grubych spraw w tym aucie. Zbliża się do nas nieuchronnie podjęcie tematu, czy opłaca nam się inwestować w naprawę tego kampera. Jest to bardzo trudne, ponieważ mamy do niego ogromny sentyment. Najbardziej ja, gdyż traktuję go niemalże jako członka rodziny. Spędziliśmy w nim pierwszy miesiąc naszego Małżeństwa. Ma to dla mnie ogromne znaczenie. Póki co odwlekamy temat, ale prędzej czy później musimy zawieźć go do serwisu i poprosić o dogłębne sprawdzenie, co jest do zrobienia i wtedy stając w prawdzie ocenić, jaka decyzja jest według nas najlepsza.
    Na domiar tego wszystkiego, kiedy późnym wieczorem siedzieliśmy w kamperze i przytłoczeni tym wszystkim piliśmy herbatę, dostaliśmy bardzo przykrą wiadomość. Dowiedzieliśmy się o śmierci bliskiej, młodej osoby z rodziny Sebastiana, u której niedawno zdiagnozowali poważną chorobę. Okropna tragedia. Bardzo współczujemy rodzinie i nie potrafimy sobie wyobrazić, co czuje w takiej sytuacji najbliższa rodzina, czyli żona, rodzice…. Takie sytuacje pokazują, jak kruche jest ludzkie życie i jak bardzo jesteśmy mali w stosunku do Pana Boga, który powołuje nas do siebie w czasie, którego nie znamy. Jak bardzo powinniśmy być wdzięczni za każdy kolejny dzień naszego życia, za zdrowie, za to, że mamy jeszcze szansę tu na ziemi pracować na to, co będzie z nami po śmierci.
    Następnego dnia natomiast dowiedzieliśmy się, że z kolei u bliskiej osoby w mojej rodzinie nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia i w związku z tym nie jest pewny przyjazd moich rodziców do nas, który był zaplanowany jeszcze w ramach zaległego prezentu z okazji Dnia Matki i Ojca. Na szczęście niedługo nastąpiła poprawa i rodzice ostatecznie przyjechali i spędzili z nami bardzo miły weekend. Natomiast emocji znowu nie brakowało. W ostatecznym rozrachunku musimy przyznać, że trzecia część naszego urlopu nie sprawiła, że odpoczęliśmy. Byliśmy pewni, że przesiadając się w kampera, wreszcie będziemy cieszyć się chwilą wytchnienia. Jednak jak widzicie, coś cały czas nam szargało skutecznie nerwy i nie potrafiło całkowicie się zrelaksować. Niemniej jednak byliśmy razem i poznawaliśmy też siebie w takich sytuacjach oraz mogliśmy uczyć się wzajemnego wsparcia i zawierzania Temu na Górze.

    Aby skończyć bardziej optymistycznym akcentem wklejam zdjęcie naszego ostatniego punktu przed powrotem do Krakowa – naszej obiadokolacji. Z racji tego, że w kamperze znaleźliśmy dużo rzeczy szwankujących, a między innymi był to przeciek w zbiorniku magazynującym wodę ze zmywania, musieliśmy się sporo natrudzić przy przygotowywaniu posiłków. Ostatniego dnia postanowiliśmy odpuścić gotowanie i przed wyjazdem pojechać do restauracji. Znalazłam w niedalekiej okolicy kemping z obiecującą gastronomią. I się oczywiście nie zawiedliśmy. Muszę przyznać, że co jak co, ale mam nosa do znajdywania dobrego jedzenia. A dobra kuchnia jak wiecie to jest ewidentnie coś, co nas łączy.

    Człowiek najedzony, to człowiek szczęśliwy! Zgodzicie się z tym ?

  • „Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń”

    „Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń”
    1. Nasze marzenia
    2. Skąd te refleksje?
    3. Teatr
    4. Spektakl „Chciałaby dusza do raju”
    5. Terminy spektakli

    Nasze marzenia

    O czym marzysz ? Co jest Twoim największym pragnieniem? Czy potrafisz odpowiedzieć sobie na to pytanie ? Czy robiłeś/robiłaś kiedyś swoją mapę marzeń ? Jeśli tak, to czy często na nią spoglądasz ?
    Niby takie proste pytania, a nie jest wcale łatwo na nie odpowiedzieć. Mi na pewno nie.
    A może spróbujmy od innej strony. O czym marzyłeś/marzyłaś w dzieciństwie ? Kim chciałeś/łaś być/zostać ? Czy któreś z tych rzeczy się zrealizowało ? Co zrobiłeś/zrobiłaś w tym kierunku ?
    By odpowiedzieć na te pytania, na pewno trzeba chwilę się zastanowić i zatrzymać. Niestety często w zabieganym życiu, które prowadzimy, niezbyt często sobie na to pozwalamy. A przecież nasze marzenia są bardzo ważne, ponieważ kształtują nasze serce, a w konsekwencji tworzą naszą tożsamość już od najmłodszych lat. W dzieciństwie człowiek jest jeszcze wolny od traum oraz ograniczeń, które sobie nałożyliśmy próbując funkcjonować w bombardującym nas z każdej strony świecie. A więc o ile nasze marzenia nie zostaną zgaszone przez rodziców, są one żywe i motywujące młodego człowieka do działania. Osobiście uważam, że dorośli, którzy od dzieciństwa byli uczeni rozmawiania na temat swoich marzeń oraz pragnień, lepiej sobie radzą w życiu oraz są bardziej szczęśliwi. Bo marzy każdy, niezależnie od wieku. Tylko często nie dajemy sobie na to przyzwolenia. Kto w młodości nie słyszał od dorosłych tekstów typu „myślisz o niebieskich migdałach”, „zejdź na ziemię”, „wybij sobie to z głowy” czy wiele, wiele innych ? Nie mamy pojęcia, jaka wielką moc mają słowa oraz jak bardzo takie z pozoru niegroźne zdania mogą na nas wpływać. I to niekoniecznie korzystnie. Na szczęście coraz bardziej promowane jest świadome życie, a uważam, że nigdy nie jest za późno, by zmienić myślenie i zacząć naprawdę marzyć, a nie tylko śnić.

    Andrzej Zaucha/Dżamble – Każdy marzy, każdy śni

    Moim największym marzeniem w dzieciństwie było zostanie gwiazdą na scenie, a dokładnie aktorką. Wielokrotnie przed lustrem opowiadałam wymyślone lub zapamiętane z filmów lub bajek historie oraz dialogi. Nierzadko wymachiwałam przy tym rękoma, gestykulowałam swoim ciałem oraz wydawałam z siebie różne dźwięki, a także w różnoraki sposób wyrażałam swoje emocje. Była to dla mnie niezła zabawa! Jako dziecko chciałam być również pisarką. Już od najmłodszych lat dużo czytałam i pisałam. Moja mama, która jest nauczycielką zadbała o to, bym nauczyła się tych czynności jeszcze na długo przed pójściem do szkoły. W związku z tym książka była jedną z moich ulubionych zabawek, a w związku z rozwijaniem przez czytanie wyobraźni oraz zasobu słownictwa, szybko przyszło natchnienie, by pisać swoje „książki”. Na początku były to opowiadania oraz rymowane wierszyki okolicznościowe dla najbliższych. Potem dopiero wielowątkowe historie. Opisywane przeze mnie perypetie bohaterów były najczęściej odzwierciedleniem tego, czego mi brakowało lub czego bardzo pragnęłam. Niestety w okresie nastoletnim porzuciłam pisanie. Dopiero teraz coś w tej sferze zaczyna się budzić oraz odradzać na nowo. To jest zupełnie coś innego niż w tamtym okresie. Na początku płomień się tylko tlił, a teraz płonie coraz bardziej. Kto wie, co jeszcze z tego będzie ?
    Jeśli chodzi o marzenie bycia aktorką, to sprawa rozwinęła się tak, że jako nastolatka rzeczywiście należałam do teatru amatorskiego i występowałam na scenie, a także brałam udział w konkursach recytatorskich poezji. Niestety w praktyce nie było to takie proste, jak przed lustrem. Mocno się stresowałam, przez co zapominałam tekstu i niekiedy rozwalałam cały spektakl. Nie miałam wiary we własne siły, a może brakowało też wsparcia i wiary we mnie innych. Pewnie dużo rzeczy się na to złożyło, nie da się tak jednoznacznie ocenić. Natomiast jako, że byłam od małego niezwykle uparta, nie poddawałam się i nie rezygnowałam. Powiedziałam dość dopiero wtedy, kiedy wyjazdy na przeglądy teatralne, okazały się jedną wielką integracją, całkowicie przekraczającą moje granice ówczesnej przyzwoitości. A „świętoszką” wtedy nie byłam, więc nie sądzę, by moja ocena była przesadzona. Była to trudna decyzja, ale uważam bardzo mądra. Jednak wartości zakorzenione w rodzinnym domu przyniosły owoce. A więc kolejne marzenie zostało uśpione na lata. Temat teatru wrócił dopiero, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat. Wtedy to zostałam zaproszona na spektakl wystawiany przez katolicką Wspólnotę Ziemia Boga w Krakowie. Wtedy moje pragnienie występowania na scenie odżyło. Jeszcze kiedy zobaczyłam, że jest to nie tylko teatr, a przede wszystkim możliwość formacji chrześcijańskiej oraz przybliżania do Boga siebie i innych ludzi, weszłam w to zupełnie w ciemno. I nie pomyliłam się, bo było warto. W owej Wspólnocie jestem już 10 lat, a granie jest dla mnie za każdym razem niesamowitą przygodą. Obecnie występuję nawet z moim Mężem. A na marginesie w kwestii marzeń, ciekawą sprawą jest to, że Sebastian w jednej z pierwszych wiadomości, które ze sobą wymienialiśmy, podzielił się ze mną, że jego marzeniem jest zagranie w teatrze 🙂 Cóż za zrządzenie losu! 🙂
    Kolejnym cudownym przykładem jest marzenie Sebastiana z dzieciństwa, żeby mieć Jeepa – samochód terenowy. W dorosłym życiu, kiedy zaczął zarabiać, nie myślał poważnie, by kupić takie auto. Przede wszystkim dlatego, bo jest drogie, nieekonomiczne i niepraktyczne. Dopiero, kiedy po ślubie zaczęliśmy przymierzać się do wymiany auta i Mąż opowiedział mi o swoim marzeniu, zaczęłam go namawiać, by je zrealizować. A w nim wtedy wszystko się obudziło. I krok po kroku, udało nam się podjąć działania, by kupić upragniony samochód.
    A kto pamięta jeden z pierwszych wpisów „Jak się zaczęło” ? Tam opisywałam, jak spełniło się moje marzenie, by mieć kampera. Też musiałam trochę na nie poczekać…
    No i oczywiście nasze marzenia o dobrym mężu i dobrej żonie. Czekaliśmy na siebie 30 lat! 🙂
    Oczywiście mamy też innych wiele marzeń, które jeszcze się nie spełniły, a być może nigdy się nie spełnią. Tak też może być. I z tym trzeba się też umieć pogodzić oraz to przyjąć. Ale uważam, że niezwykle ważne jest by marzyć, rozmawiać o tym i starać się te marzenia realizować, jeśli mamy taką możliwość. A jeśli w danym momencie nie możemy, to cierpliwie czekać, aż nadejdzie ku temu sposobność. A tak jak śpiewa moja ukochana polska artystka Antonina Krzysztoń „Jest takie czekanie które już jest spotkaniem„. Przepiękny utwór, tekst, muzyka, głos – jednym zdaniem najwyższej klasy poezja:

    Antonina Krzysztoń – Cisza

    Skąd te refleksje?

    Ostatnio gdzieś w Internecie usłyszałam, że powinniśmy wracać do swoich marzeń z dzieciństwa, ponieważ one są najczystsze, najmniej obarczone konwenansami, powinnościami i ograniczeniami, a mają duże znaczenie w naszym życiu. Stąd te wszystkie pytania. Zdanie niby oczywiste, a jednak sprawia, że człowiek zachodzi w głowę, czy naprawdę tak jest, skoro teraz jesteśmy mądrzejsi i bardziej doświadczeni. A co tam takie dziecko może wiedzieć ?
    Po głębszym zastanowieniu i odpowiedzeniu sobie na pytania odnośnie dzieciństwa, stwierdzam w tej teorii dużo racji. Oprócz przytoczonych przeze mnie wcześniej marzeń, miałam jako dziecko wiele innych. Na przykład chciałam mieć bardzo lalkę Barbie gimnastyczkę, dom dla lalek, oryginalne jeansy z Wranglera, elektroniczne oryginalne Tamagotchi, długie włosy jak księżniczka, jeździć z rodzicami do ciepłych krajów jak inne koleżanki oraz wiele, wiele innych. Część z nich pamiętam też jako bardzo osobiste. Jedne się spełniły, jedne nie, a jeszcze inne po prostu poszły w zapomnienie lub przestały być na ten czas dla mnie ważne. Być może ich moment kiedyś jeszcze nadejdzie.

    Teatr

    A można powiedzieć, że teatr jest naszym wspólnym marzeniem, które się spełniło. Marzyliśmy o nim jeszcze zanim się poznaliśmy, realizujemy razem. Mówią, że smutek dzielony z drugą osobą jest połową smutku, radość dzielona z kimś jest podwójną radością. Coś w tym jest!

    Dla mnie w tym momencie teatr jest czymś więcej niż tylko spełnianiem marzenia z dzieciństwa i pasją. Oczywiste jest, że z racji tego, że jest to dzieło wspólnotowe, traktuję to jako posługę innym oraz ewangelizację. Sztuki są bardzo wymowne i dotykają ważnych kwestii. Nasz reżyser Marcin Kobierski, który jest również aktorem w znanym krakowskim teatrze „Bagatela”, pisze scenariusze w ten sposób, że mogą one trafić w serce zarówno do osób wierzących, jak i ateistów. Treści są bardzo głębokie, z lekką dozą groteski oraz humoru, a jednocześnie są przekazywane w nienachalny sposób. Widz zawsze wychodzi z pewną refleksją, ale nie jest nią przytłoczony. Dlatego też bardzo mocno czuję odpowiedzialność brania udziału w tym dziele, jakim są sztuki w naszej Wspólnocie Ziemia Boga. Trema przed występowaniem na scenie zamienia się w stres, czy przekażę to, co Duch Święty przez graną przeze mnie postać chce powiedzieć innym. Trzeba sobie tutaj często przypominać, po co tu jesteśmy, bo człowiek jest tylko człowiekiem i gdy widzi światła reflektorów…po ludzku chce być gwiazdą 🙂 A to nie o to tutaj chodzi!
    Teatr we Wspólnocie stał się dla mnie również szkołą przepracowywania lęków, emocji oraz łapania dystansu do siebie. W tym roku mija 10 lat, od kiedy dołączyłam do Ziemii Boga i zaczęłam grać. Kiedy przypominam sobie moje początki dostrzegam u siebie duże zmiany. Dobre zmiany. Jest to dla mnie potwierdzenie tego, że pewne wydarzenia w naszym życiu muszą się pojawić w konkretnym dla nas momencie, w którym będziemy gotowi je przyjąć i w pełni skorzystać z dobra, jakie ze sobą niosą. Nawet jeśli musimy uzbroić się w cierpliwość i trochę na nie poczekać, to czasem warto zaufać, że być może nie jest to jeszcze ten właściwy moment. Można wtedy czas oczekiwania na spełnienie swoich marzeń przeznaczyć na głębsze spojrzenie w siebie, w pracę nad sobą oraz wiele innych pożytecznych rzeczy, mając oczywiście swoje marzenia cały czas w sercu i nie tracąc nadziei na ich realizację w przyszłości. To na pewno nie zaszkodzi, a być może pomoże i przyspieszy czas naszej gotowości. Tak dzieje się często w moim przypadku. Teatr jest tego niewątpliwym przykładem, jakich jest w moim życiu znacznie więcej.

    Spektakl „Chciałaby dusza do raju”

    Obecnie jesteśmy w trakcie wystawiania sztuki pt.:”Chciałaby dusza do raju”. Jest to bardzo poruszająca oraz chwytająca za serce sztuka. Dotyka tematów, o których mało się mówi, czyli śmierci, skutków naszych ziemskich poczynań oraz przebaczenia, a także tego, co będzie dalej z nami po śmierci. Na co dzień o tym nie myślimy, przynajmniej ja. To wszystko wydaje się tak odległe oraz niedotyczące nas bezpośrednio. A czy na pewno tak jest ? Spektakl nie daje gotowych odpowiedzi, jednak zostawia nas z refleksją oraz wieloma otwartymi pytaniami. Występuje w niej wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji, dzięki czemu z zapartym tchem śledzimy wydarzenia. Do ostatniej chwili pozostajemy w ciągłym napięciu, a jednocześnie cały czas koi nas otulająca jak ciepły koc muzyka oraz mocno wybrzmiewająca nadzieja. Spektakl jest niezwykle liryczny. Nie brakuje w nim również humorystycznych akcentów, przez co przyjemnie się go ogląda.
    Kochani czytelnicy, jeśli jeszcze nie byliście na sztuce „Chciałaby dusza do raju”, to gorąco Was z tego miejsca na nią zapraszam. Mocno wierzę, że będzie Wam się podobać, a co najważniejsze przyniesie Wam coś dobrego. Wierzę, że każdy z naszych spektakli wynosi coś innego. Wnioskuję to z rozmów, które często prowadzimy z widzami po spektaklu. Każdy bowiem ma inną historię, różne doświadczenia oraz indywidualną wrażliwość. A wątków jest wiele..

    Terminy spektakli


    Poniżej wklejam terminy spektakli pierwszej edycji oraz drugiej. Na pierwszą oficjalnie już nie ma miejsc, formularz z rezerwacjami został zamknięty. Zapisy na kolejną edycję będą uruchomione 2 października. Natomiast jeśli ktoś z Was bardzo chciałby przyjść jeszcze w pierwszej edycji, odezwijcie się do nas. Czasem ktoś rezygnuje, odwołuje i można wtedy wskoczyć na jego miejsce.

    Terminy spektakli:

    WRZESIEŃ/PAŹDZIERNIK

    16.09.2023. (sob) godz. 19.00 PREMIERA

    17.09. (ndz) godz. 19.00

    23.09. (sob) godz. 19.00

    24.09. (ndz), godz. 19.00

    29.09.(pt), godz. 19.15 UWAGA!!!

    30.09. (sob). godz.19.00

    1.10. (ndz) godz. 19.00

    LISTOPAD

    11.11. (sob) godz. 19.00

    12.11. (ndz) godz. 19.00

    18.11. (sob) godz. 19.00

    19.11. (ndz) godz. 19.00

    24.11. (pt) godz. 19.15 UWAGA!!!

    25.11. (sob) godz. 19.00

    26.11. (ndz) godz. 19.00


    Wszelkie dodatkowe informacje znajdziecie, klikając w link do wydarzenia na FB:

    Spektakl „Chciałaby dusza do raju” – wydarzenie na Facebooku

    ZAPRASZAMY!



  • Bałkańskie podboje – duchowo, turystycznie we dwoje!

    Bałkańskie podboje – duchowo, turystycznie we dwoje!
    1. Definicja nudy 🙂
    2. Rozpoczynamy drugą część urlopu
    3. Serbia – Park Narodowy Tara
    4. Bośnia i Hercegowina – Medjugorie
    5. Medjugorie – Góra Objawień
    6. Medjugorie – Križevac
    7. Wodospady Kravica
    8. Mostar
    9. Sarajewo
    10. Jedzenie na Bałkanach

    Definicja nudy 🙂

    Nuda ? Drodzy czytelnicy, czymże jest nuda?
    Słownik języka polskiego PWN podaje następujące definicje:

    1. «uczucie przygnębienia, zniechęcenia, spowodowane bezczynnością, monotonią życia»

    2. «cecha rzeczy wywołującej taki przykry stan»

    3. «rzecz nudna»

    4. pot. «człowiek nieciekawy»”

    Wikipedia podaje, że jest to stan emocjonalny wywołany bezczynnością, monotonią.

    Musiałam posłużyć się pojęciami, gdyż to słowo jest nam zupełnie obce. W naszym życiu coś takiego po prostu nie istnieje. I tak było jeszcze zanim się poznaliśmy. Zarówno ja, jak i Sebastian zawsze dzień mieliśmy wypełniony po brzegi. Praca, wolontariat, Wspólnota, treningi, spotkania z rodziną i przyjaciółmi oraz czas poświęcony na rozwój duchowy. To wszystko od zawsze sprawiało, że mocno czujemy, jak płynie w nas krew, a tętno nie ustaje, a wciąż przyspiesza. Kiedy sięgam pamięcią do tyłu, bardzo dobrze pamiętam czas dzieciństwa i zabawy, szczególnie wakacje. Jako żywiołowe dziecko rzecz jasna wszędzie mnie było pełno i jak się domyślacie trudno było mnie zastać w domu. Praktycznie każdego dnia gdzieś biegałam po podwórku z rówieśnikami przysparzając rodzicom wiele trosk. Natomiast naturalna rzecz, dzieciaki w okresie wakacyjnym często wyjeżdżały na wakacje ze swoimi rodzicami, a w roku szkolnym uczyły się i odrabiały lekcje. Łącznie ze mną. Jednak nie zawsze zazębiało się to czasowo u wszystkich dzieci. Zdarzało się, że przez jakiś czas nie było do kogo wyjść na podwórko i z kim się bawić. Pamiętam, że często wtedy przychodziłam do mamy i pytałam: „co mam robić, bo mi się nudzi?” Mama mi w takich momentach zazwyczaj znajdywała różnorakie prace domowe. Ja wtedy szybko uciekałam do pokoju, udając bardzo zajętą. Wówczas brałam to po kolei zabawkę, to książkę, a za chwilę włączałam telewizor lub magnetofon. Pamiętam, że nie lubiłam bardzo się nudzić. Teraz, kiedy to wszystko wspominam, trochę za tym tęsknię. Nie pamiętam, kiedy zastanawiałam się co zrobić ze swoim dniem czy nawet popołudniem/wieczorem. Czy pójść na spacer, czy poczytać książkę, albo jeszcze coś innego. Zazwyczaj mam poplanowane spotkania w kalendarzu o co najmniej tydzień do przodu albo zaczynam działać od rzeczy priorytetowych . A weekendy planuję z ponad miesięcznym wyprzedzeniem. I mimo, że tak często na to narzekam i tęsknię za nic nierobieniem z dzieciństwa, nie potrafię tego zmienić. To musi być wpisane w moja naturę. Chwała Panu, że dał mi też stronę duchową, dzięki której rzeczywiście świadomie przeznaczam czas i przestrzeń na modlitwę i bycie z Nim. Bardzo wartościowe jest dla mnie również to, że nie pracuję zawodowo i sama organizuję sobie dzień, co kiedy robię czy załatwiam. Pomaga mi to trzymać moje życie w ryzach i daje dużo wytchnienia. To było tytułem wstępu 🙂 Kończę oczywiście piosenką.

    Akurat – Czas dogania nas

    Rozpoczynamy drugą część urlopu

    A więc tak jak wspominałam w poprzednim wpisie, kiedy skończył się turnus z Pathfinders, my ruszyliśmy dalej. Mieliśmy wyruszyć z samego rana, ale z uwagi na nasze zmęczenie dobrymi, ale również wyczerpującymi przeżyciami z tygodnia off-roadowej jazdy, postanowiliśmy zrobić sobie luźny poranek. Ostatni nocleg mieliśmy na kempingu więc mogliśmy spokojnie zostać tam do południa. I tak też uczyniliśmy, co okazało się być bardzo dobrym pomysłem. My na urlopie dosyć mało odpoczywamy, ponieważ zawsze chcemy wykorzystać czas i zobaczyć jak najwięcej. Natomiast co jakiś czas pozwalamy sobie na zwyczajne lenistwo. Wtedy zazwyczaj udaje mi się namówić Męża na nienastawianie budzika oraz śniadanie w pidżamie, a czasem nawet i na podane do łóżka 🙂 Uwielbiam takie dni!

    Serbia – Park Narodowy Tara

    Kolejnym naszym celem był Park Narodowy Tara, należący do Serbii. Z racji bardzo luźnego poranka zajechaliśmy tam na wieczór. W związku z ponadgodzinnym szukaniem odpowiadającej nam miejscówki już po zmroku, godzina zrobiła nam się bardzo późna. Zaznaczone w aplikacji „park for night” miejsca okazywały się jedna po drugiej dla nas nie do zaakceptowania. Jedne znajdowały się zaraz przy samej drodze lub w terenie, gdzie było duże zagrożenie odłamywania się skał, a także w miejscach dużych skupisk ludzi. Jedna miejscówka rzeczywiście wpasowywała się w większości w nasze priorytety – była oddalona od drogi, bo przy samym zejściu do wody, otoczona zaroślami oraz był piękny widok. Miała tylko jedną wadę. Nie było tam miejsca, by postawić się równo. Ostatecznie musieliśmy zgodzić się na nocleg przy drodze u wejścia do lasu. Wobec tego nie udało nam się również umyć ani ugotować zaplanowanego risotto z tuńczykiem. Zadowoliliśmy się zupką chińską i kanapkami z żółtym serem oraz pomidorem. Kolacja rozgrzała i zapełniła nasze puste od południa żołądki. Szkoda nam było czasu, który straciliśmy na i tak bezskuteczne szukanie miejscówki na nocleg, ale trzeba było to przyjąć i wziąć jako naukę bycia szczęśliwym pomimo. Doceniliśmy, że jesteśmy razem, bezpieczni i najedzeni. Choć muszę tu przyznać, że tego dnia Sebastian miał duży kryzys, jeśli chodzi o funkcjonowanie w takich warunkach. Na szczęście mamy taką łaskę, że kiedy jemu gorzej, to zazwyczaj mi lepiej i odwrotnie. Więc możemy wzajemnie się motywować i ciągnąć się w dobra stronę. Działa to też w innych kwestiach niż podróże. Jest to bardzo przydatne w sytuacjach, kiedy jednemu brakuje nadziei, wiary czy też kiedy jedno z nas pogrąża się w smutku.

    Tego dnia może nie mieliśmy najlepszego wieczoru, ani nocy, ale za to poranek nam wynagrodził wszystkie niedogodności. Postanowiliśmy zebrać się wcześnie, by pojechać przygotować i zjeść śniadanie na tej jedyną miejscówce, która nam odpowiadała poza szczegółem, że było bardzo na niej spadziście. Kiedy zajechaliśmy tam rano i wyszliśmy z auta, okazało się, że wcale ten spadek nie był tak duży, jak wyglądał wczoraj.

    Z burczącymi i pustymi brzuszkami po wczorajszej marnej kolacji „na przetrwanie zabraliśmy się do przygotowywania śniadania. Serwowaliśmy jajecznicę na masełku z cebulką, a więc na bogato! To jest specjał, który przygotowuje zawsze mój Mąż. Ja nie śmiem się podejmować tego zadania, gdyż on to robi perfekcyjnie. Ja tylko czasem przygotowuje dodatki, ale smażenie należy do Męża. Idealnie ścięta oraz z podsmażoną na złocisty kolor cebulką w połączeniu z sercem, które Sebastian zawsze wkłada w jej przygotowanie, jest rano dla mnie czymś najlepszym na świecie. Zazwyczaj jemy ją w niedzielę, by odświętnie zacząć ważny dla nas dzień, w którym staramy się godnie odpoczywać i świętować. Co prawda w obecnych warunkach nie była to niedziela, ale bezapelacyjnie należał nam się ciepły i porządny posiłek. Jajecznica wyszła jak zwykle po mistrzowsku! A w tle tak urokliwego widoku smakowała naprawdę po królewsku. I o dziwo zupełnie nie przeszkadzał nam brak soli i pieprzu.

    Na nasze nieszczęście zaraz po zjedzeniu śniadania zmieniła się pogoda. Nadciągnęły ciemne chmury, zerwał się wiatr i co chwilę padało, a w jednym momencie się przejaśniało. Park Tara w Serbii ogromnie nas zachwycił swoją potęgą, przestrzenią, dzikością, oraz majestatycznością widoków.

    Polecam włączyć poniższą nutę ku lepszemu oglądaniu zdjęć:
    Chmury – Paweł Domagała

    Co prawda w planach mieliśmy trekking po terenie parku, ale wobec zmieniających się warunków pogodowych zmieniliśmy nasze plany. Z racji tego, że nie wiedzieliśmy, kiedy i czy w ogóle tutaj jeszcze będziemy mieli okazję być, postanowiliśmy zaopatrzyć się w miasteczku w mapę i jeździć od jednego miejsca widokowego do drugiego, żeby cokolwiek w okolicy sensownego zobaczyć. I to była bardzo dobra decyzja. Mimo, że wraz z upływem dnia, ilość spadającego z nieba deszczu zwiększała się, my się nie poddaliśmy.

    Wstań i walcz – Kasia Kowalska & Maleo Reggae Rockers

    I nawet udało się sporo zobaczyć!

    Ponadto opady spowodowały zejście chmur, dzięki któremu na jednym ze szczytów gór, na którym byliśmy, mogliśmy obserwować pompatyczne widowisko.

    Pogoda ewidentnie płatała nam psikusa. Naprawdę nie chciało się rozpogodzić. Tylko i wyłącznie dzięki naszemu uporowi, który w takich sytuacjach jest dużą zaletą naszych mocnych charakterów, udało nam się to wszystko zobaczyć. Nawet wykorzystaliśmy chwilowe okno pogodowe i przy zejściu do jeziora z pięknym widokiem, wyciągnąwszy oraz uruchomiwszy naszą kuchenkę, wypiliśmy pyszną kawkę.

    Cały ten dzień jeżdżenia i chodzenia po punktach widokowych dał nam w kość. Mimo tego absolutnie nie żałujemy, że nie spędziliśmy tego dnia w żadnym przytulnym hotelu ani serwującej wykwintne dania restauracji. Wieczorem zmęczeni, ale szczęśliwi, wyruszyliśmy dalej w kierunku kolejnego naszego celu. Było to Medjugorie. Tego dnia nie chcąc tracić czasu na szukanie sensownej miejscówki, żeby jak najdalej dojechać, postanowiliśmy od razu sunąć do przodu ile sił w Mężowej kierownicy 🙂

    Byliśmy głodni i brudni, ale to nie miało dla nas większego znaczenia w tej podróży. Poza tym ustaliliśmy, że po przyjeździe do Medjugorie zapewnimy sobie hotel na jeden dzień, żeby czystym i pachnącym udać się do Matki Bożej. Było to dla nas ważne, szczególnie, że akurat była to niedziela.

    Bośnia i Hercegowina – Medjugorie

    Pobyt w Medjugorie był dla nas bardzo pięknym doświadczeniem. Przede wszystkim duchowym, ale przyznam, że również cielesnym. Nie wiem ile czasu siedziałam pod prysznicem i delektowałam się otulającą moje ciało gorącą wodą oraz okalającą moje nozdrza wonią „Bubble Tea” egzotycznych owoców i czarnej herbaty. Moja pamięć zapisała te chwile jako istną rozkosz. Na warunki, jakie mieliśmy, był to szczyt moich marzeń. Gdy już zmyliśmy z siebie wszystkie poty poprzednich dni, udaliśmy się na ucztę dla podniebienia, zasłużony obiad. Oj było syto! Co jak co, ale na Bałkanach potrafią nakarmić! I trafiają idealnie w nasze gusta. Mięso robią rewelacyjne. A porcje są naprawdę niemalże nie do przejedzenia. Jako, że ja z nas dwojga częściej dopycham i raczej nie zostawiam nic na talerzu, tak tutaj wymiękłam. Tutejsze porcje mnie pokonały. Prawdą jest też, że będąc na wielkim głodzie, kiedy już mieliśmy możliwość zjedzenia porządnego posiłku, zamawialiśmy dużo za dużo 🙂 A potem zastanawialiśmy się co z tym fantem zrobić. Na szczęście z racji tego, że oboje bardzo nie lubimy wyrzucać jedzenia, kiedy było tylko to możliwe, staraliśmy się ratować je pakując pozostałości i zjadając następnego dnia. Tutaj wchodzi pytanie czy to już jest łakomstwo, czy jeszcze nie ?
    A tymczasem dla rozluźnienia trochę dobrego, starego kabaretu. Znacie, lubicie ?
    Żarłoczna Ewa – Kabaret Potem

    Kiedy już nasze przyziemne potrzeby zostały zaspokojone, mogliśmy zmierzać ku najważniejszemu celowi naszych odwiedzin w Medjugorie, Eucharystii. Msza święta była cudowna! Zupełnie się nie spodziewając, dostaliśmy od właścicielki hotelu słuchawki oraz małe radyjko, by móc słuchać podczas tłumaczenia, które było wykonywane na bieżąco. W sercu czułam ogromną wdzięczność, że Pan Bóg i o to się zatroszczył. Na Bałkanach wielką wygraną była dla nas sama możliwość uczestniczenia w Eucharystii z powodu przeważającego na tych terenach wyznania prawosławnego i islamskiego. A więc nasze trudy jazdy poprzedniego wieczoru podczas kotłujących się naprzemiennie piorunów i grzmotów oraz prowadzenie Sebastiana na oparach sił do mocnoprzedłużającego się znalezienia bezpiecznego miejsca na nocleg, zostały wynagrodzone.

    W Medjugorie ogromnie poruszyła mnie również spowiedź na placu kościelnym
    . Wyglądało to w ten sposób, że księża siedzieli na ławkach bądź krzesełkach z postawionymi obok siebie tabliczkami z informacją w jakim języku spowiadają. Ponadto przechadzając się po terenie Sanktuarium częstym widokiem byli kapłani udzielający pośród tłumu rozgrzeszenia wiernym, przytulający ich a także żywo z nimi rozmawiający. Z ich twarzy można było wyczytać łzy wzruszenia, emocje, przenikające zasłuchanie, przebaczenie oraz przyjęcie, czyli to czego istota ludzka pragnie najbardziej. Już wcześniej słyszałam od znajomych księży, który przyjeżdżali tam posługiwać, że nierzadko odbywają się tutaj spowiedzi z całego życia lub po wielu latach. Ponoć w dużej mierze ludzie przyjeżdżają tutaj z chęcią zmiany swojego życia, odnalezienia odpowiedzi na nurtujące ich pytania lub, żeby coś sobie uporządkować. I to naprawdę czuje się tam będąc.

    Medjugorie – Góra Objawień


    Spędzając w Medjugorie dwa dni, udaliśmy się też na Górę Objawień (miejsce, gdzie pierwszy raz Maryja objawiła się w 1981 r.). Byliśmy tam najpierw w ciągu dnia, a kolejny raz już po zmroku. Było bardzo upalnie, szło się po niewygodnych kamieniach oraz mocno wzwyż. Została mi w pamięci jedna sytuacja, której byłam świadkiem na samej górze. Generalnie z racji uszanowania świętego miejsca obowiązuje tam cisza, która ma służyć również skupieniu i modlitwie. Więc po chwili klęczenia pod figurą Matki Bożej, postanowiliśmy odsunąć się trochę dalej, by zrobić miejsce innym oraz by posilić się kanapką z mięskiem z wczorajszego obiadu, który jak wspominałam mnie pokonał. Wtedy obok nas przyszła para – mężczyzna i kobieta. Wyglądali na zakochanych. Najpierw ze sobą rozmawiali, przytulali się, a potem mężczyzna zaczął medytować, a kobieta być może się modliła. Po pewnym czasie wrócili z powrotem do poprzednich czynności. Być może ten człowiek był innej wiary i było to związane z buddyzmem. Natomiast nie jest wykluczone też, że praktykował medytację chrześcijańską. W każdym razie przychodzą tutaj naprawdę różni ludzie. Modlący się na różańcu, koronką, w ciszy, czy właśnie medytujący i wiele wiele innych. Zapewne niemało jest też tu ludzi innych wyznań. Pomyślałam sobie o tym, jak mądre i otwarte musi być serce Maryi, skoro różne sposoby modlitwy, czy też inna wiara ludzi jej nie ograniczają. Zaprasza i przyjmuje wszystkich, bez wyjątku i po cichu zanosi ich do Stwórcy. Ileż to możemy się od niej uczyć. Do Medjugorie nadciąga ogrom przeróżnych osób, niekiedy naprawdę odmiennych od nas. Zapewne nie każdy z nich jest wierzący, nie każdy praktykujący. A jednak ludzi COŚ tu ciągnie. Być może nie jest najważniejsze co ich tutaj sprowadza, azali bardziej istotne jest, czego tutaj doświadczą.


    Wieczorną porą Góra Objawień i znajdująca się tam figura Maryi była jeszcze piękniejsza. Wyglądała nieziemsko. Cała biała, na tle ciemnego, ale rozświetlonego tysiącem gwiazd nieba. Chwila była tak intymna, że Sebastianowi było głupio robić zdjęcia.
    W tym momencie bardzo chcę podzielić się bardzo ważną dla mnie piosenką:

    I will Be There – Katie Melua

    A by nie zrobiło się zbyt emfatycznie, przytoczę teraz coś bardziej przyziemnego. Po zejściu z Góry Objawień, przy którym naprawdę trzeba było się natrudzić, była możliwość zakupienia wyciskanego soku ze świeżych pomarańczy. Pani stała i kręciła soki. Zapamiętałam, że wykonując swoją pracę na twarzy miała szeroki uśmiech, a kiedy podawała je klientom, dzieliła się z nimi swoją pogodą ducha. To było coś cudownego!

    Medjugorie – Križevac

    Dobrym doświadczeniem było również wejście na drugą górę w Medjugorie – Križevac. Jest to wzgórze, na którym parafianie w 1934 roku wznieśli krzyż. Na nim wyryty jest napis: «Jezusowi Chrystusowi, Odkupicielowi rodzaju ludzkiego na znak wiary, miłości i nadziei, na pamiątkę 1900 rocznicy Męki Jezusowej». W objawieniach Matki Bożej w Medjugorie, które od lat mają miejsce regularnie, były zawarte słowa mówiące o byciu w planach Bożych Góry Krizevac. Wejście na to wzgórze ma na celu wezwanie człowieka do osobistego spotkania się z Jezusem w Jego męce i odnalezienia tam Miłości. Tak się złożyło, że wchodziliśmy tam równolegle z polską pielgrzymką. Dzięki temu mogliśmy słuchać niektórych rozważań księdza prowadzącego. Przez całą drogę mijaliśmy stacje drogi krzyżowej. Część osób szła na górę na boso, by jeszcze bardziej doświadczyć Krzyża Jezusa. W drodze powrotnej słyszeliśmy, jak uczestnicy pielgrzymki dzielą się ze sobą swoimi przeżyciami oraz działaniami Łaski podczas tego czasu oraz jak wzajemnie się w tym przeżywaniu wspierają. Tutaj bardzo mocno zatęskniłam za doświadczeniem tego świętego miejsca we Wspólnocie.

    Droga na Górę Krizevac


    Kolejny raz wzruszyło się moje serce na kempingu, na którym spaliśmy drugiej nocy w Medjugorie. Poznaliśmy tam rodzinę z Polski, która będąc na wakacjach w Chorwacji postanowiła przyjechać właśnie tutaj pomodlić się. Było to małżeństwo z siódemką dzieci, o ile mnie pamięć nie myli. W każdym razie dużą mieli gromadkę. W rozmowie z nami mężczyzna wzruszył się opowiadając o tym, jak uradowało się jego serce będąc rano na Mszy świętej w Sanktuarium. W moich oczach również pojawia się łza, kiedy widzę kiedy Mężczyzna nie wstydzi się swojej wrażliwości, a szczególnie kiedy dotyczy to spraw wyższych. Ta rozmowa na długo pozostanie w moim sercu.

    To był mój drugi pobyt w Medjugorie. Natomiast pierwszy w sposób świadomy. Poprzednio było to podczas mojej podróży autostopowej do Skopje w Macedonii w 2017 roku. Wybrałam się tam z moim ówczesnym przyjacielem Jankiem. Tak, ówczesnym, ponieważ obecnie nie mamy kontaktu. Wtedy pomysł odwiedzenia Medjugorie pojawił się bardzo spontanicznie podczas już powrotu do Polski. Pamiętam, że kiedy przyszła mi do głowy ta myśl, jechaliśmy z kierowcą, który miał nas przewieźć przez całe trzy państwa. Z racji na to, że byłam już coraz bardziej zmęczona przemierzaniem krótkich odcinków z różnymi osobami, co skutkowało dużym natężeniem działających na nas bodźców, było to moje marzenie. Janek wtedy powiedział: „Kinga zastanów się. Jeśli chcesz jechać do Medjugorie, musimy zrezygnować z kursu, na który tak długo czekałaś. Jak wolisz”. Ja wtedy Medjugorie znałam tylko z tego, że obiło mi się to parę razy o uszy. Ale coś w sercu mówiło mi, żeby tam jechać. Więc w pewnym momencie powiedziałam: „Wysiadamy”. I tak w ten sposób wylądowaliśmy w Medjugorie. Moje nastawienie do tego miejsca nie było wtedy uczciwie. Byłam nastawiona, żeby zobaczyć coś tam spektakularnego, wkurzałam się na opanowujące coraz bardziej interesy biznesy ludzi
    żerujące na turystach i nie mogłam znieść widoku odmiennych tam ludzi, wcale nie wyglądających na poszukujących Boga. Ponadto byłam pełna oczekiwań, że skoro przyjechaliśmy tutaj autostopem oraz prawie bez pieniędzy, wszyscy będą stawać na głowie, żeby nas przyjąć i nam pomóc. Było we mnie mnóstwo pychy, choć wtedy tak na to nie patrzyłam. Nie widziałam też zupełnie tego, że Pan Bóg przychodzi do człowieka różnymi drogami. Podczas spowiedzi usłyszałam od księdza parę niewygodnych pytań, które nie od razu, ale po pewnym czasie, jakiś czas po powrocie uświadomiły mi pewne moje błędy. To co powiedział mi Ksiądz nie było związane w zupełności z tym, co mu wtedy mówiłam. Musiało to być z Ducha świętego, bo skąd mógł pewne rzeczy zobaczyć ? To nauczyło mnie, że nigdy nie wiemy, kiedy ziarno zasiane zacznie wydawać plon. Nawet, kiedy na początku nie zostanie przyjęte, to jeszcze niczego nie przesądza. Ważne, żeby gleba była żyzna, a nie sucha i wyschnięta. 

    Refleksje z Medjugorie po powrocie, kiedy wszystko jeszcze bardziej zaczęło we mnie pracować, zaczęły narastać. Czas tam spędzony był dla nas bardzo ważny. Mamy nadzieję, że owoce będziemy zbierać jeszcze długo.

    Wielki jest Pan – New Life’

    Wodospady Kravica

    Po obfitym w odczucia, emocje i z bagażem refleksji, tudzież ubogaceniu naszych dusz, ruszyliśmy ku dogodzeniu nieco naszym ciałom. Kolejnym punktem były bajkowe wodospady Kravica. Naprawdę wyglądały jak namalowane i zrobiły wrażenie. A przy dudniącym w uszach szumie spadającej wody oraz opryskującej nasze ciała mgiełce wodnej, można było zagłębić się w krainie rozkoszy.

    To był naprawdę odpoczynek. Takich chwil na tym urlopie nie było dużo. Dlatego jeszcze bardziej je docenialiśmy i mocno zapamiętaliśmy. Poza tym woda była lodowata, więc wymroziła wszelakie nasze stresy, zmartwienia i napięcia, które się w nas piętrzyły.
    Tego dnia udało się również znaleźć świetną miejscówkę na nocleg na szczycie góry. I tutaj znowu musieliśmy powiedzieć sobie uczciwie, że kamperem byśmy tutaj nie zajechali.

    Właśnie przede wszystkim dla takich miejscówek na odpoczynek czy nocleg podróżujemy z domem na kółkach. Wtedy czujemy najbardziej ideę, która nam przyświeca: By być niezależnym w drodze, cieszyć się przebywaniem na łonie natury oraz w jak najmniejszym stopniu rzucać się innym w oczy. Mieć swój intymny, mały świat… Od razu zachodzi mi w głowę piosenka. Bardzo stara, więc pewnie nie wszyscy znacie.
    Iga Cembrzyńska – Intymny świat

    I jeszcze na koniec tego wątku piękny wiersz:

    Wisława Szymborska

    „Chwila”

    Idę stokiem pagórka zazielenionego.
    Trawa, kwiatuszki w trawie
    jak na obrazku dzieci.
    Niebo zamglone, już błękitniejące.
    Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.

    Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów,
    skał warczących na siebie,
    wypiętrzonych otchłani,
    żadnych nocy w płomieniach
    i dni w kłębach ciemności.

    Jakby nie przesuwały się tędy niziny
    w gorączkowych malignach,
    lodowatych dreszczach.

    Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza
    i rozrywały brzegi horyzontów.

    Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.
    Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
    W dolince potok mały jako potok mały.
    Ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze.
    Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen,
    a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie.

    Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
    Jedna z tych ziemskich chwil
    proszonych, by trwały.

    Mostar

    Szczęśliwi po spędzeniu nocy w wymarzonym dla nas miejscu oraz po zjedzonym w obliczu świetlistej i żywej aury śniadaniu, pojechaliśmy do Mostaru. Jest to niewielkie miasto, które słynie głównie z Starego Mostu, który niegdyś był pod wpływem tureckim. Toczyły się tam też dewastujące wojny podczas upadku Jugosławii. Miasto zostało odbudowane, ale obecność ruin obok pięknych, kolorowych budowli w stylu osmańskim, nie pozwala zapomnieć o krwawych wydarzeniach sprzed lat. Most łączy nie tylko dwie strony przepływającej tam rzeki Neretwy, ale także dwa światy – chrześcijański i muzułmański. Bardzo mocno zarysowują się w tym mieście zarówno jedne wpływy, jak i drugie. Rdzenna ludność już pewnie do tego przywykła. Znajdując się w takich rzeczywistościach jeszcze bardziej doceniam życie w naszej Ojczyźnie, gdzie po pierwsze czuję się bezpiecznie, a dwa mimo coraz to bardziej rosnącego napływu emigrantów oraz coraz dalej idącej tolerancji, kraj pozostaje niezmiennie chrześcijański. Kiedy mam to na co dzień, nie myślę o tym, bo wydaje mi się to oczywiste. Dzięki poznawaniu innego świata uświadamiam sobie, za ile rzeczy powinnam jeszcze codziennie dziękować, a czego nie robię. Podróże kształcą!


    Ciekawą atrakcją są skoki ze Starego Mostu młodych bośniackich mężczyzn do rzeki. Robią to, kiedy zbiorą odpowiednią kwotę. Są w tym naprawdę profesjonalistami, a poza tym miło popatrzeć, gdyż są ładnie zbudowani. Przynajmniej sobie coś zarobią, a turyści mają atrakcję. Kreatywnie, podoba mi się to.


    Mnie najbardziej zachwycił widok ze Starego Mostu. Mimo non stop przedzierającego się tłumu turystów, stojąc na moście i patrząc w dalszą perspektywę, uspokajałam się. A naprawdę na ilość zwiedzających można było się zdenerwować. Wąskie, wybrukowane oraz wyślizgane kamieniste drogi sprawiały, że trzeba było się w wielu przypadkach przeciskać przez świergoczące tłumy ludzi. Mimo zrobienia na mnie ogromnego wrażenia przez kramy rozpościerające się z jednej i drugiej strony głównej ulicy starego miasta i zachwycające różnorodnymi lokalnymi produktami, nie kusiło mnie, by zostać tam dłużej. Przeglądając te wszystkie rzeczy czułam się jak w raju, ale jednocześnie było to bardzo męczące. W każdym razie warto było doświadczyć panującego tam klimatu.

    Śmialiśmy się, że Mostar opanowali Polacy, ponieważ co kawałek było słychać język polski. Największym naszym zaskoczeniem było, kiedy przechadzając się uliczkami miasta, usłyszeliśmy donośne polskie przyśpiewki. A zaraz za nimi stukot wznoszących toast kieliszków. No, Polacy za kołnierz nie wylewają! Ale, żeby tak przed południem ? Ładna wizytówka ojczyzny! 🙂

    Sarajewo

    Nie zabawiwszy tam długo, pojechaliśmy w stronę zachwalanego w Internecie Sarajewa. Jechaliśmy polecaną pod względem widokowym droga tuż obok rzeki Naretwy. Było rzeczywiście zjawiskowo. Z racji górzystości tych terenów, nasze oczy napawały się majestatycznymi obrazami wyłaniających się znad rzeki i ciągnących do nieba skalistych gór. Musimy szczerze przyznać, że samo Sarajewo nie zrobiło na nas dużego wrażenia. Może dlatego, że nabudowaliśmy sobie w głowie wyobrażenia na podstawie zachwytu innych podróżników i jechaliśmy z dość dużym oczekiwaniem. Czasem lepiej jest jechać z pustą głową i dać się zaskoczyć. To bardziej uwalnia nasze zmysły. Ciekawym zjawiskiem w Sarajewie był przepych połączony z pozostałościami po wojnie. Dla przykładu po jednej stronie ulicy stało ogromne centrum handlowe, znacznie większe od galerii, które mamy w Krakowie, a naprzeciwko zniszczone budynki z wyżłobionymi, licznymi dziurami po pociskach.

    Spacerując wieczorem po Starym Mieście, szliśmy cały czas w wielkim gwarze i rozprzestrzeniającym się dymie z restauracji oraz barów, które z racji innego niż u nas obowiązującego prawa, nie miały żadnych filtrów. Kiedy weszliśmy do jednej z knajp coś zjeść, szczypały mnie bardzo oczy. A pod koniec jedzenia, już miałam je całe załzawione.

    Kolejnym widocznym pokłosiem wojen w byłej Jugosławii były widoki wielkich połaci cmentarzy, gdzie groby jeden przy drugim pochodziły z tego samego okresu. Grobowce muzułmanów przypominały mieszkańcom, a turystom uświadamiały o czystkach etnicznych, które miały miejsce w latach 90-ych.

    Aby uszanować narody bałkańskie, których tereny odwiedzaliśmy, podczas przemieszczania się samochodem, przesłuchaliśmy w internecie historię rozpadu Jugosławii i krwawych walk wyzwoleńczych spod reżimu chcących mieć nadrzędną tam rolę Serbów. Nie było łatwo tego wszystkiego słuchać, bowiem były to przerażające wydarzenia. Karygodnych czynów dopuszczała się zarówno jedna i druga strona. Nie żyjąc w tamtych terenach i ówczesnych czasach nie jesteśmy w stanie tego miarodajnie ocenić. Tak samo jak nikt, kto nie żył w czasach ZSRR nie będzie miał nigdy świadomości, co to dla nas krajów wschodnich oznaczało i czym były pokierowane ludzkie działania wyzwoleńcze, które patrząc z boku czasem też mogą wydawać się niedorzeczne.
    A zatem zapraszam do wysłuchania piosenki.

    Chłopcy z Placu Broni – Kocham wolność


    Sarajewo było naszym ostatnim punktem na naszym wyjeździe. Mieliśmy w planach wracając zahaczyć jeszcze o Słowenię, natomiast ze względu na szalejące tam powodzie zmieniliśmy trase i jechaliśmy przez Węgry i Słowację.

    Jedzenie na Bałkanach

    Jako miłośniczka dobrego jedzenia, zdecydowałam, że tej kwestii musi być poświęcony osobny akapit. To, co tam jedliśmy było rzeczywiście wyborne. Co prawda z racji charakteru naszego wyjazdu, jaki też najczęściej świadomie obieramy, nie stołowaliśmy się codziennie w restauracjach, a gotowaliśmy sami. W odróżnieniu od wyjazdów kamperem, na tym wyjeździe było to raczej odgrzewanie przygotowanych w domu posiłków lub zalewanie „gotowych w 5 minut” dań 🙂 Natomiast zawsze, tak też było i tutaj, staramy się, kiedy tylko jest możliwość korzystać również z lokalnej kuchni w ichniejszych knajpach, by doświadczyć czegoś nowego. Na Bałkanach najbardziej zachwyciło nas mięso, co chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Uwielbiamy je w każdej postaci. A tutaj potrafią je przyrządzić perfekcyjnie. Gdzieś wcześniej zresztą już nieco o tym wspominałam. Próbowaliśmy różnego rodzaju grillowanych, smażonych mięs oraz ręcznie robionych kiełbasek. Niebo w gębie. Niestety mamy mało zdjęć jedzenia. Pewnie jest to wynikiem tego, że kiedy zasiadaliśmy do spożywania posiłku, byliśmy głodni jak wilki i zanim zdążyliśmy pomyśleć o zrobieniu zdjęcia, talerz już był prawie pusty. Bardzo smakowały nam smażone burgery wołowe z mielonego lub siekanego mięsa z odpowiednimi przyprawami i dodatkami (Pljeskavica). Ja pamiętam jadłam pierwszego dnia panierowanego oraz niezwykle soczystego zawijanego sznycla po serbsku ( Karadjordjeva šnicla), który z pozoru wyglądał na polskiego devolay’a. Niewątpliwie jednak numerem jeden dla nas okazały się grillowane małe wałeczki z siekanego mięsa wołowego oraz baraniego. Były one podawane najczęściej w wypiekanym chlebku z serem z koziego mleka. Do buły Bałkańczycy wkładają jeszcze surową pokrojoną w kostkę cebulę. Tradycyjnie powinno się to przepijać jogurtem. Sztos! Genialne były też burki, czyli zawijańce z ciasta filo w środku z nadzieniem z mielonego mięsa lub sera. To również popija się jogurtem. Natomiast burek nie w każdej knajpie smakuje tak samo. Ten, który jedliśmy w poleconej restauracji przez Podrózovanie – Buregdzinica Bosna był rewelacyjny i bez porównania lepszy niż inne, które jadłam!

    Z vloga Kasi i Łukasza zaczerpnęliśmy również informacji, gdzie wypić prawdziwą bośniacką kawę. I tutaj również doświadczenie nam pokazało, że warto inspirować się poleceniami innych osób. Knajpa była naprawdę w stylu bałkańskim. Totalnie odbiegała od standardów europejskich wystrojem, wyposażeniem, a także personelem. Tak, żebyście mieli pełniejszy obraz coś na wzór starych, prl-owskich restauracji. Ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – czuliśmy, że dotykamy prawdziwej kultury tego miejsca. Kawę dostaliśmy wedle ich tradycji w tygielku w zestawie z małą filiżanką, szklanką wody oraz kostkami rahat lokum – ichniejszym słodkim przysmakiem. Wszystko zostało podane na małej tacy. Zamówiliśmy do tego nadziewaną migdałami gruszkę w czekoladzie podaną z bitą śmietaną. To wszystko razem z kawą było bardzo ciekawym doświadczeniem, które zapamiętamy na pewno. Kawa ta nie miała wiele wspólnego z kawą, którą pijemy na co dzień. Była mocna, z fusami oraz czuć w niej było smak tygielka. Natomiast czuliśmy się wspaniale delektując się nią oraz przeraźliwie słodkimi rarytasami. Ichniejsze kostki rahat lokum musieliśmy jednak zostawić niezjedzone. Pokonały nas, nie daliśmy rady. Podsumowując nie zamienimy kawy z ekspresu czy z kawiarki na bośniacką kawę z tygielka. Natomiast było warto będąc w Bośni wziąć udział w ich rytuale picia kawy. Poniżej flmik, Sebastian nagrał jak popijam 🙂

    Na uwagę zasługują również bałkańskie słodycze z supermarketu. Zażarcie zajadaliśmy się pysznymi ciasteczkami Munchmallow Full Munch Jagoda. Oto link do nich https://www.jaffa.rs/en/product/munchmallow-full-munch-jagoda/. Na miejscu kupiliśmy zapas i przywieźliśmy do Polski, ale szybko się skończyły. Trochę my zjedliśmy, trochę podarowaliśmy bliskim osobom i tak się rozeszły. Są obłędne! W Internecie znalazłam przepis na ciasto na podobieństwo tych smakołyków. Kto wie, może niedługo je zrobię ? 🙂
    Z takich bardziej prozaicznych rzeczy, na Bałkanach jedliśmy przepyszne, słodkie i soczyste pomidory. Tego im zazdrościmy! W Polsce trzeba dobrze trafić, żeby dostać rzeczywiście takie, jak tam jedliśmy. A braliśmy zawsze pierwsze lepsze. Ponadto zachwycaliśmy się tam również ajwarem – ich tradycyjnym sosem do mięsa, oliwkami oraz chlebem, co było dla nas niemałym zaskoczeniem. Często słyszymy, że ludzie będąc w podróży za granicą tęsknią za polskim pieczywem. My do tej pory nigdy nie zauważaliśmy większej różnicy. A będąc tutaj zajadaliśmy się Lepinja – bałkańskim chlebem, który przez miejscowych najczęściej wykorzystywany jest do dań z grilla.

    Na uwagę zasługuje również ich lemoniada! Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy po spontanicznym dużym chauście lemoniady, wykrzywiło nas. U nich lemoniada to po prostu wyciśnięty sok z cytryny z niewielką ilością wody. My co prawda zaczynamy dzień od tego, ale nie w takiej ilości! 🙂 Istna petarda! Nacięłam sie tak parę razy. Na szczęście czasem były na stole tutki z cukrem, więc byłam uratowana!

    Nie da się ukryć, że bałkańskie jedzenie podbiło nasze serca. Myślę, że uczciwie mogę powiedzieć, że smakowało nam najbardziej ze wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy. Oczywiście kuchnia włoska czy maltańska, a już na pewno austriacka smakują nam również bardzo i zawsze będąc w tych miejscach zajadamy się i szczerze zachwalamy. Nawet co jakiś czas w Polsce wybieramy się do restauracji serwujących ich kuchnie. Natomiast jedzenie bałkańskie rzeczywiście uderzyło po całości w nasze gusta i dogodziło naszym podniebieniom, nozdrzom, ale i też oczom w taki sposób, że bardziej się chyba już nie dało. Ale…kawał świata jeszcze przed nami, także nie mówimy jeszcze ostatniego słowa!

    Irena Jarocka – Jeszcze wszystko przed nami


    Podsumowując wyjazd był dla nas naprawdę udany. Jak już wspominałam, był on zupełnie inny niż wszystkie i bardziej od nas wymagający. Wiele osób pyta, czy kolejny wyjazd będzie kamperem czy terenówką. Natomiast na to pytanie nie znamy jeszcze odpowiedzi. Wszystko, czego doświadczyliśmy podczas tego wyjazdu jeszcze w nas pracuje i się układa. Jak odpowiemy sobie na to pytanie, na pewno się z Wami podzielimy.

  • Tym razem terenówką… Serbia!

    Tym razem terenówką… Serbia!

    Najpierw się wytłumaczę

    Ojj długo nie było wpisu. Zdecydowanie za długo. Zacznę od wytłumaczenia się. Niestety zbieg różnych wydarzeń w naszym życiu prywatnym nas troszkę zatrzymał. Natomiast jak człowiek wypadnie już z rytmu, nie jest łatwo wrócić. Jako, że ja (Kinga) głównie piszę bloga z racji większej ilości czasu do dysponowania, niestety muszę się do czegoś przyznać. Otóż, sposób, który wybrałam na pisanie, czyli siadanie do tworzenia nowego wpisu w przypływie weny, totalnie się nie sprawdził. W momencie, kiedy wypadłam z rytmu, o czym wspominałam, rzuciłam się w wir innych równie ważnych i przyjemnych rzeczy. W skutek tego wena się w ogóle nie pojawiała, a blog świecił pustkami. Tutaj piosenka:

    Blue Cafe – Świat nie będzie na nas czekał

    Mój wspaniały Mąż polecił mi jakiś czas temu, żebym zmieniła taktykę i każdego dnia poświęcała jakiś konkretny czas na tworzenie, a przynajmniej szukanie inspiracji, oglądanie zdjęć. Ale ja „dusza artysty” długo opierałam się, by skorzystać z tej rady. Uwielbiam moment, kiedy przychodzi wena, a ja nie mogę nadążyć za pisaniem. Wtedy czuję się tak, jakbym chciała się tym, co mam w głowie zachłysnąć. Porównuję to z momentem, kiedy nadchodzi czas, kiedy na wielkim głodzie jem moje ulubione danie, na które codziennie sobie nie pozwalam, albo wymaga dużo zachodu i czasu, więc jem je rzadko. Natomiast przyznaję, że nie jest to dobre dla prowadzenia naszego bloga, który jest dla nas bardzo ważny. A więc oficjalnie deklaruję się, że skorzystam z rady mojego Męża i będę codziennie poświęcać naszej stronie czas. Amen! 🙂

    Ponadto niedawno, a dokładnie wczoraj :), trafiłam w internecie na świetną babeczkę, która mnie zainspirowała do powrotu do pisania. Jest to Anna H. Niemczynow – https://www.annaniemczynow.pl/o-mnie/
    Nie będę przytaczała całej historii tej kobiety, powyżej wkleiłam link do jej strony internetowej. W każdym razie odnalazłam u niej dużo podobieństw do siebie. Mimo tego, że do tej pory udało mi się przesłuchać zaledwie jeden wywiad z nią i przeczytać parę wpisów na jej blogu, w głowie zostało parę ważnych słów, które były mi potrzebne. Mocno wierzę w to, że jeśli powierzamy nasze życie Bogu, to On prowadzi nas i działa właśnie przez naszą codzienność, którą zapewne wiele osób niewierzących nazwie zbiegiem okoliczności. Jak kto, chce 🙂
    Jednym z powodów, dla których ciężko mi było wrócić do pisania były nieszczęsne „zasięginaszego bloga i fanpage. Niestety, trochę się na tym zafiksowałam. Był już moment, że gdy pisanie postów szło w miarę płynnie, zasięgi rosły bardzo szybko, a z nimi mój zapał i radość. Natomiast po czasie przymusowej przerwy w pisaniu z powodu naszych spraw osobistych, rzecz jasna zasięgi spadły. A wówczas po pierwsze, ciężko było wrócić po wybiciu się z rytmu, a druga sprawa – demotywacja tym, że przy włożeniu dużej ilości energii i czasu w pisanie, prawdopodobnie i tak dotrze on tylko do garstki osób. W jednym z wywiadów z Anną H. Niemczynow usłyszałam zdanie, cytuję: „Ciągle przełamuję lęki, ale wysyłam (książkę do wydawcy) z taką głęboką wiarą, że to co robię jest dobre. Idę w którąś stronę. Jeśli mam czyste intencje, jeśli chcę dobra, to czego ja mam się bać ?(…)Moją intencją jest zawsze podawać dłoń czytelnikowi i ciągnąć go w górę, bo na tym mi zależy od samego początku. Trzeba po prostu robić rzeczy, których się boimy. To jest takie proste, a jednocześnie trudne”.
    Dzięki tym paru zdaniom zrozumiałam jeszcze bardziej, nie powinno się skupiać na tym, jak przyciągnąć czytelników, jak zdobyć popularność, a pisać by robić coś dla siebie i innych. To, że zdecydowałam się pisać bloga, dzielić się naszymi podróżami, doświadczeniami i refleksjami – uważam za pewnego rodzaju powołanie/posłanie do ludzi. I niezależnie od tego, czy przeczyta to jedna osoba, dziesięć czy czterdzieści, to warto tworzyć. By dawać innym dobro. „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” Mt 10, 8. Anna H. Niemczynow na swoim blogu wspominała również o tym, że gdy zasiada do pisania, prosi Pana Boga, żeby jej dyktował, to co ma pisać. I z pełną pokorą przyznaje, że jak Stwórca każe jej przestać pisać, to pewnie z bólem serca, ale przestanie się tym zajmować. Jak to sama określa, to On „rozdaje karty”. Ten aspekt też bardzo czuję w swoim życiu. Nie tylko w sferze pisania. Ze mną było tak, że ja już jako małe dziecko pisałam opowiadania, powieści, wiersze. Brałam udział w przeróżnych konkursach. Potem przyszedł okres nastoletniego buntu, dojrzewania i dochodzenia do dorosłości i moje natchnienie w dużym stopniu zostało uśpione. Czasem gdzieś tam jeszcze coś pisałam dla kogoś, a także do szuflady. Coś cały czas we mnie drzemało. Ale dopiero teraz, u boku wspaniałego Męża, dzięki któremu mam przestrzeń do tego, by słuchać swojego serca, uśpione natchnienie się zaczyna budzić i coraz bardziej ujawniać. I to, że trafiam na ludzi, którzy w mniej lub bardziej pośredni sposób mnie motywują do pisania raczej nie dzieje się bez przyczyny. Czy to przypadek ? Nie sądzę 🙂 Myślę, że wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Zarówno osoby spotkane na naszej drodze, relacje, które nawiązujemy z nimi, a także nasze błędy, dobre i złe decyzje oraz okoliczności, jakie stawia przed nami życie.
    Zakończę ten wątek piosenką:

    Perfect – Wszystko ma swój czas

    OFF-ROAD w Serbii


    A więc po krótkim (!) wstępie przechodzę do sedna, o czym chcę tutaj napisać, a mianowicie do naszych tegorocznych wakacji. W tym roku były one wyjątkowo przez nas wyczekiwane
    . W zasadzie od początku roku mierzyliśmy się z różnymi trudnościami i wyzwaniami w kwestiach zdrowotnych. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale zarazem głodni podróży i oderwania się od spraw codziennych. Kiedy okazało się, że zdrowie i inne okoliczności pozwalają nam na wyjechanie na wakacje, przeszliśmy do ustalania, gdzie pojedziemy. Jak to przystało na Małżeństwo, nie mogło być zgody od razu. Jesteśmy z jednej strony tak dobrze dopasowani, a z drugiej jak ogień i woda. Często w momentach, kiedy po burzliwym konflikcie wreszcie dochodzimy do konsensusu, śmiejemy się, że „to musi być Miłość”. W innym przypadku przecież byśmy się pozabijali 🙂 Poniżej piosenka 🙂 Mimo, że muzyka Cleo nie jest rodzajem muzyki, którego słucham, to ten utwór wyjątkowo wpadł mi w ucho. I przede wszystkim bardzo pasuje do naszego Małżeństwa. Odkryłam ją przez wyświetlenie na profilu na Facebooku koleżanki z dawnej Wspólnoty, z którą już bardzo długi czas nie miałam kontaktu. Ku mojemu zaskoczeniu niedawno dowiedziałam się, że ta dziewczyna śledzi naszego bloga, co jest dla mnie niesamowicie wzruszające. Uwielbiam odkrywać takie perełki. Czasem nawet nie wiemy z iloma osobami spotykamy się na poziomie Duszy. Pozdrawiam Cię Gosiu 🙂

    Cleo – Żywioły


    W każdym razie Sebastian bardzo chciał zobaczyć w tym roku coś innego niż Włochy 🙂 Już od dłuższego czasu chodziła mu po głowie Portugalia i nie chciała odejść. Jedyne, co go zniechęcało to to, że słyszeliśmy od znanych nam vanlifer’sów Kasi i Łukasza z Podróżovanie, że weszło tam bardzo restrykcyjne prawo, nieprzychylne dla kamperów. A stało sie tak z powodu dużej ilości osób podróżujących w ten sposób, a nawet żyjących, którzy niestety zostawiali po sobie śmietnik. Oczywiście wchodziły tu również względy finansowe niezostawiania przez podróżników pieniędzy w hotelach i restauracjach, co źle wpływa na budżet państwa. No, ale mimo wszystko pokusa zobaczenia Portugalii w Sebastianie była żywa. Natomiast jak się domyślacie, ja zakochana po uszy w Toskanii od pierwszego wejrzenia, byłam bardzo monotematyczna. Więc trwały obrady. W pewnym momencie doszliśmy do konkluzji, że skoro każde z nas opowiada się za czym innym, trzeba nam wybrać zupełnie inny, neutralny cel.

    Wówczas wyświetliło mi się na Facebooku wydarzenie organizowane przez znaną nam ekipę – Pathfinders. Ich głównym celem jest tworzenie tras off-road. Skupiają się na województwie podkarpackim. Organizują zloty i wyprawy dla miłośników samochodów 4×4. Promują ich region i odkrywają nowe, niedostępne miejsca dla zwykłego turysty. Wszelkie trasy, które przygotowują, starają się robić jak najbardziej profesjonalnie. Drogi, którymi prowadzą ekipy samochodowe do poszczególnych celów są legalne, a ich działalność nie stanowi zagrożenia dla środowiska i otaczającej nas przyrody. Byliśmy z nimi na wyjeździe 2 razy. Pierwszy raz na jednodniowym wypadzie w Bieszczady, by nabrać trochę obycia z jeszcze wtedy świeżo kupioną terenówką i jazdą w terenie. Chłopaki dali nam dużo cennych uwag, które są bardzo przydatne także w zwykłym użytkowaniu tego auta. Wszystko działo się w bardzo luźnej i przyjemnej atmosferze. Mieliśmy dużo zabawy, ale również dużo się dowiedzieliśmy. Choć niewątpliwie moje serce skradli przepysznymi, domowymi pączkami zrobionymi przez Mateusza mamę, którymi nas poczęstowali. Był to akurat tłusty czwartek 24 lutego 2022 roku. Wypad z nimi był niespodzianką prezentem dla Sebastiana na naszą miesięcznicę ślubu. Przez pierwszy rok świętowaliśmy każdą, ciesząc się, wspominając i nawzajem sobie dziękując za tę najważniejszą decyzję w życiu.

    A potem pojechaliśmy odpocząć do wspaniałego domku na skraju lasu w Olszanicy koło Leska. Naprawdę było to pośród niczego, wokoło las, rzeka i dzikość. Wnętrze domku było małe, skromne, regionalne, ale miało wszystko, co potrzeba. Bardzo nam się podobało to miejsce, uwielbiamy takie klimaty. Z pewnością tam jeszcze wrócimy. O ile wcześniej sąsiad nie wybuduje kolejnych domków obok, bo wtedy przestanie to odpowiadać temu, czego zazwyczaj szukamy. A niestety widzieliśmy, że sąsiad chyba pozazdrościł właścicielowi tego domku kręcenia biznesu, bo za ogrodzeniem coś zaczyna się powoli budować. Ale z tego co wiemy, to jeszcze póki co nic tam nie ma, więc jak najbardziej polecamy, jeśli lubicie dzikość, ciszę i naturę tak jak my.


    Drugi raz byliśmy na wyjeździe weekendowym organizowanym przez Pathfinders już z innymi ekipami, też na Podkarpaciu. Wtedy także nam się podobało. Było trochę jazdy w terenie, trudności technicznych, pomocy sobie nawzajem w grupie, ale nie zabrakło również pięknych widoków i integracji przy ognisku.

    Koniec dygresji! 😉 Mam nadzieję, że już się przyzwyczailiście i to moje wtrącanie różnych wątków zaakceptowaliście 🙂 Wszystko jest ważne!

    A więc wracając do tego, co wyświetliło mi się na Facebooku, kiedy postanowiliśmy wybrać neutralny dla nas cel naszych wakacji🙂 Był to wyjazd „Serbia Wschodnia – od Dunaju po samo południe” organizowany przez Pathfinders. Już w tamtym roku w wakacje namawiali nas na organizowany przez nich wyjazd do Rumunii. Natomiast wówczas mieliśmy już zaplanowane Włochy, więc choćby skały srały…. 🙂 No! A tym razem jednym słowem nam – siadło 🙂 W zasadzie już jakiś czas temu rozmawialiśmy, że fajnie by było pojechać na Bałkany, gdyż dzikość tych terenów i mentalność ludzi bardzo sprzyja naszemu stylowi podróżowania z domem na kółkach 🙂 A i termin nam odpowiadał. Jedyne wątpliwości, jakie mieliśmy to, czy damy radę funkcjonować w trochę innych warunkach podróży, niż te które znamy i jak się w nich odnajdziemy. Pierwsza sprawa w terenówce takie rzeczy jak gotowanie, mycie się trzeba ogarniać na zewnątrz. Tak samo spanie w namiocie albo przekładanie bagaży na przednie siedzenia i nocleg w aucie na złożonych siedzeniach. A w kamperze mamy wszystko w środku, nic nie musimy rozkładać ani przenosić. Po prostu zajeżdżamy na miejsce, zamykamy się i nie rzucając się w oczy mamy tak zwany święty spokój i możemy delektować się chwilą. Drugą naszą obawą było nasze odnalezienie się w towarzystwie tak zróżnicowanej grupy osób z innych ekip, z którymi mielibyśmy spędzić tydzień czasu. Wakacje zawsze spędzaliśmy sami, czując się ze sobą dobrze i swobodnie. Nawet przy naszych silnych temperamentach i różnicach w charakterach po prostu lubimy ze sobą przebywać i spędzać czas. Natomiast na takim wyjeździe jesteśmy skazani na grupę kilkudziesięciu osób, których w ogóle nie znamy. Zdarzają się osoby tak bardzo zafascynowane terenówkami, że ciężko z nimi porozmawiać na inny temat niż wyposażenie auta, jego osiągi lub koszty wszystkich przeróbek i ulepszeń. Inny temat to picie alkoholu. Sami jesteśmy abstynentami, więc mocno zakrapiane integracje są dla nas bardziej obawą niż radością. Natomiast wiadome – nie ma co generalizować i zakładać, że akurat tym razem trafią się jakieś problematyczne osoby. Zatem nie pozostało nic innego jak tylko podjąć wyzwanie! Wspólna decyzja zapadła – jedziemy!
    Nasze przygotowania do wyjazdu rozpoczęliśmy od listy rzeczy, które musimy zrobić i przygotować. Jako, że Sebastian jest człowiekiem bardzo zorganizowanym, co bardzo przydaje się w naszym wspólnym życiu, nie protestowałam. Uważam to za bardzo dobrą cechę, której mi niestety brak. Choć nierzadko powoduje to wiele napięć w naszym Małżeństwie, gdyż ja naturalnie sama o takich rzeczach nie pomyślę, a i czasem jemu w tym potrafię przeszkadzać. Przygotowania zaczęły się mniej więcej z miesięcznym wyprzedzeniem. Najpierw zabraliśmy się za ogarnięcie tematu mat termicznych do naszego Jeepa. Niestety okazało się, że firmy, które się zajmują szyciem takich rzeczy na miarę, maja terminy dopiero na wrzesień. Natomiast wyjazd był zaplanowany na końcówkę lipca. A gotowych mat produkowanych dla modelu naszego samochodu na rynku nie było. Jednak nie poddaliśmy się. Kupiliśmy materiał na matę termiczną na szyby do uszycia i zaczęliśmy działać.

    Oboje stwierdzamy, że była to okropnie podła robota. Najpierw odmierzanie naszych 8 szyb w samochodzie, robienie szablonów, odrysowywanie, wycinanie, zszywanie, a potem jeszcze oczyszczanie taśmą brzegów. Wykończyło nas to, ale wspólnymi siłami do dnia wyjazdu ogarnęliśmy temat. A oto efekty naszej pracy:

    Ponadto w ramach przygotowań do wyjazdu musieliśmy ogarnąć kuchenkę do gotowania, podręczne garnki oraz sztućce, pudełka do pakowania rzeczy, słuchawkę prysznicową na baterię, kran do zmywania, baniaki na wodę, miski do zmywania i prania oraz wiele innych rzeczy. Pewnie można było jeszcze więcej, ale z uczciwością przyznajemy, że zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy. Uważamy, że jak na nasz pierwszy wyjazd w takim stylu, byliśmy dobrze przygotowani.

    Wyjazd zaczynał się w sobotę wieczorem na kempingu nieopodal Belgradu. My wyruszyliśmy już w piątek popołudniu. Chcieliśmy jeszcze po drodze zaczepić o Belgrad, by zwiedzić stolicę Serbii, polecaną przez naszych ulubieńców, oczywiście Podróżovanie. Droga nam się bardzo dłużyła przede wszystkim z powodu przejazdu rzez Słowację. Niestety trafiliśmy na ogrom remontów, a w związku z nimi ograniczeń prędkości i ruchów wahadłowych. To sprawiało, że cały czas mieliśmy wrażenie, że mimo to, że ciągle jedziemy, nie możemy nic ujechać. Nocleg na bardzo obleganym MOP-ie również nie napawał nas optymizmem. W szczególności, że postanowiliśmy nie przekładać bagaży do przodu z tyłu, tylko spróbować rozłożyć je po bokach i spać pośród nich. Nie chcieliśmy wzbudzać zainteresowania pośród innych podróżnych robiących tam przerwę. Pomysł ten okazał się strasznym niewypałem, ponieważ w konsekwencji zabrało nam to mnóstwo miejsca. A więc nie dość, że było nam strasznie gorąco, bo nie zrobiliśmy sobie przewiewu otwierając okien, to jeszcze gnietliśmy się przyklejeni jeden do drugiego. Przynajmniej mieliśmy już wnioski, jak nie możemy spać podczas kolejnych nocy. Mocno umęczyliśmy się też czekając w kolejce, by przekroczyć granicę i wjechać do Serbii. Staliśmy w ciężkim słońcu blisko 2 godziny. Chwała Panu, że zjedliśmy pożywne śniadanie! Po przekroczeniu granicy dopiero na którejś z kolei stacji paliwowej udało nam się kupić serbską kartę, by móc korzystać z ich internetu po normalnych cenach. Z racji tego, że Serbia nie należy do Unii Europejskiej, rozmowy telefoniczne, sms-y, a przede wszystkim połączenia internetowe na polskiej karcie są bardzo drogie. Nam za korzystanie z GPS-a dopóki nie udało nam się dostać ich SIM-a, zabrało ponad 100 złotych. Natomiast nasze niedogodności wynagrodził nam piękny Belgrad.

    Ale to nie koniec przeciwności. Tak nam się spodobał Belgrad, że spacer nam się troszkę przedłużył i ostatecznie mimo jedzenia obiadu w bardzo dużym pośpiechu, nie zdążyliśmy na Mszę świętą wieczorną, na którą bardzo chcieliśmy się wybrać.

    Fakt jest również taki, że nie mieliśmy tam zbyt dużo czasu, ponieważ sporo go straciliśmy na szukanie bezpiecznego miejsca na zaparkowanie auta, jak to bywa w centrum dużego miasta. Wszędzie były zakazy i znaki z ograniczeniami i napisami w ich języku, których nie rozumieliśmy. Na szczęście jak to mówią „koniec języka za przewodnika”. Tutaj nie było większego problemu, by kogoś zaczepić i zapytać po angielsku o przetłumaczenie znaku z ograniczeniami. W końcu urwaliśmy miejscówkę, którą wypatrzyłam poza wytyczonymi miejscami parkingowymi. Ja się bardzo ucieszyłam, bo raz, że za free, a dwa mogliśmy być pewni, że nie stoimy na żadnym miejscu zarezerwowanym dla xx w dniach xx i godzinach xx. Sebastian natomiast nie podzielał w takim samym stopniu mojego entuzjazmu. Ja „serce”, Mąż „rozum”. Tak było, jest i będzie, to się ma we krwi 🙂 On zawsze woli zaparkować w wyznaczonym miejscu do parkowania, nawet jeśli jest płatne. Wtedy po prostu czuje się bezpieczniej, że nikomu nie będzie przeszkadzało, że tam stoimy. Jest to zrozumiałe, szczególnie za granicami Unii Europejskiej, gdzie kultura jest zupełnie inna od naszej. Więc staram się zbytnio nie oponować w takich sytuacjach. Natomiast na warunki i czas, jakie mieliśmy, po prostu nam się udało.

    Na kemping zajechaliśmy wieczorem, ale nie byliśmy ostatni. Za nami jeszcze dojechała jedna ekipa, a było ich 10 plus organizatorzy. Czekała tam na nas miła niespodzianka. Na terenie kempingu był basen, z którego za drobną opłatą można było skorzystać. Po dniu pełnym wrażeń i dwóch dniach w podróży nie zastanawialiśmy się długo. Czym prędzej wskoczyliśmy w kostiumy kąpielowe i sruuu do wody. To było coś pięknego! Nie wiem czy też tak macie, ale mnie samo bycie w wodzie bardzo uspokaja. Nie umiem pływać, więc tylko chodzę, pluskam się i taplam. Natomiast w zupełności mi to wystarcza, by zeszły emocje, rozluźniły się mięśnie, a umysł odpoczął. Tego wieczoru zrobiło to naprawdę dobrą robotę. Kąpiąc się w basenie, dziękowałam Bogu za ten wspaniały prezent. Pewnie siedzenia w wodzie nie byłoby końca, gdyby nie latające nad naszymi głowami nietoperze, które bardzo skutecznie nas przegoniły z basenu. Ja generalnie boję się, wszystkiego co lata i sie rusza, a nie jest człowiekiem, więc nie było opcji. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu zdążyliśmy na omówienie z organizatorami i ekipą kolejnego dnia i nie wyszliśmy na całkowitych ignorantów. Bo generalnie my nigdy z nimi nie siedzieliśmy długo podczas integracji. Często po prostu po całym dniu wrażeń potrzebowaliśmy odpocząć przy swoim aucie, a niejednokrotnie po prostu ogarnianie życia biwakowego zajmowało nam większość wieczoru i zastawała nas pora spania. Nie jesteśmy mistrzami imprezowania. Zresztą nie pijemy alkoholu więc czasem tylko psujemy zabawę.

    Kolejnego dnia już zaczynaliśmy jazdę w terenie z ekipą. Na szczęście pierwszy dzień chłopaki zaplanowali lajtowy. Piszę tak, ponieważ nasz dzień z uwagi na to, że była to niedziela i chcieliśmy wcześnie rano pojechać do Belgradu na Mszę świętą, zaczął się dość wcześnie. Wymknęliśmy się po cichu, że nikt nawet nie drgnął. Rano, kiedy zauważyli, że nie ma naszego auta, ekipa miała lekkiego stracha, że uciekliśmy. Po powrocie, szybko się ogarnęliśmy i byliśmy gotowi do drogi na czas. Po paru godzinach lekkiej jazdy zatrzymaliśmy się w miasteczku, gdzie mogliśmy zrobić zakupy spożywcze oraz przejść się wokół twierdzy obronnej Smederevo. Może i sama budowla oraz pobliska rzeka były ładne, ale śmieci, które były porozrzucane wszędzie, całkowicie odbierały im uroku. Nawet do wody musiały być spuszczane jakieś brudy, ponieważ na powierzchni unosiło się coś dziwnego.

    Bardzo przykrym doświadczeniem było dla nas w Serbii to, jak podchodzą do kwestii śmieci. Wysypiska przeróżnych odpadów są tam, jak i zresztą na całych Bałkanach czymś naturalnym. Z jednej strony podoba nam się u nich ta wolność, która pozwala na korzystanie z ziemii, jak tylko chcemy. Naprawdę robi wrażenie to, że można wjechać prawie wszędzie bez zezwoleń czy opłat, co w Polsce jest nie do pomyślenia. Natomiast przeraża nas to, co człowiek robi z tą wolnością. I pojawia się pytanie – co jest lepsze ? My bardzo jesteśmy za zasłyszanym kiedyś hasłem „ziemia należy do nas”, co dla nas oznacza, że powinniśmy móc korzystać z natury i na niej legalnie przebywać bez żadnych ograniczeń. Tylko widzimy, że w miejscach, gdzie jest to możliwe, człowiek w obliczu wolności, nie umie tego uszanować i z tego korzystać. Dopiero ograniczenia, zakazy i groźby wysokiej grzywny powodują, że ludzie w mniejszym wymiarze zaśmiecają ziemię. A Wy co myślicie na ten temat ? Jak według Was powinno być ? Tę refleksję zakończę piosenką.

    Buzu Squat – Nasze Przebudzenie

    Najlepsze wrażenie robiła twierdza z daleka 🙂

    Następnie pojechaliśmy do niewielkiego miasteczka, gdzie mieliśmy parę godzin przerwy na zjedzenie obiadu, a także zwiedzanie zamku Golubac , co organizatorzy bardzo polecali. I tu nam trudności nie brakowało. W rekomendowanej przez nich restauracji powiedzieli nam, że już dzisiaj nie można zamawiać jedzenia, tylko drinki. Więc poszliśmy dalej szukać. W kolejnej knajpie usłyszeliśmy po uprzednim zmierzeniu wzrokiem od góry do dołu, że nie ma wolnych miejsc. Niestety widzieliśmy, że są. Może nie byliśmy odpowiednio ubrani ? Stroje trekkingowe nie pasują do dress code restauracji ? Oburzeni, wzięliśmy zestaw mistrza, a mianowicie krzesełka, stolik, kuchenkę oraz niezawodne kabanosy, chleb i korniszony i pojechaliśmy na zatoczkę przy drodze z pięknym widokiem na zamek i wodę, by rozpocząć niebiańską ucztę. Nie, to nie, łaski bez! Obiad był po prostu genialny! Jestem pewna, że pojedliśmy lepiej niż w ichniejszych restauracjach 🙂

    Kiedy już pojedliśmy, pełni nadziei na zareklamowane przez organizatorów kreatywne trasy zwiedzania zamku Golubac z niespodziankami, ochoczo ruszyliśmy ku przygodzie. Niestety nie mogło pójść nam zbyt prosto. Nie, to nie w naszym stylu. Okazało się, że na te fajne trasy wstęp jest możliwy tylko do godziny 15, a my byliśmy parę minut później. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, najpierw poszlibyśmy na zamek, a później na jedzenie. Nie mogliśmy tego przewidzieć, a nikt z nas nie wpadł na to, żeby najpierw sprawdzić. Zresztą organizatorzy nic nie wspominali na ten temat. Minus dla nich, mogli się bardziej przygotować! A więc obeszliśmy zamek najłatwiejszą trasą, która była naprawdę słaba pod każdym względem. W środku zobaczyliśmy, co straciliśmy, ponieważ było widać części szlaków trudniejszych tras. Były elementy wspinaczki, ale przede wszystkim można było wejść w o wiele więcej miejsc i znacznie wyżej, gdzie mogliśmy doświadczyć naprawdę niezapomnianych widoków. Ale cóż musieliśmy obejść się smakiem. I tak czasem bywa. Przynajmniej udało mi się zapozować i zrobić parę fajnych ujęć na terenie zamku. Co prawda naraziłam się tym sposobem strażnikom, którzy co jakiś czas na mnie gwizdali, ale wraz z moim wspaniałym fotografem moim Mężem, byliśmy nieustraszeni. Myślę, że w żaden sposób nie naraziłam się na niebezpieczeństwo, nie zniszczyłam pomnika kultury, a jakże piękne fotki urwałam! Zobaczcie sami!

    I co ? 🙂

    Kolejny dzień upłynął nam na jeździe po pięknych połoninach. Poprzedniego dnia wieczorem była burza i chmury jeszcze się utrzymywały, więc zapewniało nam to dodatkowe widowisko.

    Przez to miałam cały czas mały niepokój, gdyż mam taką przypadłość, że panicznie boję się burzy. Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić, co może to powodować. Nie przypominam też sobie żadnego strasznego wydarzenia z dzieciństwa z wyładowaniami.

    Po prostu tak mam i już. A Wy macie jakieś swoje nieuzasadnione lęki ? Jak sobie z nimi radzicie ? Ja staram się stawiać im czoła będąc w obecności bliskiej mi osoby, przy której czuję się bezpiecznie. Wtedy próbuję siebie przekonać, że burza jeszcze nie oznacza mojej rychłej śmierci. To pomaga mi oswoić lęk. Natomiast całkowicie chyba się nie da go wyeliminować, trzeba się nauczyć z nim żyć. A Wy jakie macie doświadczenia ?

    Niesamowitym doświadczeniem na tych wyjazdach z Pathfinders jest jazda w kolumnie. Z racji tego, że w terenie jeździ się bardzo powoli, wyłaniamy się jeden za drugim pomału z zarośli, gąszczu czy lasu lub gór. Niezłe wrażenie robi również to, kiedy dojeżdżając do docelowego miejsca ustawiamy się jeden za lub przy drugim autami.

    Zdjęcie robione zza szyby auta podczas jazdy

    W tych wyjazdach bardzo cenimy również tą dzikość funkcjonowania. Mając wszystko ze sobą, kiedy tylko jesteśmy głodni, robimy przerwę i szykujemy sobie jedzenie. Cóż to jest za smak odgrzanej domowej fasolki po bretońsku i herbatki w środku lasu! Tego nie da się z niczym porównać 🙂

    Z wyjazdu zapamiętamy na długo również widoki, jakimi tam każdego dnia cieszyły się nasze oczy. Z racji tego, że poruszaliśmy się po terenach górzystych, tego naprawdę mieliśmy bardzo dużo.

    A takie widoczki sprzyjają różnorakim refleksjom 🙂

    Rzeczą, która ogromnie mnie urzekła na tym wyjeździe była wzajemna pomoc. Trzeba przyznać, że albo mieliśmy „felerne szczęście”, albo zwyczajnie „los z nas drwił”. Otóż praktycznie każdego dnia mierzyliśmy się z problemem z którymś autem. Kompletnie się na tym nie znam, więc nawet nie próbuję przytaczać, co dokładnie nawalało. Musiałby tutaj mnie wspomóc mój Mąż, więc jego pytajcie. Ja nawet nie próbowałam się w to mieszać, bo i tak bym nie pomogła, a mogłabym tylko przeszkadzać. Zresztą to było piękne, kiedy w momencie awarii, wszystkie chłopy znalazły się przy poszkodowanym aucie i zaczęli z wielkim podekscytowaniem działać i myśleć, a zaraz obok stworzył się naturalnie dywagujący na życiowe tematy kącik kobiet. Oczywiście i ja się w nim znalazłam. Dyskusje szły w najlepsze, niemalże w ogóle nie zwracałyśmy uwagi, że chłopy tam wydawałoby się walczą o życie. Natomiast ja kątem oka zerkałam, co się tam dzieje. Było to naprawdę urocze. Z jednej strony widać było ogromną powagę sytuacji, a z drugiej oni naprawdę mieli z tego frajdę. I za każdym razem udawało im się pomóc, a przynajmniej doprowadzić auto do takiego stanu, że mogło bezpiecznie zjechać z gór i dotrzeć na nocleg, żeby tam obmyśleć na spokojnie dalszy plan działania. Jedną rzecz, która mnie zaskoczyła i najbardziej ją zapamiętałam, to naprawa przegrzanej, wygiętej chłodnicy młotkiem, wiertarką i śrubkami. Wpadlibyście na to ? 🙂

    Tak się bawią chłopcy 🙂


    Te wszystkie sytuacje związane z naprawami bardzo mnie poruszyły. Można było poczuć, że naprawdę jesteśmy grupą, która jest razem. Mimo że z wieloma osobami poznaliśmy się dopiero na wyjeździe, a niektórych imion nawet po powrocie dobrze nie pamiętamy. Kiedy trwały naprawy nikt nie narzekał, że tracimy czas, nikt nie odjeżdżał, nikt nie był obojętny na to co się stało. Tak było zawsze dopóki nawzajem się nie uratowaliśmy. Często w podróży doświadczam od innych takiej bezinteresownej pomocy. Co się dzieje takiego, że w codzienności tak często ciężko nam o gesty rezygnacji z czegoś na rzecz kogoś ? I dlaczego tak trudno wziąć za coś odpowiedzialność i zaangażować się 100 % ?

    Kolejnym powalającym z nóg doświadczeniem był wjazd terenówkami w kolumnie na najwyższy szczyt Serbii – mierzący 2169 m.n.p.m. To była dopiero petarda! Trzeba przyznać, że wjazd wymagał dużo uwagi oraz skupienia, a także umiejętności korzystania z auta. Był to techniczny przejazd z zapierającymi dech w piersiach widokami. Jesteśmy bardzo wdzięczni organizatorom za zaufanie i udzielanie cennych wskazówek podczas jazdy.

    Wjazd na szczyt był dla nas wartościowy nie tylko ze względu na widoki oraz doświadczenie przygody i czegoś nowego. Przede wszystkim też dowiedzieliśmy się naszych reakcji na takie sytuacje. Dla mnie była to przede wszystkim uczta. Jakikolwiek stres oraz myślenie, że coś mogłoby nam się stać, całkowicie mnie opuściły. Czułam dużą adrenalinę, która mnie tylko napędzała. Mimowolnie w emocjach parę razy wykrzykiwałam do Męża, który kierował „szybciej, szybciej”. Natomiast Sebastian wykonywał każdy ruch z ogromną rozwagą i opanowaniem. On z kolei cały czas miał w głowie odpowiedzialność za nasze bezpieczeństwo. Przepaści nad którymi jechaliśmy, które ja widziałam jako widoki, którymi trzeba się napawać, przypominały mu o pokorze wobec zawodności auta oraz niekompletności swoich umiejętności i małego doświadczenia.

    Podsumowując wyjazd był jak najbardziej udany. Wprawdzie nasze obawy odnośnie innego funkcjonowania w podróży niż kamperem, były jak najbardziej zasadne i znalazły duże odzwierciedlenie w rzeczywistości. Prawdą jest, że musieliśmy się dużo gimnastykować, by dać sobie radę ze wszystkim. Spaliśmy głównie w aucie, a więc każdego wieczoru zanim udaliśmy się na spoczynek przekładaliśmy bagaże z tyłu do przodu. Musieliśmy mieć w głowie, czego będziemy potrzebować w nocy oraz rano. Bo układając pudła z rzeczami z przodu, tym samym traciliśmy do nich dostęp bez konieczności przekładania wszystkiego z powrotem. Na same te rzeczy traciliśmy godzinę czasu. Niestety mimo usilnych prób przyspieszenia procedury, nie chciało być inaczej. Do tego trzeba jeszcze doliczyć przygotowywanie posiłków i mycie się. Aby to się ziściło, musieliśmy rozkładać stolik, krzesełka, kuchenkę oraz namiot przebieralnię, który służył nam do brania prysznica. Plus mniejsze już rzeczy typu baniaki, przenośne baterie, miski. A potem zmywanie, ogarnianie brudnej wody oraz przenośnej toalety. I pakowanie wszystkiego z powrotem do środka. Zajmowało to kupę czasu, który gdyby nie te rzeczy, moglibyśmy wykorzystać inaczej. Na przykład na delektowanie się chwilą, przeżywanie tu i teraz, które jest dla nas niezwykle ważne. Uwielbiamy będąc w podróży, szczególnie kiedy jesteśmy w pięknym, dzikim miejscu po prostu być i krzyczeć „Trwaj chwilo, chwilo trwaj”, jak śpiewa Zakopower. Wtedy można poczuć powiew wiatru na skórze, usłyszeć szmery lasu, a także poczuć woń pól. A przede wszystkim spotkać się ze swoim wnętrzem. Kiedy człowiek goni, ciągle jest w ruchu – ciężko mu cokolwiek usłyszeć. Wydaje się, jakby nieustannie gdzieś uciekał. Na pewno tego nam brakowało podczas tego wyjazdu. Podczas tego tygodnia i tak mieliśmy o tyle lepiej, że przynajmniej nie traciliśmy czasu na szukanie odpowiedniego miejsca na nocleg, gdzie możemy się rozłożyć z wszystkimi naszymi „zabawkami”. Odeszło nam to, ponieważ ogarniali to organizatorzy. Tak podróżując nie jest to takie proste jak w kamperze, gdzie wszystko jest w środku. Wystarczy się tylko zatrzymać, zamknąć drzwi i okna. I wszystko robimy oraz mamy wewnątrz. Z szukaniem miejsca na nocleg mierzyliśmy się podczas kolejnego tygodnia, kiedy po skończeniu turnusu z Pathfinders, zostaliśmy sami na Bałkanach jeszcze tydzień. Działo się tam tyle, że stwierdziłam, że jest to materiał na osobny wpis. Także niebawem… 🙂
    Natomiast oboje jesteśmy zgodni, co do tego, że cały ten nasz wysiłek był warty zachodu. Doświadczenie jazdy w terenie, bogactwo widoków, a również ogrom dobrej zabawy i przełamywania lęków, to rzeczy bezcenne. Ponadto kiedy człowiek musi się o coś mocniej postarać, wtedy tak naprawdę, to co otrzymuje smakuje jeszcze lepiej. Ale więcej o tym będzie w kolejnym wpisie o drugiej części naszego wyjazdu terenówką. Bowiem, jak już wspominałam, turnus z Pathfinders skończył się po tygodniu. A my postanowiliśmy jechać dalej i wrócić dopiero na następny tydzień. Ahoj przygodo!

    I na koniec piosenka:

    Dwa plus Jeden – Iść w stronę słońca

  • Ku Górze..

    Ku Górze..

    Ten post wcale nie był w planie! Miało go nie, być! Następna miała być nasza Apulia. Natomiast zupełnie niespodziewanie zrodziła się w nas chęć odwiedzenia Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. A gdy wróciliśmy, jeden z najwierniejszych naszych fanów, zaczął podpytywać o relację z tego wyjazdu. Na początku podeszłam do tematu niechętnie, gdyż nie mając w planach pisać o tym posta, nie „fociliśmy” 🙂 Natomiast w związku z tym, że nasz kibic nie odpuszczał i drążył temat dalej, a w tym samym czasie na e-mail-a przyszły zdjęcia z naszego wyjazdu robione przez koleżankę, sprawa była już przesądzona. Trzeba było siadać i pisać. Daniel, dziękuję za inspirację! Dodatkowo zostały mi Twoje słowa z ostatniego spotkania, że czasem nie wystarczy słuchać i wziąć dla siebie, trzeba też mówić innym, dać świadectwo. A więc opowiemy światu o Józku 🙂

    Wszystko zaczęło się od podjęcia przez nas 33-dniowego przygotowania do zawierzenia św. Józefowi, które zaczęliśmy wspólnie 15 lutego. Jego uwieńczenie miało miejsce 19 marca, kiedy to w Kościele obchodzone jest jego święto. Informację o tym znalazłam ja na Facebooku. Mój Mąż nie jest tak na bieżąco z tym portalem jak ja 🙂

    Gdy połączyłam fakty, że koniec przypada tuż przed moją zaplanowaną wizytą w szpitalu, od razu przyszła mi myśl, że może to wydarzenie jest dla nas. Sebastian przyjął moją propozycję bardzo ochoczo. Już wcześniej kilka razy usłyszał, że warto czerpać ze wzoru męstwa św. Józefa. A więc się zaczęło! Rozważania bardzo nam się podobały. Mimo, że w Piśmie świętym nie ma zbyt wielu informacji o małżonku Maryi, wyciągnięte zostały naprawdę wartościowe spostrzeżenia. Można było zobaczyć perspektywę św. Józefa, której wcześniej nie widzieliśmy. Rozważania były bogate również w świadectwa wielu świętych, którzy czcili św. Józefa oraz otrzymywali od niego szczególne łaski. Dla mnie było bardzo ważne w tych treściach, że świętość św. Józefa była przedstawiana zaraz obok świętości Maryi. Można powiedzieć, że zawierzając się świętemu Józefowi byliśmy ukierunkowywani również na oddanie się w ręce Matki Bożej. Dla nas jest ona szczególnie bliska, ponieważ wspólne odmawianie różańca towarzyszy nam od początku budowania naszego związku. I mamy nadzieję, że będzie z nami obecne do końca życia. Przytoczę zdanie, które najbardziej mi zostało w sercu: Przynależenie do rodziny z Nazaretu – zaakceptowanie św. Józefa jako ojca, Maryi jako matki, a Jezusa jako brata – jest najpewniejszym, najłatwiejszym i najszybszym sposobem zostanie członkiem rodziny Trójcy w niebie”. Nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Rekolekcje powstały w oparciu o materiały formacyjne przygotowane przez ks. Donald H. Calloway’a, autora książki – podręcznika „Konsekracja św. Józefowi„.


    W czasie tych 33 dni akurat był grany w krakowskich kinach „Opiekun”. Jest to film oparty na faktach, który opowiada o świętym Jozefie oraz przedstawia historie rodzin, którym pomogło Jego wstawiennictwo. Wobec tego postanowiliśmy wybrać się na randkę do kina. Musimy przyznać, że zupełnie nie spodziewaliśmy się aż tak dobrego filmu. Zdarza się, że filmy chrześcijańskie są zbyt oczywiste, niekiedy nachalne w swojej treści, bądź jakość nakręcenia i doboru obsady pozostawia wiele do życzenia. Szkoda, bo zazwyczaj przedstawiają dużo mądrych i wartościowych tematów. Natomiast film „Opiekun” na pewno do takich nie należy. Oglądaliśmy z dużym zaciekawieniem. Bardzo podobało mi się to, że zostały pokazane historie zwykłych ludzi, które znamy z życia. A ich świadectwo pokrzepiło na duchu. Ogromnie poruszyła mnie opowiedziana w filmie historia księży, którzy byli więźniami obozu zagłady w Dachau podczas II wojny światowej i ich ogromna wiara, dzięki której za przyczyną św. Józefa cudem przeżyli. Nie będę dalej spojlerować, bo może ktoś z Was się jeszcze nie wybrał, a do czego bardzo zachęcam. Ponadto w filmie zostało przedstawione bardzo ładnie z lotu ptaka miasto Kalisz, w którym znajduje się Narodowe Sanktuarium św. Józefa – Bazylika kolegiacka Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. To jest link do do zwiastunu filmu: https://www.youtube.com/watch?v=OnqpN4WxWSk A więc przyszło nam natchnienie, by odwiedzić św. Józefa w Kaliszu i to na nasze zakończenie 33-dniowych rekolekcji – 19 marca. Tego dnia, w święto św. Józefa – odbywała się tam uroczysta Eucharystia z zawierzeniem św. Józefowi dla tych, którzy odprawiali właśnie te rekolekcje, co my. Pomyśleliśmy też o tym, by zaproponować jeszcze paru osobom, żeby z nami pojechały i może przez to zbliżyły się do św. Józefa, czy też otrzymały od niego łaski. Okazało się, że jedna z koleżanek, która z nami pojechała, jeszcze zanim jej zaproponowaliśmy, czuła natchnienie, by właśnie tam się wybrać. Natomiast nie podejmowała tego wyzwania z racji tego, że sama nie jeździ samochodem, a pociągiem z Krakowa jest to ciężkie do zrobienia w jeden dzień. A kiedy sam kierowca w takiej sytuacji się zgłasza, to chyba znak, że miała tam pojechać. Ten, kto mnie zna, ten wie, że lubuję się w różnych znakach 😉 Także jechaliśmy z poczuciem, że Opatrzność rzeczywiście nas tam wszystkich prowadzi w jakimś konkretnym celu. A więc zapakowawszy się do naszej kruszynki, ruszyliśmy w stronę Kalisza.

    Bardzo ujęło mnie to, że mimo iż wokół Sanktuarium nie ma standardowej otoczki, takiej jaką znam z miejsc kultu religijnego, czyli ogromu sklepików, stoisk z pamiątkami, lodami itd., a przybyło tam tak dużo ludzi. I to zarówno młodych, starszych, a także rodzin z dziećmi. To pokazuje, że Ci ludzie przychodzą tutaj w konkretnym, ważnym celu. Obok Bazyliki ciągnie się duży park, z którego słychać odprawiające się Msze Święte. Zresztą Sanktuarium znajduje się w samym centrum miasta, więc nawet spacerując po rynku można poczuć, a nawet usłyszeć Ducha Świętego 🙂

    Sam Kalisz nie zachwycił nas jakoś szczególnie. Przede wszystkim z uwagi na to, że w większości centrum miasta, było wszystko rozkopane, ponieważ trwały remonty. Przez to też większość restauracji była zamknięta, co sprawiło nam trochę kłopotu. Mieliśmy niedużo czasu na to by zjeść, a blisko godzinę straciliśmy na szukanie czegoś otwartego, co nie było cukiernią, ani budką z kebabem, tylko miejsca, gdzie można było zjeść coś obiadowego. Na szczęście w końcu się udało i to nawet z zachowaniem postu eucharystycznego, co również było dla nas istotne.

    Podsumowując Kalisz zdecydowanie lepiej prezentował się na filmie niż w rzeczywistości.

    Natomiast już przechodzę do sedna, czyli do celu, w jakim tam przyjechaliśmy – Mszy świętej z zawierzeniem św. Józefowi. Eucharystia była przepiękna. Tłumy pielgrzymów, uroczyste nałożenie przez kapłana poszczególnym osobom szkaplerzy św. Józefa, wzniosłe pieśni oraz konkretne kazanie księdza, a po Mszy Świętej wspólne, godne odczytanie aktu zawierzenia sprawiły, że ten czas przeżyliśmy naprawdę wyjątkowo. Kapłan nie mówił długo, a wskazał wiele ważnych aspektów cierpienia, na które wcześniej w ten sposób nie patrzyłam. Zwrócił uwagę na tak liczne nas tu zgromadzenie oraz na to, że każdy z nas przychodzi tutaj do św. Józefa z konkretnymi sprawami, problemami, prosząc Go o ich rozwiązanie. Przytoczył historię niewidomego od urodzenia z czytanej Ewangelii, (J 9, 1-41), którego Jezus uzdrowił, dzięki czemu ten przejrzawszy na oczy nie tylko fizycznie, uwierzył w Boga. A w wyniku tego zaczął głosić o Nim świadectwo, mimo odrzucenia przez innych z tego powodu. Ksiądz porównał tego człowieka z nami, którzy przychodząc ze swoimi problemami do św. Józefa, często nie mamy świadomości, że Bogu chodzi o coś więcej niż tylko rozwiązanie ich. Podkreślił, że nasze problemy same w sobie czasem są tylko środkiem, dzięki którym tu jesteśmy i dzięki którym możemy się otworzyć na działanie Boga w naszym życiu w szerszym kontekście naszego nawrócenia, docelowo zbawienia. Zostawił nas z pytaniem, czy przychodząc tutaj mamy świadomość, że to, o co prosimy, może nie być wcale najważniejsze dla nas i dobre? Z pytaniem, czy mamy gotowość otworzyć się na Bożą perspektywę cierpienia i jego sensu? Czy nie zatrzymujemy się tylko na swoich pragnieniach i przez to nie zamykamy na działanie Łaski Bożej? I kiedy tak sobie o tym myślę, naprawdę widzę tę perspektywę. Może gdyby nie nasze trudności, problemy ze zdrowiem, z którymi się zmagamy, nie pragnęlibyśmy tak zażarcie się modlić, podejmować się różnych postów, nie zaprzyjaźnilibyśmy się z tyloma świętymi. Może gdyby to, o co prosimy, spełniłoby się od razu, nie mielibyśmy tylu kryzysów trwania przy Bogu, zawodów, rozczarowań i nie musielibyśmy tak o naszą wiarę zabiegać. A w konsekwencji nawzajem się wspierać, podnosić i nawracać. Bo tak zazwyczaj jest, że w momencie, kiedy jeden jest słabszy, to drugi ma wtedy więcej siły. I dzięki temu idziemy do przodu. Raz z przystankami, czasem z krokiem w tył, ale ostatecznie nie ustajemy w drodze. Może nie bez powodu rozmawialiśmy ostatnio też z jedną osobą z naszej rodziny na temat tego, że nawet w chorobach można odnaleźć korzyści dla pacjenta. Ja sama widzę też dużo więcej przyziemnych rzeczy, które by się nie wydarzyły, gdyby nie nasze problemy. Między innymi nasze podróże, pisanie bloga, nasza decyzja o rezygnacji z mojej pracy i zajęcie się przeze mnie „domem”, mój rozwój kulinarny w kuchni, podejmowane przez nas różne aktywności społeczne i pomocowe, angażowanie się w naszej Wspólnocie oraz wiele innych rzeczy. Zauważam także, że zaczynam bardziej doceniać właśnie te małe, prozaiczne rzeczy. Poza tym dzięki trudnościom, które nas spotykają, ukazało się wiele wspaniałych cech mojego Męża, których wcześniej nie miałam okazji zobaczyć. Pewnie też pojawiła się sposobność, by wiele cnót w sobie rozwijał, a nad wieloma pracował. Czas ostatnich miesięcy to u nas również czas nieustannej niepewności, która budzi we mnie wiele lęków. Ale z drugiej strony patrzę na to w ten sposób, że jest to również wielkie dobro, bo dzięki temu doświadczeniu zmierzam się z nimi i uczę się nad nimi panować. Jak w piosence często wspominanej przeze mnie Stanisławy Celińskiej – Nie strasz. I za to wszystko jesteśmy bardzo wdzięczni. A kto wie, co się jeszcze dobrego wydarzy. Tylko trzeba otworzyć się na tą Bożą perspektywę, która może okazać się zupełnie różna niż ta nasza. Oczywiście nie jest to łatwa sprawa, wymaga od nas dużo odwagi. Bo to wbrew temu, co znamy, na przekór naszym wypracowanym, dającym poczucie bezpieczeństwa schematom. Przede mną na pewno jeszcze długa droga.

    Byle ku Górze 🙂

    Na koniec chcę Was bardzo zachęcić do zaprzyjaźnienia się ze świętym Józefem. Ja póki co zaczynam Go poznawać i w związku z tym nie mam jeszcze za wiele do opowiedzenia o Nim. Natomiast głęboko wierzę, że i przyjdzie kiedyś czas na świadectwo. Podsyłam też przepiękny utwór, który jest również piękną modlitwą do św. Józefa – Chór i Zespół Instrumentalny Duszpasterstwa Akademickiego w Kaliszu – Rozmowa ze św. Józefem.

  • Gozo

    Gozo

    Gozo nas totalnie zaskoczyło! Zupełnie nie mieliśmy pojęcia, jak tu będzie pięknie! Musimy przyznać, że gdyby nie bon podarunkowy, Gozo na pewno nie byłoby na naszej liście podróżniczych celów. Myślę, że nie przyszłoby nam to do głowy. A podobało nam się tak bardzo, że oboje z Mężem stwierdziliśmy, że trzeba tu będzie wrócić. A to nie jest takie oczywiste, szczególnie w przypadku Sebastiana, który jest bardzo ciekawy świata i ma ciśnienie, by jeździć w nowe miejsca. Tłumaczy mi, że nie jesteśmy jeszcze dziadkami na emeryturze, żeby mieć „swój stolik” 🙂 Ja natomiast lubię wracać tam, gdzie już byliśmy. Wtedy jeszcze bardziej odpoczywam 🙂 Mniej wtedy gonimy, jesteśmy nastawieni bardziej na delektowanie się, niż na poznawanie nowych miejsc, ciesząc się, że po upływie czasu jesteśmy tu znowu razem. A wracające wtedy wspomnienia z tych miejsc nie przestają nas rozpieszczać. I tu musi być piosenka: Zbigniew Wodecki – Lubię wracać tam gdzie byłem

    W związku z wracaniem w te same miejsca w mojej głowie pojawiła się jeszcze jedna refleksja. Bowiem będąc gdzieś, gdzie już byliśmy – zawsze będziemy już trochę inni, bogatsi o nowe doświadczenia. W związku z tym te same miejsca będą przez nas przeżywane w pewnym stopniu inaczej. Sebastian w swoim poście o Toskanii napisał, że był to dla nas czas, który już się nie wydarzy. I tak jest ze wszystkimi wydarzeniami, sytuacjami w naszym życiu. Nie przeżyjemy jeszcze raz swojego dzieciństwa, młodości, pierwszego zakochania, pierwszej kłótni czy pierwszego rozczarowania itd. Nawet gdybyśmy bardzo próbowali, zawsze będziemy już to przeżywać z innej perspektywy. Czasem jest nam szkoda, bo gdyby mogło się do pewnych trudnych wydarzeń wrócić, dokonać pewnych wyborów jeszcze raz, niejednokrotnie z tego miejsca człowiek zachowałby się inaczej. Albo gdyby można było coś przeżyć jeszcze raz, co było bardzo przyjemne, moglibyśmy bardziej to docenić, niż wówczas, kiedy to rzeczywiście miało miejsce. Ale cofnąć czasu się nie da. I teraz myślę, że to dobrze. Bo te wszystkie sytuacje, znajomości, relacje, zachowania – zarówno te dobre jak i te, które oceniając dziś, nie są dla nas chlubą, były nam bardzo potrzebne. To one nas ukształtowały i doprowadziły do tego miejsca, gdzie teraz jesteśmy. I za to wszystko powinniśmy być wdzięczni. A wracając do tych miejsc, przeżywać je w nowej i lepszej odsłonie, wyciągać wnioski i podążać do przodu, ku górze…

    A poniżej piosenka, przy której podczas tańca na imprezie ostatkowej, na której niedawno byliśmy, przyszła mi ta refleksja. A więc jeszcze w tych ostatnich dniach karnawału ślę Wam trochę radości z nutą nostalgii 🙂

    Paradoks – Jezioro

    Postaram się opisać to, co nas najbardziej ujęło, dzieląc treści na poszczególne kategorie. Będą też oczywiście zdjęcia, ale jeśli podróżujecie, to wiecie, że one nie oddadzą w pełni zapierającego dech w piersiach widoku, towarzyszących emocji oraz przeżytych doświadczeń, a także kultury tego miejsca. Pisał o tym już też mój Mąż w swoim poście. Ale spróbuję zrobić co w mojej mocy, by podzielić się tym, co nam było dane tam doznać.

    Ciężko pisać na bieżąco…

    Zacznę od wytłumaczenia się, dlaczego post zostaje opublikowany z tak dużym opóźnieniem po powrocie z Gozo. Początkowo plan był taki, by przeznaczyć część czasu urlopu na pisanie. W szczególności, że wyjazd była nastawiony na odpoczynek, aniżeli na zobaczenie jak najwięcej. Mimo wszystko było nam ciężko się zebrać. Pomysł jechania na plażę lub na klif z komputerem nie kojarzył nam się dobrze, dlatego odpuszczaliśmy. Natomiast spędzenie dnia w hotelu zawsze przegrywało ze spędzeniem czasu w naturze. Mimo, że hotel i cały jego teren był naprawdę przepiękny. Ale o tym będzie później. Ponieważ Mąż już parę razy odgrażał się, że napisze post, miałam plan, żeby na Gozo go odpowiednio zmotywować, by się za to rzeczywiście zabrał. I się udało. Wpadł na pomysł na post, ułożył sobie w głowie zarys treści i zaczął pisać, kiedy ja poszłam na samotny spacer na pobliskie wzniesienie. Co prawda skończył jakiś miesiąc po powrocie, ale się udało! I do tego mnie wyprzedził 🙂

    Lot samolotem

    Lot samolotem był dla mnie wielkim wydarzeniem. Muszę przyznać, że bardzo się bałam, ponieważ nigdy wcześniej nie latałam. No poza lotem widokowym Cessną 🙂 Mam świadomość, że samolot jest najbezpieczniejszym środkiem komunikacji, natomiast wiem też, że jakby był wypadek, to wtedy giniemy wszyscy. Natomiast miałam dużą motywację, by przełamać lęk i polecieć. Doświadczenie też mi mówiło, że u boku kochającego Męża stresujące rzeczy przeżywa się dużo łatwiej. Lot był na szczęście niedługi, co też było dla mnie bardzo na plus. No, ale jak w końcu było ? Cóż, generalnie przeżyłam! Nie straciłam słuchu, nie zemdlałam, nic mi się nie stało. Natomiast nie było to dla mnie nic przyjemnego. Przed lotem słyszałam od wielu osób, że uwielbiają latać, kochają ten moment wznoszenia się, bycia w chmurach itd. Nic z tych rzeczy…Nie miałam takich odczuć. Jeśli chodzi o momenty nabierania wysokości i tracenia wysokości, było mi po prostu słabo, wręcz kołowało mi się w głowie. Ewidentnie odczuwałam zmiany ciśnienia. Dziwnie czułam się z tym, że panie stewardessy mówiły głównie po angielsku. Stresowałam się, że jeśli rzeczywiście by coś się stało i trzeba byłoby się próbować ratować, nic bym nie zrozumiała, co mam robić. Kochany Mąż pocieszał mnie, ze w przypadku katastrofy lotniczej próba ratunku i tak nie miałaby większego znaczenia 😉 W druga stronę lecieliśmy za dnia, więc mogłam podziwiać widoki. Przyznaję, naprawdę cieszyły oko. Natomiast nie przyćmiły one dyskomfortu lotu. Na szczęście mogłam przez cały czas trzymać mocno Męża za rękę, a w drugiej ręce koraliki różańca. W każdym razie moje wnioski są takie, że diabeł nie taki straszny jak go malują, ale też nie piękny. Przeżyłam, doświadczyłam i dziękuję. Myślę, że nie wpadnę sama na pomysł, żeby gdzieś lecieć samolotem, o ile sytuacja mnie nie zmusi.

    Eucharystia

    Dużym atutem urlopu na Gozo było to, że mieliśmy o wiele łatwiejszy dostęp do Eucharystii niż we Włoszech. Przede wszystkim informacje na stronach internetowych kościołów oraz na gablotach przykościelnych były bardziej czytelne.

    Znaczące było to, że na Malcie drugim językiem urzędowym, oprócz maltańskiego, jest język angielski. Było to dla nas bardzo pomocne, zresztą nie tylko w kwestii sprawdzania rozkładu Eucharystii. Natomiast Msze święte w języku maltańskim były dla nas wyzwaniem. Nie szło nic zrozumieć, po prostu nic! Już we Włoszech było prościej! Jak zawsze, staraliśmy się czytać przed Ewangelię, ale mimo to było nam trudno. A może i takie doświadczenie jest potrzebne ? Człowiek musi wtedy jeszcze bardziej skupić się na tym, co w danej chwili się dzieje, a nie tylko bezwładnie uczestniczyć i powtarzać za księdzem czy ludem. Ale mieliśmy wielką radość, że udało nam się być na Mszy świętej więcej razy niż tylko w niedzielę, tak jak sobie jakiś czas temu postanowiliśmy. To ważne dla nas i budujące, że na urlopie również nie odpuszczamy oraz, że nam to wychodzi.

    Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałyby kierować ruchem u wejścia do kościołów” św. Teresa z Lisieux

    Bardzo podobała nam się inscenizacja przybycia do świętej Rodziny 3 króli przed Kościołem, przed niedzielną Eucharystią. Brali w niej udział mali i duzi mieszkańcy Gozo w przepięknych strojach oraz prawdziwe zwierzęta. Czuliśmy w sercu, co się tam dzieje, mimo bariery językowej. Niestety nie udało nam się zrobić zdjęć, ale odsyłamy do innego podróżniczego bloga, gdzie wydarzenie to zostało szczegółowo sfotografowane i opisane.

    Sylwester po maltańsku!

    Ojj było syto! I to pod każdym względem, zarówno jedzeniowym, jak i kulturowym. Ale zacznę od początku :). Na Gozo dotarliśmy dzień przed sylwestrem. Początkowo nie mieliśmy sprecyzowanych planów, co chcemy robić. Plan był taki, że pierwszego dnia zrobimy rozeznanie po okolicy, popytamy miejscowych ludzi, co dzieje się ciekawego i na coś się zdecydujemy. Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Od sympatycznej Pani ze sklepu spożywczego dowiedzieliśmy się o plenerowym sylwestrze w Victorii – stolicy Gozo. Zapewniała nas, że będzie tam pięknie. To miejsce polecała nam też blogerka Polka na Malcie. I tak zamierzaliśmy właśnie zrobić. Natomiast ze względu na to, że Sebastiana po podróży coś drapało w gardle, a wieczory były tam chłodne, zaczęliśmy rozważać sylwestra z uroczystą kolacją i muzyką na żywo w hotelowej restauracji, na którego ostatecznie zdecydowaliśmy się pół godziny przed rozpoczęciem imprezy.

    I nie żałujemy, absolutnie! Mąż miał na początku wątpliwości, gdyż obawiał się, że będzie drętwo z uwagi na dojrzały wiek gości hotelowych. Natomiast szybko okazało się, że obawy nie były zupełnie potrzebne. W żadnym wypadku nam to nie przeszkadzało. Kolacja była rzeczywiście bardzo uroczysta. Wszystko pięknie podane, a do tego wyglądało i smakowało wyśmienicie. Objedliśmy się jak bąki. Ilość jedzenia nas zdecydowanie przerosła. Od godziny 20 do 23:30 podawali nam poszczególne dania. I to wcale nie były degustacyjne porcje! Można było się najeść, a nawet zmęczyć 🙂 I wszystko było pięknie – niebiańska uczta dla podniebienia, magiczny wystrój, genialna muzyka na żywo…. Ale gdzie tańce ? Wszyscy tylko siedzieli, jedli, ewentualnie rozmawiali, a my pod stołem przebieraliśmy nogami. Ostatecznie po podaniu ostatniego posiłku nie patrząc na innych, wyszliśmy na parkiet. To był dopiero czad! Jak zawsze szalejemy na parkiecie, to to było istne szaleństwo! Może to kwestia tego, że nikt nas tam nie znał i puściły wszelkie hamulce ? Nie mamy pojęcia. Ale wiemy na pewno, że od tej nocy, na Gozo nie byliśmy już anonimowi. W kolejnych dniach „lokalsi” zaczepiali nas na ulicy, witając, pozdrawiając i gratulując. Niektórzy śmiałkowie pytali, gdzie się nauczyliśmy tak dobrze tańczyć. Dobre, tu się uśmialiśmy. Ten, kto nas zna, ten wie, że nasz taniec to jedna wielka improwizacja. Uwielbiamy tańczyć ze sobą, czujemy się w tym bardzo swobodnie i zawsze wtedy wyzwalają się w nas niespożyte zapasy energii. Ale nie ma to nic wspólnego z choreografią, czy też wyuczonym układem tanecznym. Ale cóż, nie pozostało nam nic innego, jak w pokorze przyjąć sławę na Gozo 🙂 Bo w Polsce już wszyscy wiecie, że mój Mąż jest najlepszym tancerzem na świecie nie ? 🙂 😛
    W każdym razie uwielbiam z nim tańczyć :*

    Niech żyje Nowy Rok 2023!

    Najdroższe pranie w życiu!

    Podzielę się jeszcze jedną naszą przygodą, a może bardziej wtopą 🙂 Po przedniej zabawie sylwestrowej okazało się, że spodnie niedzielne Sebastiana są do prania. Spakowani byliśmy tak, że miało nam wszystkiego na styk starczyć na cały pobyt, tylko nie przewidzieliśmy balangi do rana. Jako, że byliśmy w 4 gwiazdkowym hotelu, wyczytaliśmy, że oferuje on taką usługę. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać 🙂 Niczego nieświadomi, poczekaliśmy aż zbierzemy więcej prania, żeby nie iść z jedną rzeczą. Wielkie było nasze zdziwienie, gdy dzień przed odjazdem otrzymaliśmy rachunek z kwotą 80 Euro za usługę prania. Okazało się, że w hotelu liczy się osobno za pranie, suszenie i prasowanie każdej, jednej, nawet najmniejszej rzeczy, na przykład bielizny. A, że trochę tego uzbieraliśmy… to nas trochę to kosztowało. Cóż, podróżując kamperem i piorąc w pralni automatycznej wychodzi „troszkę” taniej 🙂 Mniej więcej około 10 Euro za jedno pranie. A, że rzadko bywamy w hotelach to mieliśmy prawo nie wiedzieć. Ja generalnie byłam pewna, że skoro hotel 4 gwiazdkowy, to już takie usługi są wliczone w cenę 🙂 Od czasu do czasu można być stereotypową blondynką 😉 W każdym razie teraz jesteśmy mądrzejsi o nasze doświadczenie. Może komuś się ono przyda.

    Majestatyczne klify

    Kiedy dzieliliśmy się ze znajomymi, że lecimy na Gozo na 11 dni, dziwili się. W internecie również panuje przekonanie, że na zwiedzanie tej wyspy wystarczy 1-2 dni. Nic bardziej mylnego. Nie nudziliśmy się wcale, a wręcz przeciwnie. Po przyjeździe czujemy niedosyt i jak już wspominałam na początku, mamy pragnienie, by tu wrócić. Muszę przyznać, że najbardziej na Gozo zauroczyły nas klify.

    Mimo tego, że w tym roku widzieliśmy już przepiękne klify w Apulii, tutaj szczęki z zachwytu otwierały nam się jeszcze bardziej. Jawiły nam się jako o wiele większe oraz bardziej dostępne, a jednocześnie mniej oblegane przez innych turystów. Wielkim i pozytywnym zaskoczeniem było dla nas to, że mogliśmy legalnie chodzić po klifach.

    Nie było nigdzie tabliczek z zakazami pod karą grzywny oraz z informacjami o monitorowaniu obszaru ani też budek z biletami wstępu, które należało kupić. Totalna wolność. Widzieliśmy tylko tabliczki z ostrzeżeniem o spadających odłamkach skalnych. A więc każdy wchodzi na własną odpowiedzialność. Bardzo nam się to podejście podobało. A więc urządzaliśmy sobie spacery po kilkanaście kilometrów wzdłuż klifów i przygotowani w prowiant spędzaliśmy na nich cały dzień.

    A wieczorem szliśmy świętować do restauracji. Obraliśmy też taki system, że jeśli jednego dnia robiliśmy trekking, to drugiego dnia szukaliśmy sobie ładnego miejsca i jechaliśmy tam na zasłużony odpoczynek.

    Plaża Ramla Bay z czerwonym piaskiem
    Plaża Daħlet Qorrot Bay
    Plaża Daħlet Qorrot Bay od drugiej strony

    Bardzo nam to odpowiadało! W szczególności, że pogoda nam bardzo sprzyjała.

    Jedzonko

    Bez wątpienia jedzenie odgrywa bardzo ważną rolę w naszym życiu. Już na pierwszej naszej randce, kiedy Sebastian zaprosił mnie do jednej ze swoich ulubionych restauracji, poczuliśmy wspólną więź na tym polu. On nie mógł wyjść z podziwu, jak zamówiłam policzki wieprzowe, a zaraz po nich deser, wyczyszczając przy tym talerz do zera. A ja byłam zachwycona eleganckim sposobem podania jedzenia oraz wykwintnym smakiem. A więc wybór miejsca był bardzo na plus dla Sebastiana. Ponadto po poznaniu naszych upodobań jedzeniowych (czytaj – dużo mięsa), mieliśmy pewność, że przynajmniej w tej kwestii na pewno będziemy się dogadywać. Później okazało się, że oprócz samej czynności jedzenia, uwielbiamy też razem gotować. Ale to już inny temat 🙂

    Na Gozo pod względem kulinarnym bardzo miło się zaskoczyliśmy. Można było odnaleźć tam dużo wpływu włoskiego, ale jednak smaki były trochę inne. Dla mnie największym odkryciem był królik duszony w gulaszu, który jest tam jedną z tradycyjnych potraw. Był przepyszny, ale też bardzo ciekawy. Miał niesamowity smak oraz był mięciutki. Jedyne, co to miał dużo małych kostek i trzeba było uważać. Pierwszy raz miałam okazję jeść królika.

    Bardzo smakował nam też łosoś z kaparami, zupa rybna Aljotta oraz Bragjoli ( zrazy wołowe nadziewane boczkiem podawane w sosie z groszkiem). Maltańskie kiełbaski podawane na ciepło do śniadania ku mojemu zdziwieniu nie przypadły mi do gustu. Było to dla mnie zaskoczeniem, ponieważ jestem wielka fanką wszelkiego rodzaju parówek. Tutaj prawdopodobnie winna była zawarta w nich kolendra, za którą nie przepadam. Natomiast muszę przyznać, że za granicą, nigdzie jeszcze nie zachwyciłam się tak parówką, jak zachwycam się naszą polską Berlinką 🙂 Mąż się śmieje, że utrzymuje ich koncern. Wcale nie płacą mi za reklamę 🙂 Absolutnie genialny dla nas był ser Gbejna podawany w panierce na ciepło. Rewelacja! Nawet Sebastian, który nie przepada za takim sposobem podania sera, zachwycił się. Ciekawe były również smaki maltańskich słodkości. Kosztowaliśmy Imqaret, czyli smażone ciasto z pastą z daktyli oraz Qagħaq tal-għasel – miodowe krążki.

    W tle wspominany miodowy krążek oraz w roli głównej włoskie cannoli – pistacjowe!

    Miało to specyficzny, korzenny smak. Próbowaliśmy też ichniejszego napoju Kinnie, który według nas z jednej strony przypomina Coca-Colę, a z drugiej Tonic. To również korzenne aromaty. Jedzenie na Gozo zapamiętaliśmy jako naprawdę bardzo dobre, ale do czasu. Do czasu powrotu do Polski, kiedy pierwsze, co zrobiliśmy udaliśmy się na posiłek do naszej ulubionej karczmy Skansen Smaków. Wtedy cały czar maltańskiego jedzenia prysł. No niestety, ale z polskim jedzeniem chyba nic nie wygra. Co schabowy, to jednak schabowy 🙂

    Hotel

    Tak jak już opisywałam w poprzednim poście poświątecznym, oferta, którą wybraliśmy zauroczyła nas w dużej mierze przez hotel. Rzeczywiście był taki, jak go opisywali. Naprawdę niezwykle urocze i klimatyczne miejsce. Mimo tego, że w wielu miejscach widać było w jego wyposażeniu upływ czasu ( choć ja bym bardziej powiedziała, że widać było ducha historii ), bezapelacyjnie nie przyćmiewało to jego bajkowości. Poniżej parę zdjęć.

    Dziedziniec w naszym hotelu
    Nasz hotelowy pokój
    Widok z naszego balkonu

    Comino

    Trzeba wspomnieć, że będąc na Gozo wybraliśmy się na sąsiadującą wyspę Comino, która również należy do Wysp Maltańskich. I był to bardzo dobry wybór. Okazało się, że jest ona niemal całkowicie wyludniona. Zrobiliśmy trekking wokół niej brzegiem klifów. Zajęło nam to około 6 godzin.

    Podczas tej wędrówki spotkaliśmy raptem parę osób. Turyści, którzy tam przypływają z Malty bądź Gozo, najczęściej zatrzymują się na najbardziej popularnym brzegu przy Blue Lagoon – jednej z najpiękniejszych zatok pomiędzy wyspami, i tam zostają nie wypuszczając się nigdzie dalej głąb wyspy.

    Na Wyspie poza sezonowymi foodtrackami przy Blue Lagoon nie funkcjonuje nic. Spotkaliśmy pozostałości po kiedyś funkcjonującym hotelu, szpitalu, farmie świń oraz po budowlach obronnych. Jednak to wszystko jest martwe. Myśleliśmy, że pośród tej ciszy uda nam się odpocząć kontemplując Stwórcę poprzez jego dzieła przyrody. Natomiast to opustoszenie tej wyspy, gdzie ewidentnie czuć było, że niegdyś próbowano tutaj żyć, budziło w nas trudny do wyjaśnienia niepokój.

    Po obejściu wyspy uraczyliśmy się wspaniałymi bezalkoholowymi drinkami w skorupkach z ananasa. Na początku, kiedy zobaczyliśmy tłumy ludzi przy Blue Lagoon, którzy piją te kolorowe napoje, śmialiśmy się z kręcącego się na naiwnych turystach biznesu. Natomiast niedługo potem zrozumieliśmy się, że nie jest to głupie. Raz, że świetny i oryginalny pomysł, a dwa, że naprawdę po 6 – godzinnej wędrówce wypicie takiego orzeźwiającego i egzotycznie wyglądającego drinka, ma naprawdę sens.

    Z czym wracamy?

    Oprócz dodatkowych kilogramów przywieźliśmy przede wszystkim dużo pięknych wspomnień oraz chwil, którymi mamy nadzieję będziemy żyć jeszcze jakiś czas. To był naprawdę dobry, spokojny czas, kiedy zostawiliśmy wir spraw, które czekały na nas po powrocie. Mamy świadomość tego, co czeka nas w najbliższym czasie, ale zbudowani wspólnym umacnianiem się w relacji z Bogiem, ze sobą nawzajem oraz w motywowaniu się do bycia lepszym człowiekiem, wierzymy, że jako Małżeństwo wszystko przetrwamy. Oboje czujemy, że było to nam bardzo potrzebne. Dziękujemy za bon podarunkowy kolegom Sebastiana! Dobrze go wykorzystaliśmy! A więc wypoczęci i pełni nadziei wkroczyliśmy w nowy rok 2023. W tym roku będziemy obchodzić 2 rocznicę naszego ślubu. Może wydawać się Wam to niedużo, ale my jesteśmy wdzięczni za każdy dzień razem i mamy z tego ogromną radość.  

    „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was.”1 Ts 5, 16-18

    A na koniec bardzo ciepły utwór Stanisławy Celińskiej „Obfitość”. Zarówno piosenka, jak i sama wokalistka są bardzo bliskie mojemu sercu. Kobieta, która przeszła w życiu bardzo dużo i złego i dobrego, a nie zatraciła w tym wszystkim swojej kobiecości. Ma w sobie taką prostą, życiową mądrość wynikającą z czasem niełatwych, może nie zawsze dobrych wyborów w jej życiu, z walk, które nieustannie podejmowała oraz ze swojej niezwykłej wrażliwości. Ogromnie ujmuje mnie w niej również jej siła i spokój, które są wynikiem ciężkiej pracy nad sobą oraz niezłomnego zaufaniu Bogu. Na koncertach swoim słowem, śpiewem, a przede wszystkim obecnością obdarza innych dobrą energią, której nie sposób opisać. I nawiązując do mojej refleksji o tym, że z biegiem czasu zawsze będziemy już przeżywać te same miejsca, wydarzenia w nowej odsłonie – Pani Stanisława jest tego bardzo dobrym przykładem. Dużo od niej czerpię. Mam takie ciche, małe pragnienie napić się kiedyś malinowej herbaty ze Stasią 🙂

    Stanisława Celińska – Obfitość

  • Nie umiemy robić zdjęć! Wspomnienia z miesiąca miodowego w Toskanii.

    Nie umiemy robić zdjęć! Wspomnienia z miesiąca miodowego w Toskanii.

    Przywieźliśmy z Toskanii całe mnóstwo zdjęć! Pewnie drugie tyle obejrzeliśmy w Internecie przed podróżą. I wiemy jedno: żadne z nich nie oddają piękna tego włoskiego regionu! Różnica między naszymi zdjęciami zrobionymi telefonem komórkowym a profesjonalnymi projektami z aparatem, kamerą i dronem zamazuje się kiedy obraz staje się jedynie tłem do naszych opowiadań. Wiele razy, robiąc zdjęcie, od razu mówimy: przecież to nie oddaje nawet 10% tej chwili! Postaram się w tym wpisie opowiedzieć o tym, czego nie zobaczycie na zdjęciach.

    Tubo dell’acqua. Torrita di Siena.

    Przekroczyliśmy granicę w Trevisio i zbliżamy się już do granic Toskanii. Wciąż nie mamy wody w kamperze a brak widoków innych kamperów po przejechaniu ponad 1500 km budzi w nas niepokój. Oto jedno z pierwszych zdjęć wykonanych podczas naszej pierwszej podróży do Włoch:

    Chyba zgodzicie się, że nie jest to wybitne zdjęcie i na publicznym slajdowisku z pewnością nie zrobi szału. Ale dla nas to była lawina motywujących informacji. Po pierwsze z pomocą park4night trafiliśmy na zupełnie darmowy serwis kamperowy gdzie mogliśmy zatankować czystą wodę i pozbyć się brudnej. Na nasze doświadczenie przed tą podróżą składał się jeden weekendowy wyjazd na camping, który wbił nam w głowę pewność, że kranik z pitną wodą zawsze występuje w parze z wężem do wody. Nic bardziej mylnego! Rzeczywistość boleśnie zweryfikowała nasze założenie, a od desperackich prób wlania wody baniakiem szybciej wzrastał mój poziom frustracji niż rzeczywisty poziom wody. Co gorsza, nie znając włoskiego nie byłem w stanie wytłumaczyć na żadnej stacji o jaki kurczę „pipe” mi chodzi. Na szczęście na wspomnianym punkcie serwisowym spotkaliśmy Włocha, który nie tylko użyczył nam węża, ale również poradził, żeby pytać o „tubo dell’acqua”. Poza tym to on wyjaśnił nam, że to pierwszy dzień we Włoszech, kiedy restrykcje COVID-owe na nowo pozawalają wypoczywać w kamperze. Przy okazji od razu dostaliśmy lekcję, aby bezwzględnie przestrzegać restrykcji bo Włosi traktują je niemal dosłownie – poznany pan nie pozwalał nam się zbliżyć na odległość kilku metrów, a pożyczonego węża, po zdezynfekowaniu, odłożyłem we wskazane miejsce. Nie wyobrażam sobie, że ktoś byłby w stanie powiedzieć więcej o tym zdjęciu! A żadne słowa nie opiszą motywacji jaka w nas wstąpiła po tym wydarzeniu!

    To działa! Monticchiello.

    Otwieramy park4night. Szukamy miejsca na pierwszy nocleg w Toskanii. Zwiedzanie zaczynamy w Monticchiello. No to biorę jakiś parking, z pięknym widokiem, bardzo blisko centrum, wybieram „prowadź do” i jazda.

    Kurczę, to działa! Cieszyliśmy się, bo wiedzieliśmy, że tego dnia będzie już można spokojnie wypocząć po trudach podróży. A co dalej?! Ano widok! Choć w tym ujęciu nie zwala z nóg, powiem krótko: był 1000 razy lepszy niż najpiękniejsze zdjęcia jakie widzieliśmy! Dolina Val d’Orcia w pełnej krasie! Co poza tym? Pierwsze dylematy, które zapewne znają wszyscy podróżujący kamperem. Stanę tam na końcu w rogu parkingu! Hmmm, ale jak dojadą inne auta to zablokują mi wyjazd… Oooo! To tam! Tam stanę! Będzie piękny widok! Tak… i zero ochrony przed słońcem, ugotujemy się… No to trochę cofnę, tam do cienia! Super! Noo nie super, solary zasłoni… Oszczędzę Wam naszych rozważań o poziomowaniu kampera i sprawdzaniu grząskości terenu. W rzeczywistości to wcale nie jest takie straszne, po prostu robimy to z automatu i z czasem bardzo sprawnie, ale pierwsze podrygi były dość niemrawe i czasami sprawiały trudności w małżeńskiej „naszej wspólnej decyzji”.

    Ale to nie działa… O poszukiwaniu Mszy we Włoszech.

    Ile już razy w życiu słyszeliście, że trzeba coś stracić, żeby to docenić?! A ile razy doświadczyliście już tego na własnej skórze? Zdjęcie poniżej jest dla nas ilustracją jednego z takich doświadczeń.

    W Krakowie jesteśmy wręcz rozpieszczeni dostępnością kościołów, Mszy Świętej i łatwością przyjęcia Eucharystii. Jak bardzo naturalna jest dla nas potrzeba uczestnictwa we Mszy Świętej i przyjęcia Ciała Pana Jezusa, tak równie naturalne jest, że od tego aktu dzieli nas sprawdzenie w telefonie dogodnego miejsca i pasującej godziny. Wspólna modlitwa i Eucharystia to fundamenty naszej wiary, małżeństwa, naszej codzienności. Nie wyobrażamy sobie niedzieli bez uczestnictwa w Mszy Świętej. Nic się nie zmienia kiedy przekraczamy granice Polski. Wyciągamy telefon w nadziei, że blisko naszego pobytu znajdziemy kościół, a jeśli trzeba się trochę oddalić to tak planujemy dzień, żeby móc uczestniczyć w Mszy Świętej. We Włoszech było to wybitnie trudne. Na zdjęciu widzicie rozpiskę Mszy Świętych z jednej ze świątyń. Pierwsza trudność jest taka, że ta rozpiska często dotyczy całej parafii, niekoniecznie tego konkretnego miejsca. Często jest to wyłącznie nazwa kościoła, oczywista dla miejscowych, a trudna do znalezienia na mapie. Trzeba też dodać, że tych Mszy Świętych jest naprawdę mało. I próżno szukać tych informacji w Internecie. Rzadkością jest prowadzenie przez parafię strony internetowej. Ale (ląduje kolejny frazes) „nie ma rzeczy niemożliwych”. Mimo tych trudności zawsze udawało nam się dotrzeć na Mszę Świętą i chociaż nie rozumieliśmy ani słowa to wierzyliśmy, że mimo tego, przeczytana wcześniej Ewangelia z dnia, będzie w nas działała. Z mocą przyjętej Eucharystii. I tak po ludzku, może nie raz komplikowało nam to plany, ale z drugiej strony pięknie jest się postarać o spotkanie z Jezusem. Zanieść mu taką ofiarę. I docenić to jak wielkiej łaski doświadczamy w Polsce mając taką łatwość w dostępie do Sakramentów.

    Widok… talerza. Pienza.

    Ten nagłówek jest absolutnie lekceważący wobec Pienzy, ale pozwólcie mi się wytłumaczyć. Najpierw zdjęcie.

    Moja Żona wie, że jedzenia to ja fotografować nie lubię. Robię to tylko z jakiegoś konkretnego powodu. I w tym przypadku, nasze uśmiechy to nie wynik tradycyjnego odliczania „3, 2, 1, cheeeeese”, ale autentyczna radość, że po wielu miesiącach przerwy możemy zjeść obiad w restauracji. Restrykcje we Włoszech pozwalały już wtedy na jedzenie w ogródkach i przez moment nie mieliśmy wątpliwości, aby wykorzystać tę sposobność. Naszym celem stało się miejsce w górnych partiach Pienzy z widokiem na naszą ukochaną (to chyba dobre określenie, Żonko) dolinę Val d’Orcia. Zanim skupicie się na moich gastronomicznych opowieściach, chcę postawić sprawę jasno: Pienza wielkim miastem jest! Wielkim w wymiarze piękna! Spacerując, z jednej strony możecie podziwiać wspaniałą panoramę doliny, a z drugiej typową dla Tosknii architekturę miast. Nie mniej spektakularnie miasto wygląda z doliny – znajduje się na wzniesieniu i jest widoczne niemal z każdego miejsca. A teraz wróćmy do talerzy. Wszak jedzenie to bardzo ważny element naszego małżeństwa. A przede wszystkim celebracja tych chwil, kiedy razem zasiadamy do stołu. I tutaj zupełnie nie przeszkadzał nam napój zamiast herbaty – Włosi, w przeciwieństwie do Polaków, zupełnie ignorują herbatę, w wielu restauracjach jej po prostu nie ma, a w wielu, prosząc o „tea” dostaniecie napój podobny do „Lipton Ice Tea”. Zupełnie nie przeszkadzał nam też krwisty, a w zasadzie surowy stek – w Toskanii steki są bardzo cenione, wręcz ortodoksyjnie cenione, specyfikowanie stopnia wysmażenia nie jest mile widziane, a w niektórych miejscach gość może zostać wyproszony za chęć przyrządzenia steka „well done”. My wybraliśmy jakiś regionalny specjał, który wyglądał, pachniał i smakował obłędnie, ale w samym środku był surowym mięsem. Tak, surowym. Potwierdziła to kelnerka. To był ten drugi raz w moim życiu, kiedy odważyłem się zwrócić uwagę w restauracji na surowe mięso. Pani kelnerka mową i mimiką dała mi wyraźnie do zrozumienia jak wielki błąd popełniłem, ale zapewne biorąc pod uwagę ograniczoność mojego umysłu, chęć uniknięcia paniki wśród gości i zachowania dobrych stosunków dyplomatycznych z Polską, zgodziła się poprosić kucharza o dogrzanie steka. W niczym nie ujęło to naszej ekscytacji tą chwilą.

    Nasz ulubiony dzikus. Pienza.

    Ten niepozorny tytuł kryje za sobą wiele naszych łałów, ochów i achów. Wiele wspomnień. Kilka powrotów. I wreszcie szlachetny tytuł Pierwszego Dzikusa Państwa Feduniaków. Ladies and gentlemen, oto on!

    Wieczorem:

    I o poranku:

    Ach, Żoneczko! Pamiętasz?! Celebrowaliśmy te chwile. Wybraliśmy się wieczorem. Zatrzymywaliśmy się po drodze. Robiliśmy zdjęcia. Ekscytacja mieszała się z lękiem. Ostatni odcinek, wąska polna droga przez las. Obawa, że jeśli nie przejadę to ciężko będzie cofać. Niezapomniany dźwięk pierwszych rys malowanych przez gałęzie na naszym aucie. I wreszcie radosny moment kiedy zobaczyliśmy miejscówkę! Pustą! Równą! Z dala od cywilizacji! Wspaniale! Koniec historii?! Nieeeee. To było spełnienie jednego z naszych Toskańskich marzeń. Cieszyliśmy się sobą, cieszyliśmy się naturą, trochę nie wierzyliśmy, że tak łatwo nam się udało. Ale skłamałbym twierdząc, że od początku byliśmy takimi kozakami 🙂 Pojawiły się pierwsze dylematy: czy można tu stać, dlaczego tak duża zatoczka jest pusta, o której rano się zmywać, żeby nikt nas nie przegonił. Typowe rozterki zółtodziobów, powiecie. No to dodam, że wkrótce, po drugiej stronie polnej drogi, ktoś zatrzymał się osobówką skierowaną w stronę naszego auta. Chwilę później, jakieś inne auto przejeżdżając tą drogą zatrzymało się na wysokości naszego kampera. Co robimy? U… spokajamy się! 🙂 Po pierwsze nikomu tu nie szkodzimy. Po drugie, to nie jest część żadnego z pobliskich pól. Po trzecie, może nowi przybysze też są turystami i nie zaczną od strzelania do nas! Po czwarte i najważniejsze! „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Ps 23, 4” Zostaliśmy na miejscu. Wybornie się wyspaliśmy. Piękny widok umilił nam śniadanie. A całe przeżycie na dobre wyryło się w naszych wspomnieniach i kto zliczy ile razy było motywacją do przełamywania kolejnych podróżniczych lęków.

    Teraz to już nas zamkną! Montepulciano.

    Montepulciano to małe urokliwe miasteczko, dość popularne i chętnie odwiedzane przez turystów. A oto jeden z głównych placów:

    Dzięki zdobyczom najnowszych technologii, poradom wielu ekspertów, wreszcie dogłębnym analizom powyższego zdjęcia, możemy z całą pewnością stwierdzić: w tym czasie, na głównym placu bardzo popularnego miasteczka, zastaliśmy 2 (słownie: dwie) osoby! To czego nie widać na zdjęciu, a co wzbudziło w nas wiele obaw, to krążąca uliczkami policja. Czyżby to nasza ignorancja?! Wyjeżdżając na urlop praktycznie całkowicie wyłączamy się ze świata. Nie ma internetów, telefonów, nawet z bliskimi staramy się nie kontaktować. A może jest tak, że właśnie w tym momencie tylko nas dwoje w całym miasteczku, całych Włoszech, ba! w całej Europie nie wie jednego: ta okropna zaraza na nowo przywróciła wszystkie restrykcje! Na stronach polskiego rządu cisza, policja choć podkręca tętno niczym dobra włoska kawa to jednak nas o nic nie pyta, ostatecznie, chyba lepiej spacerować bez otaczającego nas tłumu! Ruszyliśmy przed siebie nie zadając już więcej pytań. Na usprawiedliwienie dramaturgii, którą zbudowałem dodam, że kilka miesięcy później kiedy odwiedziliśmy Montepulciano, miasto tętniło życiem, powietrze było gęste ludzkim zgiełkiem, a stoły lokalnych rzemieślników uginały się od serów, mięs i pamiątek. Kinia, jak się nazywały te pyszne regionalne ciasteczka, które tam wtedy kupiliśmy? Domagają się polecenia 🙂

    Gdzie tu się płaci? Terme di Saturnia.

    Ja wiem, że źródła geotermalne to może nie jakieś nadzwyczajne zjawisko, ale kurczę! Nie wierzę, że za pierwszym razem nie zrobiło to na Was wrażenia!

    Piękny widok, dziesiątki małych jacuzzi, kojący dźwięk wody i to wszystko za darmo. Tak po prostu, zrzucasz ubrania i wskakujesz do cieplutkiej wody 🙂 Czujesz się wyśmienicie. Trochę uważasz, żeby nie pokaleczyć stóp na ostrych kamieniach. Z lekką zazdrością patrzysz na tych, którzy zajęli miejsca bliżej ujścia wody – mają cieplej. Ostatecznie jednak patrzysz przed siebie, muskająca woda rozluźnia twoje mięśnie, a ty, w błogim stanie, nie liczysz już czasu, nie myślisz o niczym, jesteś w szufladce „zero”. To znaczy jak jesteś mężczyzną. Kobiety chyba tego nie mają. „Kochanie, o czym myślisz? O niczym. Nie można myśleć o niczym. Powiedz co się stało. Ale Słońce! Nic się nie stało. Na pewno o czym myślisz…” 😀 A wracając do tematu – wspaniale jest odkrywać takie miejsca. Chociaż kawałek dalej stoi nasz kamper. Tym razem wybraliśmy kemping – trzeba zrobić serwis, ubrać rzeczy, trochę posprzątać. Zejdzie co najmniej kilka godzin! Mówią, że vanlife niesie ze sobą dodatkowe obowiązki, o które nie musimy się martwić w „normalnym życiu”, ale ja wolę inne określenie. Odbieram to bardziej jak przeniesienie większej odpowiedzialności, ale zarazem wolności na nas, dosadniej, na nasze barki. Może nam zabraknąć wody, prądu, paliwa, jedzenia itp itd No może! Ale to głównie zależy od naszych decyzji, a jeśli podejmiemy złe decyzje, nie pozostaje nam nic innego jak poradzić sobie w nowej rzeczywistości. I nie ma w tym nic złego, aby od czasu do czasu ułatwić sobie życie i wybrać kemping 😉 (Puszczam oko do Kasi i Łukasza). W trochę szerszym kontekście opowiedzieli o tym Ania i Bartek. A może to dobry temat na dyskusję w komentarzach? 🙂

    kFiat włoskiej motoryzacji.

    Taki mały akapit na rozluźnienie bo już zacząłem uderzać w filozoficzne tony 😀 Włosi kochają Fiata koniec kropka. Znaczy Punto. No nie tylko Punto, w zasadzie co Pan-da. O tutaj np, stoi ich chyba 500-tka.

    Wszystkie pięknie zaparkowane! Bravo! Eee tam, gromkie Brava! Takie autko cenne jak Ducat-o! Dobra, kończę już te moje motoryzacyjne unieSiena. Koniec, kropka. Po prostu Grande Punto! Już ta filozofia mi lepiej wychodzi: Prawda, Doblo, Piękno 🙂

    A skoro już jesteśmy w temacie, to Włosi bardzo luźno podchodzą do zagadnień ruchu drogowego. Może to i dobra wskazówka, ale żeby tak zaraz rygorystycznie to traktować, o nie! Może to i dobrze, ale bywa stresująco kiedy w centrum miasta mam koło siebie rowery, skutery, osobówka wyprzedza mnie w najmniej spodziewanym momencie, a pieszy sądzi, że kamper zatrzyma się w miejscu, więc każde miejsce jest dobre, aby przejść na drugą stronę ulicy 😀

    A żeby uszanować Cię Drogi Czytelniku i nie zostawiać cię z pustym akapitem dodam, że zdjęcie zostało zrobione w jednym z tzw. miast tufu – położonych na skale, a miejscami wydrążonych w tufie wulkanicznym. Warto to obejrzeć. Ja jednak zapamiętałem przede wszystkim wąską, krętą, stromą drogę, ze ścianami skał po obu stronach. Jechaliśmy nią późnym wieczorem, na dużym zmęczeniu. I z jednej strony chciałem ją przejechać dość dynamicznie, żeby auto nie zgasło, bo sprzęgło byłoby w opałach przy takiej górce. Z drugiej strony, gdyby nadjechało auto z naprzeciwka, mógłbym nie zdążyć uciec. Jakoś wypośrodkowałem te dwie skrajności i piąłem naprzód z rzadka spoglądając na GPS jakby bojąc się, że to nigdy się nie skończy. Ostatecznie było to naprawdę ciekawe doświadczenie i zaraz po dojechaniu na parking chciałem opowiedzieć o nim Żonie, która, jak mniemałem, przespała całą drogę. Jak się jednak okazało, nie spała, ani chwili. Przeciwnie: zamykała oczy bo połączenie tych serpentyn i prędkości wywoływało w niej przerażenie 😀 No słodziak 🙂

    Trawa. Dolina Val d’Orcia.

    Moja Żona wyznaczyła już pewne standardy na tym blogu, dlatego chwilę temu dostałem od niej to samo pytanie, które pewnie nie jednemu z Was dźwięczy w uszach: g d z i e jest muzyka?! No i właśnie teraz będzie. Nie chcę żeby ten paragraf był zbytnio przegadany. Trochę prowokacyjnie nazwałem ten fragment, wiem, ale dla nas to absolutnie nie ignorancja, a zachwyt tak prostą i powszechną rośliną. Dolina Val d’Orcia, trawa, dużo trawy, bardzo dużo trawy, dolin pokrytych trawą, trawiastych pagórków, trawy kołysanej wiatrem, ozdobionej kwiatami, ogrzanej słońcem, przykrytej cieniem, żywej, zielonej, pachnącej, wesołej takiej, beztroskiej. Zwykłej trawy, ale w tym miejscu tak dostojnej, przepastnej, nie do objęcia wzrokiem, nie do zrozumienia umysłem, jedynie do pokochania i wdzięczności Temu, który ją stworzył.

    A kawałek, który Wam proponuję to wyjątek w krzykliwej muzyce KSU, kapeli z mojej młodości. Nie będę przeszkadzał. Poza światem słów.

    Piękne są góry i lasy
    i róże zawsze ciekawe
    lecz z wszystkich cudów natury
    jedyne poważam trawę
    Bo ona deptana niziutka
    bez żadnych owoców, bez kłosa
    trawo – siostrzyczko moja
    karmelitanko bosa

    ks. Jan Twardowski

    Nie ma przypadków. Grosseto i okolice.

    Wiecie już, że fanami plażingu to my nie jesteśmy. Ale morze samo w sobie lubimy. Zwłaszcza jeśli plaża pozwala na długie spacery. O naszej tradycji jesiennych wjazdów nad polskie morze też już wiecie i spokojnie, nie będę Was już męczył opowieścią o tym jak przeżyliśmy atak dzików 🙂 A przypadek, o którym wspominam w tytule był taki, że w pewnym momencie zajechaliśmy już tak daleko na południe Toskanii, że postanowiliśmy zaczepić o wybrzeże. To mało powiedziane. My zapragnęliśmy być cool. Jak na filmach, jak na zdjęciach, okładkach magazynów – postawić kampera na plaży. Szybki przegląd mapy, opinie na park4night i mamy miejsce idealne. Z tych takich wartych pozazdroszczenia. I wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu kiedy na kilka minut przed osiągnięciem celu, naszym oczom ukazał się tunel. Taki przypadek. Tunel w sam raz na osobówkę, ale nieuległy wobec naszego Forda. Fiasko. Odwrót. Demotywacja. Przypadkiem wcale niedaleko znajdował się klif, na nim zabytkowa forteca, przed fortecą parking. Oto nasz nowy cel. Pamiętam, że byłem już potwornie zmęczony, zrobiło się ciemno, a kręta i wąska droga na szczyt nie napawała optymizmem. Dziwne, pomyślałem. To nie droga na nasze gabaryty. Jednak chęć zasłużonego odpoczynku na szczycie klifu pomagała jechać dalej. Parking okazał się dość spory i (oczywiście) przypadkiem nie było tam ani jednego kampera. Gdzie jest haczyk?

    Niewątpliwie widok z okna warty pozazdroszczenia, jednak w nocy wiatr był tak silny, że nie tyle bujał naszym autem co uderzał w niego z taką siłą jakby chciał nas wywrócić. Może przegonić. Udzieliły mi się obawy mojej Żonki i zacząłem sprawdzać czy nie zapowiadają sztormu. Pamiętasz Słońce? Jednak nie daliśmy się. Zostaliśmy. Wracając rano tą samą krętą drogą zauważyliśmy lekko ukryty, łatwy do przeoczenia w nocy, znak zakazu wjazdu dla kamperów. Przypadkiem mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu 🙂

    Grosseto to w ogóle ciekawy przypadek. Szlaki komunikacyjne są tak ułożone, że praktycznie zawsze kiedy chcesz się przemieścić między jedną a drugą stroną wybrzeża, musisz przejechać przez to miasto. To też spowodowało, że mieliśmy ledwo zaczepić o morze, a ostatecznie utknęliśmy tam na kilka dni. W Grosseto mieliśmy już swój ulubiony parking, blisko ulubionego supermarketu, kawałek dalej pralnia automatyczna, po mieście zaczęliśmy się poruszać bez GPS-a.

    Zupełnie nie planowaliśmy tego miejsca, a tyle wspaniałych rzeczy udało się tutaj zrealizować.

    W punkcie pierwszym wymienię jedzenie, bo ja miewam fantazje gastronomiczne, a Kinia ma takiego nosa, że zawsze jest w stanie zaspokoić te moje kulinarne rządze. Ja mam takiego nosa, że zawsze doprowadzę nas do celu, a Kinia takiego, że zawsze znajdzie dobre jedzonko 🙂 I tutaj moim pragnieniem było zjeść coś dobrego z morza, bo skoro blisko mają to morze to może coś dobrego w nim łowią. No i mam tak, że lubię niektóre wodne rarytasy, ryby w szczególności, ale zupełnie się na tym nie znam. Wielokrotnie słyszeliśmy o włoskich kucharzach tak zakochanych w swoim fachu, że godzinami mogą siedzieć z gośćmi, raczyć ich swoimi daniami i o nich opowiadać. I to było moje małe marzenie na wieczorną kolację. Daj mi coś dobrego z morza, o nic mnie nie pytaj. Jak się domyślacie, nie wspominałbym o tym, gdyby moje pragnienie nie spełniło się co do joty 😀 Całkowicie oddany zmysłowi węchu mojej Żony szedłem za nią. Ciepło, ciepło, zimno, ciepło, gorąco! Jest! Usiedliśmy z menu, ale szybko podbiegł do nas człowiek w biały fartuchu, przedstaw się jako Chef i zadał tylko jedno pytanie: fish? To się dzieje! Pomyślałem. Odpowiedzieliśmy TAK i już za chwilę zaczęły wjeżdżać kolejne dania wg włoskiej tradycji. Wszystko było wspaniałe! My czuliśmy się coraz bardziej napełnieni, ale kelnerka nie ustawała w przynoszeniu kolejnych potraw. Było fantastycznie, ale w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać ile to wszystko kosztuje. Żadnego menu nie widzieliśmy. Oddaliśmy się zupełnie w ręce Chef-o. I kiedy myśleliśmy, że to już koniec, że włoski makaron zwieńczył tę kolację, na srebrnej tacy wjechała ona.

    W wyobraźni musicie sobie do tego pyszczka dorobić pozostałą część ryby. My nawet nie zorientowaliśmy się kiedy nie zniknęła. Pytanie gdzie ją zmieściliśmy już chyba na zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Ale przecież to nie koniec, przecież koncert naszego Chef-o trwał! Wniósł na deser pięknie skrojonego ananasa i obwieścił koniec kolacji. Naiwnie zapytałem kelnerkę o rachunek, chociaż podświadomie czułem, że nie dostanę znanego nam z normalnych miejsc rachunku z kolejnym pozycjami naszego posiłku. Nie dostałem. Pani wskazała tylko na Chef-o, który w głębiach restauracji przyjął pozycję jakby medytował nad czystą kartką papieru, trzymając długopis w ręku. Zrozumiałem, że nie jest w dobrym smaku przerywać tę chwilę skupienia i już po chwili na białej kartce zaczęły pojawiać się kolejne krągłości arabskich cyfr: 80. Ani trochę nie żałowaliśmy tych wydanych euro. To był magiczny wieczór w towarzystwie mojej kochanej Żoneczki :*

    Czy wspominałem przed sekundą o marzeniu zaparkowania na plaży? No to patrzcie!

    I czy na tym zdjęciu widać ile miłości się z niego wylewa? 😀 Kochana Żona, ulubiona jajecznica, wspaniały bukiet, który podarowałem Kini podczas jednego ze spacerów i szum morza.

    Mam z tego czasu anegdotę, która pozostanie z nami na zawsze. Otóż! Po przybyciu na miejsce wybraliśmy się obejrzeć zachód słońca.

    Zachęceni tym przeżyciem, rano wybraliśmy się na wschód słońca… dokładnie w to samo miejsce 🙂 Nie próbujcie tego. To nie ma sensu. To po prostu nie zadziała 😀 Na szczęście zdążyliśmy jeszcze przebiec na drugą stronę plaży. Kinia do dzisiaj opowiada znajomym, że to ona się zorientowała i uratowała tę romantyczną chwilę. Utarła mi noska. Zołza kochana :*

    Ale to nie koniec! Oczywiście, że były długie spacery plażą…

    …i wypełniona tęsknota za górkami (tutaj Parco Regionale della Maremma).

    Spontan. Bettolle.

    Przed wyjazdem dowiedzieliśmy się o Danusi Indyk – Polce, która wyjechała do Włoch i została Szefem agroturystki. A że zaczęliśmy się kierować na północ bo zbliżał się koniec naszego miesiąca miodowego to pomyśleliśmy, że spróbujemy się z nią spotkać. Uda się to się uda. W tym momencie nie wiedziałem jeszcze, że moja Żona ma znacznie szerzej zakrojone plany – kawa z Danusią, a później może zostanie na kolację 🙂 I już się wydawało, że nic z tego! Dojechaliśmy na miejsce tuż po rozpoczęciu siesty i Danusia minęła nas dosłownie minutę przed dojazdem pod agroturystykę. Miejmy nadzieję, że już nam to wybaczyła bo byliśmy nieugięci! Zaczekaliśmy, aż załatwi swoje sprawy i wróci 🙂 Ostatecznie zostaliśmy wspaniale przyjęci, ale to co zapamiętamy to czas, który Danusia poświęciła dla nas na rozmowę. I dobrze, bo wiecie co? Media strasznie spłaszczają historie (ta dam). Oczywiście, że nikt nie przyjeżdża do Włoch i nie zostaje z miejsca szefem agroturystki. To kilkanaście lat ciężkiej pracy aby zgłębić tajniki własnej produkcji oliwy, wina, poznać włoską kuchnię i stworzyć miejsce, w której goście czują się jak w domu. Danusia, jeśli kiedyś tu trafisz – Dziękujemy! A wszystkim gorąco polecamy to miejsce.

    Góry dla równowagi. Campo Catino.

    Czasu coraz mniej, a nasz koncert życzeń nie chce się skończyć. Zapragnęliśmy jeszcze choć na chwilę podjechać w góry, Alpy. Kinia znalazła gdzieś informację o pustelni w Campo Catino, więc szybki plan i jedziemy. Kawał drogi, ale kiedy kolejnym razem tu będziemy?! Mówiliśmy. Musieliśmy wspiąć się naszym kamperkiem na 1000 m n.p.p. Droga, a jakże, kręta, wąska i miejscami w połowie zerwana przez płynąca z gór wodę. Ale było warto. Miejscówka była super! Wyjście do pustelni zaliczone. Były emocje kiedy spotkała nas burza, a moja Żona myślami ściągnęła dzika 😀 Więcej teraz nie powiem. Chyba, że naprawdę ktoś doczytał do tego momentu i chciałby wiedzieć więcej. Klasycznie: dajcie znać w komentarzach! 😉

    To już jest koniec. Siena. Florencja.

    W drodze powrotnej zaczepiliśmy jeszcze o najlepsze na świecie (Statystyki z roku 2021 opracowane przez moją Żonę 😉 ) lody w Sienie…

    …i w promieniach zachodzącego słońca podziwialiśmy florencką architekturę.

    To był też moment kiedy zaczęliśmy w głowie wspominać ten cały wyjazd. Chyba już nawet tęsknić. Już robić kolejne plany na powrót. I pisząc ten post przeżyłem to wszystko jeszcze raz. Dziękuję, jeśli towarzyszyliście mi aż do tego miejsca.

    Przeszedłem tę drogę i jeszcze raz, z całą pewnością stwierdzam: nie umiemy robić zdjęć. Nigdy nie uda nam się zrobić naprawdę dobrych. Tak dobrych, żeby oddać piękno, które widzimy. Emocje, które mamy w sercu. Ukryć historie, które się tam wydarzyły.

    Dla nas był to czas który z pewnością już się nie wydarzy. Pierwszy wspólny miesiąc w małżeństwie. Pierwszy wspólny wyjazd kamperem. Pierwszy raz, wszystkie pierwsze razy w Toskanii.

    Najważniejsze jest jednak to co nam pozostało. Zaufanie sobie, wiara w nas, zdanie się na siebie, zaufanie Bożej opatrzności. Przez ten miesiąc toczyło się nasze normalne życie: raz czuliśmy się lepiej, raz gorzej, raz się cieszyliśmy, raz kłóciliśmy, czasami szło wszystko jak z płatka, czasami piętrzyły się trudności. Nie chcę żeby zabrzmiało to zbyt górnolotnie, ale to prawda. Wszystko da się przezwyciężyć kiedy na pierwszym miejscu jest Miłość.

  • Święta, święta, a po świętach… Gozo 🙂

    Święta, święta, a po świętach… Gozo :)

    To już drugie nasze święta Bożego Narodzenia w Małżeństwie, a piąte w naszym związku! I tu musimy się pochwalić niemałymi postępami! Na święta zawsze staramy się odwiedzić jednych i drugich rodziców. Mamy do nich taka samą odległość z Krakowa – 250 km. tu i tu. Sprawiedliwie 🙂 W tym roku dodatkowo chcieliśmy świątecznie spotkać się z rodziną z Ukrainy, której pomagamy oraz z którą się zaprzyjaźniliśmy. Dostałam od nich na święta przepiękną ukraińską haftowaną bluzkę ludową. Bardzo mi się podoba! I kolor i rozmiar pasują na mnie idealnie. Poniżej zdjęcie.

    Na święta do rodziny nigdy nie przyjeżdżamy z pustymi rękami, zawsze coś przygotowujemy i przywozimy na stół. W tym roku zrobiliśmy uszka z kapustą i grzybami, pierniczki udekorowane lukrem, chleb i deser tiramisu. Zostaliśmy wyniesieni pod niebiosa przez rodzinę. Muszę przyznać, że za pierwszym razem, kiedy robiliśmy uszka, były to wieeelkie uuucha 🙂 Wyszły wtedy ogromne, niekształtne, natomiast oczywiście w smaku bardzo dobre. A teraz były po prostu idealne! Ciasteczka również podskoczyły poziom wyżej. Raz, że zrobiliśmy ich znacznie więcej, a dwa, że dekoracje też były o wiele bardziej dokładne oraz piękniejsze. Chleb jest już naszą specjalnością, o którą szczególnie moja rodzina się upomina, a tiramisu stało się odkryciem w tym roku. Na to wszystko na pewno złożyło się w dużym stopniu, że mieliśmy więcej czasu na przygotowania. Między innymi dzięki temu, że nie pracuję zawodowo i częścią rzeczy mogłam się zająć, kiedy Sebastian był w pracy. Oczywiście ile tylko mógł, mi pomagał. Muszę go też bardzo pochwalić. Bowiem mój wspaniały Mąż uratował mnie, kiedy na koniec ozdabiania ogromnej ilości pierniczków, napuchły mi palce od wyciskania lukru z tubek. I kiedy zastał mnie w salonie leżącą z wyciągniętymi i odpoczywającymi dłońmi, bez wahania sam powiedział, że dokończy malowanie ostatniej partii ciasteczek. Mimo tego, że akurat nie lubi tego zajęcia. Kochany! Takie gesty mnie bardzo rozczulają. Niestety nie zrobiliśmy zdjęć wszystkim naszym wyrobom. Mamy tylko zdjęcie części pierniczków.

    W tym roku idealna też okazała się nasza choinka! Cieszymy się z niej ogromnie, ponieważ to też jest nasz kolejny mały postęp 🙂 Trzeba zacząć od tego, że mi zawsze marzyła się żywa choinka. Sebastian miał na ten temat inne zdanie. Na początku uważał, że nie jest ona w ogóle potrzebna, a gdy udało się go przekonać, uparł się, że jeśli już – to ma być ona sztuczna. Na szczęście ja jako kobieta mam swoje sposoby i udało mi się go namówić, żeby spróbował kupić żywą choinkę, a jeśli mu się nie spodoba, następnym razem kupimy sztuczną. Efekt był taki, że zachwycił się i jeszcze mi podziękował. Doceniam to bardzo, ponieważ wiem, że dla mężczyzny przyznanie racji żonie nie jest takie oczywiste. Na szczęście ja mam bardzo mądrego męża. Ogromnie zachwycamy się naszą tegoroczną choinką. W tamtym roku zamawialiśmy świąteczne drzewko przez internet i nie mieliśmy możliwości wyboru, co poskutkowało tym, że było ono trochę krzywe, bardzo mocno leciały z niego igły i dosyć szybko nam zwiędło. W tym roku Sebastian pojechał sam wybrać choinkę i przywiózł naprawdę przepiękne drzewko. A od kiedy ją przystroiliśmy, nie możemy się nacieszyć klimatem, jaki tworzy u nas w mieszkaniu. Śmiejemy się, że brak łańcucha z powodu wykupienia prawie wszystkich ozdób świątecznych ze sklepów w tygodniu przed świętami, stał się już chyba naszą tradycją. Natomiast i tak wygląda cudownie! Poniżej zdjęcie!

    W ramach przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia przygotowywaliśmy Szlachetną Paczkę dla rodziny. Dla tych co nie spotkali się z tą piękna akcją, podaję link: Szlachetna Paczka. Tym razem miałam natchnienie, by zaprosić do tego przedsięwzięcia naszą Wspólnotę Ziemia Boga. W tamtym roku przygotowywaliśmy paczkę sami z Sebastianem. Przeciwności było dużo, ponieważ złapał nas Covid tuż przed finałem. Na szczęście dzięki pomocy przyjaciół i sąsiadów udało się wszystko zrealizować tak, że wybrana przez nas rodzina dostała paczkę w odpowiednim czasie. I w tym roku nie zabrakło wrażeń. Pan, dla którego zaczęliśmy już przygotowywać pomoc, nagle zmarł. Dla wszystkich było to zaskoczenie. Był schorowany i mieszkał w ciężkich warunkach, ale miał dopiero 55 lat i nic nie wskazywało, że może w najbliższym czasie umrzeć. Ostatecznie przygotowaliśmy paczkę dla starszej, samotnej pani. Na początku obawiałam się, że nie uda nam się przygotować tak okazałej paczki, jak sobie wyobrażałam, natomiast na sam koniec okazało się, że paczka przerosła wszelkie moje oczekiwania. Obdarowana pani była wzruszona ilością produktów, dbałością o szczegóły i włożonym w jej przygotowanie sercem. Łącznie przekazaliśmy 13 paczek.

    To naprawdę piękne, hojne i bezinteresowne działanie Wspólnoty, które mogłam w tym roku koordynować. Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim osobom, które zaangażowały się w Szlachetna Paczkę. Począwszy od udostępnienia sali, organizację, zakupy, a także spontaniczną pomoc w pakowaniu!

    A teraz o naszym urlopie poświątecznym. Odkąd tylko jesteśmy razem, po bożonarodzeniowym czasie spędzonym z naszymi rodzinami, zawsze wybieramy się na urlop i wspólnie gdzieś wyjeżdżamy, wracając po święcie Trzech Króli. W tamtym roku byliśmy kamperem w Toskanii. W tym roku również planowaliśmy w ten sposób gdzieś się wyrwać. Nie mieliśmy jeszcze sprecyzowanego miejsca, byle gdzieś na południe. Tam, gdzie choć trochę więcej słońca. Natomiast przypomniało nam się (całe szczęście!), że dostaliśmy od znajomych z Sebastiana pracy na nasz ślub bon podarunkowy do wykorzystania w biurze podróży na niemałą kwotę pieniędzy. I stwierdziliśmy, że jest to ostatnia szansa, by go wykorzystać. Z bólem serca pożegnaliśmy plany kamperowe i zabraliśmy się za przeglądanie ofert, które są dostępne w tym biurze podróży. Jest to dla nas coś nowego, ponieważ nigdy w ten sposób nie podróżowaliśmy. Zawsze organizowaliśmy sobie wyjazdy na własną rękę lub wyjeżdżaliśmy całkiem na dziko. Pierwszą ofertą, na którą się napaliliśmy, była podróż do Maroko. Spodobało nam się, że będzie tam coś innego niż dotychczas widzieliśmy. Zarówno kulturowo, jak i krajobrazowo. Ja miałam też wielką radość, że jest to jakiś przedsionek mojej wymarzonej Afryki. Niestety do wjazdu do tego państwa potrzebny jest ważny paszport, którego ja po zmianie nazwiska po ślubie nie wymieniłam. Natomiast i to nie stanowiło dla nas problemu. Następnego dnia poleciałam do urzędu i złożyłam podanie o wydanie nowego paszportu wraz z wnioskiem o przyspieszenie procedury. Będąc przy okienku wykorzystałam wszystkie możliwości swojego sprytu i uroku osobistego. Sebastian mnie trochę podpuścił, ponieważ on parę lat temu zrobił bardzo skutecznie tak samo, kiedy chciał wjechać służbowo do Rosji. I w moim przypadku się udało. Kolejnego dnia paszport był gotowy do odbioru. Niestety ktoś nas uprzedził i wykupił ofertę. Było nam bardzo szkoda, ale nie poddając się zaczęliśmy poszukiwania naszego miejsca na podróż od nowa. Padło na Maltę, a konkretnie Wyspę Gozo. Hotel zdaje się być bardzo urokliwy, w klimacie maltańskim. W opiniach wielokrotnie czytaliśmy bardzo pozytywne opinie o nim oraz, że jest to „miejsce z duszą”. Wyspa sama w sobie nie jest bardzo turystycznym miejscem, co nam bardzo odpowiada. Przeczytaliśmy, że można tam urządzić sobie wiele pieszych wędrówek podziwiając maltańską architekturę oraz wybrzeża z majestatycznymi klifami. Bardzo łatwo też dostać się na Maltę, także mamy nadzieję, że oprócz odpoczywania w hotelu będziemy mieć tam co robić, doświadczając nowo poznanej tam kultury. I będę pierwszy raz lecieć samolotem, czego nie ukrywam trochę się boję. Na szczęście lot nie będzie długi, Mąż będzie siedział obok mnie, a miejsce przy oknie zajmie mnie pięknymi widokami, że nie będzie czasu na strach. Cudownie jest robić coś pierwszy raz w Małżeństwie, prawda Kochanie? 🙂 Końcówka tego roku jest dla nas też trudnym czasem osobistym związanym z naszym zdrowiem, z naszymi pragnieniami oraz planami. Dlatego tym bardziej cieszymy się na ten czas i nie możemy doczekać, kiedy zostawimy nasze sprawy dnia codziennego, troski, problemy, trudności i odetchniemy delektując się naszym Małżeństwem, piękną przyrodą i tym, czym zostaliśmy obdarowani. Ja nieustannie doświadczam, jak wielka to łaska być z osobą, która mnie rozumie, czuje tak samo jak ja i mnie wspiera. Wtedy wokoło nas mogą dziać się różne rzeczy, ale my poprzez naszą relację, możemy się od tego wszystkiego zdystansować i być ponad tym. Bo cokolwiek się dzieje, jesteśmy w tym razem. Może dzięki temu wyjazdowi jeszcze bardziej docenimy, to co mamy. Niech to będzie piękny, wspólny i odkrywczy czas wakacji, który pozwoli nam nabrać sił, by z jeszcze większą wiarą i ufnością, że nad naszą wspólną drogą czuwa Ktoś od nas większy i mądrzejszy, wejść w nowy rok.

    I oczywiście nie może zabraknąć piosenki:

    Adry & Natural Dread Killaz – Na Wakacje

    Na koniec podzielę się jeszcze paroma refleksjami nad tym świątecznym czasem.


    „Święta to czas z potencjałem serdeczności i wzajemności, a często kojarzony z przytłoczeniem i napięciem” – cytuję moją przyjaciółkę. Czy zgodzicie się z tym ? Myślę, że chyba ciężko temu zaprzeczyć. Z jednej strony to takie piękne święta, kiedy najpierw przygotowujemy swoje serca, swoje domy na radosne obchodzenie narodzin Bożej Dzieciny, a potem wspólnie z najbliższymi świętujemy. Jeszcze jak do tego dojdzie piękna oprawa tego czasu, czyli dekoracje, światełka, prezenty i tradycyjne kolędy – nie sposób się nie zachwycić. Ja uwielbiam ten czas, jest w nim jakaś magia. Mocno wierzę też w moc pojednania poprzez dzielenie się świętym opłatkiem. Natomiast nie da się ukryć, że czas ten wiąże się również z mniej pozytywnymi przeżyciami. Nie każdy przecież ma z kim spędzić ten szczególny czas i tak wielu pozostaje tego wieczoru samotnymi. Czasem relacje z najbliższymi są okaleczone i spotkania w świątecznym nastroju nie należą do najłatwiejszych. Nierzadko też w wielu domach dochodzi tego dnia do sporów, demonstracji swoich poglądów, a także niestety nadużycia alkoholu. I pośród tego wszystkiego rodzi się nasz Zbawiciel. Wtedy chciałoby się zapytać, to gdzie On jest ? Czemu na to pozwala ? Przecież mogłoby być tak pięknie ?! Myśląc o tym wszystkim od razu pojawia mi się w sercu moja ulubiona kolęda, która ma dla mnie niezwykle prawdziwe i piękne przesłanie Bożego Narodzenia, które bardzo pomaga mi w pełni przeżywać Tajemnicę tych świąt.

    Janek Traczyk – Nie było miejsca

    Cóż, kiedy Jezus się rodził w Betlejem, działo się to również w biedzie oraz w wielkim ubóstwie, a także przy odrzuceniu. Nie było też łatwo i przyjemnie. A jednak ostatecznie te narodziny przyniosły światu Zbawienie. I może tak jest też dzieje się w naszym życiu. Może trzeba, by Boże Narodzenie było pośród tych naszych trudów i problemów. Może tylko wtedy człowiek jest w stanie dostrzec inną perspektywę i otworzyć swoje serce na przemianę. Kochani, życzę Wam wszystkim, by Boże Narodzenie w Waszych sercach było codziennie!

    „…Zawsze, kiedy rozpoznajesz
    w pokorze, jak bardzo znikome
    są twoje możliwości
    i jak wielka jest
    twoja słabość,
    jest Boże Narodzenie…”


    św. Matka Teresa z Kalkuty

  • Warto marzyć!

    Warto marzyć!

    A więc udało się! Tuż po naszym ślubie, jeszcze pełni emocji pojechaliśmy w naszą pierwszą podróż własnym kamperem. Przed siebie, w całkowicie nieznane. Nie mieliśmy pojęcia, co nas czeka, jak sobie będziemy radzić i co z tej podróży wyniesiemy. Jedno było pewne – wyruszamy tam razem. I już jako Małżeństwo. Ta świadomość sprawiała, że nasza ekscytacja ciągle wzrastała.

    I jak w piosence Kwiat Jabłoni ft. Julia Pietrucha – Drogi proste

    Nikt mnie nie uprzedzał, nie ostrzegał jak będzie. I nikt nie podał przyczyny Nikt nie powiedział słowa, lecz w ten dzień wystawiono mnie pod drzwi. Tobie niczego nie doradzę, nie znajdę podpowiedzi. Mogę na drogę poklepać Cię w ramię, popatrz do góry i lecisz.
    Tylko raz powiedz tak, a zacznie się początek. Sam sobie dajesz znak, wybierasz drogi proste


    Niepewność, która nam towarzyszyła była związana również z sytuacją epidemiologiczną na świecie. Nasz ślub był w okresie najostrzejszych restrykcji spowodowanych rozprzestrzenianiem się Covid. Z tego właśnie powodu nie mogliśmy zorganizować wesela. Cieszymy się ogromnie, że nie musieliśmy przekładać ślubu, ponieważ Sakrament Małżeństwa był dla nas najważniejszy. W związku z nakładanymi przez wszystkie państwa obostrzeniami, które ciągle się zmieniały, ciężko było dojść do rzetelnych i jednoznacznych informacji podawanych w mediach. Dlatego też wyjeżdżając do Włoch nie mieliśmy pewności, czy w ogóle uda nam się tam bez problemu wjechać albo czy po wjeździe nie zostaniemy poddani obowiązkowej kwarantannie. Będąc tego wszystkiego świadomi, zrobiliśmy testy na Covid i ruszyliśmy w stronę południa. Byliśmy mimo wszystko pełni nadziei, że nam się uda. Zanim wyjechaliśmy, musieliśmy pokonać parę przeciwności, które próbowały nas zniechęcić do drogi. Między innymi potrzebowaliśmy ogarnąć parę spraw formalnych po naszym ślubie, dotrzymać ważnych terminów, a także pojechać z kamperem do mechanika, ponieważ na nieszczęście zauważyliśmy mały wyciek. To wszystko rzeczywiście opóźniło nasz wyjazd o parę dni, ale wierzymy, że to też nie stało się bez powodu. Podczas robienia serwisu kampera (już będąc we Włoszech) dowiedzieliśmy się od innego kamperowicza, że od soboty przestały tam obowiązywać obostrzenia zakazujące kempingowania. A my wjechaliśmy do Włoch dokładnie w sobotę 🙂 Gdybyśmy wyjechali bez opóźnienia, pewnie mielibyśmy problemy.
    Ponieważ na granicy nikt nas nie zatrzymał i nie dowiedzieliśmy się, co nas obowiązuje po wjeździe na teren Włoch, postanowiliśmy coś w tym kierunku jeszcze zrobić. Aby czuć się całkiem bezpiecznie, zaraz po przekroczeniu granicy udaliśmy się na najbliższy posterunek policji, by zapytać, czy mając negatywne wyniki testów na Covid, możemy legalnie przebywać na terenie Włoch. Z małymi trudnościami w komunikacji w języku angielskim, otrzymaliśmy zielone światło! Jedynie powiedziano nam, żebyśmy mieli przy sobie wyniki testów i w razie kontroli pokazali władzom. A więc szczęśliwi, ruszyliśmy w kierunku Toskanii!

    Z drogi…

    Dziś patrząc z perspektywy czasu na tę nasza wyprawę, jesteśmy z niej naprawdę dumni. Nie było w tym żadnego planu, żadnej kalkulacji, czy nam się to opłaca, czy nie. Natomiast była ona pełna szaleństwa, chęci zrobienia i odkrycia czegoś razem oraz pragnienia przygody, która nas czegoś nauczy. Trochę o sobie nawzajem, a trochę o świecie, który nas otacza. A ostatecznie otrzymaliśmy z niej o wiele więcej, niż byliśmy sobie w stanie wyobrazić.


    Największą wartością było dla nas zdecydowanie to, że pierwszy miesiąc po naszym ślubie spędziliśmy tylko we dwoje, na małej przestrzeni kampera oraz z dala od spraw, które zostawiliśmy w Krakowie. To było piękne i bardzo potrzebne doświadczenie. Mogliśmy się tak prawdziwie ucieszyć oraz delektować tym, że odtąd będziemy ze sobą już do końca . Zasypianie i budzenie się razem, spędzanie ze sobą każdej chwili i poznawanie siebie w różnych, nie zawsze wygodnych warunkach, kiedy byliśmy zdani tylko na siebie, było dla nas wspaniałą nagrodą za czas oczekiwania. Jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło.

    Jak w piosence Paulla – Od Dzis

    Znalazłam Ciebie gdzieś na końcu świata
    I wszystko już wiem
    Szukałam całe dnie miesiące lata
    I odnalazłam Cię
    Już wiem że od dziś
    Chcę dzielić z tobą wszystkie moje sny
    Zasypiać i budzić się przy Tobie
    Do końca swoich dni
    A teraz kiedy jesteś przy mnie blisko
    Nie muszę martwić się
    Bo dzięki Tobie wiem że mam już wszystko
    W dwóch słowach kocham Cię
    Już wiem że od dziś
    Chcę dzielić z tobą wszystkie moje sny
    Zasypiać i budzić się przy Tobie
    Do końca swoich dni

    Niezwykle wartościowe było dla nas również to, że podjęliśmy to wyzwanie, tak jak chcieliśmy, mimo, iż przeciwności było dużo. Przede wszystkim czas był bardzo niepewny z powodu pandemii. Jak już wcześniej wspominałam, nie znaliśmy dokładnie obowiązujących obostrzeń. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka we Włoszech, jacy są Włosi oraz w jaki sposób zostaniemy przyjęci. Nie mieliśmy pojęcia, jak będzie sprawował się nasz nowo kupiony kamper, gdyż to była nasza pierwsza podróż nim. Nie licząc oczywiście drogi na ślub 🙂 Nie zdawaliśmy sobie również sprawy, jakie trudności między nami mogą nas spotkać tyle tysięcy kilometrów od domu, w sytuacji braku przestrzeni na zaszycie się w oddzielnym mieszkaniu. A jednak wyruszyliśmy w nieznane. I jesteśmy przekonani, że warto było zaryzykować!

    By zrozumieć jeszcze pełniej moje przesłanie, polecam piosenkę Zaryzykuj Mnie · Monika Rowinska · Robert Rozmus · Zespół Teatru Muzycznego ROMA

    „(…)Zaryzykuj mnie
    Zaryzykuj mnie
    Chodźmy na tańce
    Chodźmy na spacer
    Cokolwiek byle razem
    Tyle jest muzyki
    Warto rozmawiać
    Poznajmy się nawzajem
    Tyle w sobie mam
    Ja fantazji pole dam
    Kiedy widzę nas sam na sam
    To magia(…)”

    Dzięki tej podróży po raz kolejny udowodniliśmy sobie, że naprawdę warto się nie poddawać. Bardzo pragnęliśmy mieć wesele po naszym ślubie. Uwielbiamy się bawić, zawsze na imprezach schodzimy jako jedni z ostatnich z parkietu. Poza tym chcieliśmy bardzo dzielić radość z naszego ślubu z innymi przy wspólnym stole oraz parkiecie. Niestety obostrzenia nam na to nie pozwoliły i mieliśmy tylko ślub. Było dla nas jasne, że nie będziemy przekładać, bo Sakrament był dla nas najważniejszy. Było nam przykro z tego powodu, ale nie przeszkodziło to naszej ogromnej radości z tego dnia. Postanowiliśmy, że skoro nie mieliśmy imprezy, będziemy robić wszystko, żeby nasza wymarzona podróż poślubna nie ucierpiała. Bardzo tego pragnąc, dużo też się o to modliliśmy. I jak widać, udało się. I było jeszcze lepiej niż w najśmielszych naszych oczekiwaniach. To nas uczy, że nigdy nie można tracić nadziei, nawet jak wszystko krzyczy, że coś realnie nie ma prawa się udać. Trzeba przyjmować, to co nas spotyka z pokorą, nie tracąc radości z tego, co mamy. Aby nie stracić z oczu tego, co jeszcze możemy otrzymać.

    Bo ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy! Marek Grechuta- Dni których nie znamy

    Jak pisał Ksiądz Jan Twardowski w swoim wierszu „Kiedy mówisz” „Kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno”. Czasem trudno mi zrozumieć, dlaczego nie otrzymuję czegoś, czego pragnę, a co wydaje się być dobrym. Ja miewam tak bardzo często. I mam wtedy dwa wyjścia. Mogę złościć się i próbować dojść do tego, czemu tak się dzieje. Niestety najczęściej bezskutecznie. A mogę też próbować przyjąć, to co się dzieje nie tak jak bym chciała, nie przestając marzyć i dążyć do swoich pragnień, mając oczy otwarte dookoła głowy. Nigdy nie wiadomo, gdzie mi otworzą, gdzie kołatałam. Ja wiele razy doświadczyłam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Oraz tego, że sens tego wszystkiego jest tajemnicą. I choć po ludzku często ciężko mi to przyjąć, niech tak pozostanie.

    A więc cieszmy się z małych rzeczy!

    Sylwia Grzeszczak – Male Rzeczy


Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑