-
O nas

Zdjęcie tytułowe zostało wykonane przez Karol Sękowski
Kim jesteśmy?
Szczęśliwym Małżeństwem od kwietnia 2021 roku. Bardzo cenny dla nas św. Jan Paweł II powiedział, że „Miłość zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza“. A więc my do tego dążymy i jesteśmy ciągle w drodze.
Bardzo bliska naszej relacji jest piosenka, którą wykorzystaliśmy do naszego pierwszego tańca na naszym ślubie. Lubimy do niej wracać 🙂 Oto ona:
Piotr Rubik – Most Dwojga Serc
fot. Karol Sękowski Zatem jesteśmy podróżnikami 😊Uwielbiamy podróże, zarówno długie, jak i te weekendowe. A najbardziej te naszym kamperem, kiedy możemy poczuć wolność. Tylko my, nasz dom na kółkach i natura…i to codziennie inna😊 Jesteśmy również świetnym dopełnieniem siebie nawzajem. Różnimy się ogromnie, ale może o to właśnie w małżeństwie chodzi 😜
I nasza piosenka:
Dom o Zielonych Progach – Łemata
W naszej relacji możemy od siebie nawzajem się uczyć, czerpać oraz chłonąć. Czasem bierzemy od siebie dobre rzeczy, ale niestety czasem i też złe. Raz się na siebie złościmy, a za chwilę śmiejemy się razem do rozpuku. Ale ostatecznie mocno wierzę, że poruszamy się w dobrym kierunku.. ku Górze!
I oczywiście tu też jest piosenka:
Grubson – Na szczycie
Kim jestem ja, Kinga ?
Jestem bardzo wrażliwą kobietą, która często ma głowę w chmurach. 😊Uwielbiam marzyć, dążyć do pięknych idei i pomagać innym. Bardzo lubię mówić, rozmawiać, opowiadać…zresztą przekonacie się sami 😊 W moim życiu bardzo ważną rolę odgrywa muzyka. Natomiast nie mam ulubionego rodzaju muzyki, którego słucham. U mnie wszystko zależy od nastroju, a także przeżywanych emocji. Czasem są to pozytywne wibracje płynące z muzyki reggae, innym razem ciężki rock, poezja śpiewana lub jazz. A muszę się i przyznać, że czasem dla tak zwanego „odmóżdżenia” puszczam disco polo. Ale to taka tajemnica 😊
Na blogu będzie dużo muzyki. Moim zdaniem to, czego słuchamy dużo mówi o człowieku, o tym co się dzieje w jego wnętrzu..
Obecnie nie pracuję zawodowo, jak to mój Mąż się śmieje – jestem „home office manager”. No i niedawno zostałam blogerką 😊
Moim największym podróżniczym marzeniem jest pojechanie do Afryki, poznanie kultury tych ludzi, ich duchowości oraz uczestniczenie tam w Mszy Świętej, która ponoć jest pełna entuzjazmu oraz przeniknięta emocjonalnością.
Kim jest Sebastian ?
Sebastian jest odpowiedzialnym i mądrym mężczyzną. W wielu sytuacjach, kiedy trzeba zdrowego rozsądku, by ocenić daną sytuację, potrafi wyłączyć emocje i to zrobić. Jest też bardzo konkretnym człowiekiem, kiedy na czymś mu zależy, to po prostu zaczyna działać i też jasno to wyraża. To właśnie spodobało mi się w nim najbardziej, kiedy się poznaliśmy. Bywa też uparty, ale no wiadomo musi mieć jakieś wady hihi 😉
Sebastian pracuje jako programista, ale absolutnie nie należy do mężczyzn pasujących do rozpowszechnionego stereotypu osób wykonujących ten zawód. Jest bardzo otwarty, uwielbia spotkania z innymi ludźmi i uśmiech prawie nigdy bez ważnych powodów nie schodzi mu z twarzy.
Poza tym uwielbia sport, kiedyś bardzo dużo ćwiczył, teraz niestety czasu na takie aktywności jest dużo mniej. Natomiast kocha chodzić po górach oraz śpiewać i przy każdej sposobności stara się robić jedno i drugie. Cechuje go też duże poczucie humoru, które ludzie uwielbiają. Marzy mu się przejechanie amerykańską ciężarówką po amerykańskich drogach. Póki co ogląda opublikowane filmiki na youtube 😊
A naszym wspólnym marzeniem jest zdobycie razem jakiegoś 5 tysięcznika, ponieważ oboje uwielbiamy chodzić po górach. W sumie można powiedzieć, że ten temat w jakiś sposób nas połączył, ponieważ nasze pierwsze rozmowy kręciły się wokół niego. Każde z nas weszło w związek z dojrzałą miłością do gór, dlatego też w naszym związku, jak i teraz w naszym wspólnym życiu, co jakiś czas wybieramy się w góry.

A tutaj taka piosenka:
Lady Pank – Wspinaczka
Oczywiście mamy też inne wspólne marzenia, ale je zostawimy dla siebie 😊 -
Jak się zaczęło ?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba opowiedzieć szerszy kontekst. Mój Mąż teraz będzie się śmiał, ponieważ będzie wiedział, że właśnie zaczyna się opowieść o kilku wydarzeniach wstecz, zanim przejdę do sedna sprawy. On zapewne odpowiedziałby na to pytanie w paru zdaniach. No ale piszę ja która uważam, że wspomnienia są rajem, z którego nigdy nie zostaniemy wypędzeni. Dlatego chcę je pielęgnować i do nich wracać, a także się nimi dzielić.

Zacznę od tego, że kamper był moim marzeniem od długiego czasu, a dokładnie od sierpnia 2018 roku. Wtedy to byłam z moją przyjaciółką na wyjeździe autostopowym bez celu, do którego zmierzamy. Polegało to na tym, że łapiąc stopa, mówiłyśmy zatrzymującym się kierowcom, że chcemy jechać z nimi do tego miejsca dokąd oni jadą. Na kartonie miałyśmy napisane „tam, gdzie Ty”. Nie wzięłyśmy też ze sobą żadnych pieniędzy ani jedzenia. Tylko namiot, parę ubrań i puste butelki do napełnienia wody. My to nazywałyśmy pewnego rodzaju pielgrzymką, ponieważ od osób, które nas zabierały samochodem, choćby najmniejszy odcinek, zbierałyśmy intencje. Następnie każdego wieczoru powierzałyśmy je Górze, modląc się na różańcu. Tak nas pokierowało, że poruszałyśmy się tylko po Polsce, a drogę skończyłyśmy w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – 15 sierpnia w Częstochowie. To było bardzo dobre doświadczenie!

I właśnie na tym wyjeździe poznałam życie „kamperowe”. Jednym z kierowców, który nas zabrał ze sobą, był Rysiek. Było to dnia, kiedy ostatni samochód zostawił nas już na miejscu naszego noclegu nad jeziorem w okolicach Jeleniej Góry. Na miejscu stał jeden kamper. Postanowiłyśmy, że najpierw się wykąpiemy, a potem rozbijemy namiot. Mężczyzna z kampera słysząc naszą rozmowę zaproponował, że możemy przebrać się w jego kamperze, żeby nam było bardziej komfortowo. Po chwili rozmowy z nim, kiedy wyczułyśmy, że Rysiek nie ma złych intencji, skorzystałyśmy z jego propozycji. Wieczorem pomógł nam rozbić namiot, zaprosił nas na kolację i opowiadał o swoim życiu w kamperze. I tu w moim sercu rozpaliła się wielka chęć podróżowania w ten sposób. Idea przemierzania drogi z pełni wyposażonym domem na kółkach, spania każdego dnia gdzie indziej, z dala od cywilizacji, na dziko z pięknymi widokami, jawiła się dla mnie jak coś, do czego zostałam stworzona. Niestety dowiadując się o cenie tego pojazdu, moje emocje zostały szybko ostudzone. Biorąc pod uwagę to, że mój Mąż, a ówczesny chłopak po usłyszeniu o moim marzeniu, nie powiedział, że od jutra zaczyna zbierać pieniądze na kampera dla mnie, z bólem serca odłożyłam cały czas tlące się we mnie pragnienie.
Do czasu… 🙂
Do czasu, kiedy latem 2020 roku pojechaliśmy pod namioty na Mierzeję Wiślaną. Rozbiliśmy się na polu namiotowym, które było również polem kempingowym. Właścicielem jest bardzo tajemniczy człowiek. Jak ja to określam, ma taki wiatr w oczach i czuć od niego jakąś głębią. Nie daje dużo okazji do rozmów, ale w ostatnich dniach coś się zaczęło przełamywać. Niestety nie mogę znaleźć strony internetowej tej miejscówki, więc nie umieszczę linku. Było to w Nowej Karczmie. Jest to mała miejscowość, więc myślę, że bez problemu znajdziecie pole po stronie Zalewu Wiślanego.
A więc szybko się okazało, że moje pragnienie nie zgasło. A jeszcze bardziej rozpaliła je sytuacja, która nas tam zastała. Już pierwszej nocy o godzinie 3 obudziły mnie dziwne odgłosy. Okazało się, że otoczyło nas stado dzików poszukujących jedzenia. Myślałam, że to już nasz koniec, ponieważ one nie tylko nas okrążyły, ale także ryły ryjkami coraz to bardziej pod nasz namiot. Natychmiast obudziłam Sebastiana i kazałam mu dzwonić na policję. Oczywiście tylko się zaśmiał, że policja przyjedzie i wlepi dzikom mandat. Dowcipniś! A ja umierałam ze strachu! Natomiast zareagował i zadzwonił do właściciela, który odbierając ze stoickim spokojem oraz ku naszemu zaskoczeniu powiedział, że to normalna sprawa, że dziki nas otoczyły, gdyż to ich teren. A następnie powiedział dobranoc i się rozłączył. Choć przepowiadałam nam rychłą śmierć tej nocy, ostatecznie dziki w końcu sobie poszły, a my przeżyliśmy. Natomiast przez resztę pobytu spaliśmy na rozłożonych siedzeniach w samochodzie, a nad ranem wracaliśmy do namiotu. I wtedy zwróciłam się do Sebastiana: „Kochanie, a gdybyśmy tak mieli kampera…” 🙂 Szczęście mi sprzyjało, ponieważ na polu kempingowym stało ich dosyć dużo. A więc mogłam Sebastianowi demonstrować, rozmawiać z właścicielami i przedstawiać coraz więcej zalet, które mógł zobaczyć na własne oczy. Ale nie było łatwo! Oczywiście po powrocie z wyjazdu dalej suszyłam mu głowę 🙂
„Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało Ci się to osiągnąć” Paulo Coelho
To rzeczywiście prawda!
W lipcu udało mi się namówić Sebastiana do wypożyczenia kampera na parę dni, by móc zobaczyć, jak będziemy się czuć, tak podróżując. Tak jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy! Na moje imieniny byliśmy już pięknym, białym kamperem na kempingu „u Anny” nad Jeziorem Czorsztyńskim, który bardzo polecamy. Piękne widoki, wygodne miejsca dla kamperów i wspaniali właściciele. Są tam dostępne również sanitariaty, bar, a także pokoje/domki do wynajęcia. Panuje tam naprawdę świetna atmosfera!
Muszę też wspomnieć o tym, że okazało się, że Sebastian jest urodzonym kierowcą kampera. Od pierwszego momentu, kiedy usiadł za kierownicą i ruszył do przodu, nie miał żadnych trudności. Prowadzi go naprawdę perfekcyjnie. Jako pasażer czuję się bardzo bezpiecznie i jest mi bardzo przyjemnie podczas jazdy. Ogromnym plusem jest to, że kamperem nie pojedzie się tak szybko jak osobówką, co dla mnie jest dodatkowym atutem 🙂 W każdym razie mój Mąż zasługuje na medal. Przejechaliśmy wiele krętych i wyboistych dróg, a on bez żadnego zająknięcia oraz ze stoickim spokojem za każdym razem radzi sobie ze wszystkim świetnie.
Dni spędzone w kamperze były przepełnione błogością i wielką radością. Sebastian naprawdę poczuł ten klimat, a ja się jeszcze bardziej utwierdziłam, że to jest właśnie to! Ponadto sprawa już została przesądzona, gdyż właśnie tam podczas tego wyjazdu Sebastian mi się oświadczył. Nie mogłam sobie lepiej wyobrazić tego wyjątkowego momentu.
A w myślach pojawiają się słowa tej piosenki: Sobel – Wyglądasz tak pięknie
„(…)Wyglądasz tak pięknie, Pozwól mi zabrać cię stąd, Gdzieś, gdzie nikt nam nie przerwie Pozwól mi być, proszę pozwól mi żyć, proszę pozwól mi(…)”
W każdym razie od tamtej pory już oboje pałaliśmy miłością do kampera i szukaliśmy sposobności, by w ten sposób podróżować. Wypożyczanie nie wchodziło w ogóle w grę, ponieważ nie było opłacalne z uwagi na wysoką cenę za wynajem. Poza tym czuliśmy bardzo mocno, że chcielibyśmy mieć własny dom podróży, w którym będzie cząstka nas. Planując ślub oraz wspólne życie, po przyjętych przeze mnie oświadczynach, wymyśliliśmy, że chcemy pojechać w podróż poślubną do Toskanii już naszym własnym kamperem. A więc ochoczo rozpoczęliśmy poszukiwania. Na początku założyliśmy budżet do 50 000 zł. Natomiast szybko się przekonaliśmy, że jeśli chcemy kampera, przy którym nie będziemy musieli na wstępie nic większego robić, to musimy podwoić budżet. Natomiast i tak nie było łatwo! Dobre samochody znikały jak świeże bułeczki. Czasem dzwoniliśmy, żeby się umówić następnego dnia na oglądanie, a w drodze okazywało się, że samochód jest już sprzedany. Na szczęście w marcu udało nam się trafić na kampera, który wydawał się być dla nas stworzony. Miał wszystko to, co chcieliśmy. Oddzielona sypialnia na końcu oraz osobna łazienka i toaleta to były nasze priorytety. Do tego jak na kampery było tam naprawdę dużo przestrzeni, przy jednoczesnym optymalnym rozmiarze auta. Ciekawe było też to, że gdyby nie nasz niski wzrost, moglibyśmy mieć problem na długość, żeby się zmieścić na łóżku. Cóż, wszystko wskazywało na to, że to kamper dla nas! Po obgadaniu wszystkich technicznych spraw, 8 marca w dzień kobiet zdecydowaliśmy się go kupić! Było to półtora miesiąca przed naszym ślubem. Umówiliśmy się ze sprzedawcą, że będzie tak działał ( obiecał zrobić w nim jeszcze parę rzeczy oraz dopełnić formalności potrzebnych do sprzedaży), żebyśmy mogli go odebrać przed ślubem już całkiem gotowego do jazdy. Było to istne szaleństwo! Kolejna ciekawostka jest taka, że gość znał się z ekipą Busem przez świat, którą wtedy śledziliśmy. Jest to małżeństwo podróżujące po świecie starym, kolorowym busem, które dzieli się swoimi przygodami i doświadczeniami z podróży w mediach społecznościowych. Obecnie jeżdżą z małym dzieckiem, które od samego początku uczy się czerpać z życia jak najwięcej, niesamowicie się przy tym rozwijając. Jaki to świat jest mały! Tak właśnie pozostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami kampera! A od dnia ślubu, staliśmy się spełniającymi swoje marzenia podróżnikami!
I jak w piosence Grzegorz Turnau – Historia pewnej podróży:„(…)Po chwili siedząc przy oknach rzucali okrzyki zdumienia, mijali widoki tak piękne, że spełnić się mogły marzenia lecz oni pędzili wciąż dalej, szukając piękniejszej ziemi, ktoś spytał „więc gdzie wysiadamy”, usłyszał: „na razie jedziemy” (…)”

-
A nad Bałtykiem było tak.. 🙂


Na Półwyspie Helskim spędziliśmy tylko 3 dni, ale za to bardzo dobrze je wykorzystaliśmy. Stacjonowaliśmy w samym środku Helu – Apartamenty Helove. Bardzo fajna miejscówka. Mieliśmy bardzo blisko zarówno nad morze, jak i do centrum. Lokal był bardzo dobrze wyposażony. Był opiekacz do chleba i kapsułki do zmywarki! A to bardzo rzadko się zdarza. Jedyny minus to, że było dosyć chłodno dla mnie – zmarzlucha. Ale Mąż grzał mi farelką, więc nie zmarzłam. Momentami robiło się wręcz za ciepło 🙂
Nasz wypoczynek na Półwyspie Helskim zaczęliśmy od porządnego wyspania się, czego nasze organizmy bardzo potrzebowały. Mimo braku słońca i dosyć chłodnej i ponurej aury od razu wyruszyliśmy na najbliższe zejście do morza i ruszyliśmy w stronę cypla. Na początek 4 km. spaceru kontemplując wzmagające się fale morskie i drepcząc po piasku naszymi półbutami 🙂

Niska temperatura i wiatr dość mocno dały nam w kość. Na szczęście na ratunek przyszła nam pobliska Tawerna Portowa , gdzie ogrzaliśmy się ciepłymi zupami. Ja tu jadłam pierwszy raz w życiu pyszną zupę rybną. Naprawdę genialna, polecam! Ja dopiero odkrywam świat ryb. Kiedy miałam 6 lat, stanęła mi ość w gardle, przez co w konsekwencji wylądowałam w szpitalu. Była dosyć malutka i niestety wbiła się niefortunnie, więc wymagało to interwencji lekarza. Od tamtej pory unikałam wszelakich ryb. Od jakiegoś czasu, dzięki mojemu Mężowi, zaczęłam pokonywać mój lęk i próbować się mierzyć z jedzeniem ryb. Na początku było to oswajanie smaku, który kojarzył się z wypadkiem i były to tylko paluszki rybne czy też filety. Natomiast z biegiem czasu, próbuję co jakiś czas czegoś nowego. I odkrywam naprawdę świetne smaki! 🙂 Myślę, że na pewno dużo straciłam przez te lata, ale tez na pewno dużo jeszcze przede mną!
A wieczorem urządziliśmy sobie w naszym apartamencie prawdziwą włoską ucztę! Przywieziony z Toskanii makaron oraz „ragu di chianina”, czyli sos sporządzony z wołowiny rasy chianina, pomidorów na bazie oliwy z oliwek i wina, posłużył nam do przygotowania pysznego dania. Także Italia, którą tak bardzo kochamy, tego wieczoru została przywołana nie tylko we wspomnieniach 🙂 Wyszło przepysznie!

A w tle oczywiście towarzyszyła nam włoska muzyka:
Włoskie przeboje
Kolejny dzień był bardzo aktywny! O 10:10 byliśmy już w drodze! Przeszliśmy plażą ponad 11 km. z Helu do Juraty. Byliśmy oczywiście lepiej przygotowani niż dnia poprzedniego. Półbuty, płaszcze i odświętne stroje zostawiliśmy w hotelu. Natomiast ubrani trekkingowo, z plecakiem pełnym prowiantu, z uśmiechami na twarzy oraz głową otwartą na to, co nam może dać ta wędrówka, ruszyliśmy przed siebie.
Słońce nas nie rozpieszczało, ale i tak szło się bardzo dobrze. Cisza, szum wiatru i my. Można było zdystansować się do wielu spraw, które zostawiliśmy głęboko w lądzie, coś sobie przemyśleć czy też porozmawiać. Trochę ze sobą nawzajem, trochę z samym sobą, a trochę z Górą. Dla nas to bardzo wartościowe momenty, do których często wracamy wspomnieniami, pośród codziennych obowiązków i spraw.
Tak jak śpiewa Jafia Namuel:
„(…) Najważniejsze jest byś zapamiętał chwile
Te w których było Ci dobrze w których byłeś szczęśliwy
Najważniejsze jest byś czuł się szczęśliwy
I żeby było Ci dobrze kiedy wspomnisz te chwile (…)”
Poniżej link do piosenki:
Jafia Namuel – Zapamiętaj chwileDroga zajęła nam około 5 godzin. Kiedy schodziliśmy zejściem na plaży do centrum w celu poszukiwania miejscówki, gdzie moglibyśmy zjeść coś dobrego, nie czuliśmy jeszcze ani dużego głodu ani zmęczenia. Natomiast w momencie, kiedy już usiedliśmy w wybranej restauracji i oczekiwaliśmy na zamówienie, kiszki zaczęły marsza grać już porządnie. I nasze nogi poczuły dużą ulgę. Otwartych miejsc, gdzie można było zjeść nie było dużo. Raz, że Jurata jest bardzo malutka, a dwa, że poza sezonem otwartych jest tylko kilka restauracji. W związku z tym kolejki, żeby zająć stolik, są czymś naturalnym. My wybraliśmy smażalnię „Złota Rybka”. Mimo, że nie miała zbyt wysokiej oceny w internecie, zdecydowaliśmy się tam właśnie zjeść. Chcieliśmy, żeby było trochę inaczej niż standardowe menu w restauracjach, które dostosowują się do europejskich standardów oraz, których jest wszędzie na wyciągnięcie ręki. I rzeczywiście dobrze trafiliśmy. Warto było czekać na stolik, potem drugie tyle na zamówione dania. Jedliśmy przepyszne świeże rybki. Porcje były tak duże, że mimo ogromnego głodu, nie podołaliśmy zjedzeniu wszystkiego. Oczywiście wzięliśmy resztę na wynos. U nas jedzenie się nie marnuje, a już na pewno nie takie dobre! Ponadto w knajpie panował bardzo swojski klimat. Ludzie czekający w kolejce niemal stali nad jedzącymi, mając wypisane na czole „no jedz, szybciej, ile można jeść, każdy by chciał”. Nie zabrakło również kłótni o stolik, skarżenia się do obsługi oraz oblania piwem przez klientów i dogadywania sobie. Poniżej link do miejscówki, którą bardzo polecamy!:
Smażalnia ryb Złota Rybka Jurata

Po zasłużonym posiłku poszliśmy się przejść na molo w Juracie, zaraz potem na Eucharystię, a następnie ogarnialiśmy powrót do Helu. Drogi brzegiem morza już nie rozważaliśmy, a więc udaliśmy się na dworzec PKP. Nie napawał on jednak optymizmem. Można było odnieść wrażenie, że mało pamięta czasy, kiedy jeszcze funkcjonował. Natomiast według planowanego rozkładu jazdy, jaki udało nam się znaleźć wynikało, że mamy około pół godziny do jego przyjazdu. Ja wpadłam na pomysł, żeby wykorzystać czas oczekiwana i próbować łapać stopa, nie odchodząc daleko. Na niecałe 10 minut przed przyjazdem potencjalnego pociągu zatrzymała się przesympatyczna para i nas wzięła ze sobą i wysadziła tuż pod naszym hotelem. Co ciekawe, dowiedzieliśmy się, że chłopak od maja tego roku jeździ kampervanem. Także swój zawsze znajdzie swojego 🙂


Wieczorem postanowiliśmy obejrzeć jakiś film, żeby się zrelaksować. Padło tym razem na Piękną i Bestię – ulubioną bajkę Sebastiana z dzieciństwa. Ja oglądałam ją po raz pierwszy. Natomiast od razu stała się moim faworytem. Niesamowita treść. Ciężko powiedzieć, co było najważniejszym przesłaniem bajki, ponieważ przekazuje ona wiele wartości. I każdy chyba w zależności od swoich doświadczeń, własnej wrażliwości bierze dla siebie coś innego. Sebastianowi najbardziej utkwił motyw bycia odmiennym przez główną bohaterkę i niedostosowywania się na siłę do społeczeństwa, patrzenia głębiej oraz czekania na ważne zadanie, któremu jest się w stanie podołać dzięki swoim talentom. Mnie natomiast najbardziej poruszyło bezinteresowne poświęcenie Belli, żeby ocalić życie ojca oraz jej rezygnacja ze swoich pragnień. Jest to zupełnie coś przeciwnego niż to, co dzisiejszy świat nam proponuje. Ponadto podobało mi się, że zostało pokazane, iż zapomnienie o sobie zostało wynagrodzone tak naprawdę spełnieniem pragnień głównej bohaterki, a nawet czymś więcej. Jako, że jest to bajka i najczęściej oglądają ją dzieci, uważam za bardzo dobre uwrażliwianie ich na takie elementy. Ja sama widzę, jak bardzo to co oglądam, czym się karmię ma wpływ na moje myśli, dążenia i pragnienia. Domyślam się, że na dzieci działa to wszystko jeszcze bardziej. Temat poświęcenia swojego życia w sytuacji zagrożenia jest w ostatnim czasie jednym z tematów moich przemyśleń. Poznając różne postawy z historii świętych, a także znanych osób, które oddały swoje życie za innych lub przyjęły z pokorą i spokojem cierpienie często bardzo się wzruszam. Jawi mi się to jako coś niezwykle pięknego, pociągającego, a zarazem po ludzku tak trudno wykonalnego. Zastanawiam się, czy aby w momencie zagrożenia nie kierować się automatycznie swoimi instynktami, wystarczy nad sobą pracować? Natomiast czy jest to w ogóle możliwe ? Znamy przykłady takich osób, więc raczej tak…Czy do tego potrzebna jest łaska z Góry ? I czy nam jej wystarczy ? Albo czy będziemy chcieli ją przyjąć ?
Kolejny i zarazem ostatni dzień na Półwyspie Helskim upłynął już bardziej leniwie. Nie narzucaliśmy sobie jakiegoś napiętego planu. Zależało nam na Eucharystii i kolacji we wspomnianej przeze mnie w poprzednim blogu restauracji Kutter.
I to był bardzo dobry wybór. Restauracja okazała się świetnym, klimatycznym miejscem z muzyką graną na pianinie na żywo, pięknym wystrojem i wyśmienitą kuchnią. Poza tym kelnerki chodziły ubrane w lokalne stroje oraz były bardzo miłe. Sebastian jadł rosół, a na drugie żeberka z ziemniaczkami w mundurkach i ogórkami. Ja natomiast pomidorową oraz nogę kaczki z żurawiną, z ziemniaczkami w mundurkach i modrą kapustą. Wszystko było pięknie podane i porcje też były zadowalające.

Gdy Pani przyszła po zamówienie na deser, Sebastian skapitulował. Ja tez czułam, że już więcej nic nie zmieszczę, ale jednak skusiłam się na Tiramisu. I mimo tego, że pękałam w szwach po zjedzeniu, niczego nie żałuję. To było najlepsze Tiramisu, jakie jadłam. Ostatnim razem w Apulii, w Vieste tak wysoko oceniłam ten deser. Natomiast teraz muszę szczerze oddać podium restauracji Kutter. Było lekkie, puszyste i w tak przyjemny sposób nasączone kawą, że jadłam bardzo powoli, bo nie chciałam, żeby się skończyło. Mąż natomiast zachwycał się kawą espresso.
Była naprawdę bardzo dobra. Rzadko kiedy samo espresso tak smakuje. Zapisaliśmy sobie nazwę tej kawy, żeby ją zamówić i spróbować w domu. Jej nazwa to Costadoro, pochodzi z Włoch.
Na koniec podeszliśmy do właściciela Patryka Galewskiego, żeby mu pogratulować wspaniałego miejsca. Ja miałam nadzieję na zdjęcie i chwilę rozmowy. Natomiast akurat wtedy jadł, więc nie chcieliśmy mu przerywać. Niech ma swoją chwile wytchnienia! Każdy jej bardzo potrzebuje. W każdym razie ogromnie polecamy to miejsce. I warto przyjść naprawdę z pustym żołądkiem, by było dużo miejsca na te wszystkie pyszności.
I piosenka:
The Dumplings – Nie gotujemyChcę wspomnieć jeszcze o książce, która całkiem przypadkiem wpadła mi do rąk w apartamencie, a mianowicie „Małe zbrodnie Małżeńskie”. Przeczytałam ją jednym tchem. Jest to opowieść o parze, która po 15 latach uświadamia sobie, że ich relacja umarła. Natomiast próba uśmiercenia drugiego przez jednego z nich spowodowała, że osoby te stanęły przed sobą w prawdzie i chęci ożywienia uczucia na nowo. Książkę czytało się bardzo dobrze, gdyż dialogi między bohaterami były bardzo inteligentne, a zarazem przewrotne. Dużo było nieoczywistych oraz intrygujących elementów, o których dowiadywałam się w trakcie czytania. Książka pozostawia wiele otwartych pytań. Dla mnie najważniejsze z nich są takie:
1) Czy można kłamać z miłości?
2) Czy da się kochać i nienawidzić jednocześnie ?
3) Ile i co jesteśmy w stanie poświęcić lub czego dopuścić, by ratować Miłość ?Mi jeszcze z tej książki została refleksja o tym, jak bardzo ważna jest komunikacja w związku, a przede wszystkim otwarta rozmowa o swoich potrzebach, uczuciach oraz wysłuchanie tej drugiej strony. Bowiem jeśli tego zabraknie, wspólne życie dwojga ludzi może zamienić się w piekło..

„Gilles: Życie ze mną jest piekłem?
Kobieta, zaskoczona, zwraca się w jego stronę.
Lisa: Rozczulasz mnie, zadając to pytanie.
Gilles: A co z odpowiedzią?
Lisa milczy. Ponieważ on wciąż czeka, przyznaje w końcu z powściąganą czułością:
Lisa: Niewątpliwie jest piekłem, ale… w pewnym sensie… zależy mi na tym piekle.
Gilles: Dlaczego?
Lisa: Jest w nim ciepło…
Gilles: Jak to w piekle.
Lisa: I mam w nim swoje miejsce…
Gilles: Niczym Lucyfer…„
Éric-Emmanuel Schmitt, Małe zbrodnie małżeńskieOd razu przychodzi mi w myślach piosenka Kaśki Sochackiej „śnię”. Poniżej link:
Kaśka Sochacka – ŚnięCiekawą rzecz dowiedziałam się o autorze powieści, kiedy szukałam w internecie, kto ją napisał. Eric-Emmanuel Schmitt był wychowany w niewierzącej rodzinie. W wieku 28 lat wyjechał na pustynię na południe Algierii, by uwolnić się od świata, który był dla niego więzieniem. Tam jego celem była tylko droga naprzód i walka o przetrwanie. Pragnął w ten sposób znaleźć swoje prawdziwie oblicze. Tam doznał łaski i od tamtej pory wiara tak mocno przeniknęła jego życie, że został chrześcijaninem. Opisuje to słowami: „Otrzymałem łaskę i dar nadzwyczajny. I zostawiłem w sobie miejsce i przestrzeń dla niego”. W swojej książce „Noc ognia” opisuje to mistyczne doświadczenie. Intrygują mnie takie historie czy też świadectwa. Będę chciała dotrzec do tej książki.

I tak nam minął kolejny pobyt jesienny nad polskim morzem. Mamy nadzieję, że uda nam się podtrzymywać tradycję przez kolejne 50 lat, a może i dłużej. Bardzo cieszymy się z naszego Małżeństwa oraz z naszej relacji, którą ciągle budujemy i chcemy do końca życia pielęgnować. To cudowne mieć przy boku osobę, z którą można dzielić radości, smutki, a przede wszystkim wspierać się w tej życiowej wędrówce, w której tak często brakuje map. A trzeba obrać kierunek. Czasem, kiedy się zboczy za daleko, ciężko jest wrócić. Jesteśmy wdzięczni, że któreś zawsze w końcu pociągnie drugiego w dobrą stronę. I oby ten trend się utrzymał do końca..!
I na koniec kolejna bliska nam bardzo piosenka:
Paweł Domagała – Czasami
„Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.”
Antoine de Saint-Exupery -
Wyjeżdżamy nad polskie morze!

„Kiedy dzieje się coś dobrego, nierzadko szatan zrywa się z łańcucha” – w drodze na Hel przypomniało mi się zdanie przeczytane lata temu w książce „Bracia z Bronksu” Adrian Luc, którą dostałam od dobrego przyjaciela. Swoją drogą świetna książka o Franciszkanach Odnowy (Braciach Mniejszych Kapucynach), żyjących w skrajnym ubóstwie i służących innym, którzy żyją według zasady św. Matki Teresy z Kalkuty ( jednej z moich ulubionych świętych) „Nie pozwólcie by ktokolwiek, kto do was przyjdzie, nie odszedł szczęśliwszy”. Książka zawiera wiele poruszających, a zarazem prostych historii.
Może na początek mały wstęp 😊
Wyjazdy nad Bałtyk jesienią stają się już dla nas tradycją, którą chcemy kontynuować. Praktycznie od początku naszego związku, bo od pierwszej jesieni ( oprócz 2020 – pandemia) udajemy się o tej porze roku nad polskie morze, by choć na chwilę zaczerpnąć morskiej bryzy podczas spacerów brzegiem morza wzdłuż wybrzeża. Ani ja, ani mój Mąż nie przepadamy za wyjazdami tam w sezonie, kiedy na plaży jest człowiek na człowieku, w mieście roi się od stoisk z pamiątkami, różnorakimi przekąskami i barami. To wszystko razem generuje ogromny hałas i nie jest to dla nas żadna przyjemność. Zazwyczaj podróżując wybieramy miejsca mniej turystyczne. Poza tym oboje nie przepadamy za kąpaniem się w wodzie. Ja w ogóle nie umiem pływać, a Sebastiana po prostu tam nie ciągnie. Pod tym względem dobraliśmy się idealnie. Natomiast uwielbiamy wspólnie spacerować brzegiem morza. Nasze twarze muskane przez wiatr nabierają zawsze wtedy rumianą barwę.
Dlatego też pora jesienna jest dla nas porą wymarzoną. Nie jest wtedy gorąco, nie ma już tylu turystów, a słońca nie brakuje.

Zawsze wyruszamy rano ( no…może bliżej południa, ja do rannych ptaszków nie należę) po obfitym śniadanku, kawce i zaprawieni do boju idziemy przed siebie.

I idziemy, rozmawiamy, trochę milczymy kontemplując szum morza, krzyk mew oraz odbijające się promienie słońca na morzu.

Wspominając to wszystko od razu w moim sercu pojawia się piosenka:
Grzegorz Turnau – Znów wędrujemy
Gdy słońce zachodzi i robi się już chłodno, schodzimy zejściem do „cywilizacji” w poszukiwaniu dobrego jedzonka. Bo jak wiecie, uwielbiamy jeść! Wędrując z Gdańska do Sopotu, znaleźliśmy już swoją ulubioną miejscówkę, do której w kolejnym roku wróciliśmy po wędrówce . Jest to „Stacja Sopot”, niedaleko od mola przy ul. Władysława Jagiełły. Jedliśmy tam pyszne steki z kaczki, kotleta schabowego z kością i oczywiście na deser przepyszny serniczek z mango!



I w tym roku również, żeby tradycji stało się zadość, postanowiliśmy pojechać jesienią nad polskie morze. Tylko tym razem kamperem, ponieważ od półtora roku, odkąd zaczęliśmy naszą wspólną drogę Małżeństwa, kamper stał się naszym domem w podróży i nie możemy się z nim rozstać. Mieliśmy trochę wątpliwości, czy nie jechać jednak osobówką i nie wynająć jakiejś fajnej miejscówki w hotelu z racji tego, że zbliżała się połowa listopada, było już parę minusowych temperatur w nocy ( a każdy „kamperowicz” wie, że to rodzi wiele problemów dla użytkowania wody, która po prostu może zamarznąć i rozsadzić zbiornik) oraz problemów poza sezonem w serwisach, które w Polsce działają o wiele gorzej niż za granicą. Natomiast serce krzyczało nam jedno: kamper! W szczególności, że ostatnio wyjazd do Poznania na targi kamperowe również mieliśmy osobówką, ze względów rozsądkowych związanych z organizacją podczas remontu w naszym stacjonarnym mieszkaniu i naszą przeprowadzką do kolegi za miasto. I wtedy strasznie bolało nas serce, że zostawiamy naszego przyjaciela, a śpimy w hotelu. Więc postanowiliśmy, że idziemy na całość i ryzykujemy!
I tu się zaczęło! Dzień przed byliśmy już spakowani, akumulator naładowany ja robiłam ostatnie zakupy przed wyjazdem, a Mąż poszedł po kampera, żeby pojechać nim na stację, zatankować, zrobić serwis, by następnego dnia jak najszybciej już ruszyć w drogę. I kiedy szukałam na półkach oliwy z oliwek, zadzwonił do mnie Sebastian i powiedział, że nie ma dla mnie dobrych wieści. W pierwszej chwili pomyślałam, że silnik nie odpalił. Jednak nie, okazało się, ze w kamperze mamy przeciek i wdały nam się do środka grzyb i pleśń. Nie wiadomo tak naprawdę, co byłoby gorsze. Byłam niedaleko, więc skończywszy pośpiesznie zakupy, dotarłam do kampera i razem obejrzeliśmy zaistniały stan rzeczy. Nie wyglądało to dobrze. Razem stwierdziliśmy, że nie możemy pojechać kamperem w tej sytuacji. Sebastian początkowo był zdeterminowany i nie chciał zmieniać planów w nadziei, że przez parę dni nic nam się nie stanie. Grzyb i pleśń były w zamykanej szafce, więc nie śmierdziało w środku. Natomiast po dłuższym zastanowieniu wiedzieliśmy już oboje, że wyjazd z takim „nieproszonym gościem” nie byłby przyjemnością, ponieważ obawy, czy nie szkodzimy swojemu organizmowi by nas nie opuszczały i psuły przyjemność z wyjazdu. W szczególności, że moja odporność jest bardzo słaba. A więc wróciliśmy do mieszkania i zaczęliśmy opracowywanie planu B. Mimo weekendu z 11 listopada – świętem niepodległości, udało nam się znaleźć nawet niezłą miejscówkę w centrum Helu, niedaleko od plaży. Wiadomo, w perspektywie naszego własnego kampera, którym możemy stanąć w dzikim miejscu z przepięknym widokiem w odosobnieniu, jest to nieporównywalne. Ale cieszymy się, że w ogóle coś znaleźliśmy. I że nie poddaliśmy się! Bo czuliśmy ogromną przykrość. Już nie mówiąc o tym, że po powrocie jak najszybciej będziemy musieli działać z grzybem i pleśnią. I nie wiadomo co odkryjemy, jak to daleko zaszło…Zdajemy sobie sprawę, że może to być gruba, czasochłonna i kosztowna robota. Natomiast nie straciliśmy ducha! Piszę z drogi i już nie mogę się doczekać, jak postawimy nasze stopy na plaży na cyplu, gdzie dookoła będziemy mieć otwarte morze. Mamy nadzieję odwiedzić również restaurację „Kutter” Patryka Galewskiego, którego przepiękne świadectwo nawrócenia i zmiany życia ukazane jest w ostatnio popularnym filmie „Johnny”, który oczywiście ogromnie polecamy. Piękna i poruszająca historia człowieka, który był na samym dnie, a zaszedł tak wysoko, że nikt by się nie spodziewał. Udało się to dzięki niesamowitemu podejściu i okazanej mu miłości przez Księdza Jana Kaczkowskiego, ale też dzięki sile woli głównego bohatera.
Sebastian bardzo szanuje i ceni Księdza Jana Kaczkowskiego za mocną i silnie zakorzenioną w Bogu i Eucharystii wiarę oraz za mądre, choć niekonwencjonalne podejście do prowadzenia zagubionych ludzi do Boga. Książkę „Grunt pod nogami” z opisem jego kazań i konferencji przeczytał już dwa razy.
Dodatkową zaletą filmu jest również piękna ścieżka dźwiękowa. Poniżej trzy utwory, które najgłębiej zarysowały mi się w sercu:
Dawid Karpiuk – Nie zrozumie nas
Męskie Granie Orkiestra – Nic nie może przecież wiecznie trwać
Paweł Bębenek – Skosztujcie i zobaczcie (Psalm 34)
Ostatnia muzyka została została skomponowana między innymi przez Pawła Bębenka, którego bardzo ceni mój Mąż. Sebastian miał szansę poznać jego chór Animabile, a następnie zaprosić ich do przygotowania oprawy muzycznej naszego ślubu. Dzisiaj Animabile to bardzo ceniony chór, występujący w całej Polsce. Zachęcamy do śledzenia ich twórczości na Facebooku.Jadąc na fotelu pasażera, już po fali emocji związanych z przykrym stanem, jaki zastaliśmy w naszym kamperze, wyciszeniu i modlitwie przyszły też refleksje. Ja mam silne poczucie, że w jakiś sposób zostaliśmy ochronieni przed wspomnianymi wcześniej problemami z wodą czy serwisem lub jeszcze czymś innym. Jadąc na tak krótki czas, kiedy mielibyśmy jego połowę spędzić na szukaniu miejsca, gdzie możemy zrobić serwis lub miejsca, gdzie możemy się umyć, pewnie mało byśmy uszczknęli morza…A przecież po to tam jedziemy. W sercu czuję, że wszystko jest po coś i że Opatrzność czuwa.
Poza tym uważam, że możemy być naprawdę wdzięczni, że zauważyliśmy grzyba i pleśń przed wyjazdem i mogliśmy jeszcze zmienić plany..
Kolejna moja refleksja jest taka, że mam takie doświadczenie, kiedy robimy coś dobrego, co nas rozwija, czegoś nas uczy lub kiedy poświęcamy się dla innych, często jakaś siła próbuje to zepsuć i wtedy pojawiają się przeciwności. I stąd: „Kiedy dzieje się coś dobrego, nierzadko szatan zrywa się z łańcucha”. Natomiast ja wierzę, że siłą Małżeństwa jest właśnie wspólne pokonywanie tych trudności we wzajemnym wsparciu i nietracenie ducha. Jak to mówią, co nas nie zabije to nas wzmocni 😊A więc jedziemy! Ahoj przygodo!
